Czy zabójstwo Pawła Adamowicza ujawniło słabość państwa? – Raczej słabość wymiaru sprawiedliwości – mówią eksperci

Niski wyrok skazujący za napady z bronią w ręku na banki, który dostał zabójca Pawła Adamowicza jest ewenementem w skali europejskiej. I – pośrednio – powodem tragedii, która wydarzyła się w styczniu.

Stefan W., który 13 stycznia zabił prezydenta Gdańska podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy popełnił zbrodnię niedługo po wyjściu z więzienia. Spędził w nim wyrok 5,5 roku pozbawienia wolności za cztery napady na banki i SKOK-i w Trójmieście. Napadów zawsze dokonywał w ten sam sposób – pracowników terroryzował bronią. I choć nie była to broń ostra (pistolety gazowe i wiatrówka), były to napady z bronią w ręku – również zdaniem sędziów. W więzieniu zdiagnozowano u niego schizofrenię. Mimo jego deklaracji, że po wyjściu zamierza popełnić jakieś spektakularne przestępstwo, mógł przygotować się do morderstwa i zabić.

Na tapecie polityków opozycji pojawiła się teza, że winę za to ponosi Służba Więzienna, która dostała od policji informację o jego niesprecyzowanych przestępczych planach. Problem w tym, że Służba Więzienna nie mogła zrobić nic. Policja, która otrzymała informację od więzienników, na temat wyjścia przestępcy oraz informacje dotyczące jego stanu psychicznego także nic nie zrobiła.

To nie wina więzienia, i nie policji

– Trzeba wszystko uporządkować – mówi Dariusz Loranty, ekspert ds. bezpieczeństwa, polski policjant, pisarz, publicysta, komentator medialny, nauczyciel akademicki, czołowy negocjator policyjny w III RP. – Przede wszystkim należy pamiętać, że Służba Więzienna może trzymać w więzieniu do końca wyroku. To nie jest instytucja, która może zrobić więcej, niż realizować wyroki sądów. Kiedy wyrok się kończy, kończy się również rola Służby Więziennej. Człowiek wychodzi na wolność i jest wolny – również w zakresie podejmowania decyzji.

Zdaniem Lorantego pięcioipółletni pobyt Stefana W. w więzieniu świadczy o tym, że nie tylko odbywał karę pozbawienia wolności, ale był również diagnozowany lekarsko i przechodził resocjalizację.

– Dopiero badania w więzieniu ujawniły jego chorobę. Był leczony. Ale skończył się wyrok i wyszedł na wolność – opowiada Dariusz Loranty. – Policja też niewiele mogła zrobić. Miała związane ręce, praktycznie żadnej możliwości działania. W PRL-u walczyliśmy wszyscy o to, żeby policja nie miała takich uprawnień, które będą w sprzeczności z wolnościami obywatelskimi. Dotyczy to również wolności osób, które właśnie wyszły z więzienia.

Stefana W. nie można było skierować na przymusowe leczenie – o tym zawsze decyduje sąd. Nie spełniał również warunków, do umieszczenia go w ośrodku dla „bestii” w Gostyninie.

Czy morderca Pawła Adamowicza wyszedłby inny, gdyby za napady na banki spędził w więzieniu więcej czasu? Paradoksalnie właśnie tak.

Zaskakująco niskie wyroki

Wyrok, który otrzymał pięć lat temu był – jak za takie przestępstwa – niewysoki (maksymalna kara za napaść z bronią w ręku to 15 lat więzienia). Takie wyroki nie zdarzają się nigdzie indziej w Unii Europejskiej, szczególnie za napady na banki. Napad na zwykły sklep kończy się zwykle wyrokiem nie mniejszym niż 10 lat. Banki? Tu zdarzają się nawet wyroki bezwzględnego dożywocia.

Oto za napad z nożem w ręku na polski sklep w Wielkiej Brytanii brytyjski Sąd skazał na początku 2015 roku dwóch Arabów na kilkanaście lat więzienia.

W ubiegłym roku do brytyjskiego więzienia trafiło dwoje Polaków za napad z bronią w ręku ma studio nagraniowe w Birmingham. 36-letnia Anna S. i 32-letni Paweł S. sterroryzowali bronią dwie osoby. Polka została skazana na 9 lat więzienia, natomiast jej wspólnik spędzi za kratami 11 lat.

Za napad na pociąg pocztowy w latach 60. XX wieku, którego dopuścił się gang Ronalda Biggsa brytyjski Sąd skazał wszystkich członków napadu łącznie na 307 lat więzienia. Proces Biggsa trwal siedem dni i skończył sie dla niego wyrokiem bezwzględnego więzienia na okres 30 lat. Najniższy wyrok, jaki otrzymał jeden z napastników to 20 lat więzienia.

Zachód radzi sobie również z przestępcami odwołującymi się do polityki. Niedoszły zabójca Theresy May (złapany na planowaniu zamachu) został skazany na bezwzględne dożywocie. Sędzia uznał go za osobę „bardzo niebezpieczną i niezdolną do resocjalizacji”.

Jak wielu bandytów po niskich wyrokach chodzi po polskich ulicach? To ma zostać zbadane. Sędziowie pilnując swojej niezależności nie pozwalają nie tylko na sprawdzanie ich orzeczeń i wyroków, ale – przede wszystkim – na krytykowanie ich. Jest, jak tłumaczą, elementem sędziowskiej niezawisłości zagwarantowanej Konstytucją.

Tzw. urodziny Hitlera zaaranżowane przez dziennikarzy? Wymiana pism Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z prokuraturą

Obowiązkiem Prokuratury – czytamy w piśmie – jest wszechstronne wyjaśnienie wszystkich istotnych okoliczności bulwersującego opinię publiczną zdarzenia, w tym wątku dotyczącego pracowników TVN.

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

Tylko u nas. Znamy kulisy śledztwa w sprawie „urodzin Hitlera”. W tle tajemniczy zleceniodawcy, duże pieniądze i dziennikarka TVN. Taki tytuł nosiła zamieszczona 8.11.2018 r. na portalu wPolityce informacja.

W związku z tą publikacją Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wysłało 14 listopada ub.r. pismo do Prokuratury w Gliwicach z prośbą o przedstawienie ustaleń Prokuratury w sprawie udziału nadawcy audycji (Spółki TVN SA) w wydarzeniach będących przedmiotem śledztwa oraz informacji na temat roli dziennikarzy w tej sprawie.

17 grudnia 2019 r. do CMWP SDP dotarło pismo z Prokuratury Regionalnej w Katowicach, w którym poinformowano, iż brak jest podstaw prawnych do udzielenia informacji dotyczących prowadzonego postępowania przygotowawczego. (…)

Następnego dnia, 18 grudnia 2018 r., CMWP SDP otrzymało odpowiedź na swoje pismo od Pierwszego Zastępcy Prokuratora Generalnego, Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego. Miała ona zupełnie inny charakter. Prokurator Krajowy napisał w niej m.in., iż w sprawie wydarzeń, które miały miejsce 13 maja 2017 r. w lesie w Wodzisławiu Śląskim, Prokuratura Okręgowa w Gliwicach zakończyła już zasadnicze śledztwo i w najbliższym czasie planuje skierowanie aktu oskarżenia przeciwko kolejnym sześciorgu uczestnikom „urodzin Hitlera”, zarzucając im m.in. publiczne propagowanie ustroju faszystowskiego.

„Obowiązkiem Prokuratury – czytamy w piśmie – jest jednocześnie wszechstronne wyjaśnienie wszystkich istotnych okoliczności bulwersującego opinię publiczną zdarzenia, w tym również opisywanego przez media wątku dotyczącego pracowników TVN, do czego obligują prokuraturę gromadzone w sprawie dowody”.

W „Wielkopolskim Kurierze WNET” przytaczamy w całości obie odpowiedzi Prokuratury – Regionalnej w Katowicach i Krajowej.

Cała informacja Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pt. „Urodziny Hitlera”. Korespondencja CMWP SDP z prokuraturą” znajduje się na s. 7 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Informacja CMWP SDP pt. „Urodziny Hitlera”. Korespondencja CMWP SDP z prokuraturą” na s. 1 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy doszłoby do morderstwa, gdyby Stefan W. był sprawdzony przez policję?

Dlaczego policja nie zrobiła nic z informacjami, które miała na temat Stefana W., mordercy Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska? Od jego wyjścia z więzienia minęło wystarczająco dużo czasu…

Policja miała dużo czasu, żeby przygotować się, że może popełnić przestępstwo. Zapowiadał je – o czym, jak przyznają, wiedzieli.

Dzisiaj nie jest trudno porozmawiać ze znajomymi, czy też raczej byłymi znajomymi Stefana W. Zwykle chcą zaistnieć w mediach – dla satysfakcji, bo przecież żaden z nich się nie przedstawia. Chętnie mówią jaki był przed więzieniem. I co się stało z nim już kiedy wyszedł.  O tym, co działo się z nim w więzieniu też można się dowiedzieć. I pozostaje tylko pytanie, skoro dziennikarzom tak łatwo sprawdzić dossier mordercy – czy równie łatwo było dowiedzieć się tego wszystkiego policji?

Stefana W. policjanci znali przecież doskonale – był awanturnikiem, lubił bójki i rozboje. Ślizgał się po paragrafach, aż w końcu zaczął okradać SKOK-i i banki. Za to właśnie trafił do więzienia, z którego wyszedł, żeby popełnić najgłośniejsze morderstwo w Polsce XXI wieku. Morderstwo, które duża część opinii publicznej okrzyknęła mordem politycznym, choć tak naprawdę było wyłącznie morderstwem na polityku. Być może nie do końca świadomym aktem choroby psychicznej – tego z pewnością będzie próbowała dowieść obrona Stefana W.

Przeciętny więzień. Nie chciał się resocjalizować

Bo wiadomo już, że cierpi na schizofrenię paranoidalną. Tę wiedzę zawdzięczamy właśnie ponad pięciu latom spędzonym w więzieniu. Wcześniej Stefana W. nie badali psychiatrzy. W jego środowisku byłoby to społecznym samobójstwem. Diagnoza i leczenie to efekt pozbawienia wolności i – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – troski państwa za kratami. Dopiero tu wyszło na jaw, że coś ze Stefanem jest nie tak. Słyszy głosy, gada do siebie. Bywa, że żyje w innym świecie. Kryzys przychodzi na przełomie 2015 i 2016 roku – wtedy głosy mówią do niego najgłośniej. Natychmiastowa konsultacja psychiatryczna kończy się pobytem w szpitalu. I obowiązkowym leczeniem farmakologicznym, które trwa do ostatniego dnia pobytu w więzieniu. Do grudnia 2017 roku psychiatrzy badają go jeszcze 12 razy.

W celi, ani na więziennym oddziale nie nawiązuje przyjaźni. – Nie grypsował, nie miał przyjaciół w grupach nieformalnych – dowiaduję się, kiedy badam fakty dotyczące mordercy. I dalej: – Nie korzystał z siłowni, od czasu do czasu czytał „Dziennik Bałtycki”, chyba go lubił. Kilka razy poszedł na mszę do kaplicy więziennej. Ale religia raczej do niego nie trafiła, bo z Bogiem się nie zaprzyjaźnił. Schudł.

Dla klawiszy to przeciętniak. Siedział, jak większość – raczej bezproblemowy. Trzy raz w ciągu pięciu lat ukarany za drobne przewinienia porządkowe.

Z informacji od kilku dni udzielanych przez Służbę Więzienną wszystkim bez wyjątku mediom dowiaduję się, że nie stosowano wobec niego siły. Nie był pobity, ani nie stosowano wobec niego środków przymusu bezpośredniego. Nie miał również dostępu do sterydów, ani do środków psychotropowych – to zresztą byłoby wykryte.

Więzienie go nie rozpieszcza – nie chce się resocjalizować, więc trzykrotnie jego wniosek o przedterminowe zwolnienie jest odrzucony przez sąd. Odwiedzają go matka i bracia – w sumie 126 razy, przy czym najczęściej przychodzi matka. To ona zresztą ma powiedzieć policji, że jej syn planuje kolejne przestępstwo. Z zemsty za – jak uważa od pierwszego dnia odsiadki – zbyt wysoki wyrok.

Policja zresztą wie więcej. Niespełna miesiąc przed wyjściem na biurko policjantów z Gdańska trafia informacja, że Stefanowi W. kończy się wyrok. Trzy tygodnie później kolejne pismo. Oraz informacja, że W. chce po wyjściu jeździć po Polsce, na pewno wyjechać z Gdańska, w którym mieszkał i popełniał przestępstwa. Może będzie bezdomnym, nie wie jeszcze.

Kolegom w celi mówi więcej – tak, być może „zrobi coś wielkiego”. Ale w celi rozmawia się inaczej – czasem po prostu trzeba się chwalić.

Lekcja na przyszłość

Co dzieje się w policji z tą informacją?

Kiedy próbuję rozmawiać z rzecznikiem policji okazuje się, że jest na urlopie. Mogę oczywiście wysłać pytana mailem, lub na piśmie, ale nie wiadomo, jak szybko dostanę odpowiedź. A skoro – co już wielokrotnie przebrzmiało w mediach – policja nie zrobiła z tą wiedzą nic, to chcę zapytać dlaczego?

Choć policji zdarza się pilnować wychodzących więźniów, kontrolować ich – tak, żeby wiedzieli że cały czas ktoś patrzy im na ręce. Pokazywać się im. Tym razem sprawę odłożyli ad acta.

Czy gdyby Stefan W. wiedział, że jest obserwowany zdecydowałby się na popełnienie zbrodni na oczach tłumu? A może mając wątpliwość, czy częste kontakty z policją są faktem, czy może wytworem chorej wyobraźni, nie odstawiłby leków? Tego już nie sprawdzimy. Choć bezspornie może być dla policji lekcją na przyszłość. Szczególnie przed zbliżającymi się wyborami, kiedy osoby publiczne będą wystawione na szczególne ryzyko.

 

Prof. Krasnodębski: Budżet zależny od praworządności? Kraje UE nie powinny pozwolić sobie na takie ograniczenie wolności

Pomysł powiązania dostępu do funduszy UE ze stanem praworządności ma jedynie zdyscyplinować niewygodnie politycznie państwa. Unia ewoluuje w bardzo złym kierunku – mówi prof. Krasnodębski


Prof. Zdzisław Krasnodębski opowiada o przegłosowanym w czwartek przez Parlament Europejski stanowisku dotyczącym propozycji powiązania dostępu do funduszy UE ze stanem praworządności.

– Ta propozycja oznacza, że obydwa mechanizmy będą powiązane, a Komisja Europejska otrzymałaby dość arbitralną władzę w zawieszaniu wypłat z funduszy – zaznacza gość Poranka WNET. I dalej: – Nie jest to ostateczne stanowisko. Parlament udzielił mandatu do negocjacji z Radą, a tam może pojawić się mniejszość blokująca, więc końcowy efekt zależy od tych negocjacji. Zobaczymy czy rzeczywiście państwa członkowskie będą chciały się zgodzić na tak dalekie ograniczenie swojej suwerenności, swoich uprawnień – dodaje.

Zarówno PiS, jak i wielu węgierskim i włoskim deputowanym pomysł się nie podoba.

Powołano coś, przez co wolność narodów może należeć do przeszłości. Przy całej idei wspólnej integracji, to idzie w stronę odmowy dyskusji – twierdzi wiceprzewodniczący PE.

Jest również wiele państw, takich jak Francja czy Niemcy, które na pewno będą głosowały za tym pomysłem. Zdaniem gościa Poranka WNET jest niemało przykładów, pokazujących jak PE wykorzystuje swoją władzę do arbitralnych ocen już dziś.

W Polsce się zarzuca się naruszanie wartości europejskich albo zacieranie się podziału władzy, podczas gdy w Niemczech na wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego wybiera się polityka, który jest wiceszefem frakcji parlamentarnej a za dwa lata ma on zostać prezesem TK. Ten przykład pokazuj ewidentny wpływ polityczny na nominacje sędziów.

Jak dodaje gość Poranka WNET, takich przykładów można podawać tysiące:

– Myślę, że wpływ polityczny na tego rodzaju stanowiska jest zasadniczy. Nie znaczy to wcale, że Ci sędziowie nie mają pewnego stopnia niezależności i nie jest to stopień ani mniejszy, ani większy niż w Polsce. Również Polska demokracja nie różni się od innych demokracji w krajach zachodnioeuropejskich – mówi prof. Krasnodębski. – Pomysł powiązania dostępu do funduszy UE ze stanem praworządności ma jedynie zdyscyplinować niewygodnie politycznie państwa i świadczy o tym, że Unia ewoluuje w bardzo złym kierunku.

Zapraszam do wysłuchania całej rozmowy!

jn

 

 

Tomasz Sakiewicz: Istotą procesu przeciwko „Gazecie Polskiej” jest spór o zachowanie wolności prasy w Polsce [VIDEO]

To jest starcie trzeciej władzy, która chce zachować swoje przywileje, a czwartą władzą, która chce ochronić wolność prasy – mówi w Poranku Wnet Tomasz Sakiewicz redaktor naczelny „Gazety Polskiej”.


Dzisiaj przed sądem okręgowym w Warszawie przy al. Solidarności 127 o godzinie 10:00 w sali 221 ma zapaść wyrok w sprawie, jaką grupa sędziów Sądu Okręgowego w Krakowie wytoczyła tygodnikowi Gazeta Polska, za wywiad z premierem Mateuszem Morawieckim, ma zostać wydany wyrok w procesie wytoczonym przez sędziów redaktorowi naczelnemu tygodnika „Gazeta Polska” Tomaszowi Sakiewiczowi.

Na antenie Poranka Wnet do szczegółów procesu – Sędziowie postanowili w trybie prawa prasowanego, moim zdaniem bardzo mocno go nadużywając, zalać redakcję „Gazety Polskiej” żądaniami sprostowania słów opublikowanych w autoryzowanym wywiadzie z premierem Mateuszem Morawieckim. Gdybym miał wydrukować wszystkie zgłaszane sprostowania, to już nie starczyłoby miejsca na inne teksty. Takie działania zniszczyłyby gazetę, więc odmówiłem drukowania tych sprostowań, które zresztą często nijak się miały do treści opublikowanego wywiadu z premierem – podkreślił redaktor naczelny „Gazety Polskiej”.

Szczególnie bulwersująca jest sprawa zwolnienia z opłaty sądowej sędziów, którzy wnieśli oskarżenie – Jak twierdził przedstawiciel stowarzyszenia Iustitia sprawa została zwolniona z opłat z tytułu ustawy oświęcimskiej, czyli zapisów o szkalowaniu dobrego imienia narodu polskiego. Potem sędziowie starali się z tego wycofać – podkreślił Tomasz Sakiewicz, podkreślając, że działania sędziów przypominają sytuację, w której jakaś gazeta napisałaby tekst o gangu trzech hydraulików okradających domy, a następnie wszyscy hydraulicy chcieliby zamieścić sprostowanie w tym tytule, że to nie o nich chodzi, mówi redaktor naczelnych „Gazety Polskiej”.

To jest starcie trzeciej władzy, która chce zachować swoje przywileje, a czwartą władzą, która chce ochronić wolność prasy – podkreślił Tomasz Sakiewicz.

Tematem rozmowy była również sytuacja wymiaru sprawiedliwości – Źle się stało, że doszło do weta prezydenta, nie zależnie od tego, czy ta ustawa była dobra, czy zła. Gdybym ja przeprowadzał tę reformę, to nie ruszałbym pani profesor Gersdorf, ale zdecydowanie zmienił skład sądu najwyższego – podkreśla gość Poranka WNET.

Może nie trzeba było robić reformy sądów na 100 procent, tylko na 80, ale potem się nie wycofywać z przyjętych zapisów – zaznacza Tomasz Sakiewicz.

ŁAJ

Słomka: To fenomen! Europejski Trybunał Sprawiedliwość orzekł, że polskie sądy działały bezprawnie

O stanie polskiego sądownictwa, o stanie wojennym i o nierozliczonej przeszłości opowiada na antenie Radia WNET były opozycjonista Adam Słomka

 

Gościem Poranka WNET jest peerelowski opozycjonista Adam Słomka. Na antenie radia dwóch stolic opowiadał o swojej wygranej w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Unijny organ orzekł, że polski rząd ma wypłacić opozycjoniście z czasów PRL i byłemu posłowi KPN 15 tys. euro. Jest to rekompensata za dwa tygodnie, które spędził w więzieniu na Rakowieckiej za zakłócanie rozprawy sądowej.

To fenomen! Europejski Trybunał Sprawiedliwości jednogłośnie orzekł, że Sądy w Polsce działały bezprawnie, łamiąc standardy – komentuje były opozycjonista. Dodaje, że rząd powinien nagłaśniać ten wyrok, jako dowód na konieczność reform systemu sądowniczego. Słomka przypomina też, że w landach dawnego NRD nie mają dziś tego problemu, gdyż w 1989 wszystkich zaangażowanych w budowę systemu komunistycznego zwolniono z pracy.

Podczas procesu który wytoczyłem generałowi Jaruzelskiemu widziałem, że pracują w tym sądzie ci sami ludzie, którzy wydawali wyroki na mnie i na moich kolegów w czasie Stanu Wojennego.

Pytany o wspomnienia z czasów Stanu Wojennego, Słomka mówi, że jechał wtedy do Katowic jako wsparcie prawne dla górników z kopalni Wujek. – Spóźniłem się o dwie godziny. A co by było, gdybym się nie spóźnił…No cóż, Bóg jeden raczy to wiedzieć – wspomina. Zapowiada również, że jak co roku, odbędzie się protest pod willą generała Jaruzelskiego, potem zgromadzeni przejdą do willi generała Kiszczaka a na koniec przejdą pod dom żyjącego jeszcze generała Ciastonia, podejrzanego o sprawstwo kierownicze zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki.

MF

Mamy w Polsce konstytucję bolszewicką, spreparowaną przez mniejszość / Andrzej Jarczewski, „Kurier WNET” nr 54/2018

Konstytucja z roku 1997 nie jest komunistyczna ani postkomunistyczna. Jest bolszewicka i utrwala na całe pokolenia preferencje polityczne chwilowej większości, wyłonionej w wyniku wyborów z roku 1993.

Andrzej Jarczewski

Suweren, suzeren, papieren

Istotną w Europie XXI wieku różnicę między pojęciami ‘suWeren’ i ‘suZeren’ zdefiniowałem w 39 numerze „Kuriera WNET” (wrzesień 2017, str. 5). Teraz tylko przypomnę, że suWerenem w danym państwie jest jakiś podmiot Wewnętrzny (naród, parlament, król, dyktator itp.), natomiast suZeren zarządza danym państwem z Zewnątrz (w różnych zakresach takie funkcje wypełnia ONZ, UE, TSUE, a nawet Europejski Urząd Patentowy i… FIFA; suzerenami były też rządy państw kolonialnych względem krajów podbitych i oczywiście Moskwa względem demoludów). Polska ustawa zasadnicza mówi w art. 4.1., że „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”.

Jednocześnie konstytucja pomija fakt pełnej podległości krajowego futbolu (i całego sportu) zewnętrznym ośrodkom decyzyjnym. To się dzieje niejako obok konstytucji, ale za powszechną naszą akceptacją. Jednakże akceptacji by nie było, gdyby światowa organizacja piłkarska próbowała nam regulować wewnętrzne sprawy małżeńskie, podatkowe, sądownicze czy choćby lekkoatletyczne.

Na szczęście chwilowo FIFA nie ustala wieku emerytalnego swoich kumpli. To jednak może się zmienić, jeżeli zgodzimy się na władzę suzerena nad dowolnie wybranym aspektem jego interesów i sympatii, a coś takiego może się stać na mocy np. art. 9 Konstytucji RP: „Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego”.

Brzmi to niby groźnie, ale ktoś jednak musi w ostatecznej instancji orzec, które prawa międzynarodowe są dla Rzeczypospolitej wiążące przymusowo, a które dobrowolnie. W tej sprawie wypowiedział się niegdyś Trybunał Konstytucyjny (jeszcze za czasów prezesa Safjana), który orzekł był, że nasza konstytucja jest jednak prawem nadrzędnym. Nic tedy, co sprzeczne z konstytucją, nie może mieć dla Polski mocy wiążącej ręce, nogi i umysły. Ja dodaję do tego żądanie, by – pod rygorem nieważności – wszystkie akty „wiążącego Polskę prawa międzynarodowego” były enumeratywnie wymienione w załączniku do konstytucji, a kolejne dołączane tylko po zatwierdzeniu przez sejm, senat, prezydenta i TK. W przeciwnym razie w worku oklejonym etykietą „prawo międzynarodowe” możemy kupić raz łagodnego kotka, raz wściekłego szakala, raz przebiegłą sztuczkę prawniczą, a raz nawet samego Timmermansa i jego polonofobiczny grill.

Konstytucja w roli suwerena

Teoria „umowy społecznej” zakłada, że istniejąca w danej epoce forma władzy jest akceptowana przez społeczeństwo dlatego, że zostało zawarte jakieś uzgodnienie, na mocy którego dana społeczność oddaje się pod władzę suwerena lub na pewien czas pozwala mu decydować w konkretnych sprawach. Według Hobbesa – umowa jest nierozwiązywalna, nawet jeżeli zawierali ją nasi przodkowie, nawet jeżeli warunki zmieniły się diametralnie. Inni teoretycy byli mniej kategoryczni, a praktycy każdą umowę albo zmieniali, albo uchylali, albo po prostu łamali. Nie ma na świecie ani jednej umowy społecznej, która by obowiązywała niezmiennie i wiecznie.

Zmieniają się również konstytucje. Moment radykalnej zmiany konstytucji następuje wtedy, gdy zmienia się społeczeństwo w swej dominującej części. Zazwyczaj dzieje się to po zakończeniu większej wojny lub rewolucji, a mniejsze modyfikacje są konieczne częściej, gdy wydarzyło się coś jakościowo ważnego dla ludzi.

W Polsce coś niecoś w XXI wieku się wydarzyło. Dorosło pokolenie, urodzone w niepodległości! Konstytucja pisana przez polityków wychowanych w komunistycznej niewoli jest po prostu nieświeża.

Ponadto nie dostrzega otwartych granic, cywilizacji smartfonowej, e-handlu, wolnego czasu, łatwości podróżowania, zagrożeń ekologicznych, terrorystycznych itd. Dziś w Polsce mamy inne społeczeństwo niż 25 lat temu. Jesteśmy lepiej wykształceni, zamożniejsi, bezpieczniejsi. Należy się więc nam konstytucja aktualna, odpowiadająca stanowi naszej zbiorowej świadomości.

Zmiana konstytucji to jednak skomplikowana operacja. Zwykle starego tekstu bronią ci, którzy zdążyli się ustawić i teraz chcą, „żeby było tak, jak było”. Długotrwała obrona sprawia, że konstytucja staje się trzecim czynnikiem władzy (oprócz suwerena i suzerena), bo na jedne rzeczy pozwala, a innych trwale zakazuje. Jeśli przez pewien czas konflikt rozgrywał się między suwerenem a suzerenem, czyli między wewnątrzkrajowymi a zagranicznymi ośrodkami dyspozycji politycznej, to teraz włącza się jeszcze konflikt między starym a nowym. Historia uczy, że im dłużej taki konflikt trwa, tym głębsze zmiany muszą nastąpić po nieuchronnym zwycięstwie „nowego” nad papierowym (papieren) duchem przeterminowanej konstytucji.

Ulicznice i zagranice

Każda ustawa jest wyrazem interesów lub ideologii grupy sprawującej władzę w dniu jej uchwalenia. Ustawa zasadnicza nie tylko służy owej grupie i jej sojusznikom, ale przedłuża korzyści z niej czerpane na czasy, gdy władzę przejmuje nowe pokolenie lub nowa siła społeczna. W każdej konstytucji są ustalenia bezsporne, zasługujące na długie trwanie. Gdyby były tylko takie – można by przez sto lat niczego nie zmieniać. Zawsze jednak ktoś próbuje przy okazji uchwalania konstytucji upiec swoją prywatną, korporacyjną czy kastową pieczeń, a ta psuje się dość szybko.

W III RP najlepiej swoje interesy zabezpieczyła „kasta nadzwyczajna” – sędziowie. Oni znali sztuczki prawne, a naród był zajęty poważniejszymi (w danej chwili) problemami. Wprowadzili więc nasi sędziowie cichcem takie zapisy i taką później budowali linię orzeczniczą, że do tej pory żaden komunistyczny zbrodniarz w todze nie został ukarany. Prawnicy bronią kilku tego rodzaju linii nadal, nie cofając się przed takimi działaniami za granicą, na które istnieje tylko jedna nazwa: „zdrada”!

Tymczasem odpowiedzialność przejmuje nowe pokolenie, które ze swej istoty wymaga odświeżenia całego prawodawstwa, łącznie z konstytucją i prawem międzynarodowym, zbyt ciasno „wiążącym” Polskę. Może to polegać na powtórzeniu bardzo wielu zapisów w niezmienionym kształcie, ale nie dlatego, że „ma być tak, jak było”. Konieczny jest przegląd, który dobre rzeczy pozostawi bez zmian, inne trochę zmieni, by dostosować je do epoki, niektóre odrzuci, doda nowe i wszystko poukłada zgodnie z duchem czasów. Przypomnijmy, że twórcy konstytucji przyjętej w roku 1997 pracowali nad nią kilka lat w epoce, gdy internet traktowano jako zabawną ciekawostkę. Do konstytucji nie przeniknęło z tej strony absolutnie nic. A teraz skleconej wtedy drewutni bronią polskie ulicznice i antypolskie zagranice.

Związane umysły

Najciekawsze, że główne historyczne „umowy społeczne” nie zostały nigdy spisane. Przykładem niech będzie słynne „słowo honoru” Józefa Piłsudskiego, na mocy którego 30-tysięczny garnizon niemiecki opuścił bezpiecznie Warszawę, pozostawiając nam sprzęt i uzbrojenie. Dla Polaków było to ich własne „słowo honoru”. Inny przykład stanowi tzw. umowa z Magdalenki. Ja akurat uważam, że pacta sunt servanda – umów należy dotrzymywać. Ci, którzy umawiali się w Magdalence, powinni przestrzegać podjętych przez siebie zobowiązań.

Podobno główny punkt brzmiał: „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Jeśli nawet tak było, jeśli wywołuje to dziś odruch wymiotny, należy się z tym pogodzić. Ileż w przeszłości zawierano podobnych paktów, zapobiegając tym wojnie domowej! Ci, którzy to uzgadniali, powinni realizować zobowiązania. Ale nie wiąże to nikogo więcej.

Przecież nie ma takiej deklaracji na piśmie. Nikt niczego nie podpisał w imieniu narodu i wszystkich przyszłych pokoleń! W szczególności – magdalenkowe zobowiązanie nie wiążą rąk, serc ani umysłów historykom współczesności, których bezwzględnym obowiązkiem jest dociekanie prawdy i publikowanie wyników.

Sposób zawarcia umowy społecznej ma znaczenie! Jeżeli zawarto ją „pod stołem”, należy ten stół podnieść i – dla higieny – sprawdzić, czy nie pozostały tam jakieś nieobgryzione kości. Przypomnę tu stanowisko Kanta, który głosił, że człowiek podlega tylko takim prawom, w stanowieniu których – choćby symbolicznie – brał udział jako prawodawca.

Co to jest ‘bolszewizm’

10 listopada 2018 roku, w przeddzień naszego największego święta narodowego, pojawił się w Łodzi były premier, a dziś pretendent do roli suzerena – Donald Tusk – by zepsuć Polakom święto i kolportować obelgi pod adresem tych, których nie lubi. Obecną większość rządzącą nazwał ‘bolszewikami’, co świadczy nie tylko o zacietrzewieniu „króla Europy”, ale też o zwykłej niewiedzy magistra historii. Trzeba więc przypomnieć, skąd się wzięła nazwa „bolszewicy”.

Otóż w roku 1903 w Londynie na II Zjeździe Socjaldemokratycznej Partii Robotników Rosji doszło do głosowania nad kwestią (pomijając szczegóły), czy władza kierownictwa nad partią ma być absolutna, czy też członkowie mogą wygłaszać własne poglądy. Lenin, reprezentujący nurt zamordystyczny, przegrał to głosowanie 22 do 28. Jednakże przyszły wódz rewolucji w ogóle kwestionował demokrację i nie uznał tego wyniku. Nie miał sił, by poprzez kolejne głosowania odwrócić ustaloną decyzję, rozpoczął więc walkę podjazdową i stosował na Zjeździe różne przykre szykany wobec przeciwników głównego punktu ideologii komunizmu, którym jest jedynowładztwo, nazwane później zabawnie ‘centralizmem demokratycznym’.

Parę dni po tym głosowaniu nastąpił zaskakujący przełom. Kilku bardziej umiarkowanych towarzyszy obraziło się na Lenina i jego popleczników. „Demokraci” nie wytrzymali ciśnienia i… wyjechali z Londynu. Opuścili pole bitwy o demokrację wewnątrzpartyjną! Kilku następnych straciło ducha i w rezultacie zamordyści znaleźli się przez chwilę w większości. To Leninowi wystarczyło. Zastosował w praktyce hasło, znane z późniejszych przemówień komunistów: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy!”.

Ci, którzy pozostali i w ten sposób podstępnie zdobyli chwilową większość, nazwali się ‘bolszewikami’. Lenin wraz z nimi ustanowił się kierownictwem i zastosował zasadę, którą Zjazd uprzednio odrzucił: „kierownictwo ma zawsze rację!”. Uniemożliwił w ten sposób działanie partyjnej opozycji, później systematycznie odsuwanej na boczny tor. Jednych i drugich po latach pogodził Stalin, który z równą starannością mordował tak bolszewików, jak i mieńszewików.

Przypomniałem tę historię, by zwrócić uwagę na znaczenie terminu ‘bolszewik’. Otóż bolszewikiem niekoniecznie jest komunista, bolszewikami nie są również ci, którzy w demokratycznym głosowaniu uzyskali większość i sprawują władzę.

Bolszewikiem jest ten, kto raz przypadkowo lub w wyniku podstępu zdobył chwilową większość, by osiągnąć rozstrzygnięcie trwalsze niż owa większość.

Tusk na białym kasztanie

Dziś bardzo ważne jest poprawne operowanie terminologią, bo na tym (terminologicznym) terenie toczy się zaciekła wojna hybrydowa. Nacjonalistycznych socjalistów nazywają faszystami, a wspaniały polski Marsz Niepodległości prezentowany jest w polonofobicznych mediach jako incydent antyeuropejski. Patriotyzm nazywany jest nacjonalizmem, a nacjonalizm nazizmem. Zostawmy więc bolszewikom to, co bolszewickie, a komunistom to, co komunistyczne.

Warto też przypomnieć, że Platforma Obywatelska władzę straciła wskutek zdrady swojego przywódcy Donalda Tuska, który cichcem, oszukując współtowarzyszy, czmychnął pilnować europejskiego żyrandola. Gdyby nie to – prezydentem by nadal był Komorowski, a PiS trwałoby w opozycji. Tusk zachował się jak kapitan Schettino, który uciekł z tonącego okrętu. Różnica jest taka, że Schettino już odsiaduje karę 16 lat więzienia za zdradę swoich podopiecznych, a Tusk jeszcze swoich popleczników bawi rzucaniem obelg pod adresem tych, z którymi demokratycznie przegrał.

Przedsiębiorstwo „Dyfamacja”

Piszę to pod świeżym wrażeniem występku Tuska i jeszcze nie wiem, jak to zostanie zdyskontowane przez media zagraniczne. Niewykluczone, że „Akcja Dyfamacja” jest projektowana i sterowana globalnie, a Tusk zrealizował tylko zamówienie. O tym dowiemy się później, ale już dziś widzimy nadzwyczajną aktywność niemieckich mediów polskojęzycznych w przykrywaniu polskiego święta narodowego antypolskimi brudami. Przedsiębiorstwo „Dyfamacja” działa.

Tusk słusznie przestrzega swoich akolitów, że już tu nie przyjedzie na „białym kasztanie”. Jego wieloletnia antypolska zajadłość zostanie z pewnością nagrodzona bardziej lukratywną fuchą.

(Dopisek z 12 listopada. Właśnie Tusk robi woltę, pisząc na Twitterze: „Wszyscy uznali, że to było o PiS […], a to było o bolszewikach”. Tusk oczywiście nie jest idiotą. On doskonale wiedział, co w tej sprawie „uznają wszyscy”, wiedział, co pójdzie w świat. Obłudne dementi po dwóch dniach jest tylko potwierdzeniem najgorszych intencji, a przy okazji – kpiną z „wszystkich” z wyjątkiem prawdziwych bolszewików, bo Tusk nie wskazał, których bolszewików mają pokonać jego słuchacze).

Konstytucja bolszewicka

Wbrew niektórym poglądom twierdzę, że konstytucja z roku 1997 nie jest ani komunistyczna, ani nawet postkomunistyczna. To jest konstytucja bolszewicka, utrwalająca na całe pokolenia preferencje polityczne chwilowej większości, wyłonionej w wyniku wyborów z roku 1993. Wtedy to z polskiego sejmu wyeliminowane zostały prawie wszystkie partie prawicowe nie z braku społecznego poparcia, ale wskutek działania nowej ordynacji wyborczej. Partie lewicowe zdołały wykorzystać tę ordynację i połączyły siły, natomiast prawica poszła w rozproszeniu i przegrała z kretesem: nie z lewicą, ale z ordynacją.

Rezultatem kompromitującego błędu przywódców prawicowych był skrajnie niereprezentatywny parlament, w którym przystąpiono do pracy nad nową konstytucją. 2 kwietnia 1997 roku tę konstytucję uchwaliło zdominowane przez lewicę Zgromadzenie Narodowe. Zaczęła ona obowiązywać 17 października 1997 roku. Przypomnijmy, że już 21 września 1997 odbyły się wybory, w których zwyciężyła Akcja Wyborcza Solidarność. Można mieć pewność, że gdyby poprzednie Zgromadzenie Narodowe ociągało się nieco dłużej z przyjęciem tej konstytucji, następny projekt wyglądałby zupełnie inaczej. Frekwencja w referendum konstytucyjnym (1997) wyniosła niespełna 43%, a zaledwie 53% głosujących było „za”.

Tak oto chwilowa drobna większość zaowocowała marną, pełną błędów i wewnętrznych sprzeczności ustawą zasadniczą, obowiązującą do dziś i do nie wiadomo którego jutra.

Czy TK jest sądem?

Sprzeczności posiane w Konstytucji łatwo prześledzić na przykładzie nominalnych i faktycznych uregulowań dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli ktoś doczyta tę Konstytucję tylko do art. 10.2., dowie się, że (nominalnie): „Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały”.

Kto na tym poprzestanie, może mniemać, że władzę sądowniczą – oprócz sądów powszechnych, wojskowych i administracyjnych – sprawuje również Trybunał Stanu i Trybunał Konstytucyjny. Zobaczmy więc, co na ten temat mówią dalsze artykuły i jak to się realizuje w teorii i praktyce. A gdy mowa o praktyce, musimy pominąć Trybunał Stanu, bo go w praktyce nie ma. Pozostaje nam Trybunał Konstytucyjny, o którym Konstytucja mówi rzeczy dość niespodziewane, a praktyka – zaskakujące. (Pisownię podporządkowuję tu ortografii konstytucyjnej, która w art. 10 pisze o ‘trybunałach’ małą literą, a dalej o każdym ‘Trybunale’, o ‘Konstytucji’ i o ‘Prezydencie’ – wielką).

W sądzie pracują sędziowie. Tymczasem w Trybunale Konstytucyjnym chyba tylko prezes Julia Przyłębska większą część swojej kariery zawodowej przepracowała w todze sędziowskiej. Pozostałe osoby (z nazwy: sędziowie TK) wywodzą się ze środowisk naukowych, adwokackich i esbeckich, ale o praktyce sędziowskiej posiadają wiedzę tylko teoretyczną. Ten stan rzeczy odzwierciedla intuicję prezydentów (podpisujących nominacje), że w TK wykonuje się inną niż sędziowska pracę. A że ta intuicja jest poprawna, dowodzą dalsze artykuły konstytucyjne.

Np. art. 79 mówi o zgodności z Konstytucją ustawy lub innego aktu normatywnego (PT Czytelnika proszę o przestudiowanie pełnego tekstu wskazanych artykułów; nie mogę tu zamieścić całej Konstytucji). Otóż badanie zgodności dokumentów nie jest sądzeniem. Przynajmniej w tym sensie, o jakim pisał przywoływany często Monteskiusz. Trójpodział władz został wymyślony w epoce, gdy, owszem, trybunały rewolucyjne się pojawiały, ale operowały one we Francji raczej gilotyną (dla tych, którzy chcieli, żeby było tak, jak było), a w Polsce – szubienicą (dla zdrajców).

Powoływanie się na Monteskiusza jest intelektualnym oszustwem. Dziś w żadnym kraju jego postulaty nie są realizowane ściśle, choć – co do zasady – w każdym państwie prawnym, w tym oczywiście i w Polsce, są uważane za teoretycznie słuszne.

Po prostu życie jest bardziej skomplikowane w praktyce XXI wieku niż w teorii wieku XVIII, kiedy to podstawowym zadaniem filozofów było odebranie władcom absolutnym prawa mordowania i grabienia tych, których ci władcy nie lubili.

TK w legislacji i polityce

Art. 122.3. konstytucji mówi, że Prezydent RP może zwrócić się do TK przed podpisaniem ustawy, by rozwiać pewne wątpliwości. Ale – uwaga(!) – Prezydent Rzeczypospolitej nie może odmówić podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z Konstytucją. Mamy tu oczywisty dowód udziału Trybunału właśnie w procesie legislacyjnym, a nie w takim sądzeniu, które by podpadało pod wspomniany „trójpodział władz”. Różne aspekty tego samego zagadnienia regulowane są w następnych punktach przywołanego artykułu 122.

Kolejny fragment Konstytucji – a nie pomijam żadnego, mówiącego coś o TK – to art. 131, który ustala kompetencje Trybunału w sytuacji, gdy Prezydent RP z takich czy innych powodów nie może pełnić swoich obowiązków. Tu Trybunał Konstytucyjny występuje wręcz w funkcji wykonawczej, bo wydaje pewne decyzje bieżące, zarządza sytuacjami nadzwyczajnymi, a rząd ani sejm nie może tych decyzji wykonawczych podważyć.

Czytamy teraz art. 133 Konstytucji. Prezydent może zwrócić się do Trybunału w sprawie zgodności z Konstytucją każdej, wymagającej ratyfikacji, umowy międzynarodowej.

Trybunał Konstytucyjny może więc uczestniczyć w szeroko rozumianej polityce zagranicznej, a to już naprawdę nie jest sądzeniem w sensie monteskiuszowskim i nie podpada pod żaden trójpodział. Jest czystą polityką, co w demokracji oznacza, że TK podlega regułom demokracji. Nie stoi NAD demokracją!

Dla porządku odnotuję jeszcze istnienie drobnych wzmianek o TK w artykułach 144, 186 tudzież 224 i przechodzę do zasadniczego – dla omawianego tematu – rozdziału VIII. Już sam tytuł tego rozdziału: SĄDY I TRYBUNAŁY mówi, że coś jednak różni sądy i trybunały. Potwierdzają to kolejne artykuły, choć nadal utrzymuje się fikcja nominalna, wyrażona w art. 173 następująco: Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Tu akurat wyraz ‘Trybunały’ pisany jest wielką literą, więc pozostaję wierny ortografii konstytucyjnej, a to drobne odejście od ortografii stosowanej w art. 10 odnotowuję jako przykład pewnej niespójności Konstytucji. Jak się za chwilę okaże – cytowany na wstępie nominalistyczny art. 10.2 jest niespójny z całą Konstytucją nie tylko pod tym względem.

TK nie należy do… wymiaru sprawiedliwości!

Niby „Sądy i Trybunały są władzą” (art. 173), ale jedyną cechą wspólną obydwu tych konstrukcji prawnych jest to, że zarówno Sądy, jak i Trybunały wydają wyroki (art. 174). Poza tym i pewną prawniczą procedurą różni je wszystko, co istotne. Najdobitniej wyraża to art. 175.1.: Wymiar sprawiedliwości w Rzeczypospolitej Polskiej sprawują Sąd Najwyższy, sądy powszechne, sądy administracyjne oraz sądy wojskowe. Konstytucja wyraźnie więc mówi, że Trybunał Konstytucyjny nie jest instytucją wymiaru sprawiedliwości! Nie jest sądem! Konstytucja wzmacnia to kolejnymi artykułami. Oto art. 176.1.: Postępowanie sądowe jest co najmniej dwuinstancyjne. Przecież dwuinstancyjności nie ma w Trybunale Konstytucyjnym. Wyroki TK są ostateczne (art. 190). Również w art. 187 o Krajowej Radzie Sądownictwa nie ma wzmianki o TK, który – rzecz jasna – do sądownictwa nie należy.

Potwierdzają to kolejne artykuły Konstytucji (188-197), które dotyczą już tylko TK i nie dotyczą sądownictwa. W tym katalogu jest m.in. art. 193: Każdy sąd może przedstawić Trybunałowi Konstytucyjnemu pytanie prawne co do zgodności aktu normatywnego z Konstytucją (…). Z natury rzeczy relacja odwrotna nie zachodzi. Sądy sądzą, a Trybunał Konstytucyjny bada zgodność z Konstytucją dokumentów, wymienionych w art. 188. Ponadto TK rozstrzyga jeszcze (art. 189) spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi organami państwa, czyli jednak niekiedy coś rozsądza.

TK jest trójwładzą

Z tego najkrótszego przeglądu Konstytucji RP wynika, że współczesny Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak KRS, jest dość skomplikowanym tworem prawnym. Jeśli pominąć mylące kwestie nazewnicze, okaże się, że TK łączy w sobie pewne znamiona różnych władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Nie można nawet mówić o przewadze jednej funkcji nad inną, bo w konkretnych sytuacjach Trybunał Konstytucyjny występuje jako suweren. W krytycznym momencie może to zadecydować nawet o ciągłości istnienia legalnych władz państwowych (tego rodzaju ważny punkt zawierała przedwojenna konstytucja w – teoretycznie nieistotnej – sprawie przekazywania prezydentury w okolicznościach nadzwyczajnych).

Konstytucja z roku 1997 ma już ponad 20 lat i ujawniła wszystkie swoje dobre i złe strony. Powinna być w niedługim czasie zastąpiona dokumentem lepszym.

Nie wiem, czy przyszła Konstytuanta utrzyma takie relikty epoki jaruzelskiej jak konfliktogenny Trybunał Konstytucyjny i pozorancki Trybunał Stanu. Na pewno nie powinna zawierać aż tak rozdmuchanych zapisów, gwarantujących „nadzwyczajnej kaście” różne przywileje.

Inne, ogólnikowo potraktowane działy sprawiają wrażenie drobnych uzupełnień w dokumencie, który w istocie sędziowie napisali dla siebie i pod siebie.

Nie miejsce tu na projektowanie konkretnych rozwiązań. Konstytucję mamy i musimy jej przestrzegać. Ale powinniśmy też jakoś wiedzę o tej Konstytucji przekazywać politykom europejskim, którzy wygadują dyrdymały, jakoby w Polsce nie przestrzegano trójpodziału władz. Już samo postawienie takiego zagadnienia świadczy o nieznajomości problemu. Albo o złej woli.

Mamy więc konstytucję bolszewicką, spreparowaną przez mniejszość, która przez pewien czas w pewnym miejscu była większością. Polityczne i medialne ośrodki antypolskie nie mogą już zbyt otwarcie pełnić względem Polski funkcji prawodawcy zewnętrznego, czyli suzerena. Znalazły więc w konstytucji z roku 1997 suzerena zastępczego, blokującego naprawę Rzeczypospolitej. Na szczęście ten suzeren, nawet jeżeli wygląda jak suweren, jest tylko papieren.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Suweren, suzeren, papieren” znajduje się na s. 1 i 5 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Suweren, suzeren, papieren” na s. 1 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wałęsa: „Przepraszam pana Jarosława Kaczyńskiego (…) Naruszyłem jego godność osobistą (…)” – Sąd wydał wyrok

Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał wyrok w sprawie, o słowa o Katastrofie Smoleńskiej. Wałęsa ma publicznie przeprosić Jarosława Kaczyńskiego. Jednak, jak zapewnia rzecznik Wałęsy, ten wyroku nie wykona…

Wcześniej były prezydent  i – jak wynika z dokumentów znalezionych w domu gen. Czesława Kiszczaka, ostatniego szefa komunistycznego MSW, przedtem szefa WSW – tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa ps. „Bolek”, deklarował publicznie, że winę za Katastrofę Smoleńską ponosi w pełni Jarosław Kaczyński. „Jarosław Kaczyński podczas lotu samolotu z polską delegacją do Smoleńska, mając świadomość nieodpowiednich warunków pogodowych, kierując się brawurą, wydał polecenie, nakazał lądowanie, czym doprowadził do katastrofy lotniczej w dniu 10 kwietnia 2010 r.” – informował Wałęsa.

Sąd Okręgowy przygotował nawet treść oświadczenia, jakie Wałęsa będzie musiał publicznie złożyć. Brzmi ono tak:

„Przepraszam pana Jarosława Kaczyńskiego za to, że w moich wypowiedziach publicznych w okresie od kwietnia 2015 do maja 2017 roku sformułowałem wobec niego zarzuty, że Jarosław Kaczyński mając świadomość nieodpowiednich pogodowych panujących podczas lotu polskiej delegacji do Smoleńska wydał polecenie nakazania lądowania samolotu, czym doprowadził do katastrofy lotniczej 10 kwietnia 2010 roku, a swoimi późniejszymi działaniami zmierzał do przerzucenia odpowiedzialności za katastrofę smoleńską na inne osoby. Tymi słowami naruszyłem dobre imię i godność osobistą pana Jarosława Kaczyńskiego.

Lech Wałęsa”.

Jednak Lech Wałęsa nie uznaje wyroku Sądu i nie ma zamiaru go wykonać.

– Prezydent Wałęsa, tak jak wcześniej zapowiadał, odwoła się do Trybunału w Strasbourgu – informuje Mirosław Szczerba, rzecznik Lecha Wałęsy. Dodaje, że to nie Wałęsa, ale „prezydenta Lecha Wałęsę mają przeprosić”.

Bartłomiej Wróblewski, poseł PiS: Nasz klub z niechęcią zagłosował za ostatnią nowelizacją ustawy o Sądzie Najwyższym

Reforma wymiaru sprawiedliwości, którą zamierzamy rozpocząć, nie jest nawet jeszcze w połowie. Przed nami jeszcze kilka nowelizacji, zanim naprawimy polskie sądownictwo – wskazuje polityk PiS.

 

Na ostatnim posiedzeniu Sejmu posłowie przegłosowali kolejną nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, która przywraca do orzekania sędziów, przeniesionych w stan spoczynku w wyniku obniżenia wieku emerytalnego wprowadzonego przez rządzących w ramach poprzedniej nowelizacji. Wycofanie się z planów reformy pod groźbą wprowadzenia sankcji wobec Polski w wyniku niewykonania zabezpieczenia TSUE, spotkało się z krytyką części posłów Prawa i Sprawiedliwości.

O reakcjach części parlamentarzystów PiS mówi w Poranku Wnet dr Bartłomiej Wróblewski, poseł rządzącej partii: Myślę, że w przyszłości trzeba będzie zachować pewną roztropność w przeprowadzaniu reform, zwłaszcza w sprawach personalnych, bo wtedy wzmacnia się szanse na przetrwanie innych zmian. (…) Jako klub nie byliśmy szczęśliwi, że musieliśmy przegłosować nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym.

Poseł Wróblewski podkreśla również, że wiele udało się z reformy zrealizować, a przyjęcie ustawy o składaniu jawnych oświadczeń majątkowych sędziów będą wpływać na ograniczenie procederu łapownictwa w sądownictwie, również procedura losowania sędziów do spraw będą budować zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. Gość Poranka Wnet wskazuje, że „trzeba podkreślić, że obecne jesteśmy w jeden trzeciej, może w połowie, tego, co zamierzaliśmy zrobić w ramach reformy sądownictwa. Przed nami zmiany w procedurach cywilnej i karnej oraz w Krajowym Rejestrze Sądowym. Czyli w tych ustawach, których regulacji sprawiają, że sądy działają wolno”.

W piątkowym Naszym Dzienniku opublikowany został artykuł wskazujący, że kwestia ochrony życia będzie istotna dla sukcesu wyborczego partii rządzącej w nadchodzących wyborach. Prawo i Sprawiedliwości przez ostatnie trzy lata nie przeprowadziło ustawa rozszerzającej ochronę życia. Wobec braku zgodny, na przeprowadzenie nowelizacji prawa przez Sejm, ponad stuosobowa grupa posłów konserwatywnych rok temu złożyła wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o sprawdzenie zgodności obecnej ustawy aborcyjnej z Konstytucją. Zdaniem gościa Poranka Wnet, który podpisał się pod wnioskiem, najwyższy czas, aby Trybunał zajął się przedłożoną kwestią: Sprawa uznania aborcji eugenicznej za sprzeczną z zapisami ustawy zasadniczej wpłynęła do Trybunału Konstytucyjnego już rok temu. To jest już długo i czekamy na orzeczenie Trybunału w tej kwestii. Orzeczenie, które przetnie wszystkie wątpliwości – podkreśla Wróblewski.

Z dr. Bartłomiejem Wróblewskim rozmawiamy również o aktualnej sytuacji międzynarodowej. – Agresywna polityka Rosji pokazuje, że w przypadku budowy gazociągu Nord Stream II to Polska miała racje. Ten projekt, nie tylko budzi nasz sprzeciw, ale również bardzo mocno dzieli Unię Europejską. Nie można oddzielać budowy gazociągu po dnie Bałtyku od innych działań Rosji wobec naszego regionu – deklaruje.

Poseł PiS odnosi się również w rozmowie z Antonim Opalińskim do listu w obronie stacji TVN, jaki ambasador USA wystosowała do Prezydenta, Premiera i ministra spraw wewnętrznych i administracji: Nie ma co przesadzać z reakcjami, nasze stanowisko jest jasne, uważamy, że rolą ambasadora jest budowanie relacji między państwami, ale nie powinni prowadzać polityki, tylko budować pole do współpracy – mówi.

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy!

ŁAJ

Jacek Rostowski i Sławomir Nowak pod sąd. Jest decyzja komisji śledczej ds. VAT o wysłaniu zawiadomienia do prokuratury

Zawiadomienie zostało złożone, ponieważ istnieją poważne przesłanki, że politycy Platformy nie dopełnili obowiązków – mówi dla Radia Wnet wiceprzewodniczący komisji Kazimierz Smoliński.

Komisja śledcza ds. VAT podjęła decyzję o zawiadomieniu prokuratury ws. możliwości popełnienia przestępstwa przez byłego wicepremiera i ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego i byłego ministra transportu, budownictwa i gospodarki wodnej Sławomira Nowaka.

Zawiadomienie dotyczy podejrzenie popełnienia czterech przestępstw: przekroczenia uprawnień, ujawnienia informacji służbowych, doprowadzenia do straty w mieniu państwa i niedopełnienia obowiązków.

Podstawą zawiadomienia są zeznania byłej wiceminister prof. Elżbiety Chojny-Duch, która w czasie przesłuchania przed sejmową komisją śledczą ds. VAT wskazywała na nieprawidłowości przy tworzeniu ustaw podatkowych.

Jak podkreśla wiceprzewodniczący komisji śledczej, zawiadomienie zostało wystosowane, ponieważ istnieją poważne przesłanki, że politycy Platformy nie dopełnili obowiązków lub też narazili skarbu państwa na straty. Niedopełnienie obowiązków to między innymi dopuszczenie do informacji, które są chronione tajemnicę służbową i tajemnicą skarbową społecznego doradcy, który na serwerze zagranicznym wysłał maila do pracowników Ministerstwa. Do tego, jak się okazało społeczna doradczyni ministra Rostowskiego, działała poza wiedzą pani minister Chojny-Duch, która sama się o tym dowiedziała dopiero na przesłuchaniu przed komisją.

Posłowie PiS zasiadający w komisji podkreślają, że zaznania prof. Chojny-Duch mają potwierdzenie w dokumentach przekazanych przez ministerstwo finansów, jak chociażby maile, które przesyłała do pracowników ministerstwa Joanna Hayder, będąca społecznym doradczą ministra Rostowskiego i pracownikiem wielkiej zagranicznej spółki doradztwa podatkowego.

Jak zaznacza poseł Smoliński trudno podważyć wiarygodność prof. Chojny-Duch, ponieważ na początkowym etapie sprzeciwiała się zapisom ustawy, a dopiero w końcowym etapie jej procedowania po decyzji ministra, zobowiązania była ją popierać.

Zdaniem opozycji wniosek ma charakter czysto polityczny i nie opiera się na merytorycznych przesłankach. Jak zaznaczył Mirosław Pampuch z Nowoczesnej, złożenie wniosku jest zdecydowanie przedwczesne, ponieważ najpierw komisja powinna przesłuchać ministrów Rostowskiego i Nowaka, a dopiero później wysyłać zawiadomienia do organów ścigania.

Posłowie opozycji zgłaszali obawy, że zgłoszenie zawiadomienia do prokuratury może zdestabilizować prace komisji, a nie będą mogli składać pełnych zeznań przed komisją. Żadnych podstaw do takich obaw nie widzi Kazimierz Smoliński z PiS, podkreślając, że — to nie zmienia statusu tych osób, które będą przesłuchiwanej. Jestem spokojny, że 10 grudnia dojdzie do przesłuchania pana ministra Jana Vincent Rostowskiego – klaruje wiceprzewodniczący komisji śledczej.

Przedstawiciel opozycji w komisji śledczej z Nowoczesnej przyznaje, że pozycja, jaką w ministerstwie zajmowała Joanna Hayder miała charakter nadzwyczajny, ale podobnych doradców mieli również wiceministrowie w tym prof. Elżbieta Chojna-Duch.

ŁAJ