Dmytro Antoniuk: w niedzielę został poczyniony wielki krok w stronę pojednania polsko-ukraińskiego

Prezydenci Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski/ Foto. Jakub Szymczuk/ KPRM

Korespondent Radia Wnet na Ukrainie o wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie, brataniu się Ukraińców i Polaków oraz o sytuacji na froncie.

Dmytro Antoniuk podsumowuje wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie. Ocenia, że przyczyni się ona do bardzo daleko idącego zacieśnienia więzi między obu państwami.

Korespondent uwypukla odwagę polskiego prezydenta, oraz wściekłość, jaką wywołała na Kremlu jego wizyta.

Jak wskazuje rozmówca Łukasza Jankowskiego, między polskim podejściem do Ukrainy a postawą tzw. starej Europy, występuje bardzo głęboka różnica.

Dmytro Kuleba podkreślił, że jego kraj chce był pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i nie zadowoli się zamiennikami.

Gość Poranka Wnet wskazuje, że Andrzej Duda w swoim wystąpieniu stwierdził, iż chciałby widzieć Ukrainę jako część Międzymorza.

Czytaj także:

Andrzej Duda w ukraińskim parlamencie: Polska zrobi wszystko, co może, by pomóc Ukrainie stać się członkiem UE

Dmytro Antoniuk podkreśla, że Ukraińcy i Rosjanie nie są bratnimi narodami. Ci pierwsi coraz bliżej zaś są Polaków. Wskazuje, że Ukraińcy przypominają sobie wspólne dzieje z Polakami.  Wykonywane są gesty w duchu pojednania między oboma narodami.

Nasz korespondent sądzi, że dobrym krokiem byłoby zniesienie zakazu ekshumacji w Galicji i na Wołyniu. Rozmówca Łukasza Jankowskiego przedstawia także sytuację na froncie.

 Ukraińcy utrzymują przyczółek na lewym brzegu Siewierodoniecka.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Wschodnia Flanka NATO czyli Bukaresztańska Dziewiątka

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek.

Prawdopodobnie każdy, kto choć trochę interesuje się polityką zagraniczną, słyszał o gospodarczej inicjatywie Trójmorza. Dużo mniej znana jest tzw. Bukaresztańska Dziewiątka, która zrzesza państwa wschodniej flanki NATO. Powstała ona wcześniej niż Trójmorze. W roku 2014 z inicjatywą powołania grupy współpracy państw wschodniej flanki NATO wystąpili prezydenci Polski i Rumunii (Andrzej Duda i Klaus Johannis). Do grupy zgłosiło akces jeszcze siedem innych państw naszego regionu. W 2015 r. w Bukareszcie oficjalnie utworzono Bukaresztańską Dziewiątkę (B 9) Cele dla których została powołana to:

  • wzmocnienie wschodniej flanki NATO, w szczególności przed działaniami Rosji,
  • zapewnienie stabilności i bezpieczeństwa krajów Europy Środkowo-Wschodniej,
  • rozwój współpracy militarnej państw,
  • wzmocnienie siły głosu państw w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Członkami B9 są Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria.
 
Jak już kiedyś pisałem, uważam, że pojęcie wschodniej flanki jest nie tyle pojęciem geograficznym, co oznaczającym państwa, które są w pierwszej kolejności zagrożone przez Rosję i zdają sobie sprawę z tego zagrożenia. W związku z tym nie widzę w przyszłości tu miejsca dla Węgier. Chodzi przecież o to, by powoli kreować NATO „bez mięczaków”. Postawa Węgier podczas wojny na Ukrainie, pokazała uległość wobec Rosji, porównywalną z Niemcami i Francją. Oczywiście należałoby jak najszybciej przyjąć przyjąć do B9 Ukrainę. W czasie wojny Ukraina pokazała, że naprawdę warto mieć takiego sojusznika. Można też pomyśleć o Wielkiej Brytanii i państwach skandynawskich. Warto też nawiázać bliską współpracę z USA. 
 
Myślę, że warto zwrócić większą uwagę na grupę B9 jako na inicjatywę, która obok inicjatywy Trójmorza, nawiązuje do idei Międzymorza. Myślę, że Bukaresztańska Dziewiątka ma przed sobą przyszłość, choć jak do tej pory, rozwija się pomału. Należy poszerzyć jej skład jak i zakres działań. Być może stanie się ona kiedyś realnym sojuszem militarnym, równoległym do NATO – takim siostrzanym NATO, ale bez mięczaków i hamulcowych jak Niemcy i Francja a ostatnio, niestety, także Węgry.
 
Klaudiusz Wesołek
Czytaj też:

Czy z prawosławnymi można budować Międzymorze?

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

Spotkałem się z opinią, że do Trójmorza i innych inicjatyw, nawiązujących do idei Międzymorza, nie należy włączać Ukrainy i Białorusi, bo jako prawosławne są nam „obce kulturowo i cywilizacyjnie”. Argumenty te można odeprzeć dość łatwo, przypominając, że Rumuni i Bułgarzy są w większości prawosławni i z prawosławną religią przez wieki związani, a ich kraje weszły do Trójmorza, a wcześniej do UE i NATO. Prawosławna Grecja była w UE i NATO na długo przed nami. Uparci będą jednak mówić, że integracja tych krajów z Zachodem to błąd, a nawet że Grecja wkrótce porzuci Zachód i rzuci się w objęcia prawosławnej Rosji. Dla mnie to doktrynalne banialuki.

Zgadzam się z Feliksem Konecznym, że prawosławie nie tworzyło cywilizacji, ale zawsze wspierało cywilizację panującą na danym terenie. Często jednak prawosławie musiało wybierać między dwiema walczącymi cywilizacjami na danym terenie. Dobrym tego przykładem jest prawosławie ukraińskie, które niestety przeważnie wspierało cywilizację turańską (tatarsko-mongolsko-moskiewską) przeciwko zachodniej (zwanej łacińską lub chrześcijańsko-klasyczną), choć bywało też odwrotnie, jak w czasach hetmana Sahajdacznego, księcia Ostrogskiego i metropolity kijowskiego Petra Mohyły.

Niestety w czasach powstań kozackich zaczęła się orientacja na Moskwę. Moskwa ogłosiła się „Trzecim Rzymem”, a podporządkowane carowi moskiewskie prawosławie pragnęło narzucić prymat całemu prawosławnemu światu, a przynajmniej ziemiom określanym jako „ruskie”.

Tu musimy wejść trochę w sprawę różnic między katolicyzmem a prawosławiem. W prawosławiu nie ma odpowiednika papiestwa, a „pierwszym wśród równych” jest Patriarcha Konstantynopola. W praktyce często oznaczało to większy wpływ władców świeckich na religię, co nazywane było cezaropapizmem. Cezaropapizm był początkowo także dużym problemem Kościoła Zachodniego. Generalnie w świecie zachodnim cezaropapizm został pokonany, czego symbolem był hołd oddany papieżowi w Canossie, ale lokalnie tu i ówdzie podnosił głowę.  Na wschodzie cezaropapizm był trochę większym problemem. Nigdy nie wszedł on do oficjalnej doktryny prawosławia, a wschodni teologowie, tacy jak Jan Złotousty, twórca bizantyjskiej liturgii, ostro walczyli z tym zjawiskiem. Różnice teologiczne pomiędzy prawosławiem a katolicyzmem, pomimo tysiącletniej schizmy, ciągle dotyczą tylko detali i są zrozumiałe jedynie dla teologów.

Niestety, jest jeden kraj prawosławny, gdzie cezaropapizm przyjął wręcz karykaturalne rozmiary. Jest to Rosja. Tam od wieków Cerkiew była i jest ściśle podporządkowana władzy państwowej. Piotr I zniósł nawet Patriarchat Moskiewski i uczynił z Cerkwi instytucję państwową. W Związku Sowieckim zaś prawosławni patriarchowie nie byli jakimiś tam tajnymi współpracownikami, ale wysokiego stopnia funkcjonariuszami NKWD i KGB. To wszystko wpłynęło też na ukraińskie i białoruskie prawosławie.

W I Rzeczypospolitej katolicy stanowili cztery i pół miliona, a prawosławni pięć milionów ludności. Wbrew różnym stereotypowym opiniom, prawosławni w I RP to nie byli tylko chłopi, ale także szlachta, a nawet wielcy magnaci Rzplitej. Charakter naszego państwa był zupełnie różny od Moskwy, więc ukraińskie i białoruskie prawosławie też różniło się od moskiewskiego. Wydawało się, że unia brzeska w 1596 r. ostatecznie odetnie prawosławnych w Rzeczypospolitej od Moskwicinów.

Stało się niestety dokładnie odwrotnie. Unia kościelna, a w szczególności wtrącenie się do niej władzy państwowej, dało Moskwie pretekst do odgrywania „obrońcy prześladowanego prawosławia”. Później Rosja zaczęła powoli wchłaniać ziemie ukraińskie i białoruskie, a prawosławnych urabiać na własną modłę.

W czasach najnowszych Ukraińcy długo walczyli o prawosławną autokefalię i stało się to elementem ich walki o suwerenność. Dopiero w 2019 r. ukraińska autokefalia została oficjalnie uznana, otrzymując TOMOS – oficjalne uznanie z Konstantynopola. Pewnie dlatego z patriarchy moskiewskiego Cyryla spadła maska i wspiera on obecnie napastniczą wojnę i masowe mordowanie Ukraińców. W obliczu tej strasznej wojny na Ukrainie wiele ukraińskich parafii, podlegających Moskwie, przechodzi do Cerkwi ukraińskiej. Myślę, że jest to duchowy zwrot nie tylko o charakterze religijnym, ale też cywilizacyjnym.

W ogóle ta wojna prawdopodobnie będzie oznaczała zwrot cywilizacyjny na Ukrainie, przez wieki jakby balansującej między Wschodem i Zachodem. Pośrednio wpłynie to także na Białoruś. Myślę więc, że mimo dominującego tam prawosławia, Ukraina i Białoruś mogą stać się dobrymi partnerami dla Polski i dla całej Europy Środkowej. Świadomie używam określenia „Środkowej”, a NIE „Środkowo-Wschodniej”.

 

 

Czytaj też:

Unia Polsko-Ukraińska – Próba Ośmieszenia Idei Międzymorza?

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek.

Pojawił się niedawno pomysł unii Polski i Ukrainy i stworzenia wspólnego państwa. Jest to pomysł autorstwa różnych działaczy samorządowych i polityków, odstawionych na boczny tor. Świadomie nie wymieniam nazwisk. Rozumiem, że takowe państwo miałoby być federacją, bo o państwie unitarnym to w ogóle nie ma sensu dyskutować. Federacja też nie jest dobrym pomysłem.

Już Piłsudski uważał, że Ukraina powinna zostać niepodległym państwem. Federację chciał robić z Litwą i Białorusią. Z tego też nic nie wyszło. Etniczni Litwini nie chcieli federacji. Nie chcieli jej też Polacy z Wileńszczyzny (Litwy Środkowej), którzy zagłosowali za bezpośrednim wcieleniem ich ziem do Polski.
Gdyby nie Traktat Ryski to jakieś szanse miałaby federacja z Białorusią. Może nawet dzisiaj miałaby szansę. Tylko po co? Jeśli większość Białorusinów poparła by federację, to i tak pozostała by ostra opozycja przeciwko „powrotowi polskich panów”. Z kolei wśród Białorusinów,  popierających federację, sporo byłoby takich, którzy myśleli by, że „polscy panowie” wzięli ich na swoje utrzymanie i wkrótce byłoby rozczarowanie.
Mieroszewski z paryskiej „Kultury”, autor koncepcji ULB, czyli powojennej ewolucji idei Międzymorza, słusznie postulował całkowite odejście od koncepcji federacyjnych. Dzisiaj jest to jeszcze bardziej aktualne. Obecnie istnieją dwa „zalążki” Międzymorza – gospodarcze Trójmorze i militarna „Dziewiątka Bukaresztańska” (forum współpracy państw „wschodniej flanki” NATO). Jeśli Ukraińcy zechcieliby budować z nami Międzymorze, to trzeba dążyć do przyłączenia się Ukrainy do tych dwóch inicjatyw. Pomysł, by tworzyć wspólne państwo tylko ośmiesza koncepcję Międzymorza.
Klaudiusz Wesołek

Jak Karp i Ciełuszecki budowali gospodarcze Międzymorze

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek.

Wcześniej pisałem o historii idei Międzymorza w działaniach politycznych i w publicystyce. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o dwóch osobach, które realizowały koncepcję Międzymorza na innym polu – gospodarczym. Tu, w okresie transformacji, pionierami byli – Marek Karp, założyciel i dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich oraz Mirosław Ciełuszecki, przedsiębiorca z Podlasia.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Marek Karp był określany mianem „ostatniego obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego”. Był wielkim fanem współczesnej wersji idei jagiellońskiej i wizji federalistycznych międzymorza marszałka Józefa Piłsudskiego. Marek Karp uważał, że błędem Piłsudskiego był brak ośrodka analitycznego, który mógłby badać politykę wschodnią. Karp taki ośrodek stworzył. W latach 90. odkryłem stronę OSW. I błyskawicznie stała się ona dla mnie głównym źródłem informacji na temat Wschodu. A warto pamiętać, że internet wtedy nie był jeszcze w Polsce zbyt powszechny, merytorycznie strony rzadko dorównywały gazetom. Poziom ten obniżył się, gdy zabrakło twórcy OSW. Ale przypomnijmy, że OSW to nie tylko ciekawe informacje na stronie. Ta podległa (w tamtym czasie) ministerstwu gospodarki instytucja badawcza zajmowała się i analizą polityki wschodniej, i kształtowaniem gospodarczych relacji z krajami byłego ZSRR. To pomagało wyciągać te państwa spod moskiewskiej strefy wpływu, i siłą rzeczy nie było na rękę włodarzom Kremla. Prywatnie Karp, choć ośrodek mieścił się w stolicy, mieszkał w podlaskim Ludwinowie. Kupił tam stary szlachecki dwór, miał gospodarstwo rolne – hodowlę krów.

Czytaj także:

Klaudiusz Wesołek: od umowy warszawskiej do ryskiej zdrady

Mirosław Ciełuszecki, chłopak z okolic Puszczy Białowieskiej, przez lata pracował w USA, a potem rozpoczął tam własny biznes. Tęsknił jednak za Polską, a gdy Wałęsa zaczął namawiać polonijnych biznesmenów do powrotu, postanowił wrócić do kraju, by tu prowadzić działalność gospodarczą. Po jakimś czasie zaczął robić interesy na Białorusi. Sprowadzał stamtąd sole potasowe, główne bogactwo naturalne Białorusi. W miejscowości Planta, koło białoruskiej granicy, zbudował terminal kolejowy, który był bazą dla przewozu soli potasowych a potem także innych towarów z Białorusi. Terminal ten zaczął się stawać centralnym punktem gospodarczej współpracy Polski z Białorusią.

Mirek wspomagał finansowo Białoruski Front Narodowy. Na początku lat 90-tych działacze tej partii zwrócili się do niego z prośbą o pomoc w kontaktach z polskimi politykami w celu nawiązania bliskiej współpracy gospodarczej. Mówili nawet o planach unii celnej Polski i Białorusi.

BNF nie stanowił wielkiej siły politycznej, ale w tych planach zyskali poparcie polityków innych białoruskich partii. Ciełuszecki przekazywał listy od nich do polskich polityków, których spotykał na rozmaitych spotkaniach gospodarczych, między innymi do Leszka Balcerowicza. Balcerowicz początkowo wyraził zainteresowanie ale na podczas kolejnego spotkania nie chciał nawet rozmawiać z Ciełuszeckim.

Ciełuszecki zatrudnił Marka Karpia jako swojego doradcę. Karp również próbował zainteresować polskich polityków pomysłami Ciełuszeckiego. Uważał, że taka działalność zwiąże gospodarczo Białoruś z Polską i z zachodem. W dużej mierze mu się to udawało. Sytuacja się radykalnie zmieniła po dojściu koalicji SLD-PSL do władzy w roku 2001. Ciełuszecki i Karp popadli w niełaskę.

Czytaj także:

Ciełuszecki: Na pewno to nie jest normalne, że mój proces trwa już 18. rok

Interesy Ciełuszeckiego wchodziły w drogę rosyjskim oligarchom a też władzom Rosji nie w smak była polska ekspansja gospodarcza na Białorusi i ekonomiczne wiązanie jej z zachodem. Wkrótce też Ciełuszecki naraził się także polskiej sitwie, między innymi próbując kupić „Azoty” w Kędzierzynie.

Karp i Ciełuszecki wyprzedzili swoją epokę. Pokazali drogę przyszłości, ale w postkomunistycznej rzeczywistości nie było dla nich miejsca. Marek Karp zmarł w podejrzanych okolicznościach, do dzisiaj nie wyjaśnionych. Wcześniej był współoskarżony w sprawie przeciwko Mirosławowi Ciełuszeckiemu, o to, że jego doradztwo było „fikcyjne”. Ciełuszecki został aresztowany, jego firmę zniszczono a jego kuriozalny proces trwał 20 lat. Został ostatecznie uniewinniony prawie że wszystkich zarzutów, oprócz jednego, za który dostał karę w zawieszeniu, pewnie po to by sądy mogły wyjść z tego z twarzą. Moim zdaniem Karp i Ciełuszecki zostali zniszczeni przez postkomunistyczne, postsowieckie układy ale wytyczony przez nich szlak należy kontynuować.

Klaudiusz Wesołek

Międzymorze za komuny i postkomuny

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

Jak już wcześniej pisałem, najważniejszą do niedawna koncepcją, nawiązującą do idei Międzymorza, była doktryna „ULB” Mieroszewskiego, spopularyzowana przez Giedroycia i jego „Kulturę”, najpierw wśród emigracji a potem w kraju. Jerzy Targalski („Józef Darski”) – członek podziemnej Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość” i współpracownik „Kultury” popularyzował ją w Polsce. Inny członek LDP „Niepodległość”, Marcin Dybowski wydawał miesięcznik „ABC”, poświęcony w dużej mierze idei Międzymorza. Marcin Dybowski szkolił też ukraińskich drukarzy i pomagał wydawać ukraińskie pismo emigracyjne „Zustriczi”. Ukraińskich drukarzy szkolił też Piotr Hlebowicz z Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego. Hlebowicz zaczął też propagować ideę Międzymorza i robi to do dziś. Zwolennikiem Międzymorza był także działacz podziemnego ruchu nacjonalistycznego Tomasz Szczepański „Barnim”. W latach 90-tych, inny narodowiec Mariusz Urban, chyba jako pierwszy, zaproponował połączenie koncepcji Międzymorza z orientacją proamerykańską. Generalnie jednak polski ruch narodowy był nastawiony raczej niechętnie do idei Międzymorza.

Klaudiusz Wesołek: od umowy warszawskiej do ryskiej zdrady

Międzymorze propagowała także Konfederacja Polski Niepodległej. W latach 90-tych KPN oficjalnie przyjął Międzymorze za swoją oficjalną doktrynę geopolityczną. O Międzymorzu mówiły też inne środowiska opozycyjne. Przepraszam, jeśli nie wymieniłem kogoś istotnego dla rozwoju tej idei. Jednak doktryna Międzymorza nie znalazła wtedy szerokiego oddźwięku w polskim społeczeństwie, nie mówiąc już o naszych sąsiadach. Za komuny środowiska opozycyjne skupiały się na walce z nią a w latach 90-tych prawie wszyscy byli oczarowani perspektywą wejścia do Unii Europejskiej. Ja po raz pierwszy pisałem o Międzymorzu w piśmie „Prawica Polska” Mariusza Romana w roku 1994. Czytelnicy uznali ją za raczej „księżycową ideę”. W roku 2002 założyłem „Gdańską Grupę INTERMARUM” w formie stowarzyszenia zwykłego. Próbowaliśmy też budować międzynarodowy ruch o nazwie Konfederacja Międzymorza (Confederacy of Intermarium), oparty na luźnej współpracy, bez żadnych formalnych struktur. Pomysł nasz poparła Anna Walentynowicz. Udało nam się wciągnąć do współpracy kilka grup i indywidualnie działających osób na Ukrainy i na Słowacji. Po wejściu Polski do UE ruch ten jakby umarł śmiercią naturalną. Prawdopodobnie naszym błędem było ukazywanie Międzymorza jako alternatywy dla UE a nie koncepcji równoległej.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Idea Międzymorza odrodziła się i to z wielkim hukiem, kilkanaście lat temu. Po części z powodu rozczarowania Unią Europejską. Istotną rolę odegrały też publikacje Marka Jana Chodakiewicza, polonijnego historyka z USA. W Polsce popularne jest to co przychodzi z zachodu i nawet polskie pomysły muszą przejść przez zachód by być zaakceptowane w Polsce. Pewne elementy koncepcji Międzymorza zaczął też wykorzystywać PIS w swojej polityce zagranicznej.

Klaudiusz Wesołek

Klaudiusz Wesołek: w 2008 roku prezydent Lech Kaczyński zawiózł Międzymorze do Tbilisi

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

Ostatnio rozgorzała dyskusja wokół wyjazdu Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego do Kijowa, wraz z przywódcami Czech i Słowenii. Jedni uważają, że wyjazd był bez sensu, inni że był bardzo potrzebny. Niektórzy uważają, że było to wręcz historyczne wydarzenie. Ja na razie wstrzymam się z oceną, bo czas pokaże, czy było to historyczne wydarzenie. Z pewnością jednak do historii przeszedł wyjazd Lecha Kaczyńskiego, wraz z czterema przywódcami środkowoeuropejskich państw, do Tbilisi, w czasie rosyjskiej agresji na Gruzję w roku 2008. Wydarzenie to jest u nas deprecjonowane przez całą konkurencję polityczną. Jest to, moim zdaniem, taka mała ludzka zawiść. Z kolei zwolennicy Kaczyńskich i PIS uważają, że było to ważne wydarzenie, tylko dlatego, że to Kaczyński tam pojechał ale nie towarzyszy temu żadna głębsze refleksja i analiza.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Warto zastanowić się dlaczego było to tak ważne wydarzenie i dlaczego Gruzini tak docenili za to Lecha Kaczyńskiego. Po śmierci prezydenta Kaczyńskiego to oni pierwsi zaczęli nazywać ulice w Gruzji jego imieniem i stawiać mu pomniki. Bardziej niż Polacy docenili wyjazd do Tbilisi także Ukraińcy. Wizyta pięciu przywódców europejskich państw i ich udział w wiecu w Tbilisi na pewno podniosły morale Gruzinów w obliczu rosyjskiej agresji. Myślę też, że dodatkowo pomogli Gruzji w ten sposób, że dowódcy rosyjscy musieli wstrzymać ofensywę w takiej sytuacji i uzgodnić działania z Kremlem. Gruzja zyskała na czasie i przez to nie udał się „blitzkrieg” a jakiegoś alternatywnego planu Rosja wtedy nie miała. Stanisław Michalkiewicz przypisuje sukces Sarkozy’emu, który ponoć zadzwonił wtedy do Putina i przekonał go do zaprzestania agresji. Śmieszna to argumentacja, zwłaszcza, że dzisiaj inny francuski premier ciągle wydzwania do Putina i jakoś nie udało mu się na niego wpłynąć.

Czytaj także:

Klaudiusz Wesołek: od umowy warszawskiej do ryskiej zdrady

Ponadto prezydent Kaczyński okazał się polityczny „prorokiem”, przewidującym kolejne działania Rosji.
„Jesteśmy tutaj po to, żeby wyrazić całkowitą solidarność. Jesteśmy tutaj, przywódcy pięciu państw – Polski, Ukrainy, Estonii, Łotwy i Litwy. Jesteśmy po to, żeby podjąć walkę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nasi sąsiedzi z północy, dla nas także ze wschodu, pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają, że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy: „Nie”. Ten kraj to Rosja” – pamiętne słowa Lecha Kaczyńskiego na wiecu w Tbilisi.

Czytaj także:

Grupa Wyszehradzka czyli Międzymorze mimo woli

Uważam więc, że Lech Kaczyński wraz z przywódcami Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy dokonał wtedy wielkiego dzieła. Wtedy mowa była o tym, że jadą tam europejscy przywódcy ale faktycznie pojechali tam politycy z regionu, zwanego „Międzymorzem”. Właśnie wtedy idea ta zaczęła na nowo budzić zainteresowanie. Zaczęło się nawet mówić o Gruzji jako o potencjalnym kraju Międzymorza. Lech Kaczyński zapłacił najwyższą cenę za zorganizowanie tamtej wyprawy. Pozostali uczestnicy zostali wśród żywych, ale wkrótce zostali wyeliminowani z polityki w swoich krajach. Zastanawiam się czy był to przypadek.

Klaudiusz Wesołek

Trójmorze – realna namiastka Międzymorza

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

W roku 2016 w Dubrowniku, na rozszerzonym szczycie Grupy Wyszehradzkiej (tzw. „Wyszehrad Plus”) powołano do życia Inicjatywę Trójmorza. Już w 2015 nad tym projektem zaczęło pracować dwoje prezydentów, prezydent Polski Andrzej Duda i prezydent Chorwacji Kolinda Grabar-Kitarović.
Celem grupy Trójmorza jest głównie współpraca na płaszczyznach: energetycznej, logistyczno-transportowej i informatyczno-telekomunikacyjnej.

Czytaj także:

Klaudiusz Wesołek: Międzymorze idea i historia

Trójmorze nawiązuje do idei Międzymorza ale w bardzo ograniczonym zakresie. Zakresem działania ogranicza się do określonych spraw gospodarczych. Obszarowo też jest zawężone, przede wszystkim dlatego, że nie obejmuje Ukrainy, która, obok Polski, przeważnie uważana była za trzon Międzymorza. Myślę, że wykonanie takiego małego, ale konkretnego kroku było dobrym posunięciem. Jeśli uda się zrealizować w pełni założenia Trójmorza, przyjdzie czas na kolejne „miedzymorskie” inicjatywy. Na Ukrainę w Trójmorzu przyjdzie jeszcze czas. W zasadzie, prezydent Duda, choć zdecydował się na razie na działanie z państwami środkowoeuropejskimi, które należą do UE, cały czas „grzeje miejsce” dla Ukrainy.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Ważnym momentem dla Trójmorza był szczyt w Warszawie w 2017 r., na którym gościł prezydent USA Donald Trump i zapowiedział współpracę i poparcie dla tej inicjatywy. Zwiększyło się wówczas zainteresowanie Trójmorzem. Moim zdaniem nie było jednak dobrze, że zaczęto ściśle wiązać Inicjatywę Trójmorza z USA i Trumpem. Kiedy Trump przegrał wybory, wielu uznało, że to już koniec tej inicjatywy, bowiem wcześniej mówiło się o tym, że Trójmorze ma znaczenie, bo popiera je Trump. Ja widziałem i widzę to dalej, dokładnie odwrotnie. Moim zdaniem poparcie Trumpa było dowodem na to, że Trójmorze to ważny projekt z wielką przyszłością. Mam nadzieję, że USA jeszcze wróci do współpracy a nawet jeśli nie, to i tak należy  kontynuować budowę Trójmorza.

Klaudiusz Wesołek

Grupa Wyszehradzka czyli Międzymorze mimo woli

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

Kiedy w 1991 r. utworzona została Grupa Wyszehradzka (zwana też wtedy Trójkątem Wyszehradzkim), raczej nikt o Międzymorzu nie myślał. Była to inicjatywa przedintegracyjnej współpracy trzech postkomunistycznych państw, kandydujących do członkostwa w Unii Europejskiej – Polski, Węgier i Czechosłowacji. Po „aksamitnym rozwodzie” stała się porozumieniem czterech państw, zwanym też Wyszehradzką Czwórką czy też grupą V4. Przed wejściem do UE chodziło o współpracę we wchodzeniu do UE a nawet bardziej o nie przeszkadzanie sobie w tym procesie. Po wejściu do UE, grupa V4 zaczęła wydawać się zbędna.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Jednak w polityce zagranicznej jest tak, że efekty pewnych działań widzimy dopiero po latach.
Z upływem lat Grupa Wyszehradzka stała się osią dyplomatycznej współpracy czterech środkowoeuropejskich państw. Po wejściu naszych krajów do UE nie zanikła, ale wręcz przeciwnie, zaczęła zwiększać swoje znaczenie. To jest coś więcej niż suma wszystkich czterech dyplomacji. V4 jest istotna dla Polski ale myślę, że dla mniejszych państw ma jeszcze większe znaczenie. Myślę, że gdyby nie grupa V4 to nikt by nie liczył się z dyplomacją takiego małego i nowego państwa jak Słowacja. W jakimś sensie Grupa Wyszehradzka stała się głosem Międzymorza czyli państw, leżących w rosyjsko-niemieckich kleszczach, które samodzielnie nie mają istotnego wpływu na geopolitykę. Bardzo ważne jest więc wspólne działanie. Nie we wszystkich sprawach udało się wypracować consensus, ale tam gdzie on jest, wszyscy się z nami liczą. Tam gdzie jesteśmy zgodni, możemy osiągnąć wiele. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.

Czytaj także:

Powojenna Emigracja a Międzymorze – doktryna ULB Mieroszewskiego i Giedroycia

Grupa Wyszehradzka stale występuje w tym samym składzie i nie przyjmuje nowych członków. I chyba tak być powinno, bo składu dobrze grającego zespołu się nie zmienia. Nie oznacza to jednak, że jest zamknięta w sobie. Współpracuje z innymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej w formule „V4 PLUS”. Często owocami działań V4 PLUS są trwałe i ważne dla regionu inicjatywy jak Trójmorze. Uważam, że bardzo istotne są rozmowy V4 PLUS Ukraina. Niestety, do tej pory nie wynikło z tego wiele konkretów ale mam nadzieję, że po wojnie wszystko ruszy pełną parą.

Klaudiusz Wesołek

Powojenna Emigracja a Międzymorze – doktryna ULB Mieroszewskiego i Giedroycia

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

W swojej paryskiej „Kulturze”, Jerzy Giedroyć wylansował doktrynę współpracy z ULB (Ukrainą, Litwą i Białorusią) Juliusza Mieroszewskiego. Przyjął to za doktrynę swoją i całego środowiska, związanego z „Kulturą”. Dzisiaj często nazywa się ją „doktryną Giedroycia” lub „doktryną Giedroycia-Mieroszewskiego”. Była to koncepcja, nawiązująca do idei Międzymorza ale pojawiły się w niej nowości – odejście od pomysłów federacyjnych, uznanie granic jałtańskich (odrzucenie roszczeń terytorialnych) i historyczna niepamięć, dotycząca trudnej historii. Dwa pierwsze elementy tej doktryny uważam za słuszne. Trzeci uważam za błąd.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Już Piłsudski uznał, że Ukraina powinna być niepodległym państwem, związanym sojuszem z Polską. Ciągłe trzymał się jednak koncepcji federacji z Białorusią i Litwą. Mieroszewski uważał, że Ukraina, Litwa i Białoruś powinny stać się niepodległymi państwami i powinniśmy to popierać. Sojusz z nimi miał się opierać na uświadomieniu sobie wspólnych interesów i zagrożenia ze strony Rosji. Było to słuszne, gdyż pomysły federacyjne były tam odbierane jako przejaw polskiego imperializmu. Mimo wspólnego dziedzictwa Rzeczypospolitej, narody te poszły jednak własną drogą a świadomość narodowa ludu, zaczęła się tam kształtować dopiero po rozbiorach. Pozostały oczywiście wspólne interesy i położenie geopolityczne, skłaniające do współpracy ale już w innej formie.

Powojenne granice były narzucone przez Stalina, więc propozycja uznania ich nienaruszalności wywoływała kontrowersje wśród emigracji jak i w Polsce. Była to jednak jedyna możliwość uniknięcia niekończących się sporów i odejścia od wiecznych walk o miedzę. Stalin ustalił granice według własnego klucza i w rękach jego i następców był klucz do konfliktowania sąsiednich narodów co do granic. Paradoksalnie, uznanie granic jałtańskich, wytrącało mu ten klucz z ręki. Tu Mieroszewski teź miał rację. Dobrze, że poza marginalnymi środowiskami, polscy politycy zaakceptowali zasadę nienaruszalności granic.

Czytaj także:

Klaudiusz Wesołek: od umowy warszawskiej do ryskiej zdrady

Natomiast błędem Giedroycia było spuszczenie „kurtyny milczenia” nad tragiczną historią. To trzeba było już dawno przepracować, zwłaszcza jeśli chodzi o zbrodnię ludobójstwa na Wołyniu i w Galicji. Bez tego będziemy skazani na powtórki z historii. Nie ma dla mnie znaczenia, że pewne zbrodnicze opcje, stawiane przez sąsiadów na piedestał, eksponują dziś głównie swoją antyrosyjskość. One prędzej czy później wrócą do antypolskiego nastawienia i będą rozgrywane przez naszych wspólnych wrogów do niszczenia dobrych relacji. Jeśli my tego wspólnie nie przepracujemy, to wykorzysta to Rosja, zawsze wyciągając te tematy jak asa z rękawa w trudnych sytuacjach.

Klaudiusz Wesołek