Dramatyczny krzyk papieża, by obudzić zaślepionych lewicowymi ułudami / Zbigniew Kopczyński, „Kurier WNET” nr 98/2022

Fragment 1. strony encykliki papieża Piusa XI "Mit brennenger Sorge" | Fot. Wikipedia

To, co Pius XI pisał 85 lat temu, a mógłby napisać dzisiaj. Jego osądy oparte są na trwałych, ponadczasowych zasadach i dlatego jego ocena ludzkich poczynań prowadzi do podobnych wniosków.

Zbigniew Kopczyński

Paląca troska papieża

Z palącą troską i ze wzrastającym zdziwieniem pisał 85 lat temu, w marcu 1937 r., papież Pius XI o sytuacji w nazistowskich Niemczech, w encyklice Mit brennender Sorge – jedynej encyklice napisanej w języku niemieckim. Bez ogródek opisał w nim rosnące dążenia rządzących Niemcami do marginalizacji, a w konsekwencji zniszczenia Kościoła katolickiego. Wskazał też niemieckim wiernym, jak mają zachować się w tej trudnej sytuacji, a przede wszystkim, korzystając z wielowiekowego dorobku teologii katolickiej, pokazał fałsz ideologii narodowosocjalistycznej i jej sprzeczność z prawem naturalnym. Wskazał też zagrożenie, jakie ta ideologia niesie, zagrożenie dla Kościoła, wiernych, ale też dla całych Niemiec.

Encyklika wywołała wściekłość rządzących III Rzeszą i wzmogła ich chęć rozprawienia się z Kościołem. Papieża ukarać nie mogli, znajdował się poza ich zasięgiem. Represje dotknęły więc tych, którzy na terenie Rzeszy drukowali i kolportowali tekst encykliki. Biskupów nie ruszyli i, zgodnie z terrorystyczną zasadą wykorzystania moralnej wyższości przeciwnika, szantażowali kościelnych decydentów represjami wobec zwykłych wiernych. Można domyślać się, że pamięć o tych represjach spowodowała tak krytykowaną powściągliwość następcy Piusa XI w publicznej krytyce zagłady Żydów.

Pius XII wolał w milczeniu konkretnie ratować zagrożonych, niż rzucać publicznie gromy, narażając wiernych, a samemu będąc bezpiecznym w Watykanie.

Analizując ideologię narodowego socjalizmu z teologicznego i filozoficznego punktu widzenia, dostrzegł papież, z jakich zatrutych źródeł ta idea wybiła i do jakich tragicznych konsekwencji musi ona prowadzić. A wszystko to w roku 1937, gdy elita intelektualna Europy i Ameryki w swej zdecydowanej większości odnosiła się do katolicyzmu i tradycyjnych wartości w najlepszym razie z lekceważeniem, całą swą nadzieję na lepsze jutro ludzkości widząc w lewackich utopiach: narodowym socjalizmie i komunizmie.

Encykliki papieskie z marca 1937 r. były ostatnim ostrzeżeniem, dramatycznym krzykiem, by obudzić zaślepionych lewicowymi ułudami. W tym samym miesiącu bowiem Pius XI opublikował również encyklikę Divini Redemptoris z podtytułem De communismo atheo (O bezbożnym komunizmie), który to podtytuł oddaje treść tego dokumentu. Już we wstępie do tej encykliki pisze: Domyśliliście się już niewątpliwie, Czcigodni Bracia, że tym groźnym niebezpieczeństwem, o którym mówimy, jest bolszewicki i bezbożny komunizm, wyraźnie dążący do tego, by zniszczyć doszczętnie wszelki ład społeczny i podważyć same podwaliny cywilizacji chrześcijańskiej. A dalej od konkretnych i trafnych wypowiedzi tak gęsto, że trzeba by cytować całą encyklikę.

Po 85 latach możemy docenić ewangeliczny radykalizm i odwagę Piusa XI, który tak zdecydowanie wystąpił przeciw ideologiom sprawującym wtedy rządy dusz, przeciw temu, co dzisiaj nazwalibyśmy mainstreamem i polityczną poprawnością.

To tak, jakby dziś papież potępił genderyzm i klimatyzm. Niestety w encyklikach Franciszka tego nie znajdziemy. Obecny papież nie pisze o współczesnych problemach, bazując na Ewangelii i posiłkując się klasyczną teologią i filozofią oraz zwykłą logiką, jak czynili to jego poprzednicy. Miast zmieniać świat, usiłuje go zrozumieć, a może i mu ulec, przed czym przestrzegał nas Chrystus.

Ciężko przychodzi mi, jako ortodoksyjnemu katolikowi, pisać te słowa. Papież był zawsze dla mnie autorytetem, lecz większym autorytetem musi być Ewangelia. Franciszek, moim zdaniem, więcej wysiłku poświęca dopasowaniu teologii do dominujących w świecie ideologii niż do oceny ich zgodności z zasadami wiary chrześcijańskiej.

Podobnie rozczarowujące są papieskie wypowiedzi dotyczące wojny na Ukrainie. Gesty wobec ukraińskich ofiar nie zastąpią zdecydowanego nazwania sprawcy ich nieszczęść. Bardzo rozczarowująca była pierwsza po wybuchu wojny wypowiedź papieża, w której wskazywał na prowokowanie Rosji przez NATO. Później usprawiedliwiał się, że usłyszał to z ust pewnego polityka. To nie powinno go (ani nas) wcale obchodzić.

Jest mnóstwo politycznych powodów do napaści Rosji na Ukrainę, było też mnóstwo politycznych powodów do napaści Hitlera na Polskę i równie dużo, by Stalin mu w tym pomógł, a w zasadzie do tego podpuścił. Nie zmienia to jednak faktu, że obaj byli zbrodniczymi agresorami.

Tak samo my, zwykli ludzie, mamy mnóstwo życiowych powodów, by czynić zło. I często je czynimy. Nie zmienia to jednak faktu, że zło jest złem, bez względu na nasze usprawiedliwienia. Możemy, owszem, dyskutować o winie Ukraińców, zapewne nie są aniołami, ale to nie oni bombardują rosyjskie miasta, tylko odwrotnie.

Wróćmy jednak do Mit brennender Sorge, a zauważymy jej aktualność, jako że nazizm istnieje we współczesnym świecie i ma się tu, przynajmniej w pewnych rejonach, zupełnie dobrze. I nie są to rejony wskazywane przez moskiewskich i brukselskich propagandzistów.

Współczesna Rosja jest państwem prawie nazistowskim, z elementami komunistycznymi, co akurat nie dziwi, bo pokrewieństwo tych ideologii ułatwia wzajemne zapożyczenia. Pokrewne z nazizmem są też współczesne ideologie, a ich niemożność pogodzenia z wiarą chrześcijańską Pius XI uzasadnia tak:

Kto, hołdując panteistycznej mglistości, utożsamia Boga ze światem, kto z Boga czyni coś ziemskiego, a ze świata coś boskiego, nie należy do wierzących w Boga.

Kto, idąc za wierzeniami starogermańsko-przedchrześcijańskimi, na miejsce Boga osobowego stawia różne nieosobowe fatum, ten przeczy mądrości Bożej i Opatrzności (…). Taki człowiek nie może sobie rościć prawa, by zaliczać go do wierzących w Boga.

Mocne i zadziwiająco aktualne są poniższe stwierdzenia:

Kto wynosi ponad skalę wartości ziemskie rasę albo naród, albo państwo, albo ustrój państwa, przedstawicieli władzy państwowej albo inne podstawowe wartości ludzkiej społeczności, które w porządku doczesnym zajmują istotne i czcigodne miejsce, i czyni z nich najwyższą normę wszelkich wartości, także religijnych, i oddaje się im bałwochwalczo, ten przewraca i fałszuje porządek rzeczy stworzony i ustanowiony przez Boga-Człowieka i daleki jest od prawdziwej wiary w Boga i od światopoglądu odpowiadającego takiej wierze.

Zwróćcie uwagę, Czcigodni Bracia, na nadużycie, jakie się popełnia, kiedy najświętszego Imienia Boga używa się jako etykiety bez treści dla określenia mniej lub bardziej dowolnego tworu ludzkich pragnień. (…)

Tylko płytkie umysły mogą popaść w ten błąd, by mówić o bogu narodowym, o religii narodowej. Tylko one mogą podjąć daremną próbę, by w granicach jednego tylko narodu, w ciasnocie jednej krwi, jednej rasy zamknąć Boga, Stwórcę wszechświata, Króla i Prawodawcę wszystkich narodów, wobec którego wielkości narody są jakoby krople u wiadra.

Czyż nie jest to o „Świętej Rusi”, ruskim mirze, cerkwi sławiącej wojnę i, tradycyjnie w Rosji, wysługującej się władzy? Tak, jakby Pius XI żył dzisiaj i opisywał to, co widzi.

Szczególnie bacznie będziecie musieli czuwać, Czcigodni Bracia, by podstawowych pojęć religijnych nie pozbawiano ich zasadniczej treści i nie nadawano im znaczenia świeckiego.

Ten akurat fragment przypomniał mi obrazek sprzed kilku miesięcy. W pewnym niemieckim kościele, formalnie katolickim, nad ołtarzem zawieszono dużą tęczową flagę, a na niej napis „Love wins”. To właśnie ta zmiana znaczenia wyrazów. Miłość w sensie ewangelicznym sprowadzono do seksu.

Znajdziemy też w encyklice ostrzeżenia, których zlekceważenie odczuwamy dziś boleśnie:

Uzależnienie nauki moralności od subiektywnej, zmiennej opinii ludzkiej zamiast oparcia jej na świętej woli Boga wiekuistego, na Jego przykazaniach, otwiera szeroko wrota siłom rozkładu. (…) Zgubną tendencją czasów obecnych jest odrywanie od fundamentu Bożego Objawienia nie tylko moralności, lecz także teorii i praktyki prawa. Mamy tu na myśli szczególnie tzw. prawo naturalne (…).

Według przykazań tego prawa naturalnego może być ocenione prawo pozytywne – bez względu na to, od jakiego prawodawcy pochodzi – co do treści moralnej i tym samym co do siły jego obowiązywania. Ludzkie prawa, gdy sprzeczne są z prawem naturalnym do tego stopnia, że tej sprzeczności usunąć nie można, już od samego początku obciążone są wadą, której żaden przymus, żadna zewnętrzna siła uzdrowić nie może.

To wszystko Pius XI pisał 85 lat temu, a mógłby pisać dzisiaj. Jego osądy oparte są na trwałych, ponadczasowych zasadach i dlatego jego ocena ludzkich poczynań prowadzi dziś do podobnych wniosków. Albowiem równie trwała jest zdolność ludzi do popełniania tych samych błędów i trudność z korzystania z historii jako nauczycielki życia. Znów możemy powiedzieć, że nauka historii dowodzi, że ona nigdy nikogo niczego nie nauczyła. No, może z pewnymi wyjątkami.

Dr hab. Musiał: 30-31 lipca to rodzinne spotkanie z historią. Chlebowicz: Chcemy pokazać walkę Polaków z komunizmem

dr hab. Filip Musiał i Adam Chlebowicz/ Fot. Radio Wnet

Dr hab. Filip Musiał i Adam Chlebowicz o wydarzeniach organizowanych przez IPN oraz Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w weekend 30-31 lipca.

Dr hab. Filip Musiał zaprasza na Rakowiecką 37, aby wziąć udział w wielkim edukacyjnym wydarzeniu. Dyrektor Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL wyjaśnia, że

Weekend 30-31 lipca to rodzinne spotkanie z historią.

Adam Chlebowicz mówi, że IPN pokaże wtedy swój dotychczasowy dorobek. Są to spotkania rodzinne, co oznacza rozmaite wydarzenia, w tym dedykowane dzieciom. Dyrektor Biura Edukacji Narodowej Instytutu Pamięci Narodowej tłumaczy, że chcą pokazać zmagania Polaków z komunizmem.

Pokażemy tę historię taką bardzo tragiczną, ale także też tę historię taką trochę z przymrużeniem oka, Pomarańczową Alternatywę.

Stwierdza, że chciałby, aby muzeum było jak najczęściej odwiedzane.

Czytaj także:

IPN „Powraca po Swoich”: uroczystości pogrzebowe 14 żołnierzy Wojska Polskiego zamordowanych w lipcu 1946 r.

Dr hab. Musiał informuje, że muzeum jest w trakcie organizacji, jednak można je już odwiedzać. Z tej okazji w Nocy Muzeów skorzystało 500 osób.

Jesteśmy przed tymi decydującymi działaniami, czyli przed rozpoczęciem całego procesu inwestycji, który ma sprawić by było to pełnoprawne muzeum z prawdziwego zdarzenia.

Różne oddziały muzeum będą przypominać, iż powstanie warszawskie było bitwą o Polskę. Chlebowicz zgadza się z tym, że powstanie ma wymiar ogólnonarodowy.

Zapraszamy do wysłuchania całej audycji!

 

A.P.

26 lipca 1400 roku rozpoczął pracę odnowiony Uniwersytet Jagielloński. Jaka jest historia najstarszej polskiej uczelni?

Uniwersytet Jagielloński/Źródło: Wikipedia

Uniwersytet Jagielloński to jedna z najlepszych polskich uczelni, co rok przyciągająca rzeszę młodych ludzi. Mało osób wie jednak, że pierwotnie wcale nie miała powstać w Krakowie

Idea uniwersytetu, jako wspólnoty wykładowców i studentów, w której zdobywa się wiedzę, to pomysł średniowieczny. Wyższe uczelnie zaczęły powstawać, kiedy to do szkół katedralnych zaczęło przybywać coraz więcej studentów z odległych zakątków kraju. Biskupi wyznaczali nauczycieli, którzy mieli nieodpłatnie nauczać uboższych studentów. Wokół magistrów zaczęło z czasem tworzyć się stałe grono uczniów. Z tych grup powstały z czasem większe struktury dając początek uniwersytetom. Za pierwszą szkołę wyższą uważa się tę w Bolonii. Na Zachodzie przybywało akademii, wciąż niewiele było ich jednak w Europie Środkowo – Wschodniej. Polska długo pozostawała białą plamą na naukowej mapie Europy. Sytuację postanowił zmienić Kazimierz Wielki, który pod koniec swojego życia, dokładnie 12 maja 1364 roku ufundował pierwszy polski uniwersytet.

Uniwersytet tak, ale nie w Krakowie?

W średniowieczu aby założyć uniwersytet wymagana była zgoda papieża. Jest to główna przyczyna, dla której obecny UJ znajduje się na krakowskiej starówce, a nie w dzielnicy Kazimierz, która w czasie panowania ostatniego z Piastów nie była częścią stolicy, a odrębnym miastem. To właśnie w nim Król, według współczesnej hipotezy, chciał założyć pierwszy polski uniwersytet. Świadczyć miałyby o tym ślady prac budowlanych prowadzonych w rejonie ulic św. Wawrzyńca i Dajwór. Archeologom udało się odkryć linię murów, które nie wyrosły jednak nigdy poza sklepienie piwniczne. Pracę nad okazałym gmachem miały rozpocząć się w 1361 roku. Dlaczego zostały przerwane. Doradca Kazimierza Wielkiego, Adam Velutani, przekonał monarchę, że papież nie wyrazi zgody na powstanie uniwersytetu w Kazimierzu. Według zaleceń stolicy apostolskiej uczelnie miały być lokowane w miastach stosownych i zdatnych, a za taki z pewnością nie mógł uchodzić powstały w 1335 roku Kazimierz. Uniwersytet powstał więc w Krakowie.

Upadek i złoty okres

Krakowska uczelnia składała się początkowo z trzech wydziałów: sztuk wyzwolonych, prawa i medycyny. Niestety po śmierci Kazimierza Wielkiego uniwersytet zaczął podupadać, aż w końcu przestał istnieć. Odrodził się 26 lipca 1400 roku za sprawą Władysława Jagiełły. Zrealizował on testament zmarłej rok wcześnie żony Jadwigi i podarował jej majątek na rzecz Akademii Karkowskiej. Grono wydziałów uzupełnił wydział teologiczny. Uniwersytet wkrótce zaczął przeżywać złoty okres. Zjeżdżali do niego żacy z całej Europy (m.in. Francji, Niemiec, Włoch, czy Hiszpanii). Akademia mogła też poszczycić się bardzo dobrą kadrą profesorską. Wykładowcą, a także jej rektorem był Paweł Włodkowic, który reprezentował stronę polską na Soborze w Konstancji. Jego pisma przedstawiające polską rację stanu, przyczyniły się do zwycięstwa Polaków w sporze z Krzyżakami przed obliczem papieża. UJ może też poszczycić się wybitnymi absolwentami, do których należy m.in. Mikołaj Kopernik.

Walka z Jezuitami i osiemnastowieczna reforma

XVI wiek nie był już tak owocny dla krakowskiej uczelni. Zaczęły powstawać nowe uniwersytety (w Polsce w Zamościu i Wilnie), które stały się alternatywą dla wielu studentów. Dodatkowo do kraju coraz liczniej przybywali jezuici, masowo zakładający swe szkoły. Na walkach z Towarzystwem Jezusowym upłynie Uniwersytetowi cały XVII wiek. W wolnej Polsce uczelnia odzyskała na chwilę blask za sprawą działania Komisji Edukacji Narodowej. W latach 1777 – 1786 jej gruntownej reformy podjął się ks. Hugo Kołłątaj. Zlikwidował 4 istniejące od średniowiecza wydziały, a w ich miejsce powołał dwa kolegia: Moralne (teologia, prawo i literatura), oraz Fizyczne (matematyka, fizyka i medycyna). Na wszystkich kierunkach, poza teologią, językiem wykładowym stał się język polski. Kołłątaj zainicjował budowę obserwatorium astronomicznego, ogrodu botanicznego i kliniki uniwersyteckiej. Jego reformy mogły stać się motorem napędowym uczelni. W rozwoju przeszkodziły jednak zabory.

Czasy zaborów i dwudziestolecia międzywojennego

Uniwersytet przechodził w pierwszej połowie XIX wieku różne zawirowania, podobnie jak samo miasto Kraków. Po ustabilizowniu sytuacji politycznej i przyznaniu Polakom autonomii UJ ponownie złapał wiatr w żagle. Rozwijały się zarówno dziedziny ścisłe, jak i humanistyczne. Do absolwentów z tego okresu należą chociażby: Józef Szujski i Michał Bobrzyński (twórcy krakowskiej szkoły historycznej) Karol Olszewski (wynalazca kaskadowej metody skraplania gazów i pionier kriogeniki), czy Marian Smoluchowski (pionier fizyki statystycznej).
Okres po odzyskaniu niepodległości to dalszy rozwój szkoły wyższej. Powstaje wydział rolniczy, a także gmach Biblioteki Jagiellońskiej. II wojna światowa zatrzymuje jednak działalność krakowskiej uczelni. Niemcy wywożą do obozów koncentracyjnych wielu profesorów i zamykają uniwersytet.

Ku współczesności

Po wojnie uczelnia powoli się odradza. Profesorowie i studenci muszą zmagać się jednak z cenzurą i represjami ze strony władz. Z uniwersytetu usunięty zostaje wydział teologiczny, który już nigdy nie zostanie reaktywowany. Komunizm w końcu upada, a Uniwersytet Jagielloński otwiera się na świat. Obecnie jest domem dla 50 tys. studentów z różnych krajów. W Polsce cieszy się zasłużoną renomą, niestety na liście najlepszych uniwersytetów na świecie (liście szanghajskiej) plasuje się dopiero w piątej setce. Myślę, że dla spokoju duszy Kazimierza Wielkiego, trzeba ten wynik poprawić 😉

Źródło: wielkahistoria.pl, uj.edu.pl

Studio Dziki Zachód – 30.05.2022

Gospodarz Studia Dziki Zachód stawia tezę, że USA chyli się ku upadkowi. Wyjaśnia, co jego zdaniem doprowadziło do załamania potęgi światowego hegemona.

Wojciech Cejrowski zwraca uwagę na problem niedoboru żywności w wielu krajach świata. Blokada ukraińskich portów przez Rosjan, uniemożliwia transport tamtejszego zboża. Ceny żywności idą więc w górę.

Bank Światowy przewiduje, że ceny żywności będą rosły do 2024 roku i nie powrócą już do poprzedniego poziomu. W Polsce nie ma problemu z niedoborem artykułów spożywczych, brakuje nam jednak nawozów.

Braki niektórych artykułów są za to coraz bardziej widoczne w USA. Zdaniem Wojciecha Cejrowskiego jest to efekt złej polityki amerykańskiego rządu, który doprowadza państwo do coraz gorszego stanu.

W czasie wizyty Joe Bidena w Japonii nad morzami Japońskim i Chińskim, a także w pobliżu Filipin, latały chińskie i rosyjskie myśliwce z ładunkami nuklearnymi. Jest to wyraźny sygnał, że Stany przestają być postrzegane jako silne państwo.

Chcesz widzieć więcej? Przesłuchaj całej audycji!

 

Międzymorze za komuny i postkomuny

Seria felietonów Klaudiusza Wesołka, dotycząca historii idei Międzymorza na portalu wnet.fm w każdy wtorek

Jak już wcześniej pisałem, najważniejszą do niedawna koncepcją, nawiązującą do idei Międzymorza, była doktryna „ULB” Mieroszewskiego, spopularyzowana przez Giedroycia i jego „Kulturę”, najpierw wśród emigracji a potem w kraju. Jerzy Targalski („Józef Darski”) – członek podziemnej Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość” i współpracownik „Kultury” popularyzował ją w Polsce. Inny członek LDP „Niepodległość”, Marcin Dybowski wydawał miesięcznik „ABC”, poświęcony w dużej mierze idei Międzymorza. Marcin Dybowski szkolił też ukraińskich drukarzy i pomagał wydawać ukraińskie pismo emigracyjne „Zustriczi”. Ukraińskich drukarzy szkolił też Piotr Hlebowicz z Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego. Hlebowicz zaczął też propagować ideę Międzymorza i robi to do dziś. Zwolennikiem Międzymorza był także działacz podziemnego ruchu nacjonalistycznego Tomasz Szczepański „Barnim”. W latach 90-tych, inny narodowiec Mariusz Urban, chyba jako pierwszy, zaproponował połączenie koncepcji Międzymorza z orientacją proamerykańską. Generalnie jednak polski ruch narodowy był nastawiony raczej niechętnie do idei Międzymorza.

Klaudiusz Wesołek: od umowy warszawskiej do ryskiej zdrady

Międzymorze propagowała także Konfederacja Polski Niepodległej. W latach 90-tych KPN oficjalnie przyjął Międzymorze za swoją oficjalną doktrynę geopolityczną. O Międzymorzu mówiły też inne środowiska opozycyjne. Przepraszam, jeśli nie wymieniłem kogoś istotnego dla rozwoju tej idei. Jednak doktryna Międzymorza nie znalazła wtedy szerokiego oddźwięku w polskim społeczeństwie, nie mówiąc już o naszych sąsiadach. Za komuny środowiska opozycyjne skupiały się na walce z nią a w latach 90-tych prawie wszyscy byli oczarowani perspektywą wejścia do Unii Europejskiej. Ja po raz pierwszy pisałem o Międzymorzu w piśmie „Prawica Polska” Mariusza Romana w roku 1994. Czytelnicy uznali ją za raczej „księżycową ideę”. W roku 2002 założyłem „Gdańską Grupę INTERMARUM” w formie stowarzyszenia zwykłego. Próbowaliśmy też budować międzynarodowy ruch o nazwie Konfederacja Międzymorza (Confederacy of Intermarium), oparty na luźnej współpracy, bez żadnych formalnych struktur. Pomysł nasz poparła Anna Walentynowicz. Udało nam się wciągnąć do współpracy kilka grup i indywidualnie działających osób na Ukrainy i na Słowacji. Po wejściu Polski do UE ruch ten jakby umarł śmiercią naturalną. Prawdopodobnie naszym błędem było ukazywanie Międzymorza jako alternatywy dla UE a nie koncepcji równoległej.

Czytaj także:

Międzymorze między wojnami – Prometeizm i III Europa

Idea Międzymorza odrodziła się i to z wielkim hukiem, kilkanaście lat temu. Po części z powodu rozczarowania Unią Europejską. Istotną rolę odegrały też publikacje Marka Jana Chodakiewicza, polonijnego historyka z USA. W Polsce popularne jest to co przychodzi z zachodu i nawet polskie pomysły muszą przejść przez zachód by być zaakceptowane w Polsce. Pewne elementy koncepcji Międzymorza zaczął też wykorzystywać PIS w swojej polityce zagranicznej.

Klaudiusz Wesołek

Opinia świata o rusofobii Polaków przeszkadza w korzystaniu z naszych doświadczeń / Jan Martini, „Kurier WNET” 93/2022

Minęło 50 lat i znowu „wygraliśmy zimną wojnę”. Imperium zła się zmniejszyło, ale nie zostało pokonane. Komu zależało na stabilnej Rosji? Czy Rosjanie mieli jakiś „parasol” w kręgach decyzyjnych USA?

Jan Martini

Rosja przewidywalna czy nieprzewidywalna?

Często słyszy się opinię, że nie wiadomo co zrobi Putin, bo to gracz kompletnie nieprzewidywalny. Bywali jednak ludzie, którzy z dużą akuratnością potrafili przewidywać działania Rosji i jej przywódców, ale ich prognoz nikt nie chciał słuchać.

W Polsce do takich ludzi należał niedawno zmarły dr Jerzy Targalski. Właśnie wśród Polaków najłatwiej jest znaleźć specjalistów „od przewidywania” Rosji, bo mamy kilkuwiekowe doświadczenia w obcowaniu z imperializmem rosyjskim. Niestety powszechna w świecie opinia o rusofobii Polaków w zasadzie uniemożliwia korzystanie z naszych doświadczeń i dlatego nikt nie traktował poważnie także ostrzeżeń prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Rzadkim przykładem anglosaskiego „rusofoba”, czy raczej realisty, był amerykański generał George Patton, który kierował ciężkie zarzuty pod adresem ówczesnych polityków. Dopiero z dzisiejszej perspektywy widać, jak trafne były jego przewidywania:

„Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (…) Wygraliśmy tylko szereg bitew, nie wojnę o pokój. (…) Będziemy potrzebowali nieustającej pomocy Wszechmogącego, jeśli mamy żyć na jednym świecie ze Stalinem i jego morderczymi zbirami”. „Po raz pierwszy od stuleci pozwoliliśmy siłom Czyngis-chana wejść do Europy Środkowej i Zachodniej (…) w naszych czasach nie będzie pokoju, a Amerykanie, także ci, którzy się dopiero urodzą, będą musieli walczyć z Rosjanami jutro, albo za piętnaście, czy dwadzieścia lat. Dzisiaj powinniśmy powiedzieć Rosjanom, że mają iść w cholerę, zamiast ich słuchać, kiedy nam mówią, że mamy się cofnąć”.

Pattonowi nie pozwolono wyzwolić Pragi i został zmuszony do wycofania się z Czechosłowacji, która mocą uzgodnień alianckich została przeznaczona do „wyzwolenia” przez Sowietów. Musiał także wstrzymać się przed wkroczeniem do Berlina, choć jego patrole dotarły już do przedmieść miasta 13 kwietnia 1945 roku. Pierwszą „samowolkę” generał wykonał w marcu 1945 roku, forsując Ren, choć naczelny dowódca Dwight Eisenhower zamierzał przekroczyć Ren dopiero w maju, „kiedy wody opadną”. Na obawy ludzi zaniepokojonych o przyszłość Europy naczelny wódz odpowiadał w żołnierskich słowach: „Mam w dupie polityczną przyszłość Europy. Chcę tylko bezpiecznie doprowadzić swoich chłopców do domu”.

3 Armia amerykańska dowodzona przez Pattona wyzwalała Francję, spotykając się z wielkim entuzjazmem ludności, ale ze względów politycznych nie mogła wkroczyć do Paryża, bo trzeba było poczekać na zorganizowanie trzydniowego powstania i dowiezienie Armii Wolnych Francuzów…

Patton nie zdawał sobie sprawy ze stopnia infiltracji agentury komunistycznej w rządzie Stanów Zjednoczonych. Dziś szacuje się, że w administracji federalnej USA działało około 400 agentów komunistycznych – wśród nich byli też najbliżsi współpracownicy prezydenta Roosevelta.

W tamtym czasie komunizm wydawał się niezwykle atrakcyjną ideą („świat bez wyzysku człowieka przez człowieka”), nie istniały jeszcze efektywne służby kontrwywiadowcze, a prawdziwe oblicze bolszewizmu nie było powszechnie znane.

Co do natury komunizmu, żadnych wątpliwości nie miał premier Churchill, który podobnie jak generał Patton, zdawał sobie sprawę, że II wojna światowa zostanie przegrana, jeśli nie doprowadzi się do zwycięstwa demokracji. Dlatego ci dwaj ludzie myśleli o kontynuowaniu wojny, w której alianci zachodni mieli konkretną przewagę.

Pomijając fakt, że broń atomową wówczas mieli tylko Amerykanie, alianci zachodni dysponowali sprawnym zaopatrzeniem i przewagą w powietrzu. Sowieckie masy wojska i sprzętu (8 tysięcy czołgów, ciężarówki przeważnie produkcji amerykańskiej) przy przerwaniu zaopatrzenia – dostaw paliwa, amunicji i żywności – byłyby w zasadzie bezużyteczne.

Patton spotykał się z entuzjazmem na wyzwalanych przez Amerykanów terenach – masy uwolnionych robotników przymusowych i jeńców wręcz błagały generała o przyjęcie w szeregi jego armii. W Polsce istniał wielki i dobrze zorganizowany ruch oporu, gotowy wesprzeć działania amerykańskie. Z tego oczywiście zdawali sobie sprawę Sowieci, dlatego postanowili Pattona „zneutralizować”. Naprzód dzięki ich intrygom pozbawiono generała dowództwa 3 Armii, a następnie po kilku próbach zamachu, zamordowano.

Szczególnie perfidna była jedna z tych prób – klasyczna operacja „pod fałszywą flagą”. Gdy generał leciał samolotem z Niemiec do Anglii, nad Francją jego samolot został ostrzelany przez angielski myśliwiec Spitfire z polskimi (!) znakami rozpoznawczymi.

Pilotowi Pattona udało się uniknąć ataku, ale generał był przekonany, że Polacy usiłowali go zamordować. Później okazało się, że polskie lotnictwo stacjonowało poza zasięgiem zdarzenia, na północy Szkocji, a tego dnia żaden samolot nie wykonywał lotu. W końcu generał Patton „zginął w niejasnych okolicznościach”, jak piszą we wszelkich materiałach na jego temat. Został on zamordowany sposobem szeroko stosowanym w III RP w czasie, gdy sowieckie służby budowały w Polsce „demokrację” – samochód generała zderzył się z ciężarówką…

Po wojnie zapanowała euforia i cały świat uważał, że wraz klęską państw Osi wygrały siły „dobra”, a dzięki powołaniu ONZ konflikty zbrojne będą po prostu niemożliwe. Tylko nieliczni, jak Churchill i Patton, sądzili, że wojna została przegrana.

Minęło 50 lat i historia się powtórzyła – „wygraliśmy zimną wojnę”. Wprawdzie „imperium zła” się zmniejszyło, ale bynajmniej nie zostało pokonane. Pierestrojka, do której przygotowywano się 20 lat, nie przebiegła według przygotowanego scenariusza, zmiany poszły dalej niż zakładano, ale zdołano opanować sytuację. Podczas wielkiego bałaganu w Rosji „jastrzębie” z Pentagonu proponowały raz na zawsze rozwiązać problem zagrożenia rosyjskiego, lecz zajmujący się polityką zagraniczną Sekretariat Stanu sprzeciwił się temu, posługując się argumentem rzekomego „niebezpieczeństwa destabilizacji”. Komu tak zależało na stabilnej Rosji? Czy Rosjanie, przeprowadzając ryzykowne przeobrażenia, mieli jakiś „parasol” w kręgach decyzyjnych USA?

Sowietologiem, który nie wierzył w „koniec historii” i uważał, że to Zachód przegrał zimną wojnę, był Christopher Story. W wywiadzie z roku 2005 powiedział:

„Związek Radziecki nie istnieje, więc Zachód może się rozluźnić, nie musi być czujny i teraz jest kuszony obietnicą współpracy. Ze strony sowieckiej jest to szantaż kolaboracji. Jest to równanie, w którym jednym elementem jest współpraca, a drugim szantaż. My współpracujemy, zapominając o elemencie szantażu, ale jest to sytuacja bardzo, bardzo niebezpieczna”.

Na pytanie, co robić i jak przeciwdziałać, Story odpowiedział:

„Powinniśmy zostawić ich, by kisili się we własnym sosie i wycofać się z kooperacji. Obecnie jesteśmy głęboko zaangażowani we współpracę. Nie musimy tego ogłaszać, tylko po prostu wyplątać się. Przestać pomagać, wycofać się z kooperacji gdziekolwiek nadarzy się okazja, okopać się, a także zacząć się ponownie zbroić jak szaleni, ponieważ jedyną rzeczą, jaką oni powinni zrozumieć, jest to, że jesteśmy zdeterminowani bronić się i nie dopuścić do ich zwycięstwa”.

Christopher Story, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Edward Harle, był prominentnym dziennikarzem i ekspertem specjalizującym się w zagadnieniach ekonomicznych. Był także znawcą komunizmu i problematyki rosyjskiej. Gdy zaczął wydawać magazyn „The Soviet Analyst”, zmienił nazwisko ze względów bezpieczeństwa. Zmarł w lipcu 2010 roku na tajemniczą chorobę wątroby.

Story sądził, że został otruty podczas wizyty w USA w marcu 2010 roku za pomocą wirusa wytworzonego przez ośrodek broni biologicznej w Fort Meade (operacja pod fałszywą flagą?).

Artykuł Jana Martiniego pt. „Rosja przewidywalna czy nieprzewidywalna?” znajduje się na s. 2 marcowego „Kuriera WNET” nr 93/2022.

 


  • Marcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Rosja przewidywalna czy nieprzewidywalna?” na s. 2 marcowego „Kuriera WNET” nr 93/2022

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rok 2022 rokiem Józefa Mackiewicza. Prof. Bolecki: był nie tylko twórcą antykomunistycznym, ale i antypolitycznym

Józef Mackiewicz (pośrodku) wśród redaktorów wileńskiego "Słowa" | Fot. Wacław Żyliński (domena publiczna, Wikimedia.com)

Historyk literatury o twórczości i postawie życiowej autora m.in. „Drogi donikąd”, „Kontry” czy „Nie trzeba głośno mówić.”

Prof. Włodzimierz Bolecki wspomina zmarłego Jacka Trznadla oraz mówi o Józefie Mackiewiczu. Rok 2022 jest poświęcony temu wybitnemu pisarzowi.

Krajowa myśl literacka w ogóle nie chciała go przyjąć, gdy zajął stanowisko poza modelem ustrojowym politycznym i światopoglądowych PRL.

Badacz wskazuje, że negatywny stosunek Mackiewicza do komunizmu zrodził się w okresie wojny polsko-bolszewickiej; twórca już wtedy odkrył zagrożenia, jakie niesie ten nurt myślenia; na czele z destrukcją języka.

Komunizm oznaczał dla niego zniszczenie kultury i ludobójstwo.

Jak mówi gość „Kuriera w samo południe”, publicystyka Mackiewicza ma ogromne walory poznawcze.  Dodaje, że był on twórcą „antypolitycznym”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Likwidacja Stowarzyszenia Memoriał przez Putina. Prof. Legucka: to ogromny cios i wielka hańba dla współczesnej Rosji

Featured Video Play Icon

Analityczka ds. Rosji w programie „Europa Wschodnia”, przedstawicielka PISM komentuje likwidację Stowarzyszenia Memoriał przez Władimira Putina.

Prof. Agnieszka Legucka wypowiada się na temat likwidacji Stowarzyszenia Memoriał przez prezydenta Federacji Rosyjskiej – organizacja zajmowała się badaniem zbrodni stalinowskich. Analityczka uważa, że jest to dowód nieumiejętność rozliczania się Rosji ze swoją przeszłością.

To ogromny cios i wielka hańba dla współczesnej Rosji. Przybito niemalże ostatni gwóźdź do tego, jak współczesna Rosja rozlicza się ze swoja przeszłością.

Zadaniem Stowarzyszenia było ustalenie – na bazie dostępnych dokumentów – czy dane wydarzenie można było zaliczyć jako zbrodnię stalinowską. Jak twierdzi gość „Kuriera w samo południe”, na chwilę obecną mamy do czynienia z idealizacją Związku Sowieckiego.

Związek Sowiecki postrzega się tylko w kontekście wielkiego państwa, industrializacji i skoku cywilizacyjnego.

Zdaniem Profesor cały proceder jest próbą politycznego zdyskredytowania całego Memoriału – oraz jego działacza, Jurija Dmitrijewa –  w procesie karnym.

Ta organizacja została uznana za tzw. zagranicznego agenta. Będąc „agentem” jest obowiązek podawania tej informacji. Stowarzyszenie podobno nie robiło tego regularnie.

Dodaje, że – mimo ogólnokrajowego charakteru działalności organizacji oraz wszystkich kontrowersji wokół tematu, wielu Rosjan jest świadomych istnienia Stowarzyszenia.

Niepozytywne jest to, że 70% Rosjan nie wie i nie słyszało nigdy o Stowarzyszeniu Memoriał. Rosjanie nie interesują się tym, co jest związane z polityką.

Gość „Kuriera w samo południe” komentuje również bieżącą, napiętą sytuację międzynarodową. Jej zdaniem konflikt zbrojny na skalę międzynarodową nie leży w interesie prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Pełnoskalowa wojna nie jest Putinowi na rękę.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

P.K.

Ryszard Czarnecki: przestrzegałbym przed nadmiernym optymizmem, jeżeli chodzi o nowy rząd Niemiec

Europoseł PiS o pierwszej wizycie Olafa Scholza jako kanclerza Niemiec w Polsce oraz o obawach i nadziejach w związku z nowym niemieckim rządem.


Ryszard Czarnecki komentuje debatę w Parlamencie Europejskim w 40. rocznicę stanu wojennego. Ocenia, że

Sam fakt potępienia komunizmu był czymś znaczącym.

Odnosi się do wizyty nowego niemieckiego kanclerza w Polsce. Wskazuje, że choć Angela Merkel odchodzi to SPD pozostaje w rządzie. Istnieje więc kontynuacja w niemieckim rządzie. Obecny kanclerz wcześniej był wicekanclerzem.

 Eurodeputowany byłby ostrożny z twierdzeniem, iż mamy nowe otwarcie w relacjach polsko-niemieckich. Przestrzega przed myśleniem, że

Merkel była najlepsza, a teraz będzie tylko gorzej.

Nie należy jednak być też zbyt optymistycznym. Nasz gość obawia się pójścia w lewo nowego niemieckiego rządu.

Nową koalicję współtworzą Zieloni, więc można się spodziewać mocnego podkreślania nowej polityki klimatycznej i energetycznej. Nie jest to, jak mówi, dobra wiadomości dla Polski.

  Czarnecki nie sądzi, aby Niemcy były skłonne „szybkich negocjacji, czy rekompensa”. Wskazuje na pieniądze, jakie RFN zaczął wypłacać Namibii, czyli dawnej Niemieckiej Afryce Wschodniej.

Chwalę Narodowy Bank Polski, Prezydenta, rząd… i zapraszam do budowania V Rzeczpospolitej/ Felieton Jana A. Kowalskiego

Pierwsza Rzeczpospolita była państwem zbudowanym na chrześcijańskich wartościach. A upadła, ponieważ o nich zapomniała. Czas najwyższy te wartości przypomnieć, odwołać się do nich i wdrożyć w życie.

Chwalę NBP nie tylko za czekoladki, które po wielkiej gali trochę przypadkowo trafiły w moje ręce. Ale już za kubek trochę tak. Dlaczego? Bo na kubku uwieczniono twórców polskiej gospodarki, odrodzonej po roku 1918. Rybarskiego i Grabskiego – wybitnych działaczy gospodarczych i zarazem działaczy Narodowej Demokracji. Nie byli oni wybitnymi dowódcami wojskowymi, nawet nie napadali na pociągi J, a zostali tak pięknie uhonorowani przez obóz patriotycznej polskiej lewicy. I samego prezesa NBP, Adama Glapińskiego. Tylko przyklasnąć.

Ale czekoladki i kubek to byłoby trochę za mało, żeby zasłużyć na pochwałę ze strony człowieka krytycznego, a czasem złośliwego.

Chwalę NBP za politykę finansową ostatnich lat. Za to, że w odróżnieniu do rządów Patologii Obywatelskiej, nie wystawił nas wszystkich na żer międzynarodowych spekulantów.

Za to, że wzorem innych banków centralnych obniżył stopy procentowe, zapobiegając tym samym zorganizowanej kradzieży naszych pieniędzy. Chwalę nawet za to, że w czasie pandemii Covid-19 (rzeczywistej lub wyimaginowanej) dodrukował całą masę pustego pieniądza. Tak, jak zrobiły to banki innych państw. Chroniąc nas tym samym od spekulacyjnej huśtawki na polskim złotym.

Chwalę polski rząd za wszelkie działania, jakie w ostatnich latach podejmuje. I jeszcze podejmie. Zwłaszcza za skuteczną ochronę polskiej granicy. Jednoznaczne stanowisko polskiego prezydenta bardzo tę obronę ułatwiło. Chwalę zatem również prezydenta Andrzeja Dudę. Chwalę również tych wszystkich, którzy na to zasługują, a z braku miejsca nie mogę ich wymienić. Wpiszcie tu ……. swoje nazwisko.

Wszyscy przeze mnie wymienieni i wykropkowani zdecydowanie zasługują na wszelkie pochwały, nawet na czekoladki i kubeczek. I nie mam do nich najmniejszych pretensji. W ramach obecnego systemu zarządzania Polską zrobili wszystko, co mogli.

W ramach obecnego systemu, zaprojektowanego przez komunistów i przyjętego przez ich opozycyjnych agentów, nic więcej w Polsce nie było i nie będzie można zrobić. W dawnych komunistycznych czasach zostało to zdefiniowane jako samoobsługa systemu. Aktywność mnóstwa ludzi, chcących zmienić komunizm na socjalizm z ludzką twarzą lub podobny, poszła na marne. Komunizmu nie dało się zmienić. Należało go obalić. Do tego namawiała moja od dziecka Liberalno-Demokratyczna Partia „Niepodległość”. To głosił nasz śp. kolega Jerzy Targalski (Józef Darski).

Podobnie należy obalić postkomunizm, w którym od 30 lat tkwimy. Który deprawuje i niszczy ludzi chcących go zmieniać. I trwa w najlepsze, nic sobie nie robiąc z kolejnych prób reform. Szkoda ludzi, często prawdziwych patriotów, i ich energii.

Zatem powtórzmy raz jeszcze. Tego systemu nie da się zreformować. Nie da się go przeżyć, bo zasilają go kolejne roczniki, deprawowane od chwili wejścia weń. To przez ten system jesteśmy państwem słabym i niezdolnym do samodzielnego funkcjonowania.

Chcemy zaproponować Polakom inny system zorganizowania państwa i zarządzania nim. Nasze myślenie o państwie zakorzenione jest wprost w tradycji I Rzeczpospolitej. Orzeł Jagiellonów, z krzyżem na koronie, nie bez przyczyny zdobił winietę pisma „Niepodległość”. Pierwsza Rzeczpospolita była państwem zbudowanym na chrześcijańskich wartościach. A upadła, ponieważ o nich zapomniała. Czas najwyższy te wartości przypomnieć, odwołać się do nich i wdrożyć w życie indywidualne i społeczne.

Chcemy państwa zarządzanego oddolnie przez wolnych i odpowiedzialnych obywateli. Projekt tak zorganizowanego państwa przedstawiłem w projekcie nowej Konstytucji (V Rzeczpospolitej).

Biurokracja jako metoda zarządzania naszym wspólnym dobrem, przejęta bezrefleksyjnie od zaborców, nie sprawdza się w naszym narodzie miłującym wolność i spontaniczność. Jej skutkiem jest wyłącznie korupcja przeżerająca nasze państwo, partyjna patologia zawłaszczająca wspólne dobro i ogromne marnotrawstwo.

Jeżeli chcemy, żeby naród polski przetrwał dziejowe burze, a nasza Ojczyzna rosła w siłę, musimy wrócić do źródeł. Do źródeł wielkości I Rzeczpospolitej. To drobni i średni przedsiębiorcy gospodarujący we własnych folwarkach, polscy szlachcice, zbudowali jej wielkość. Czas wrócić do takiego myślenia i takiej koncepcji politycznej. Do chrześcijańskiej idei wolnej woli i wolności działania na niej opartej.

Nie jesteśmy zarazem wyspą. Bez współdziałania ideowego, kulturowego i gospodarczego z narodami i państwami Międzymorza (ABC), położonymi pomiędzy Niemcami i Rosją, nie obronimy naszego nawet najlepiej zarządzanego państwa.

Zapraszam do współpracy wszystkich, którzy myślą podobnie. I zamiast narzekać, chcą zmieniać na lepsze siebie i naszą Ojczyznę.

Na koniec, dziękuję Krzysztofowi Skowrońskiemu za zaproszenie mnie do współpracy. Mija właśnie 5 lat mojej obecności w „Kurierze Wnet” i na portalu wnet.fm. Swój czas chcę teraz poświęcić wyłącznie na tworzenie portalu poświęconego budowie V Rzeczpospolitej. Na nic więcej nie będę miał czasu.

Mediom Wnet życzę dalszego rozwoju. Do zobaczenia w wolnej od biurokracji, niepodległej V Rzeczpospolitej!

Jan Azja Kowalski

PS I oczywiście dziękuję Magdzie Słoniowskiej. Bez jej adiustacji moje felietony byłyby dużo słabsze 😊