To On powinien był dostać Nobla. Nie Miłosz… 24. rocznica śmierci Zbigniewa Herberta. Opowiada Tomasz Wybranowski

Zbigniew Herbert zarzucał Miłoszowi pisanie „bardzo niesmacznych artykułów” w czasach stalinowskich. Miał też, jak mawia Bohdan Urbankowski, pretensje o pracę Miłosza dla PRL-owskiej dyplomacji. Krytykował również rozumienie roli poety przez późniejszego noblistę Cz. Miłosza, jako służebnej wobec polityków. Herbert i Miłosz to jak Mickiewicz i Słowacki. Ich drogi były równoległe, ale rozbieżne.

Wczoraj smutno rozmyślałem o cesarzu polskich poetów. Wczoraj (28 lipca 2022) przypadła 24. rocznica śmierci Zbigniewa Herberta. Dlaczego dziś wspomnienia?

To proste, osobiście byłem ciekaw, ile mediów, ile redakcji wspomni cesarza polskich poetów ostatnich 150 lat.

Zbigniew Herbert był poetą, który przetrwa stulecia. Był przede wszystkim mądrym człowiekiem i prawdziwym erudytą, który zawsze sprzeciwiał się systemom zniewolenia.

Twierdzę, że to On powinien był dostać Nobla. Wszystkie Noble począwszy od Czesława Miłosza, Lecha Wałęsy, Wisławy Szymborskiej po Olgę Tokarczuk, oddałbym wiedząc, że On otrzymał to wyróżnienie. W przeciwieństwie do innych artystów, tak jak Czesław Miłosz czy Wisława Szymborska, Zbigniew Herbrt nigdy nie uległ stalinizmowi w poezji. Jako powstaniec warszawski i żołnierz AK. – powiedział Tomasz Wybranowski. 

Tutaj do wsyłuchania montaż słowno – muzyczny Tomasza Wybranowskiego poświęcony Zbigniewowi Herbertowi:

 

W programie pojawiły się dwa nagrania z albumu „Herbert”. To niezwykły hołd muzyków dla Zbigniewa Herberta, kiedy w 2009 roku przypadała jego 85. rocznica urodzin. Premiera książki z płytą miała miejsce 29 października 2009 roku.

Pomysłodawcą projektu i kompozytorem jest Karim Martusewicz – basista Voo Voo i lider międzynarodowego kolektywu muzycznego Karimski Club.

Zaproszenie do śpiewania i recytowania poezji Herberta przyjęli: Sylwia Wiśniewska, Gaba Kulka, Jan Nowicki, Maciej Stuhr, Rafał Mohr, Wojciech Waglewski, Adam Nowak, Muniek Staszczyk, Sebastian Karpiel – Bułecka oraz rozliczni przyjaciele z Karimski Club, którzy w swoich ojczystych językach interpretują tę niesłychanie dojrzałą twórczość.

Dzięki archiwalnym nagraniom Polskiego Radia, na płycie można też usłyszeć głos samego Zbigniewa Herberta. 

 

 

A oto mój poetycki hołd dla mojego mistrza Zbigniewa Herberta, bo drugim przecie Ernest Bryll.

NOCNE CZUWANIE

Mojemu Mistrzowi Zbigniewowi Herbertowi

Największemu polskiemu poecie

Teraz Książę

Kiedy jesteśmy sami

Możemy porozmawiać jak mężczyzna z mężczyzną …

Leżysz i to jest właśnie koniec

Martwe i puste dłonie

Półotwarte oczy odbijające gasnące światło

Któż cię wspomni?

Brzydka i zapłakana studentka literatury

Żałująca, że nie miała wymarzonych 5 minut

Sam na sam z tobą?

Chorobliwie rozmarzeni młodzieńcy

Śniących o buncie, złej miłości

I lekkim życiu?

Kim byłeś Książe ?

Oszustem, łgarzem i prowokatorem

Złych zdarzeń

Nie pragnąłeś zemsty, ale władzy

Oszukałbyś wszystkich gdyby nie Leartes

I trochę zroszonej stali

Dziękuję ci Książe!

Bo wiem jak żyć nie należy, choć

z piekielnych czeluści szydzisz

Że to tylko „słowa, słowa, słowa…”

Być może, ale ja wracam do życia

Do wierszy i spacerów w cieniu domów wariatów

Żebrzących bosych dzieci i szklanych wieżowców

Kościołów i fabryk szczęścia

Małych dyktatorów w stroju demokraty

I zwykłych ludzi

Na dnie duszy która kurczy się

od spazmów wymuszonego śmiechu

Odkrywam życie

Tam, gdzie ty musiałeś odejść

Książe…

Wiersz ze zbioru „Nocne Czuwanie” [wydawnictwo Kontury, 2021].

Tutaj do obejrzenia i wsyłuchania rozmowa Oto moja rozmowa z panem Sławomirem Szenwaldem, dyrektorem nadzwyczajnej Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zbigniewa Herbarta w Gorzowie Wielkopolskim.

 

Bogdan Feręc – parlament w Irlandii chce wprowadzić podatek, który karałby firmy za nadmierne podnoszenie cen energii

Redaktor naczelny portalu Polska – IE.com wyjaśnia jak wysokie temperatury wpływają na życie mieszkańców Irlandii. Mówi o podatku, który tamtejszy parlament chce nałożyć na firmy energetyczne.

Republika Irlandii zmaga się z wysokimi temperaturami. W Galway czy Dublinie temperatury sięgają 29 stopni Celsjusza, a nawet rekordowo przekraczają 33 stopnie.

Tak stało się dziś 18 lipca 2022 roku. A rekordową temperaturę odnotowała stacja meterologizna w mieście Trim, znanym fanom filmu Mela Gibsona „Braveheart”.

Wyniosła ona 33,4 stopnia Celsjusza!

Z jednej strony skwar panujący na Szmaragdowej Wyspie podoba się mieszkańcom (jako ludzie lubimy raczej jak jest ciepło), z drugiej nie są do niego przyzwyczajeni.

Tak wysokie temperatury niedługo się skończą. Termometry znów wskażą maksymalnie 19 stopni. Ma tez pojawić się wiatr.

Mówi redaktor naczelny portalu Polska – IE.com Bogdan Feręc. Wysokie temperatury niedługo znikną, jednak skutki przez nie spowodowane mogą trwać znacznie dłużej. W całym kraju panują obecnie niedobory wody. Szczególnie odczuwają to rolnicy.

Proszą stosowne władze o dostarczanie wody beczkowozami, gdyż nie mają jak napoić zwierząt. To jednak nie jedyne kłopoty irlandzkich farmerów. Przez to, że wiosna dość późno zawitała na Szmaragdową Wyspę, plony zboża mogą być w tym roku nieznacznie niższe.

Irish Water wystosowało apel do irlandzkiego społeczeństwa, aby w najbliższych dniach oszczędzać wodę i nie używać jej do

„celów innych niż niezbędne, czyli ograniczyło podlewanie ogrodów i mycie samochodów, co pozwoli uniknąć wprowadzenia zaostrzonych zasad dostaw wody.”

Tutaj znajdziecie archiwalne programy ze Studia 37 Dublin: mixcloud.com/TwojeRadioDublin/Wnet37Studio/ 

 

 

O ile jednak mieszkańcy Irlandii nadal zużywać będą nadmierne ilości wody, konieczne może okazać się wprowadzenie pewnych ograniczeń, w tym obniżenia ciśnienia w rurach lub czasowych przerw w dostawach.

Linie energetyczne/Fot. Wikimedia Commons

 

Z mniejszymi zbiorami będą zmagać się głównie rolnicy, cały kraj może odczuć na sobie kryzys energetyczny.

Chcąc zapobiec nadmiernemu wzrostowi cen, parlament w Irlandii chce wprowadzić specjalny podatek.

Płaciłaby go każda firma, która zdaniem odpowiedniego regulatora podniosłaby cenę jedynie dla maksymalizacji swoich zysków.

Kwestia podatku od przedsiębiorstw energetycznych, omówiona została już przez ministra Ryana i ministra finansów Paschala Donohoe. Panowie doszli do porozumienia, iż podatek powinien się pojawić wraz z kolejnym budżetem Republiki Irlandii i wprowadzony być natychmiast, gdyż

przewiduje się skokowy wzrost cen na nośniki energii, nastąpić ma już jesienią.

Podatek skłaniać ma firmy energetyczne, aby to one stały się poniekąd regulatorem rynku, czyli ograniczyły swoje zyski, a w konsekwencji o ile podwyżki będą konieczne, nie były na poziomach, jakie obserwowano do tej pory.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się o kryzysie najmu nieruchomości w Irlandii oraz o problemach przewodniczącego Fianna Fáil Michaela Martina, koniecznie wysłuchaj całej rozmowy z redaktorem Bogdanem Feręcem, szefem portalu Polska-IE.com i Studia Riverside Radia Wnet.

Język polski został wprowadzony do irlandzkich liceów w 2020 roku. Niewiele osób o tym wie – mówi Agnieszka Grochola

Magdalena i Agnieszka Grochola. Fot. arch. Polska Szkoła w Galway.

Doradca metodyczny w Post-Primary Languages Ireland opisuje rozwój popularności języka polskiego w irlandzkich szkołach.

Agnieszka Grochola o nauczaniu języka polskiego w irlandzkich szkołach. Został on wprowadzony do irlandzkiego systemu edukacji. Nauczany jest w 26 irlandzkich liceach.

Jest to po prostu historyczna szansa dla nas, dla polskich dzieci tutaj w Irlandii, dla polskich nauczycieli.

Czytaj także:

Agnieszka Grochola: języka polskiego można się uczyć w 24 szkołach w Irlandii

Doradca metodyczny w Post-Primary Languages Ireland wyjaśnia, że cztery irlandzkie szkoły prowadzą wspólne zajęcia on-line z polskiego.

Z tego programu skorzystało siedemnastu polskich maturzystów. Ten projekt się rozrasta.

Na kolejny rok chętnych jest 26 uczniów z siedmiu szkół.

K.B./A.P.

Studio Dublin – 17 czerwca 2022 – Bogdan Feręc i Tomasz Szustek

Piątkowy poranek w sieci Radia Wnet to Studio Dublin. Informacje ze święta Bloomsday i przegląd wydarzeń tygodnia. Nie brak też dobrej muzyki i ciekawostek z Irlandii. Zaprasza Tomasz Wybranowski.

W gronie gości:

  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com, Studio Riverside Galway,
  • Tomasz Szustek – dziennikarz, reporter i fotograf Studia 37 Dublin.Prowadzenie i scenariusz: Tomasz Wybranowski

Redaktor wydania: Tomasz Wybranowski

Realizacja: Tomasz Wybranowski

W piątkowym Studiu Dublin łączyliśmy się tradycyjnie z Bogdanem Feręcem, szefem najważniejszego i najbardziej poczytnego portalu irlandzkiej Polonii  – Polska – IE.com.

W tym tygodniu Tomasz Wybranowski przeprowadził rozmowę z liderką irlandzkiej opozycji – Ivaną Bacik. Bogdan Feręc jest zdania, że inni politycy Irlandii powinni wziąć przykład z szefowej Labour Party i docenić możliwość kontaktu za pośrednictwem fal radiowych z Polonią mieszkającą na Szmaragdowej Wyspie.

Myślę, że irlandzcy politycy powinni zainteresować się tym, co działo się w Radiu Wnet, gdyż dla nich jest to również doskonała okazji, by dać się poznać polskojęzycznym mieszkańcom Irlandii.

 

Tutaj do odsłuchania cała rozmowa z Bogdanem Feręcem.

Tomasz Szustek na szlaku powieściowym „Ulissesa”. Bloomsday 2022, Sandycove.

Druga część Studia Dublin należała do Tomasza Szustka, który podzielił się najciekawszymi wrażeniami z obchodzonego w czwartek w całej Irlandii literackiego święta Bloomsday, którego głównym bohaterem jest James Joyce i jego sztandarową powieścią Ulisses.

16 czerwca 2019 roku byliśmy pierwszym w historii polskiej radiofonii radiem, które na żywo przez ponad dziesięć godzin opowiadało o powieści, która wciąż rozpala zmysły i serca czytelników. W rolę głównego reportera, tak jak i w tym roku, wcielił się Tomasz Szustek. 

Fani powieści „Ulisses” podczas świątecznego czytania na szczycie Martello Tower w Sndycove, 16 czerwca 2022 roku. Fot. Tomasz Szustek / Studio 37

Obowiązkowo trzeba też zobaczyć podczas Bloomsday Muzeum Jamesa Joyce’a w wieży Martello. To tam zaczyna się powieść Ulisses. Wytrawni fani literatury pamiętają poranną toaletę na szczycie Martello Tower Malachi’ego „Bucka” Mulligana i jego rozmowę ze Stefanem Dedalusem.

Tutaj do wysłuchania finał rozmowy z drem Maciejem Świerkockim, tłumaczem nowej polskiej wersji powieści „Ulisses”:

Tomasz Szustek mówi o tym, kto przybywa do Irlandii na Festiwal Bloomsday. Tłumaczy, dlaczego to właśnie Dublin powinien być miastem docelowym dla każdego, kto chce w pełni wczuć się w obchody.

Festiwal jest dość dużą imprezą. Są na nim wydarzenia, które zadowolą wszystkie grupy. Poszczególne edycje Bloomsday odbywają się w różnych miastach, ale tutaj, w Dublinie, mają one specyficzny smak.

Poza miłośnikami Joyce’a, są także takie osoby, które nie bardzo wiedzą o co chodzi, ale się cieszą, bo coś się dzieje, są stroje, jest muzyka… Chcą się bawić w tej atmosferze.

Jednocześnie współtwórca Studia 37 i rozmówca Tomasza Wybranowskiego zaznacza, że uroczystości związane z Bloomsday nie ograniczają się do przyziemnych przyjemności.

Jednak to nie jest festiwal grilla, kiełbasy i piwa. Obcowanie z aktorami odgrywającymi scenki wielu osobom pozwala zainteresować się Ulissesem, albo odkryć go na nowo.

Tutaj do odsłuchania cała rozmowa z Tomaszem Szustkiem:

Bloomsday i odgrywanie powieściowych historii powróci już 16 czerwca… 2023 roku! Fot. Tomasz Szustek / Studio 37

K.K. i /WyT/

On był zawsze po prostu… Dwa lata temu odszedł Jerzy Pilch…

Dużo czytam. To zapewnia mi wewnętrzny spokój i swoiste poczucie spełnienia. Jak pisał Ryszard Kapuściński, „aby napisać jedna stronę, trzeba przeczytać sto innych stron.” Dziś odszedł…

JERZY PILCH…

W gronie współczesnych polskich pisarzy zawsze wyróżniałem dwóch. Andrzej Stasiuka za debiutanckie „Mury Hebronu” i pachnące prozą Marquzea „Opowieści galicyjskie”. U Stasiuka cenię nazywanie rzeczy po imieniu, odszyfrowywanie świata, ciekawość drugiego człowieka i pasję zaklinania na stronicach blednących zakątków Europy (jeden z jego esejów w zbiorze „Znikająca Europa”). Ów drugi to Jerzy Pilch, który dzisiaj odszedł… Jego cenię za tak zwany całokształt i twórcy, i Jego dzieł.

Tomasz Wybranowski

 

Tutaj do wysłuchania program o tożsamości jednostki i narodu z dala od kraju urodzenia. Muzyka i metafory irlandzkiej grupy Fontaines D.C. mają dla mnie osobiście wiele z klimatu lektur Jerzego Pilcha:

 

Pierwszy raz o Jerzym Pilchu usłyszałem przy okazji uroczystej premiery filmu Jerzego Stuhra „Spis cudzołożnic”. Jego scenariusz powstał w oparciu o powieść Pilcha pod tym samym tytułem, a dokładnie „Spis cudzołożnic. Proza podróżna”. Było to wielkie wydarzenie.

Wówczas Jerzy Pilch stał się znany, głośny i cytowany. Boję się to napisać, ale muszę. Bowiem dzięki temu obrazowi on stał się … modny. Opowieść o „dwójce protestantów spacerujących w sercu katolickiego miasta – Krakowa” zmuszała do refleksji.

O życiu, o miłości i o tym, co pozostanie po nas. Banał, cholerny banał! – powie ktoś z Czytelników. Tak, banał stary jak świat, ale nie w przypadku Jerzego Pilcha i Jego prozy.

Jak nikt inny ze znanych mi polskich współczesnych pisarzy Pilch tnie duszę na kawałki. Odrzuca patos, heroizm, dumę, naszą czasami przeterminowaną i zbutwiałą polskość (tylko na sprzedaż), zaś skupia się na tych małych okruszkach szarej, choć niełatwej codzienności. Dusza boli. Dusza nie daje o sobie zapomnieć. W swojej prozie Pilch starał się diagnozować ów ból egzystencjalny i, na swój sposób,  rozłozyć go ma czynniki pierwsze.

Tak jest w przypadku bohatera „Spisu cudzołożnic”, profesora akademickiego, który w ciagu jednej nocy odbywa ze swoim szwedzkim przyjacielem podróż sentymentalną do czasów młodości szlakiem adresów swoich sympatii i miłości ze starego notesu z czasu studiów. Tęskni do tego co minione, przeszłe i na poły zapomniane. Z tęsknotą przychodzi refleksja, że to co mogło się wydarzyć na pewno nie wydarzy się „tu i teraz”.

Nie inaczej jest z bohaterem – narratorem powieści „Pod Mocnym Aniołem”. Jerzy Pilch opisał po prostu siebie podczas zmagań z nałogiem alkoholowym. To – moim zdaniem – najbardziej spektakularna spowiedź człowieka, która szuka… sam siebie.

Bohaterowie powieści pisarza z Wisły, wyrosłego w tradycji luterańskiej, nie szukają usprawiedliwienia, nie dobierają argumentów, aby udowodnić tezę, iż „to co się dzieje ze mną, to nie moja wina. To czas, moment, środowisko, etc.”

Wyjazd z kraju jest przecież jednym z podstawowych scenariuszy w naszej rzeczywistości. Oczywiście, że należy to spisać, kwestia tylko w tym, kiedy to się stanie? Czy ktoś weźmie się za to teraz, czy napisze to właśnie ten 35-letni emigrant, czy jego syn, czy jego prawnuk – tego nikt nie wie. Niemniej jednak uważam, że nadszedł już czas na taką książkę. Moim zdaniem to spojrzenie jest niezwykle cenne, szczególnie jeśli w chwili obecnej na Wyspach znajduje się ok. 1,5 miliona osób. – Jerzy Pilch

Powód cierpienia, które tożsamy jest często z trwaniem, prawie zawsze tkwi w bohaterze. To jego decyzje i wybory doprowadzają go do tego konkretnego miejsca na mapie życia. I – co nie jest nagminne nie tylko w literaturze, ale i życiu – przyznają sie do tego. Czasami ta magiczna i ciężka do wymówienia „mea culpa” jest zawaluowana ironią, ale nigdy cynizmem. Tu raz jeszcze cytat Ryszarda Kapuścińskiego, który napisał kiedyś, że „cynik nie może być dobrym dziennikarzem.”.

A proza Pilcha, dla mnie osobiście, ma wymiar dziennikarstwa pamietnikarskiego. Ze szczegółami potrafi oddać stan duszy swoich bohaterów, ale też czasoprzestrzeń w której dzieje się i plącze on sam i jego życie – „Pod Mocnym Aniołem” i „Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym”.

Pamiętam dobrze ten dreszcz emocji jaki towarzyszył mi podczas czytania „Pod Mocnym Aniołem”. W moim niewielkim pokoju na nowohuckim osiedlu przeżywałem z bohaterem Jerzym ból duszy, nieznośną ciężkość bytu i próby na nowo zdefiniowania siebie. Nawet alkohol miał inny smak podczas pokonywania kolejnych stron.

To dobra książka, ponieważ sprawiala mi trudność w czytaniu, w objęciu jej i pełnym ogarnięciu. Ale, właśnie dlatego to bardzo dobra książka. Zostawiła ślad na długo… Może i na zawsze. A potem te ciarki na ciele, kiedy z powieścia w dłoni odnajdywałem w chmurno – jesiennym przestworze Krakowa i okolic, te miejsca, które Jerzy Pilch opisał. A pisał ironicznie, z patyną filozofii i humorem. Jego użytkowy język polski jest przeczysty, a przez to taki piękny. Mój kolega, fololog polski, powiedział kiedyś , że z prozą Pilcha jest jak z poezją Zbigniewa Herberta

Od pierwszej frazy, pierwszego wersu po prostu wiesz kto to napisał.

Ostatni raz spotkaliśmy się przypadkiem pod koniec października 2013 roku w Warszawie. Wręczyłem Jerzemu zbiorek „Nocnego Czuwania” i powoli szliśmy w kierunku Dworca Centralnego. Nie pamiętam już nawet o czym rozmawialiśmy. To nie jest ważne, szczególnie dzisiaj, w dniu Jego odejścia. 

Żegnając Jerzego Pilcha i wspominając go, gorąco polecam wywiad moich kolegów Marcina Korczyca i Macieja Aronowicza. Rozmowa z Jerzym Pilchem ukazała się w miesięczniku „Wyspa” (10/2007). 

 

Jerzy Pilch (1952 – 2020). W 1988 roku zadebiutował tomem opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej”, nagrodzonym Nagrodą Fundacji im. Kościelskich (1989).

Ta popularność często bywa źródłem zawiści w środowisku literackim, ponieważ nie od dziś wiadomo, że w Polsce nie wybacza się sukcesu. Dodatkowo pisarz, który staje się popularny, często bywa automatycznie mieszany z błotem, ponieważ powszechnie się uważa, że literatura wysoka nie może być popularna. – Jerzy Pilch.

 

                                                      MYŚLĘ OBRZEM – JERZY PILCH 

Autorzy: Marcin Korczyc i Maciej Aronowicz

 

Codzienność często bywa przytłaczająca. Praca, obowiązki, zakupy i nieustanny pośpiech zazwyczaj nie pozwalają głębiej zastanawiać się nad tym co dla nas naprawdę istotne. Ludzka duchowość została ściągnięta na daleki plan i tylko czasem zwraca się na nią uwagę. W przeżywaniu takich momentów bardzo pomaga literatura, która często potrafi nas wznieść na wyższy poziom odczuwania. O podejściu do odbiorcy, haniebnych notatkach pisarzy i potrzebie opisywania współczesności, specjalnie dla miesięcznika Wyspa i metoo.ie opowiedział Jerzy Pilch.

Marcin Korczyc: W irlandzkiej sieci sklepów Eason, coś w stylu naszego Empiku, pojawiło się ostatnio stoisko z polskimi książkami. Jako pierwsze pojawiły się pozycje autorstwa Pana oraz Katarzyny Grocholi. Co prawda to zdecydowanie inny typ literatury, ale towarzystwo nie najgorsze. Te książki są po polski, ciekawi mnie jednak, czy był Pan kiedyś tłumaczony na obce języki?

Jerzy Pilch: Tak, jedną z moich książek, a konkretnie „Inne rozkosze”, przetłumaczono na język amerykański. Co prawda amerykańska wersja książki wyszła pod dość niefortunnie zmienionym tytułem i nie był to jakiś ogromny nakład, ale wydało ją bardzo prestiżowe wydawnictwo North West University. Poza łaciną naszej współczesności, książki moje tłumaczono również na wiele innych języków, jednak w żadnym z państw nie odniosły one jakiegoś znaczącego sukcesu. Pomimo tego samych przekładów było dość sporo.

Oczywiście, samo wydanie nie jest problemem, ważne natomiast, aby książka się sprzedała. Największy sukces za granicą odniosłem w Hiszpanii, w której przetłumaczono dwie z moich książek. Dodatkowo co jakiś czas pojawiają się fragmenty poszczególnych pozycji w anglojęzycznej prasie. To akurat zdarza się dość cyklicznie.

– A czy Pan lubi tłumaczenia?

Jerzy Pilch: Niekoniecznie. To znaczy lubię to, co tłumaczenia moich książek za sobą niosą. Weźmy pod uwagę Pod mocnym aniołem. Dzięki przekładowi książki na język włoski mogłem zwiedzić Rzym, do którego zostałem zaproszony. To jeśli chodzi o to, to tak, bardzo lubię. Natomiast kwestie pozostałe są jakby poza moim zasięgiem. Wywodzę się z tego pokolenia Polaków, którzy niestety nie władają językami obcymi. Oczywiście radzę sobie z angielskim, jednak jest to raczej rodzaj angielszczyzny turystycznej. Potrafię się więc porozumieć w tym języku, spytać o drogę, zrobić zakupy czy porozmawiać z kimś przy kawie. Niestety wykładu już nie wygłoszę. Szczerze mogę stwierdzić, że jest to bardzo przykre, szczególnie dla człowieka, który na co dzień pracuje właśnie językiem. Świadomość nieznajomości języków obcych bardzo mnie upokarza. Często wręcz wiem co chcę powiedzieć, wręcz rwę się do tego. Niestety, w takich chwilach zdaję sobie sprawę, że same chęci nie wystarczą. Po prostu brakuje warsztatu.

Maciej Aronowicz: Niestety, to chyba wymiar tamtych czasów. Wtedy w Polsce raczej nie uczono żadnego języka, poza rosyjskim.

– Z jednej strony można to tak tłumaczyć. Z drugiej natomiast to żaden argument. Mam znajomych, którzy wtedy potrafili nauczyć się niemieckiego, czy angielskiego. Na to wygląda, że po prostu trzeba było chcieć. Ten upór bywał nagradzany właśnie tym, że jako nieliczni wtedy mogli porozumiewać się właśnie w językach zachodnich. Cóż, mi się chyba nie chciało i z tego powodu często teraz cierpię.

– Twierdzi Pan, że na zachodzie odniósł jedynie śladowy sukces. Może i tak. Pamiętajmy jednak, że zachód obecnie jest również wypełniony Polakami. Nasi czytelnicy znają pańskie książki, chcą Pana czytać i wymagają od nas, abyśmy coś na ich temat pisali. Polacy, szczególnie młodzi, mieszkający na Wyspach Brytyjskich lubią Jerzego Pilcha i często go szukają. Tak więc śmiało można stwierdzić, że istnieje coś takiego, jak głód na pańskie książki. Czy odczuwa Pan to również w Polsce?

Tak, bardzo często zauważam żywe zainteresowanie moją twórczością. Nie będę ukrywał, że jest dla mnie źródło radosnego zdumienia. Ja bardzo powoli wkraczałem w szeregi ludzi piszących, debiutowałem stosunkowo późno. Oczywiście marzyłem przy tym o literaturze, ale wtedy nawet do głowy mi nie przychodziło, że będę pisarzem popularnym. Raczej wręcz na odwrót, nie sądziłem, aby jakieś szersze grono zainteresowało się proponowanymi przeze mnie historiami. Natomiast fakt, że odzew przeszedł moje najszczersze oczekiwania, że mam stałe grono odbiorców, które pojawia się na przeróżnych spotkaniach ze mną jest źródłem prywatnej satysfakcji. Okazuje się, że potrafiłem zainteresować czytelnika na tyle, żeby ten poświęcił mi sporo swojej uwagi, a to jest bardzo satysfakcjonujące. Oczywiście jest też druga strona medalu.

Ta popularność często bywa źródłem zawiści w środowisku literackim, ponieważ nie od dziś wiadomo, że w Polsce nie wybacza się sukcesu. Dodatkowo pisarz, który staje się popularny, często bywa automatycznie mieszany z błotem, ponieważ powszechnie się uważa, że literatura wysoka nie może być popularna. Jeśli nie wiadomo o co w książce chodzi, kiedy przedstawiona historia jest podana w taki sposób, że nikt nie potrafi jej zrozumieć, wtedy z reguły się uważa, że pisarz stanął na wysokości zadania. Natomiast jeśli historia jest w jakiś sposób pisana przez życie, to za chwilę się twierdzi, że pisarz się sprzedał. A przecież żyjemy w czasach, w których absolutnie nie warto pisać czegokolwiek do szuflady, ponieważ nic to za sobą nie niesie. Moim zdaniem pisze się po to, żeby ludzie czytali.

– Czy może Pan powiedzieć, że wciąż pisze dla siebie? Czy już jednak typowo pod kątem odbiorcy?

– Kiedy odbywam cykl spotkań, na których zawsze mam po kilkaset osób, kiedy dodać do tego listy, których dostaję naprawdę sporo to zaczynam o tym w jakiś sposób myśleć. Oczywiście jestem pod tym względem bardzo spokojny, ponieważ wszystkie te ruchy odbywają się niezmiennie w kategoriach przyjemności. Sądzę, że mi nie grozi zaszczucie przez media, jakie spotkało chociażby księżną Dianę. Ale tak, myślę na ten temat i czasem rozważam w jakim stopniu piszę coś pod kontem własnym, a ile jest w tym myśli o potencjalnym odbiorcy. Zawsze jednak uważałem, że należy w jakimś stopniu brać pod uwagę odbiorcę. Co więcej, trzeba próbować wychodzić z czegoś, co określiłbym mianem literackiego getta, do którego żaden niezrzeszony nie ma wstępu. Już od bardzo dawna uczestniczę w życiu literackim, znacznie dłużej niż w życiu samej literatury.

Co prawda zadebiutowałem dopiero przed 40, ale studia polonistyczne, następnie recenzje, których napisałem dość dużo oraz wszelkiego rodzaju spotkania sprawiły, że przez ostatnie 30 lat zdążyłem się napatrzyć na towarzystwa literackie, które przypominają właśnie wyżej wspomniane getta. Pisanie tylko dla kolegów, a przede wszystkim dla kolegów, z których każdy również pisze, jest nieco bezsensowne. Przecież pisze się przede wszystkim dla niepiszących. Niestety, żyjemy w czasach, w których chyba więcej jest piszących, niż zwykłych odbiorców, dlatego to właśnie każdy inteligentny czytelnik jest najważniejszy. Nie jest to oczywiście tak, że pisząc dogłębnie zastanawiam się, jak mnie chcą odebrać. Sam fakt jednak ilości odbiorców i książek popularnych, które co chwila pojawiają się na rynku świadczy o tym, że grupa ta istnieje i nie widzę powodu, żeby o nią nie dbać. Po prostu trzeba opowiadać im ciekawe historie.

– A jak jest z tymi historiami w przypadku Pana? Gdzie Pan ich szuka i na jakiej podstawie weryfikuje? Przez książki przewija się wiele motywów autobiograficznych…

– Sądzę, że wynika to z faktu iż jestem wręcz przyciśnięty intensywnością mojego doświadczenia biograficznego. Oczywiście w jakiś sposób jest to dziwne, ale moje dzieciństwo odcisnęło na mnie trwałe piętno. Dorastałem w rodzinie ewangelickiej, niby w Polsce, ale w zasadzie można powiedzieć, że myśmy bardziej graniczyli z Polską, niż w niej mieszkali.

Tworzyliśmy własną, specyficzną, luterańską społeczność, śladów której raczej nigdy się nie wyzbędę. Po latach wraca to we mnie i często staje się fabułą, a jeśli nie konkretną fabułą, to jakimś jej zaczątkiem, obrazem. Następnie tak długo chodzi mi to po głowie, że wreszcie finał tego ma miejsce na kartce.

– No właśnie. Czy pisząc posługuje się Pan jedynie pewnymi motywami, na kanwie których powstaje historia, czy raczej z góry myśli Pan całościowo – historią?

Jerzy Pilch: Myślę obrazem. Pierwszy zawsze jest obraz.

Zgodzi się Pan jednak, że pisarze współcześni nie mają łatwo. Kiedy ich książki odzwierciedlają codzienność przy pomocy dość prostych chwytów, a dzięki temu są chętnie czytane, zarzuca się im komercjalizację. Taki człowiek automatycznie staje się zdrajcą, sprzedawczykiem, na którym krytyka nie pozostawia suchej nitki porównując co rusz do literatury wysokiej, niekoniecznie uwielbianej przez tłumy. Natomiast Pan jest swoistym ewenementem na rynku, ponieważ to właśnie Panu udało się chyba połączyć te dwa światy. Nie pisze Pan przecież jak Joyce czy Mann, z drugiej natomiast strony nie pisze Pan w żadnym wypadku literatury chodnikowej. Czy zastanawiał się Pan kiedyś nad tym?

Jerzy Pilch: Szczerze powiem, że nie bardzo. Niewykluczone, że mam coś takiego w podświadomości, ale jakoś nie rozmyślam na ten temat. Ja piszę, bo mam coś do napisania. Opowiadam niniejszą historię najlepiej jak to potrafię zrobić. Staram się przy tym, aby wszystko było jasne. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że posługuję się w tym wszystkim rodzajem własnego języka. Swoistym kodem, który wytworzyłem na przestrzeni lat, a który jest dość często rozpoznawalny, a często wręcz krytykowany.

Ta, jak to nazwano „fraza Pilcha” jest wykorzystywana przeze mnie z czystą premedytacją. Często ma to charakter pewnej maniery, te niekończące się zdania, liczne powtórzenia czy wreszcie nawiązania są dla mnie typowe. Często staram się też to upraszczać, żeby czytelnik nie miał problemu z przebrnięciem przez tekst. Cóż, słowa które Pan mówi są bardzo miłe. Ale jest w tym jakiś cień prawdy. Przecież jestem popularnym pisarzem nie tworząc literatury typowo popularnej – w końcu nie zajmuję się pisaniem Harlequeen’nów czy czegoś w tym stylu. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że piszę po prostu swoje rzeczy.

– A czy od czasów nagrody Nike zmieniło się coś w stylu pańskiej pracy, pisania? Czy brzemię tego wyróżnienia miało jakiś istotny wpływ na pańskie pisanie? Kiedyś oglądałem wywiad z Wisławą Szymborską, która stwierdziła, że Nobel nie miał najmniejszego wpływu na jej poezję. Kiedy siada przed kartką, w żadnym wypadku nie myśli przez pryzmat nagrody i nie ma obaw związanych z tym czy obecne wiersze będą równie dobre, jak poprzednie. Jak Pan do tego podchodzi? Czy po tym, jak doceniono „Pod Mocnym Aniołem”, miał Pan obawy podczas prac nad kolejnymi książkami?

– Nie ukrywajmy, że nagrody są bardzo miłe, ponieważ utwierdzają w przekonaniu, że warto robić to, co się robi. Ważne jednak, aby nie zachłysnąć się tymi osiągnięciami. Nagrody to rzecz chwilowa, o której często odbiorca zapomina. On chce dostać książkę, a nie przechwałki na temat osiągnięć. Uważam więc, że otrzymując jakieś wyróżnienie, należy szybko się z niego otrząsnąć.

Po trzech dniach zmartwychwstać i tworzyć dalej, bez skupiania się na przeszłości, która przecież już minęła. Mnie Nike przyznano w okolicach 50 urodzin, więc trochę już zdążyłem przeżyć i doświadczyć, w związku z czym sądzę, że sama nagroda niewiele w moim życiu, zarówno prywatnym, jak i zawodowym zmieniła. Oczywiście, zyskałem większą sławę, jednak na pisanie wpływu nie miała. Nie ukrywajmy, że istnieją również pisarze, którzy zmieniają się pod wpływem nagród.

Najciekawsze, że zmiany te zachodzą w dwie strony. Niektórych wyróżnienia blokują i odbierają pewność siebie w przyszłości, innych natomiast, czego przykładem może być Czesław Miłosz, w jakiś sposób potrafią zmotywować do fantastycznego rozwoju własnej twórczości. Chociaż to nie dla osiągnięć się pisze, Kto to robi dla nagród, powinien czym prędzej zmienić zawód.

– Oczywiście, ale są również tacy, których sukces wręcz przeraża. Ci boją się stworzyć następcę, ponieważ uważają, że ten nie będzie na tyle dobry. Jak jest z Panem? Sukces nie powoduje blokad i obaw?

– Trzeba ryzykować. Trzeba pisać kolejne, nowe rzeczy. Nie można się zatrzymywać. Oczywiście w przypadku nagrody niebezpieczeństwo się zwiększa, jednak należy złapać dysans, podjąć walkę i najlepiej ją wygrać.

 

Jerzy Pilch. Zdjęcie z roku 2007. Fot. Maciej Aronowicz dla miesięcznika WYSPA (Irlandia).

– A czy dużo jest rzeczy, które Pan po napisaniu wyrzucił, tudzież schował głęboko w szufladzie i nigdy do tego nie wrócił?

Jerzy Pilch: Każdy pisarz ma pewną ilość haniebnych notatek, ja również. To, co człowiek jest w stanie napsuć, przechodzi wszelkie pojęcie. W moim przypadku najczęściej zdarza się to w chwili pierwszych szkiców. Uważam również, że część winy za tego typu anty-dokonania ponosi również rozwój cywilizacji, a konkretnie praca na komputerze. Ja tego urządzenia zacząłem używać naprawdę późno, nigdy jednak nie było w tym fascynacji. Szczerze powiem, że nawet internetu używam strasznie rzadko. Wcześniej najczęściej pisałem ręcznie. Maszyny używałem z reguły do przepisywania.

Nawet felietony do „Polityki” faksowałem z rękopisu. Obecnie głównie korzystam z komputera. Większość ze swoich książek napisałem jednak ręcznie. Wróćmy jednak do tematu. Komputer daje możliwość nanoszenia szybkich poprawek, co potrafi niesamowicie wciągać. Niestety, jest w tym pewne zagrożenie. Pisarz, który jest nałogowcem poprawiania, nigdy nie skończy swojej książki. Jego zapiski nigdy nie będą go do końca satysfakcjonować, ponieważ w każdej chwili może coś poprawić i nieskończenie o tym myśli. Ja również odczuwam w sobie coraz większy lęk w trakcie pisania. Co prawda wiem, że za pierwszym razem niemal nigdy nie napiszę niczego dobrego. Jednak chciałbym mieć w sobie pewność, że stanie się to już za razem drugim. Nieuniknioność przyszłych poprawek bywa paraliżująca, a jednocześnie bardzo nęcąca. Komputer zmienia więc świadomość pisarza. Wyobraźcie sobie co było, gdyby dać komputer takiemu Kraszewskiemu. Przecież do dziś by jeszcze jego prace nie były przeczytane do końca.

– A zdarza się Panu czytać własne książki?

– Tylko do momentu wydania. Po ukazaniu się książki, staram się o niej zapomnieć, myślę o czymś nowym. Oczywiście przejrzę ją, ale nie czytam, za bardzo się stresuję i staram się jak najszybciej zająć pracę przy czymś innym.

– A co sądzi Pan na temat o emigracji? Z jednej strony mieszkamy w pięknych miejscach na całym świecie, które są tak inne od Polski. Z drugiej natomiast wciąż łapiemy się na tym, że czujemy nierozerwalny związek z pozostawioną ojczyzną. W końcu jak Pan sam stwierdził: nie da się wykorzenić czegoś, co tkwi w nas bardzo głęboko, można tylko to na chwilę zagłuszyć. Czy pańskim zdaniem nadszedł już czas i potrzeba na spisanie historii kogoś takiego jak my? Stworzenie książki o obecnym emigrancie, który zdecydował się na życie gdzieś w świecie, pozostawiając najczęściej rodzinę w Polsce?

Prawdopodobnie naszkicował Pan właśnie elementarną historię czasów obecnych. Wyjazd z kraju jest przecież jednym z podstawowych scenariuszy w naszej rzeczywistości. Oczywiście, że należy to spisać, kwestia tylko w tym, kiedy to się stanie? Czy ktoś weźmie się za to teraz, czy napisze to właśnie ten 35-letni emigrant, czy jego syn, czy jego prawnuk – tego nikt nie wie. Nie mniej jednak uważam, że nadszedł już czas na taką książkę. Moim zdaniem to spojrzenie jest niezwykle cenne, szczególnie jeśli w chwili obecnej na Wyspach znajduje się ok. 1,5 miliona osób. Przecież w tej grupie na pewno jest całe gros szalenie utalentowanych ludzi. Talent w połączeniu ze zderzeniem kultur, języków i uczuć może spowodować powstanie niezwykle ciekawej pozycji. Pamiętajmy natomiast, że literatur nie bierze się z utalentowanych biografii, ponieważ masa ludzi miała arcyciekawe życiorysy. Na literaturę przede wszystkim składa się dar języka, a dopiero potem wydarzenia, które za pomocą tego daru są opisywane. Natomiast grupa, którą Panowie reprezentujecie jest szalenie ciekawa. Wielu z Was ma dar języka, która w tym przypadku jest potęgowany zderzeniem z językiem innym. Ta mieszanka musi mieć swój finał na kartach książki.

Z Jerzym Pilchem rozmawiali Marcin Korczyc i Maciej Aronowicz

Muzyka jest najsilniejszym dostarczycielem tlenu. Przemawia wprost do twojej duszy. – o Vangelisie w Cieniach W Jaskini

W twórczości muzycznej Vangelisa nie brakuje polskich wątków. W roku 1983 napisał, wraz z Jonem Andersonem, poruszającą kompozycję „Polonaise”, która trafiła na album „Private Collection”. Została zadedykowana Polakom, których wówczas spowijał mrok stanu wojennego. Vangelis na swoim koncie ma także skomponowanie trzech utwory do polskiego filmu dokumentalnego „Świadectwo”, który opowiadają o Janie Pawle II.

Miał 79 lat. Jego muzykę zna niemal każdy. W programie „Cienie w jaskini” w ubiegły piątek złożyłem hołd Vangelisowi. Szczególnie zapamiętałem jego słowa na temat sukcesu i tego, co w życiu jest ważne: Sukces działa w dwie strony. Dla mnie to wciąż bardzo trudne. Nie mogę gonić za sukcesem, bo on nie jest dla mnie najważniejszy. Nie chcę stać się niewolnikiem sukcesu i czuć się przymuszanym do tworzenia wciąż tego samego. Dlatego odwracam […]

Miał 79 lat. Jego muzykę zna niemal każdy. W programie „Cienie w jaskini” w ubiegły piątek złożyłem hołd Vangelisowi. Szczególnie zapamiętałem jego słowa na temat sukcesu i tego, co w życiu jest ważne:

Sukces działa w dwie strony. Dla mnie to wciąż bardzo trudne. Nie mogę gonić za sukcesem, bo on nie jest dla mnie najważniejszy. Nie chcę stać się niewolnikiem sukcesu i czuć się przymuszanym do tworzenia wciąż tego samego. Dlatego odwracam się od takich pokus. To, że coś zrobiłem, nie znaczy, że muszę i będę to robić dalej.

Tutaj do wysłuchania program „Cienie w jaskini” poświęcony Vangelisowi:

 

Cała twórczość Vangelisa jest mi bliska, trafia na przełęcz tkliwości i przeżywanego piękna z powodu jego niezwykłej delikatności. Rzekłbym i napisał nawet kruchości. Każda fraza, każdy dźwięk i pauza między nimi masuje subtelnie uszy a za chwilę duszę, która mawia słowami Cypriana Kamila Norwida:

„Piękno jest po to, aby zachwycało do życia”.

Co tu dużo pisać, Vangelis jest po prostu mistrzem świata w tym co robił. Nie znając nut, ani teoretycznych historii i definicji o kompozycji i komponowaniu, wreszcie samemu ucząc się grać na instrumentach, aby samotnie osiągnąć muzyczny Olimp, to absolutnie niezwykłe.

Wiem to na pewno, że za sto, dwieście i pięćset lat – jeśli przetrwamy jako gatunek (bo co do cywilizacyjnych odniesień mam już od pewnego czasu wielkie wątpliwości), to będą o nim kolejne pokolenia mówiły tak jak my teraz o Mozarcie, Bachu czy Chopinie . I nie ważne czy to mój ukochany album „Spiral”, z niezwykłym nagraniem tytułowym i zamykającym „3+3” i też bliski sercu „El Greco” z 1998 roku z udziałem nadświetlnej sopranistki Montserrat Caballé (niestety nie doceniony przez słuchaczy i krytyków).

Vangelis i jego opowieści muzyczne do filmów, czy to ścieżka dźwiękowa do „Chariots of Fire” (Oscara dostał Vangelis smacznie śpiąc w swoim łóżku i nie oglądając ceremonii Oskarów), czy to fanfarowe „1492 Concquest of Paradise” to arcytwórca, arcykompozytor.

A niezwykłe kolaboracje? Oczywiście od razu na myśl przychodzi Ian Anderson, najważniejszy głos grupy Yes i On – Vangelis.

„Łowca Androidów”, tak film jak i ścieżka dźwiękowa Vangelisa, są urzekająco monumentalne. To absolutnie piękny film o głodzie miłości, poczuciu wolności, które niejednakowo przez różnorakich rozumiane jest. „Blade Runner” to także obraz o granicach człowieczeństwa, czego dzisiaj doświadczamy widząc kolejne „milowe kroki” czynione ze sztuczną inteligencją.

Ale to również film opowiadający o tym, że serce i pragnienie ziszczone w działaniu przenosi góry, niczym w „Hymnie do miłości” Pawła z Tarsu.


“Blade Runner”, podobnie jak moje ukochane „Siódmą pieczęć”, „Arizonę Dream”„Popiół i diament” oglądałem już chyba kilka setek razy. Co najmniej paręset. Pamiętam też mój pierwszy raz z tym filmem.

Piracka kopia VHS, jesień 1986 roku i garstka rówieśników, gdzieś pod niebem Cukrowni Wożuczyn. Rozpętała się za oknem wielka burza, ale my wciąż oglądaliśmy film. Nie obawialiśmy się niczego. I trudno mi w to uwierzyć, bo miałem wówczas niecałe 15 lat, ale mógłbym odtworzyć tamte chwile i emocje.

Bowiem to nieodgadnione połączenie burzy, ciężkich kropel dudniących o szyby z mistyczną muzyką Vangelisa i nadzwyczajnym finałem obrazu, w którym premówił Roy Batty, tkwi na przełęczy serca i duszy na zawsze!

 

Rutger Hauer jako Roy Batty. To rola jego życia.

W roli Roya Batty’ego nadzwyczajny, bo przyćmił nawet Harrisona Forda – Rutger Hauer. A słowa w tej najważniejszej, bo finalnej scenie filmu tkanej deszczem zaczarowanym i trzepotem skrzydeł białego gołębia, brzmią dokładnie tak:

Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące nieopodal ramion Oriona. Oglądałem promieniowanie skrzące się w ciemnościach blisko wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile zostaną stracone w czasie jak łzy w deszczu. Pora umierać.

Klimat w „Blade Runner” dla mnie naznacza jego tłoczność. Od pierwszej sceny mamy w sobie przeczucie tego, że za chwilę stanie się coś złego w tej smogowej kąpieli w chmurach, na skrzyżowaniach podniebnych trakcji komunikacyjnych metropolii.

Na myśl przychodzi mi Dante i wymieszanie kręgów piekielnych, tyle że nie ma tutaj  drzewa w centrum. I jeszcze jedno ważne pytanie, kto jest Judaszem, a kto morderczym tandemem z Kasjuszem i Brutusem. To ci, co spoczywają w „Boskiej Komedii” Danta w zmrożonym pysku Lucyfera.

W „Blade Runner” doświadczamy jako widzowie tłoku i brudu, kurzu i pyłu.  Sama fabuła filmu przesadnie nie zachwyca. Narracyjnie pooplatana jest wokół czegoś, co i niemodne, ani nie zaciekawi mas.

 

„Staram się dopasować zachowanie postaci, którą gram, do nastroju opowiadanej historii. Jedno musi wpływać na drugie; musi zachodzić pomiędzy nimi korelacja. Nie może dochodzić do zgrzytów.” – Harisson Ford.

Pewien detektyw leciwy nieco, który lata świetności ma już za sobą, ma odnaleźć grupę androidów, o których nie wiadomo wiele. Ów detektyw nie przypomina herosów z klasyków gatunków. Nie ma oszałamiającej broni ani wsparcia grupy śledczo – dochodzeniowej a policja raczej traktuje niechętnie. Są w filmie takie momenty, że jego poczynania wydają się być kuriozalne i niepojęte, ale wciągają minuta po minucie widza.

Deckard jawi nam się, jak każdy z nas. To zwykły człowiek z krwiobiegiem i kośćcem, i całą serią małych lub wielkich dramatów ćmiących wciąż w głowie. Ale najczęściej jednak w sercu.

Bijąc się z androidami dostaje totalny omłot, że uratować go może tylko pistolet i łut szczęścia. Pomijam dyskusje, a propos origamicznego (od sztuki origami) snu z jednorożcem w roli głównej, co ma zwiastować, że Deckard – Harrison jest człowiekiem.

Nie jest! I nawet oświadczenie reżysera Ridleya Scotta z 2000 roku, że Deckard jest androidem, mnie nie przekonuje! Dość powiedzieć, że sam Harrison Ford ma do dziś też inne zdanie.

W jednym z wywiadów powiedział:

Ustaliliśmy z reżyserem, że Deckard na pewno nie jest replikantem. Koniec, kropka.  

Ale deklaracją Scotta zawiedziony był także Rutger Hauer, który w swojej książkowej biografii stwierdził, że to co powiedział reżyser

Zredukowało to finałowe starcie między Deckardem a Battym, z symbolicznego pojedynku człowieka z maszyną, do walki dwóch replikantów.

Ale to wszystko płynie jako opowieść tylko dzięki maestrii Vangelisa i Jego muzyce. To ona jest tą muzyką i śpiewem gwiazd, o których mówił Pitagoras do uczniów. I jeszcze jedno.

„Blade Runner” to ekranizacja, która z perspektywy 40 lat zajmuje ludzi bardziej niż by się wydawało z początku (i pozoru) pierwszym widzom.

Bowiem wyartykułujmy to sobie szczerze i wprost! Ile filmów fantastycznych, które nakręcono w latach 80. XX wieku, a nawet wcześniej jak i później (ale przez litość o kontynuacji litościwie nie wspomnę, pomimo ról Forda i Goslinga), można nazwać arcydziełem kinematografii?

„Łowca androidów” to arcydzieło. Totalne! Ale owa totalność, jak fala nagłej emocji i poryw serca, to zasługa muzyki Vangelisa!

25 czerwca, w piątkowych „Cieniach W Jaskini” specjalny program poświęcony filmowi „Blade Runner”, interpretacjami i nawiązaniami w sztuce i kulturze, i oczywiście muzyce Vangelisa. Będę miał bowiem wiele niespodzianek właśnie muzycznych. Tego dnia bowiem przypadnie 40.rocznica światowej premiery „Blade Runner” – Łowcy androidów” w reżyserii Ridleya Scotta. – Tomasz Wybranowski

Jak Putin zdecydował się na wojnę

Władimir Putin / Fot. kremlin.ru, Wikimedia Commons

Dlaczego wojna była od początku skazana na niepowodzenie, z jakich źródeł informacji korzystał prezydent przed jej rozpoczęciem i dlaczego nikt w FSB nie powiedział prawdy o prawdziwym stanie rzeczy?

JAK PUTIN ZDECYDOWAŁ SIĘ IŚĆ NA WOJNĘ

„Dlaczego wojna była od początku skazana na niepowodzenie, z jakich źródeł informacji korzystał prezydent przed jej rozpoczęciem i dlaczego nikt w FSB nie powiedział prawdy o prawdziwym stanie rzeczy na Ukrainie”. – napisał wczoraj Roman Anin, niezależny dziennikarz sledczy i publicysta portalu istories.media / Ważne Historie

Tutaj do wysłuchania cały program. W pierwszej części treść artykułu w języku polskim:

W programie „Podsumowanie wydarzeń dnia” Tomasz Wybranowski cytował ten artykuł, który nazwał jednym „z najważniejszych artykułów ostatnich lat”.

Wojna na Ukrainie weszła w fazę przedłużającą się. Ale bez względu na dalszy rozwój wydarzeń, już teraz jest to oczywiste: pierwotny plan inwazji armii rosyjskiej na Ukrainę nie powiódł się. W trzecim miesiącu wojny rosyjskie siły zbrojne nie osiągnęły żadnego z celów zapowiedzianych przez Władimira Putina.

Armia rosyjska nie była w stanie szybko zdobyć Kijowa, Czernichowa, Charkowa i innych dużych miast i po doznaniu ciężkich strat została zmuszona do odwrotu.

Zapowiedziany później „drugi etap operacji specjalnej”, czyli dostęp do granic administracyjnych obwodów ługańskiego i donieckiego, a także zajęcie południa Ukrainy aż do Naddniestrza – sądząc po doniesieniach z frontu, również idzie z trudem.

/…/

Mimo oczywistych niepowodzeń na froncie rosyjskie kierownictwo wojskowe wciąż powtarza, że ​​„wszystko idzie zgodnie z planem”. Ale oczywiście tak nie jest.

 

„Zadanie było postawione następująco: zająć Mariupol w trzy dni, Kijów w pięć.”  mówi pracownik rosyjskich sił specjalnych. Zgadzają się z tym wszystkie moje źródła [napisał Roman Anin w swoim artykule]. Oto władze rosyjskie były przekonane, że armia rosyjska nie napotka na swojej drodze poważnego oporu ze strony Ukraińców. „Naprawdę myśleli, że szybko wszystko zagarną, a potem rozproszą tłumy protestujących pałkami!” – powiedział inny anonimowy rozmówca, także oficer rosyjskich sił specjalnych.

Skąd się wzięło takie zaufanie?

Choć może to zabrzmieć niedorzecznie, ale decyzję o rozpoczęciu wojny podjęła najbardziej niedoinformowana osoba, która mogła podjąć taką decyzję. Był to, jak na ironię, prezydent. 

Czytaj też:

Sergiusz Starosielski: Putin może nie utrzymać się długo na stanowisku. Bez niego Rosja się rozsypie

 

W ciągu 15 lat, od kiedy zajmuję się dziennikarstwem śledczym – napisał wczoraj Roman Anin, publicysta portalu istories.media / Ważne historie wielokrotnie rozmawiałem, kłóciłem się i piłem z różnymi przedstawicielami rosyjskich służb specjalnych. Wśród nich było wielu ludzi w wieku Putina, a nawet tych, którzy służyli mu i komunikowali się z nim jeszcze w Niemczech. /…/ W uderzający sposób połączyła ich jedna niebezpieczna choroba – syndrom wersalski spowodowany rozpadem Związku Radzieckiego. Ów upadek Putin nazwał w 2005 roku „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”.

Syndrom wersalski podsycał poczucie zemsty za straszliwą klęskę geopolityczną zadaną im przez Waszyngton, Londyn i cały zbiorowy Zachód. A to pragnienie zemsty rosło wraz z ceną ropy.

Cytaty z artykułu Romana Anina, publicysty portalu istories.media / Ważne Historie „Jak Putin zdecydował się iść na wojnę”.

W częście drugiej programu rozmowa z Bogdanem Feręcem, szefem portalu Polska-IE.com o sytuacji powyborczej w Irlandii Północnej i chęci zamachu Londynu na Prokół Irlandzki.

 

Agnieszka Grochola: języka polskiego można się uczyć w 24 szkołach w Irlandii

Doradca metodyczny w Post-Primary Languages Ireland o nauczaniu języka polskiego w irlandzkich szkołach.

Tutaj do wysłuchania cała rozmowa z Agnieszką Grocholą:

Agnieszka Grochola, która reprezentuje Post-Primary Languages Ireland cieszy się, że w Republice Irlandii uczy się w szkołach dzieci emigrantów w ich językach ojczystych. W rozmowie z Tomaszem Wybranowskim wskazała na wieloletnie wysiłki organizacji polonijnych działających w Republice Irlandii, mediów (w tym Radia Wnet, polskiej sekcji dublinskiego Radia NEAR FM, czy portalu Polska-IE.com) i wielu polskich rządów, od roku 2005.

Agnieszka Grochola, doradca metodyczny w Post-Primary Languages Ireland podkreśla, że chodzi o działania unikatowe na skalę światową.

Jest to bardzo budujące i myślę, że jedno z takich unikatowych rozwiązań na całym świecie, że w lokalnym systemie edukacji […] wprowadzane są języki mniejszościowe.

Grochola: Jesteśmy informowani o tym, że dużo rodzin będzie wracało do Polski

 

Uczniowie Polskiej Szkoły w Galway świętują Dzień Flagi. Fot arch. Polskiej Szkoły w Galway

 

Była prezes Polskiej Macierzy Szkolnej w Irlandii a obecnie doradca metodyczny w ważnej instytucji edukacyjnej

Post-Primary Languages Ireland zaznacza, że współpraca z irlandzkimi dyrekcjami szkół jest dobra i bardzo dobra. Języka polskiego można się uczyć obecnie w 24 szkołach.

Ze znalezieniem wykwalifikowanej i dyplomowanej kadry uczącej języka polskiego nie ma najmniejszego problemu:

Nie mamy problemów ze znalezieniem zatrudnianiem dobrych kwalifikowanych nauczycieli, ponieważ w Irlandii jest wielu nauczycieli języka polskiego.

Agnieszka Grochola ze smutkiem zauważa, że często brakuje uczniów, żeby uruchomić zajęcia:

Żeby otworzyć zajęcia, potrzebna jest minimalna liczba uczniów.

Niepokojem napawa fakt, że powołane do życia organizacje często przechodzą obok tej inicjatywy, albo w ogóle jej nie dostrzegają:

Zastanawia mnie, dlaczego liczne organizacje, które powstały w Irlandii w celu popularyzowania języka polskiego w Irlandii i jego nauczania jak największej grupy polskiej młodzieży i najmłodszych, (że o czynnikach oficjalnych nie wspomnę nawet), nie kwapią się, aby wesprzeć, albo nawet chociażby poinformować o działaniach Post-Primary Languages Ireland. – dodaje Tomasz Wybranowski.

Naukę języka polskiego można zorganizować na każdym etapie w irlandzkich szkołach średnich. Od września 2020 język polski został wprowadzony do irlandzkiej podstawy programowej w szkołach średnich. Niestety zdarzenia z plagą Covid 19 przesłoniły ten ważny fakt dla polskiej społeczności na Szmaragdowej Wyspie.

Język polski w szkołach na wyspie oznacza jedno: możliwość zorganizowania bezpłatnych dla uczniów zajęćz języka polskiego w irlandzkiej szkole średniej. Oznacza to również możliwość zdawania matury z języka polskiego na poziomie podstawowym i rozszerzonym.

Organizacją zajmującą się wprowadzaniem języka polskiego do irlandzkich szkół średnich jest Post-Primary Languages Ireland. Strona internetowa: www.ppli.ie

Kontakt także pod dwoma adresami meailowymi: info@ppli.ie (w języku angielskim) oraz agnieszka.grochola@ppli.ie (w języku angielskim i polskim).

Do sprawy będziemy powracać w kolejnych wydaniach Studia Dublin i programach publicystycznych sieci Radia Wnet.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

A.P.

Studio Dublin – 22 kwietnia 2022 – Bogdan Feręc i Mateusz Romowicz

Piątkowy poranek w sieci Radia Wnet należy do Studia Dublin, gdzie informacje, przegląd wydarzeń tygodnia i rozmowy. Nie brak też dobrej muzyki i ciekawostek z Irlandii. Zaprasza Tomasz Wybranowski.

W gronie gości:

  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com, Studio 37.
  • Mateusz Romowicz – członek zarządu Legal Marine, radca prawny

Prowadzenie i scenariusz: Tomasz Wybranowski

Redaktor wydania: Tomasz Wybranowski

 

Tutaj do wysłuchania najnowsze wydanie programu Studio Dublin:

 

W piątkowym Studiu Dublin łączyliśmy się tradycyjnie z Bogdanem Feręcem, szefem najważniejszego portalu irlandzkiej Polonii – Polska-IE.com.

Dzisiejsza rozmowa z Bogdanem Feręcem dotyczyła m.in. tematu prawa regulującego sprzedaż marihuany w Irlandii. Szef portalu „Polska-IE” zgadza się z Tomaszem Wybranowskim, który mówi o społecznym przyzwoleniu na palenie marihuany w Irlandii, mimo obowiązującego tam zakazu. Co więcej – tamtejsza policja nie zawsze reaguje na takie zachowania mieszkańców Szmaragdowej Wyspy.

Innym tematem Studia Dublin był pomysł stworzenia nowych irlandzkich mieszkań. Problemu upatruje się w możliwej izolacji poszczególnych grup społecznych, które, zamieszkując jeden budynek, mogą ograniczać swoje kontakty z mniej zamożnymi Irlandczykami. Bogdan Feręc przedstawia swój pomysł na zażegnanie takich obaw.

Tutaj do wysłuchania rozmowa Tomasza Wybranowskiego z Bogdanem Feręcem, szefem portalu Polska-IE.com:

Tutaj do wysłuchania świąteczne wydanie Studia Dublin:

 

 

Mateusz Romowicz jest radcą prawnym specjalizującym się w podatkach marynarskich, dochodzeniu odszkodowań marynarskich, morskim prawie pracy i prawie międzynarodowym.

W dzisiejszym Studiu Dublin gościł także Mateusz Romowicz, członek zarządu Legal Marine, radca prawny, który pomaga Polakom pracującym poza granicami swojego kraju a mającymi problemy z fiskusem i kwestią podwójnego opodatkowania.

Mateusz Romowicz komentuje zmiany, które nastały w kontekście unikania podwójnego opodatkowania przez osobę pracującą w kraju Unii Europejskiej. Polacy pracujący poza krajem muszą teraz zmierzyć się z procedurą rozliczenia swoich dochodów.

Gość Studia Dublin opowiada m.in. o uldze podatkowej, o którą można się ubiegać, a która jest na wstydliwie niskim poziomie.

Radca prawny Mateusz Romanowicz porusza także negatywną, z punktu widzenia podatników, mroczną stronę nowego prawa nazywanego szumnie „Polskim ładem”, który co chwila jest poddawany zmianom, poprawkom i sanacyjnym zabiegom.

Tutaj do wysłuchania rozmowa Tomasza Wybranowskiego z Mateuszem Romowiczem, Legal Marine:

K.K.

Produkcja: Studio 37 Radia Wnet – kwiecień 2022

 

Studio Dublin na antenie Radia WNET od 15 października 2010 roku (najpierw jako „Irlandzka Polska Tygodniówka”). Zawsze w piątki, zawsze po Poranku WNET zaczynamy ok. 9:10. Zapraszają: Tomasz Wybranowski i Bogdan Feręc, oraz Katarzyna Sudak, Jakub Grabiasz i Piotr Słotwiński (Cork).

Najlepszy album Scream Maker w kolejce po muzyczne laury. „BloodKing” nadzieją i dumą polskiego klasycznego heavy metalu

Scream Maker, nasza rodzima, klasyczna heavy metalowa duma. Na fot. od lewej: Sebastian Stodolak, Jan Radosz i Michał Wrona. Fot. arch. zespołu.

Powiem szczerze, że rzadko pochylam się już nad recenzjami. Powód? Broń Boże, absolutnie nie grzech lenistwa. W medialnej gorączkowości Radia Wnet, irlandzkiego NEAR FM i paru innych działań…

… dziennikarsko – pisarskich, brakuje czasu na długą kontemplację jednego wykonawcy i jego dzieła.

Ale są takie longplaye, które absolutnie są warte tego, by pisać o nich rozwlekle, wyczerpująco, aż do ostatniego słowa i ostatniej świetlistej refleksji.

Tak jest z najnowszym albumem formacji Scream Maker „BloodKing”, który od styczniowej premiery dzieli i rządzi na polskiej metalowej scenie wespół z CETI i ich tegorocznym albumem.

Oh mirror, mirror tell me no lies

What is the secret behind your black glass

Oh mirror, mirror I know that you know

Digital future or death to the soul

O lustro, lusterko nie powiadaj mi kłamstw

Jaki jest sekret twego czarnego szkła

O lustro, lusterko wiem, że ty wiesz

Cyfrowa przyszłość albo śmierć duszy

 Ten fragment tekstu Sebastiana Stodolaka, który przywołałem z singlowego rozgrzewacza „Mirro. Mirror” to fundament liryczny całej płyty „BloodKing” Scream Maker. Na szańcach klasycznych heavy – metalowych okopów Michał Wrona, główny architekt muzycznej budowli zespołu i znakomity gitarzysta oraz Sebastian Stodolak, liryka, głos i ogólny wyraz artystyczny.

 

Tutaj do wysłuchania rozmowy z Michałem Wroną i Sebastianem Stodolakiem:

Warszawski band Scream Maker jest bliski mojemu serca i nigdy tego nie ukrywałem. Czy bywało dobrze, czy działo się źle, nić naszego metalowego braterstwa nigdy nie została zerwana.

Dziennikarze muzyczni często mawiają, że nie przyjaźnią się z zespołami, aby w przyszłości nie mieć sytuacji niezręcznych, w stylu: „jak im powiedzieć, że wydali złą płytę”, albo „ale fatalne nagranie”.  Ja takich dylematów nie miewam. Zawsze mówię, jak jest i tak jak czuję.

Znajdź Scream Maker:

www.screammaker.com

www.facebook.com/screammaker

www.screammaker.bandcamp.com

 

Scream Maker – od lewej -Przemek Nalazek (były perskusja zespołu), Sebastian Stodolak (śpiew, teksty), Jan Radosz (gitara basowa) i Michał Wrona (kompozycje, aranże, gitary).

Dzięki ówczesnemu perkusiście zespołu Markowi Nadstawnemu, Scream Makerów znam już od przeszło 12 lat. 11 listopada 2012 roku ukazała się ich pierwsza EP-ka „We are not the same”. I wiecie co? Dla mnie, jako fana klasycznego heavy metalu,  była to potężna dawka endorfin, podbitych ożywczym szkwałem riffów spod znaku Najnowszej Fali Klasycznego Brytyjskiego Heavy Metalu – oddział Polska! I tak mi zostało do dzisiaj.

Pod polskim niebem mamy sporo zespołów, które klasycznie metalowo grają (m.in. Roadhog, Axe Crazy z braćmi Bigosami na gitarach, czy Ironbound), ale Scream Maker wygrywa zdecydowanie jakością komponowania, nośnością melodii, głębią przekazu tkaną ze słów i … brakiem koniunkturalizmu. Michał Wrona, Sebastian Stodolak, Jan Radosz i Tomasz Sobieszek jadą szeroka swoją własną, wytyczoną sznytem starej szkoły muzyczną autostradą dźwięków.

 

I wielbię ich za jeszcze jedną rzecz, Scream Maker nie robią tego, co znakomita większość innych grup, a mianowicie nie dopasowują się kompozycyjnie czy brzmieniem do aktualnym mód, które za pół roku przeminą. I mimo, że grają ożywczo, tak że chce się żyć, to nie wcielają w swoje granie innych elementów gatunkowych, aby „udziwnić, zaskoczyć i namieszać” ku uciesze redaktorów i „kolegów” muzyków innych.

Ale dość moich refleksji o samym bandzie. Czas przejść do opowieści o albumie „BloodKing”!

Trzeci longplay Scream Maker to nie tylko godny sukcesor poprzednich („Livin’ In The Past” 2014 i „Back Against The World” 2016, że o EPce „We Are Not The Same” nie wspomnę) , ale przede wszystkim dzieło najbardziej dojrzałe i kompozycyjnie najciekawsze!

Tutaj ukłon w stronę Michała Wrony, który stworzył najdoskonalsze riffy i melodie w historii bandu.

 

Słuchając współczesnych płyt spod znaku hard’n’heavy dopada mnie słuchowe przewidzenie, że oto „gdzieś już to słyszałem”. Inaczej jest z „BloodKing” i Kreatorami Krzyku. Mimo ukłonu muzyków dla tradycji gatunku, całość brzmi nowocześnie i nie znajdziemy tutaj ani odrobiny muzycznej pospolitości.

Przez ponad 66 minut ani przez chwilę metalowy gentleman ani nadobna metalowa fanka nie poczują znużenia, który mógłby owocować przeciągłym ziewaniem.

Już pierwszy rozgrzewacz po otwierającym „Invitation” (grzmoty, uderzenia młota i nocny, przed burzą posłany w eter riff) singlowa błyskawica „Mirror, Mirror” riffem i metalowym cwałem (nie tylko na wzgórza) porywa i przydaje endorfin.

Potem tytułowy „BloodKing”, w którym progresywna dostojność współbrzmi z soczystym riffem i thrashową galopadą, której mogą pozazdrościć klasycy z Iron Maiden z czasu „The Book of Souls” czy Queesnryche. I jeszcze wycyzelowana, bez zbędnych dróg „naokoło gryfu”, po prostu brzmiąca i intrygująca solówka Michała Wrony. Rozkosz dla uszu!

W warstwie tekstowej to drugi utwór w zestawie, w którym poetycko Sebeastian Stodolak wyłuszcza swoje dystopijne credo. Co ciekawe okres pandemii sprawił, że jego wersy brzmią jak spełniające się memento. Ale czy człowiek z owej nauki wyciągnie wniosek?

 

 

Obawiam się, że … niestety nie. „Krwawych królów”, łasych szelestu spadających papierków i marzących o jeszcze większej liczbie wirtualnych łańcuchów zarzuconych na karki coraz bardziej bezrozumnej tłuszczy, nigdy nie zabraknie. Tutaj zacytuję samego autora:

Sztuczna inteligencja, komputery i automatyzacja mogłyby być błogosławieństwem, ale w niepowołanych rękach, np. w rękach autokratycznych władców czy oligarchów, stają się zagrożeniem dla naszej wolności. O tym właśnie śpiewamy w tym utworze. Korumpująca natura władzy to temat przewodni całego albumu. Teksty powstały przed pandemią, ale dzisiaj są jeszcze bardziej aktualne – mówi Sebastian Stodolak.

Nic innego mi nie pozostaje, jak do elitarnego grona czarnowidzów świata tego, gdzie Orwell, Huxley czy Kindred Dick, dopisać i Stodolaka. Wsłuchajcie się w wieszcze teksty dwóch ballad – „Die in Me” i końcową „Too Late”.

Sebastian Stodolak, jako autor tekstów na „BloodKing”, staje się odbiciem w mrocznym zwierciadle (znowu „Mirror, Mirror”) samego Fredrica Jamesona, teoretyka literatury światowej i kultury symbolicznej.  Autor tekstów i głos Scream Maker pokazuje w jaki sposób zdobycze współczesnej cywilizacji (w tym internet i wszelkie wirtualności z kanałami komunikacyjnymi) w zetknięciu z otaczającym światem ujawniają dzisiaj granice naszych możliwości.

Owe granice okupione są wielkimi kosztami, ale przede wszystkim niedostatkami w jednakowym stopniu demokratycznej jak i niedemokratycznej władzy.

“BloodKing” dla mnie to bardzo ważna muzyczna personifikacja skrajnej dystopii, w której bezsens przetrwania daje się odczuć od początku. Bowiem po co żyć i trwać, skoro na wielkiej smyczy tylko biegamy po wirtualnym pastwisku – arenie ku uciesze „krwawych królów”, którzy rozporządzają nawet naszymi marzeniami (nagrania „When Our Fight is Over” z przejmującym dwuwierszem

„/…/ All that you can get // Remorse and regret / Wszystko, co możesz uzyskać // Wyrzuty i żal /…/” i „ Petrifier”).

W takiej przestrzeni traci sens nie tylko marzeń i planów, ale nawet szczątkowej próby oswojenia siebie w nowych czasach. Przestrzeń wirtualna jest abstrakcyjna, podobnie jak życie człowieka i działalność ludzi, ponieważ w żaden sposób nie przekłada się na kształtowanie wirtualnego uniwersum.

Tam są panowie („krwawi królowie”) i cała reszta (zwróć uwagę na piosenki „End of the World” czy „Powerlust”, z przerażającym tchnieniem tego, co nieuchronne i dusznymi wręcz gitarami Michała Wrony). Dość analizy i mojego mędrkowania! Słuchacze, do dzieła!

Obowiązkowo fani metalu i hard rocka muszą przesłuchać cały album. Po sześciu latach przerwy Scream Maker przybyli z nową płytą i znowu zwyciężyli. To w pełni dojrzały zespół, pełen mocy i świadomości siebie, ze znakomitymi instrumentalistami i wymykającemu się zaszufladkowaniu wokalistą (bo trzeba by go wrzucić do wielkiej komody, z dużą ilością szuflad).

Można pisać i mówić bez ustanku, że Sebastian Stodolak brzmi jak Bruce, Rob, czy Geoff Tate. Tak, pełna zgoda! Ale dodam od siebie, że takie porównania już ukazują jego ogromną wszechstronność i niepowtarzalność. W porównaniu do poprzednich albumów SM, Sebastian stał się złowróżbnie agresywny, szczególnie w molowych dołach. Ale taka jest ta nowa płyta Scream Maker. Przygnębiająco autentyczna patrząc na to, co dzieje się wokół nas.

Panowie, znakomita robota. Czekam na koncerty, bo ciekawi mnie jak zabrzmi pewniak stadionowy – jak dla mnie – „Join the Mob”. Starych fanów uspokajam, na krążku “BloodKing” znajdziemy także znane już singlowe „When Our Fight is Over” i „Hitting the Wall”. Scream Maker?! Muzyka klasycznie metalowa warta słuchania – ze znazkiem jakości Radia Wnet! Scream, Scream, Scream, We Are Scream Maker… Ja też! I czekam na kolejny memoriał ku czci i wspomnieniu Ronniego Jamesa Dio i ich kolejny, siódmy już podbój Państwa Środka! Pamiętajcie, że Stodolak & Wrona and Co. nigdy nie zwalniają tempa.

Tomasz Wybranowski

 

Zespół Scream Maker nagrał album w składzie: Michał Wrona (kompozycje, aranż, gitary), Sebastian Stodolak (liryka, linie melodyczne i współkomponowanie, głos, ogólny wyraz artystyczny), Jan „Jasiek” Radosz (gitara basowa, jeden z niewielu muzyków w Polsce z tytułem naukowym doktora) i Tomasz Sobieszek (perkusja).

Na albumie „BloodKing” znajdziecie nagrania:

  1. Invitation
    2. Mirror, Mirror
    3. BloodKing
    4. When Our Fight is Over
    5. End of the World
    6. Scream Maker
    7. Hitting the Wall
    8. Join the Mob
    9. Die in Me
    10. Powerlust
    11. Tears of Rage
    12. Petrifier
    13. Candle in the Wind
    14. Brand New Start
    15. Too Late