Powrót awangardowego muzyka-orkiestry. Piotr Bajzel Piasecki o albumie „Pararaj”. Rozmawia Tomasz Wybranowski.

Bajzel to dla mnie artysta nadzwyczajny. Gdybym wierzył w metempsychozę, to poprzednie wcielenie Piotra Piaseckiego Bajzla odnalazłbym nad rzeką Missisipi w przecięciu lat XX. i XXX. ubiegłego wieku.

Kapelusz kładzie cień na twarz i przymknięte oczy. Bajzel gra rzewnego bluesa na gitarze, śpiewa o miłości i szukaniu w życiu takich historii, rozmów, pięknych chwil, które warto podlewać wodą pamięci, gdy zły czas. Ręka uderza w struny, nogi muzyka uderzają w mini – stopę bębna i leciwy hi-hat. Kurtyna…

Tomasz Wybranowski

Oto co sam artysta opowiada o swojej twórczości:

Moja muzyka zawsze wypływała z serca. Nigdy nie starałem się grać wbrew sobie po to, by zainteresować komercyjne, mainstreamowe i partyjne media. Często słyszę od różnych wytwórni „bardzo nam się podoba Twoja muzyka, ale niestety nie możemy jej wydać, bo nie mieści się w targecie naszych odbiorców”. – mówi Piotr „Bajzel” Piasecki.

Z tych „oczywistych” (sic!) powodów po raz trzeci swój album „Pararaj” wydał niezależnie. I chwała mu za to, podobnie jak i fanom artysty, którzy wsparli go monetami i banknotami by płyta się ukazała.

Cave. Waits. Zappa. Bajzel.

Piotr Piasecki, który kryje się pod pseudonimem Bajzel, mimo czasu zarazy i wielu trudności z tym stanem związanych powraca ze swoim najnowszym, urodzinowym i szóstym albumem. „Pararaj” ukazał się 19 marca 2021 roku w dniu urodzin tego niebywale specyficznego w materii twórczości muzycznej twórcy!

Po wielokrotnym przesłuchaniu Jego solowej płyty „Mała Wulgaria” stwierdziłem, że Piotr „Bajzel” Piasecki jest naszą słowiańską emanacją barokowego smutku Nicka Cave’a, awangardowego i włóczęgowskiego Toma Waitsa a także prowokatorstwa i żartu Franka Zappy. I owe wielkie odniesienia nie są na wyrost czytelniczki i czytelnicy, słuchaczki i słuchacze.

I podobnie ma się rzecz a długograjem „Pararaj”. Jeśli ktoś chce zamknąć Bajzla w konkretnym tyglu muzycznych nurtów i kanonicznych gatunków, to z góry skazany jest na porażkę. Piotr – Bajzel to unikatowy, niezależny i odważny eksperymentator na niwie dziedziny sztuki, którą nazywamy muzyką. Jego dźwięki i melodyczne a czasem i atonalne melodie potrafią pachnieć (na przykład lasem i plażą), błyszczeć się (niebem, oddechem Boga i taśmą filmową), smakować (łzą i słodko – piaskowym bursztynem). Magia, po prostu magia. W dodatku wyczarowana przez JEDNEGO człowieka – big band!

Tak naprawdę Bajzla odkryłem wraz z jego płytą numer dwa, o tytule „Miłośnij” (Biodro Records, 2009).

mi miłośnij miłośnij sennie

dziś już nie obawiaj się

nie ma mnie tu to tylko sen

i nakazałaś bym odwrócił się

więc muszę już iść muszę już iść

a to tylko strach szalony był

że mi cię skradł /…/

Piotr „Bajzel” Piasecki „Miłośnij”

Obok solowego debiutu Spiętego „Antyszanty” krążek Bajzla był dla mnie ożywczym powiewem w dość zastałym i zakurzonym wnętrzu gmachu polskiej alternatywy. Nagranie tytułowe a zwłaszcza latino (love) protest – song „Maniana” i oniryczne, balladowe „Nie znikaj” skradły moje serce. Od tamtego czasu, a minęło już lat 11, jestem stałym i nierdzewnym fanem Bajzla.

 

Oto Piotr Bajzel Piasecki w pełnej krasie aktu (przed)twórczego. Fot. arch. artysty.

Tym razem, w aurze wiosennego marcowego słońca, Piotr – Bajzel podarował nam jedenaście intrygujących (a w trzech przypadkach arcyciekawych) muzycznych konstrukcji. Piszę konstrukcji, bo często schodzi z utartych ścieżek piosenkowatości na rzecz łamania konwenansów.

„Pararaj” to okruchy rocka, awangardowego popu, tragikomicznego kabaretu, ale i nici disco, nu disco z psycho – progresywnym rozmachem (totalnie zakręcony à la Alicja po drugiej stronie „Piosenka o przygotowaniu nalewki”).

Po pierwszym pobieżnym przesłuchaniu może się wydawać, że cały krążek „Pararaj” jest muzycznym doświadczalnym (w czasie dżumy) dowcipem. Ale to tylko pozory. Stańczyk – Bajzel poważnie traktuje ocenę rzeczywistości, czemu daje wyraz w słowach, które dają tak potrzebny nam, zwłaszcza a może przede wszystkim teraz, dystans:

Wszystko jest git i wszystko jest spoko
Płyniemy z falą tylko powiedz dokąd
Bałwani za nami, sztormy jak syrenki
Oszaleć można od tej szalonej udręki

Zaraz tu będę przy Tobie Słońce
W Tobie utonę, jak dobrze
Zaraz tu będę, tylko przybędę
Do Ciebie gonię, Słońce

I wszystko jest git i wszystko jest spoko
Na moje oko latasz jednak trochę za wysoko
Pochmurni nad nami a za plecami tsunami
Drą się demony ze swoimi potworkami

Piotr „Bajzel” Piasecki „Przy Tobie słońce”.

Nadzwyczajny tekst, którego prostota w dwunastu linijkach zawiera w sobie miłosne zakręty, moment dziejowy Polski i świata, wreszcie nadzieję, która kryje się w nas samych. Tyle, że o tej nadziei zapominamy godząc się na masowość i kopiowanie innych.

Album, który bawi i mentalnie niepokoi…

Ale skorupa muzyczna, która otacza poetycje Bajzla, także jest efektowna. To Bajzlowy dźwiękowy roller coaster z plątaniną ścieżek – loopów, potężną baterią efektów z mocnymi gitarowymi riffami i perkusją. Brzemieniowo i aranżacyjnie jest bardziej niż ciekawie. Inżynier Mamoń nie znajdzie tutaj niczego, co już wcześniej słyszał!

 

Bajzel jako wokalista ekspresyjnie ukazuje różne konwencje śpiewania, które często wymykają się fachowym słownikowym definicjom śpiewania. Szumi, brzęczy, melorecytuje, zapowiada, relacjonuje i kołysze balladowo takoż.

Ale „Nieba Bogowie” i „Już nie ma dzikich plaż” to piosenkowe ideały, które powinny być ozdobą składankowych albumów, ku pokrzepieniu serc słuchaczy, że „jeszcze ktoś tworzy mądre piosenki”.  

W warstwie Bajzlowego libretta żart miesza się z ironią, groteskowo piękno miesza się z brzydotą czasu a tragifarsa (dla przykładu nagrania „Kanał” czy „Genominimalizm”) otwiera w nas szuflady pryncypialnych przemyśleń nad naszym życiem, (post)pandemiczną nieznaną krainą, w której musimy się na nowo odnaleźć, czy próbą zdefiniowania na nowo takich pojęć jak miłość, czułość, bliskość i lubość.

Płytę otwiera tytułowy, totalnie zakręcony „Pararaj”. To mocne otwarcie. Potem szlagier, podobnie jak kanoniczna wersja pani Ireny Santor, „Już nie ma dzikich plaż”. Rockowym rozmachem i mocnym gitarowym riffem poraża w pozytywnym znaczeniu „Kanał”. Od pierwszego przesłuchania zapada w pamięć atmosferyczny i bardzo plastyczny song „Ona z nim”. Na wejście zaserwowano nam”Pararaj” a w finale, pod znacznikiem jedenastym Waitsowski w klimacie, przybrudzony i nieco melancholijny „Rok 2020”, który na zawsze (przynajmniej dla mnie) pozostanie jako jeden z muzycznych landszaftów pandemicznych dwunastu miesięcy.

Goście, goście…

Bajzel na nową płytę zaprosił całe mnóstwo gości. Korzennie w duchu muzyki tradycyjnej polskiej pobrzmiało za sprawą Malwiny Paszek i jej liry korbowej. W singlu „Łza” pojawiają się takie instrumenty jak obój, wiolonczela i kontrabas.

Nie mogło zabraknąć także starego kompana Bajzla, czyli Denisa Dengo rodem z Mozambiku, który zgłębił tajniki gramatyki i słownika języka polskiego. Na albumie „amOK” zaśpiewał z Bajzlem „Africa”, nieco wcześniej „Yo Right” a na „Pararaj” psychodeliczną, leśno – metafizyczną „Jesienną piosenkę o przygotowaniu nalewki”. Wokalnie autora „Pararaj” wsparły Zuzanna Mikler („Nieba Bogowie”) i Maja Olejnik („Genominimalizm”).

Zamiast podsumowania tej recenzji napiszę to, co często mawiam na antenie Radia WNET: To muzyka warta słuchania. Amen!

Bajzel.Fot. Ignac Tokarczyk – Światopogląd.

Piotr „Bajzel” Piasecki jest autorem sześciu solowych albumów jako Bajzel. Sam pisze teksty, komponuje muzykę i jest multiinstrumentalistą – eksperymentatorem tańczącym z zapętlonymi samplami w eklektyzmie stylów i rozlicznych gatunków. Mimo, że jest samowystarczalny, to czasami ulega pokusie by zrobić coś zespołowo.

Trzy krążki nagrał z Jackiem „Budyniem” Szymkiewiczem jako Babu Król (nadświetlny „Kurosawosyny”). Był też ważnym muzykiem takich projektów jak Pogodno i Napszykłat. Grał na największych polskich i zagranicznych festiwalach, że wymienię tylko Heineken, Off – Festiwal, Jarocin czy SXSW. Nie każdy wie, ale Bajzel to jeden z rozpoznawalnych artystów pod niebem Ameryki:

Jako jeden z nielicznych polskich muzyków znalazłem się na łamach gazety BILLBOARD, amerykańskim portalu muzycznym Brooklyn Vegan i angielskiej gazecie muzycznej Point Blank. Mój koncert był transmitowany na amerykańskim MTV Iggy. Utwór „Window” znalazł się obok Johnego Casha na składance amerykańskiego festiwalu Woodstock. – opowiada skromnie Piotr „Bajzel” Piasecki.

5 czerwca 2021 w audycji „Muzyczna Polska Tygodniówka” będziemy z Piotrem „Bjzlem” Piaseckim świętować dziesiątą rocznicę wydania albumu „Mała Wulgaria” (Mystic Production, 2011). Już dzisiaj zapraszam bardziej niż bardzo.

Tomasz Wybranowski

 

Rekordowa ilość zgłoszeń do tegorocznej edycji przeglądu „Wszyscy Śpiewamy na Rockowo”. Muzyczna Polska Tygodniówka WNET

Stało się! Wedle moich prognoz, tegoroczny przegląd „Wszyscy Śpiewamy na Rockowo” przyciągnął rekordową liczbę zespołów i solistów, którzy staną w konkursowe szranki. Opowiada o tym Andrzej Dąbrowski.

Przed nami XXXIII. Międzynarodowy Przegląd „Wszyscy Śpiewamy na Rockowo”, ale już imprezy wzbudza wielkie emocje i radość organizatorów. Dlaczego? Z reguły do biura organizatorów spływało w latach poprzednich maksymalnie kilkadziesiąt zgłoszeń od solistów i grup rockochanych w rockowych dźwiękach.

Tym razem zainteresowanie przeglądem było rekordowe!

 

 

Oto Radio WNET zostało jednym z patronów medialnych przeglądu. Wierząc w moc naszych eterów i miłość do rocka wiedziałem, że padnie rekord!

Powiem to publicznie, a słuchacze Radia WNET są świadkami. W tym roku przekroczymy magiczną granicę stu zgłoszeń od grup, które chcą wygrać przegląd „Wszyscy śpiewamy na Rockowo”! – powiedziałem tak Andrzejowi Dąbrowskiemu podczas naszej pierwszej rozmowy w programie „Muzyczna Polska Tygodniówka”.

Okazało się, że przewidywania i przypuszczenia organizatorów były znacznie poniżej apoteozy rockowego działania zespołów grających rocka w przeróżnych gatunkach. Padł rekord bardziej niż znakomity!  Liczba grup, która chce być częścią XXXIII Przeglądu „Wszyscy Śpiewamy na Rockowo” i myśli o zdobyciu głównej nagrody wynosi:

Po zweryfikowaniu i zliczeniu wszystkich zgłoszeń okazało się, że jest tych zgłoszeń aż 140!!! Nigdy jeszcze w historii przeglądu nie było ich aż tylu. Bardzo serdecznie wszystkim dziękujemy. Jest to dla nas nie tylko ogromne wyróżnienie, ale i szczęście! – powiedział mi wyraźnie wzruszony Andrzej Dąbrowski.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Andrzejem Dąbrowskim:

 

 

Przypomnę, że Ostrowski Przegląd „Wszyscy Śpiewamy na Rockowo” pod niebem Wielkopolski jest jednym z najstarszych i cieszących się największą estymą muzycznych wydarzeń tego roku.

Laureatem poprzedniej edycji został zespół BITU, który w składzie zgromadził muzyków z zespołów z Kalisza i Gołuchowa.

Wyróżniono także w 2020 roku grupę Atme z Wrocławia oraz MIKROKOSMOS. Nagrodę indywidualną Guitar Center otrzymał gitarzysta zespołu Noir. 

 

W tym roku jury będzie debatować w składzie: Andrzej Dąbrowski (przewodniczący, Ostrowskie Centrum Kultury), Michał Kirmuć (dziennikarz muzyczny, muzyk, redaktor Programu III Polskiego Radia), Mariusz Czelny (Osterdam Records), Roman Lechowicz aka. Piękny Roman (gitarzysta formacji Big Cyc i Czarno-Czarnych), Marek Kurzawa (Prestige MJM), Artur Obalski (Studio Play), Jarosław Wardawy (Gazeta Ostrowska, Strefa Kultury), Patryk Skorupski (BITU – Laureat 32. WŚnR).

Teraz pod gościnnym dla muzyki dachem Ostrowskiego Centrum Kultury trwa „rockowa praca od podstaw” z myślą o tegorocznym przeglądzie:

Aby zapoznać się rzetelnie ze wszystkimi nadesłanymi materiałami, potrzebujemy trochę więcej czasu niż zakładaliśmy. W związku z tym, zdecydowaliśmy się przesunąć oficjalne ogłoszenie wyników kwalifikacji na dzień 9 kwietnia 2021. – ogłosił Andrzej Dąbrowski.

Niestety lockdown i jego wiosenna odsłona nie oszczędził przeglądu, o czym ze smutkiem poinformowano w mijającym tygodniu:

Lockdown pokrzyżował nam plany, ale nie z takimi rzeczami przyszło nam sobie radzić. Znaleźliśmy, w naszej opinii, zarówno dogodny jak i bezpieczny, nowy termin. Przekładamy całą imprezę na 8 i 9 maja 2021 r.

 

Jednym z patronów medialnych jest Radio WNET. Redakcja muzyczna i moja skromna osoba po zakończeniu przeglądu zaprezentuje na antenie sieci Radia WNET pierwszą złotą piątkę wydarzenia. Z zespołami będę rozmawiał na antenie w audycjach „Muzyczna Polska Tygodniówka” i „Polska piosenka z dobrym tekstem” oraz prezentował ich twórczość.

Grupa, która zdobędzie główny laur przeglądu „Wszyscy Śpiewamy na Rockowo” będzie zespołem miesiąca w eterze WNET w Białymstoku, Krakowie,Wrocławie i Warszawie.

Tomasz Wybranowski

 

33. Międzynarodowy Przegląd Wszyscy Śpiewamy na Rockowo

Przypominamy, zgłoszenia do końca dzisiejszego dnia.

 

 

Szanowni Państwo. Ze względu na obowiązujące od 20 marca do 9 kwietnia ograniczenia w funkcjonowaniu instytucji kultury, zdecydowaliśmy o przeniesieniu 33. Międzynarodowego Przeglądu Wszyscy Śpiewamy na Rockowo na nowy termin, 8 i 9 maja 2021 r.

Sobota, 8 maja: przesłuchania konkursowe oraz koncert

Bitu

Niedziela, 9 maja: spotkanie z Michałem Kirmuciem, koncert

Organek

Godziny wydarzeń pozostają bez zmian.

Bilety na koncert ØRGANEK zakupione w kasie OCK i na www.kultura.pax.pl pozostają ważne. Ewentualne zwroty biletów (tylko z dowodem zakupu) w kasie OCK. W przypadku zwrotu biletów zakupionych online, prosimy o wcześniejszy kontakt.

Sławomir Grzymek o poezji, potoczystości życia i prawdzie. Rozmowa Tomasza Wybranowskiego

Sławek Grzymek z grupą Lekko Pijani uraczyli (i uradowali) nas w 2020 jednym z najważniejszych albumów roku. Jego tytuł „To tylko muzyka”. To zbiór nagrań, który świadomy słuchacz powinien znać.

Mój dojrzały romans z muzyką Lekko Pijanych i tekstami Sławka Grzymka wyśpiewanymi przez niego z charakterystyczną Waitsowską chrypą, trwa od czasu kiedy usłyszałem ich pierwszą płytą „PIOSENKI (NIE)POPULARNE”. Album został wydany jeszcze pod nazwą Sławomir Grzymek i Pijani. I… I przepadłem.

Od pierwszej chwili wiedziałem, że obcuję z człowiekiem z krwi i kości, który upoetyzował i umuzycznił z przyjaciółmi pejzaże zdarzeń, rozmów i życia pod niebem rodzinnego Rzeszowa, których był świadkiem.

Ta szczerość i potoczystość niezmąconego niczym życia, z jego sinusoidowymi górami i dolinami, przywiodła mi na myśl kontaminację dwóch wielkich twórców: Władimira Wysockiego i naszego Stanisława Grzesiuka.

Tutaj do wysłuchania rozmowa ze Sławkiem Grzymkiem:

 

Anita Se La Vi, Kazek Ważniak a przede wszystkim wielokrotny złoczyńca ze zbołałym sercem Roman Bieruń, to zwykli – (nie)zwykli ludzie, którzy skrywają niejedną tajemnicę. Owe sekrety Sławek Grzymek oprawia w ramy starych i odrapanych bram, w cichy szelest obietnic rzucanych na wiatr, talię szemranego towarzystwa i strumienie taniego alkoholu.

Tak oto tworzy się zarys miejskich legend na wzór wspomnianego już mistrza Stanisława Grzesiuka. Nagranie „Jak mam zacząć” przynosi dreszcz i celuloidowy, kronikarski rulon wspomnień z lat 80. XX wieku.

Sławek Grzymek i Lekko Pijani tworzą zręby pod legendarność miejskiego folkloru Rzeszowa. Rzeszowa Tadeusza Nalepy, ale i Miernego Liszcza z kultowej 1984. Ów folklor to drobina nas samych, z naszymi Staffowskimi snami o potędze i wyschłymi źródłami marzeń o … Tutaj każdy z nas może dopisać sobie małą listę. Albo bardzo długą i szczegółową.

Sławek Grzymek, poezja i głos grupy Lekko Pijani, gość Tomasza Wybranowskiego w Muzycznej Polskiej Tygodniówce WNET. Fot. Robert Wilk

Sławomir Grzymek to człowiek wielu talentów, mimo to skromny i oswojony z życiem we właściwych proporcjach. Jest muzykiem i kompozytorem, poetyckim tekściarzem w grupie Lekko Pijani. Nie obca jest mu praca filmowca – dźwiękowca i fach aktora, o czym świadczy jego rola w serialu „Znaki”.

Jest szczerym bluesmanem z cieniem alternatywnego rocka w serca. Jego znakiem wywoławczym jest szczerość i prawda. Bacznie obserwuje i świat, i ludzi zaklinając te rodzajowe scenki i widoki w piosenki, które wżynają się w pamięć a potem stają się cząsteczkami krwi przepływającymi przez serce.

Album „To tylko muzyka” to jedna z tych muzycznych propozycji, która przetrwa artystycznie rok 2020, pełen smutku i pandemicznej niesławy.

Pierwszy singiel „Kowadło”, który ubogacił ścieżkę dźwiękową pierwszego sezonu znakomitego serialu „Znaki” powinien stać się dla ludzkości odartej z nadziei i serca pod razami nowej dżumy, manifestem prawdziwego życia.

Życia w którym nie będzie już miejsca na złudne fetysze i mamiących bożków blichtru. Oni w czasie próby i zwątpienia niczego nie są w stanie ofiarować.

 

Na antenach Radia WNET i irlandzkiej rozgłośni NEAR FM powiedziałem o niej już wszystko. Teraz pora na was słuchacze i słuchaczki. Tutaj znajdziecie link, aby nabyć ten krążek niezwykły „To tylko muzyka”. Bardziej niż warto!

Zespół tworzą: Sławomir Grzymek (wokal, teksty i muzyka), Marek Garbacki (gitara i bas) i Karol Nabożny (perkusja).

Tomasz Wybranowski

Anna Rydz: gdy człowiek już raz naprawdę wejdzie w świat muzyki, to później ciężko się z niego wydostać

Może szkoła muzyczna nie jest potrzebna, ale potrzebne jest bardzo dużo pracy nad sobą. Sam talent sprawy nie załatwi i trzeba bardzo solidnie pracować żeby ten talent oszlifować – mówi wokalistka.

W dzisiejszej rozmowie w „Kurierze w samo południe” Radia WNET Anna Rydz – wokalistka, opowiada m.in. o swoim nowym singlu „Idź sobie”, a także o początkach swojej muzycznej podróży:

Muzyka zaczęła się w moim życiu bardzo wcześnie, bo gdy miałam 11 lat. Myślę, że gdy człowiek już raz naprawdę wejdzie w świat muzyki – później ciężko się z niego wydostać. To staje się prawdziwą pasją i już ciężko z tego wyjść. Wiele lat funkcjonuję na tej scenie muzycznej – coverowej, a teraz i piosenki autorskiej.

Wokalistka mówi także o powtarzających się schematach, które charakteryzują wielu rozpoczynających karierę wykonawców:

Najpierw wykonujemy różne piosenki różnych artystów po to, by czegoś się od nich nauczyć. I dopiero później tworzymy własne, autorskie piosenki. Bardzo często jest tak, że tą pierwszą bazą są na początku inni – to jest bardzo fajne, bo pomaga znaleźć swój styl, swoją drogę i muzykę, którą chcemy tworzyć.

Piosenkarka zdradza również swoją opinię na temat konieczności wykształcenia muzycznego w zawodzie wokalisty:

 Myślę, że to nie jest wymóg jeśli chodzi o nasz zawód i naprawdę bardzo dużo osób, które zostały wielkimi gwiazdami na świecie wcale nie ma żadnego wykształcenia w tym kierunku – po prostu urodzili się z talentem. Druga sprawa to praca. Może szkoła nie jest potrzebna, ale potrzebne jest bardzo dużo pracy nad sobą, nad swoim warsztatem i nad swoim talentem. Sam talent jak wiadomo sprawy nie załatwi i trzeba bardzo solidnie pracować żeby ten talent oszlifować.

Anna Rydz wskazuje jak ważną rolę w samorozwoju muzycznym odgrywa systematyczna praca i częste obcowanie z muzyką:

Muzyka towarzyszy mi codziennie. Codziennie śpiewam i staram się ćwiczyć, staram się mieć kontakt z moimi muzykami i producentem. Także pisać piosenki, teksty i samą muzykę – codziennie odkrywam coś nowego i rozwijam się w tym kierunku.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

N.N.

Skąpany w zmierzchu romantyczności – szermierz electro – marzycielskich melodii Michał Skórka alias Skinny. Album „Lust”

W roku 2013 Skinny zajął się pracą pod własnym pseudonimem artystycznym. Dwa lata później ukazał się jego autorski debiut „The Skin I’m In”. A od 21 lutego rozkoszujemy się jego drugą płytą „Lust”.

Bardzo lubiłem (i wciąż lubię!) jego solowy debiut „The Skin I’m In”. Czas przeszły wkradł się w moje opowiadanie, ponieważ usłyszałem jego album numer dwa o tytule kojarzącym się z pudełkiem marzeń, żądz i spełnień – „Lust”.

Ta płyta detronizuje debiut i na swój sposób rozmachem, wrażliwością i huraganem świeżości zniewala słuchacza!

Tutaj do wysłuchania rozmowa ze Skinny’m:

Dla mnie Michał Skórka, który ukrył się pod zwiewnym niczym pierwszy szelest sierpniowego zmierzchu przydomkiem Skinny, jest muzycznym Quentinem Tarantino!

Michał Skórka a.k.a. Skinny.

 

Michał Skinny Skórka ma wielki dar czynienia sobie poddanych zasłyszanych już muzycznych klimatów, stylowych klisz i pewnych motywów, które możemy nazwać, oznaczyć i zważyć powiewem przeszłości… Jak chociażby w moim przypadku cienie urocze „Some Great Reward” czy balladowych historii z „Black Celebration” Depeche Mode.

Władca Skinny jednak tka na swoich instrumentach owe klisze muzyczne nadając im inny wymiar i dodatkowe ucieleśnienie w osi Z, zwaną kotą.

W oparciu o mądrą dewizę Bena Akiby, że „wszystko już było”, Skinny kreśli na muzycznej mapie świata nowy trakt, racjonalizatorsko usprawniając go, przydając swojego ducha co tworzy absolutnie nową jakość.

I jeszcze jedno! Bardzo ważne! Pojęcia: mniej, delikatniej i minimalistycznie przemieniają się na „Lust”  w więcej, potężniej i monumentalnie.  Przykładem jest nagranie „Nail It”.

 

Obraz świata kreślonego przez Skinny’ego jest bardziej wrażliwy i delikatny. To przepustka dla słuchacza, aby odnalazł w sobie ów miękki pierwiastek, który łagodzi ostrza codzienności z obowiązkową maską unicestwianych uczuć (a więc i złudzeń, jak w nieco Reznorowskim „Frustrated”), odsączania wrażliwości i normalnych kiedyś przed czasem korporacji ludzkich odruchów (niemal modlitwa – zaklęcie „Try to Make Me Fall”) z obowiązkowym konkurowaniem i szczurzym fetorem.

I nie ważne czy to ścieranie (dogryzanie) się płci, poglądów oddalonych od siebie o 180 stopni czy ideami w które krańcowo wierzymy.

Skinny udowadnia, że te podziały i granice można oswoić w imię… bycia prawdziwym i czującym.

Czuć to możemy (przynajmniej ja to odczuwam ten podskórny dysonans poznawczy współczesności) w nieco dychotomicznym muzycznie, niepokojącym, ale magnetyzującym jak Księżyc lunatyka „Their Lies Will Blind You”, z udziałem Katarzyny Stankiewicz.

Wokalnie, w porównaniu z debiutem fonograficznym, bardziej niż znakomicie! Skinny odnalazł swoją tonację, barwę i smak (dla słuchacza). Dzięki temu czuje się pewniej i na całego penetruje swoje wokalne możliwości, które zaskakują i nie dają możliwości przewidzenia, tego „co też wydarzy się dalej”.

Skinny wybija się na muzyczną niepodległość i autorską inność w nagraniu „Blessed And Curse at Once”. Wpaść na pomysł by Modjo, z domieszką dekadencji i magii Kavinsky’ego doprawić szczyptą wyrafinowania Depeche Mode, mogą mieć tylko wizjonerzy i świadomi siebie artyści. Kropka!

Nie tyle warto, co trzeba posłuchać albumu „Lust”. Skinny zabiera nas na świeże i dziewicze akweny, gdzie pluskają się dźwiękowe ryby o zestawieniach kolorów jeszcze przez nas niewidzianych.

Nie znajdziesz tu słuchaczu uproszczeń i przewidywalnych kalek, albo klisz. Są oczywiście stylowo – muzyczne korespondencje, ale są one  wyrzutniami melancholii ku oswajaniu się z nową muzyczną jakością i wrażliwością.

Bardziej niż gorąco polecam! Tomasz Wybranowski

 

Ostatni prawdziwy romantyk – Krzysztof Kamil Baczyński. Dzień poety w Radiu WNET w 100. rocznicę Jego urodzin.

Krzysztof Kamil Baczyńskim był ostatnim z wielkim poetyckich romantyków. Fechtował metaforami i poetyckimi strofami tak jak jeden z wieszczów. Wielu krytyków wciąż porównuje do Juliusza Słowackiego.

Był jednym z wielu przedstawicieli pokolenia Kolumbów? Dlaczego Kolumbów? – ktoś raczy zapytać. Ponieważ to oni, urodzeni po roku 1918 i odzyskaniu przez Polskę niepodległości mieli zbadać ową wolność i bronić jej, ledwie po 21 latach…

Tomasz Wybranowski

Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu przyszło żyć, tworzyć i kochać w naprawdę bardziej niż trudnych czasach. Ale to właśnie ta apoteoza miłości, autentyczne tytaniczne uczucie, autentyczny żar namiętności uchroniła Go i ukochaną Basię od desperacji i beznadziejności.

Tutaj do wysłuchania program Tomasza Wybranowskiego poświęcony Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu:

 

 

Nie było to jednak spojrzenie przez pastelowe okulary i zerwanie kontaktu z rzeczywistością. Krzysztof Kamil Baczyński od pierwszych dni był częścią Polskiego Państwa Podziemnego, bo przecież walczył i poszedł z bronią w ręku walczyć z Niemcami w Postaniu Warszawskim.

Jak Tristan i Izolda, jak romantyczni rozbitkowie w sztormie dziejów ofiarowali sobie miłość i jej żar. Krzysztof Kamil Baczyński w hołdzie swojej ukochanej kobiecie zespolił w jednym miłość do niej i potwierdzenie czynem metafor zapisywanych zielonym atramentem w małym, szarym notesie.

Krzysztof Kamil Baczyński pierwsze próby poetyckie dodam, że udane , miał za sobą już jako piętnastolatek. W 1938 roku, mając niewiele ponad siedemnaście lat napisał „Piosenkę”, którą rozsławił na swoim debiutanckim albumie Grzegorz Turnau:

Znów wędrujemy ciepłym krajem,

malachitową łąką morza.

(Ptaki powrotne umierają

wśród pomarańczy na rozdrożach.)

Na fioletowoszarych łąkach

niebo rozpina płynność arkad.

Pejzaż w powieki miękko wsiąka,

zakrzepła sól na nagich wargach.

A wieczorami w prądach zatok

noc liże morze słodką grzywą.

Jak miękkie gruszki brzmieje lato

wiatrem sparzone jak pokrzywą.

Przed fontannami perłowymi

noc winogrona gwiazd rozdaje.

Znów wędrujemy ciepłą ziemią,

znów wędrujemy ciepłym krajem.

Wiersz jest niespotykany w historii polskiej literatury ze względu na metafory w nim użyte. To one sprawiają przez kunsztowne zestawienie, że dokonuje się nieco arkadyjska wizualizacja świata przedstawionego.

Ów wykreowany przez poetę świat jest do wyobrażenia przez zaangażowanie absolutnie wszystkich zmysłów, w tym także smaku (/…/ jak miękkie gruszki brzmieje lato /…/) i dotyku, nie mówiąc już o wzroku, słuchu a nawet węchu.

Dla mnie to arkadyjski hymn ucieczki przez burzą, która zbierała się na Polską i Europą na rok przed wybuchem II Wojny Światowej.

 

W okresie okupacji niemieckiej opublikował pięć zbiorków poezji: ”Zamknięty echem” (lato 1940), „Dwie miłości” (jesień 1940), „Wiersze wybrane” (maj 1942) i „Arkusz poetycki nr 1” (1944).

Jego metafory i kunsztowne porównania wyrażały uczucia targane niepokojem i wieszczyły późniejszy los roczników Kolumbów.

Bez wątpienia czuł na sobie ciężar odpowiedzialności, że jest wyrazicielem i głosem tego pokolenia. W swoich wierszach co rusz używał liczby mnogiej, rozprawiając o świecie i uczuciach w imieniu wszystkich Kolumbów.

Mimo, że pisał wiersze kasandryczne, pełne ciemnych barw by stawić czoła swojej posępnej epoce i szczerze opisać stan wojny i człowieka w niej zanurzonego, to na dnie tychże obrazów była i tkliwość, i miłość, i delikatność.

Wieszcz pokolenia Kolumbów zginął w Pałacu Blanka 4 sierpnia około godziny 16. Jego głowę dosięgła kula niemiecki (a nie nazistowskiego czy faszystowskiego!!!) snajpera. 1 września zginęła jego ukochana żona – Barbara.

Basia nie wiedziała, że Krzysztof zginął. Po wojnie jej matka Feliksa Drapczyńska opowiadała, że

Chciała znaleźć Krzysztofa i powiedzieć mu, że będą mieli dziecko…

W pierwszym wydaniu „Tygodnika Powszechnego”, z dnia 24 marca 1945 roku, wydrukowano wiersz Krzysztofa Kamila Baczyńskiego „Z wiatrem”. Metafory opatrzono wyjaśnieniem:

Największą może rewelacją życia literackiego okresu niewoli była poezja Krzysztofa Baczyńskiego. Ten nieznany i nie drukujący przed wojną (w chwili wybuchu której miał chyba nie więcej jak 17 lat) objawił się nagle jako gotowa i zdumiewająco dojrzała organizacja poetycka. […] Wybuch powstania zastał Baczyńskiego w Warszawie. Poeta z bronią w ręku wziął udział w nierównej walce z okupantem. Dalsze losy Baczyńskiego są zupełnie nieznane, na pytanie, czy poeta żyje, dziś jeszcze odpowiedzieć nie można.

Nie wykluczone, że też i z tego powodu Stefania Baczyńska nie wierzyła w śmierć syna? Twierdziła pragmatycznie, że skoro nie ma ciała, to jasnym jest, iż Krzysztof musi żyć. Regularnie uczestniczyła w publicznych kolejnych ekshumacjach masowych mogił powstańczych. Ale oto w styczniu 1947 roku ruszyły w ekshumacje przed ruinami warszawskiego Ratusza.

Napisałem, że był ostatnim romantykiem przynależnym do epoki Mickiewicza, Słowackiego i Norwida. Potwierdza to jeszcze jedno zdarzenie, które zakrawa na cud. A przecież to romantycy wierzyli bardziej „w czucie” niż racjonalistyczne „szkiełko i oko”.

Zmarzniętą ziemię trzeba było rozbić kilofami. W odsłoniętych mogiłach ani Stefania Baczyńska, ani Feliksa Drapczyńska nie rozpoznały jednak szczątków Krzysztofa. Ale w nocy matce Basi przyśnił się Krzyś, mówiący: „Mamo, ja leżę drugi od brzegu”. Drapczyńscy natychmiast pobiegli zawiadomić matkę poety, która nie mogła zrozumieć, dlaczego syn przyśnił się obcej kobiecie, teściowej. Rano jednak znów byli pod Ratuszem.

Otworzyli drugą trumnę i wtedy przy szyi zmarłego uwagę patrzących przykuła dziwna grudka ziemi. Ktoś ją wziął w palce, rozgniótł. Wypadł złoty medalik ze świętym Krzysztofem i inicjałami KKB. Nabożeństwo żałobne odbyło się kilka dni później w kościele Kapucynów.

14 stycznia 1947 roku Krzysztofa Kamila Baczyńskiego pochowano na Powązkach, na Cmentarzu Wojskowym. Barbarę pochowaną w czasie Powstania Warszawskiego pod płytami chodnika przy ulicy Siennej złożono obok niego kilka miesięcy później.

Ich grób jest między kwaterami poległych bohaterów – powstańców z batalionów „Zośka” i „Parasol”.

A gdyby przeżył, to jaki los szykowała dla niego komunistyczna władza ludowa? Najprawdopodobniej katownia,  śmierć i pochówek na łączce bez tabliczki ni imienia – jak pisał inny wielki poeta

… Oto styczniu 1949 roku szukali go szpicle z UB ponad wszelką wątpliwość nie posiadający informacji, że dwa lata wcześniej Krzysztofa Kamila Baczyńskiego pochowano na Powązkach…

Tomasz Wybranowski

 

„W dzisiejszym świecie często czujemy się zahukani i nie potrafimy mówić wprost.” Krzysztof Janiszewski w Radiu WNET

Chciałem, by płyta „Kwiatostan” była bardziej stonowana, była ciszą – mówi wokalista, nagrywający solowe albumy pod pseudonimem YANISH.

Kolejnym gościem Tomasza Wybranowskiego w Muzycznej Polskiej Tygodniówce był toruński muzyk, kompozytor i autor tekstów Krzysztof Janiszewski.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Krzysztofem Janiszewskim, który jako YANISH wydał swój drugi solowy album:

 

Tym razem Krzysztof pojawił się na antenie Radia WNET nie, jako głos Half Light, ale jako YANISH. Właśnie ukazał się drugi album Yanisha „Kwiatostan”, który składa się z 10 kompozycji, które stanowią muzyczny zapis emocji nagromadzonych po debiutanckiej płycie „Dobrostan”.

Najnowsza płyta została nagrana przez grupę wieloletnich przyjaciół, przez co słychać na niej pozytywne wibracje, nawet wtedy, kiedy poruszam trudne tematy dotyczące śmierci, uzależnień oraz samotności. Teksty opowiadają także o przyjaźni, przywiązaniu i miłości, niosą pozytywny przekaz. – mówi Yanish.

Muzycznie zaś album „Kwiatostan” jest mozaiką akustycznych brzmień – akustyczna gitara, flet poprzeczy, pianino oraz elekronicznych dźwięków i pogłosów.

Premiera albumu miała miejsce 5 stycznia 2021 roku. Płytę nagrano w składzie: Krzysztof Janiszewski – (muzyka, słowa i głos), Piotr Skrzypczyk (instrumenty klawiszowe, programowanie perkusji), Michał Maliszewski (gitary), Szymon Czarnecki (flet) i Ptaki (śpiew).

 

Krzysztof Janiszewski z nieśmiałością reaguje na porównania do Grzegorza Ciechowskiego, artysty, którego zawsze stawiał sobie za wzór do naśladowania.

Muzyk zapowiada swoją drugą płytę solową „Kwiatostan”. Zwraca uwagę, że jest na niej niewiele dźwięków gitary akustycznej i bębnów:

Chciałem, by ta płyta była bardziej stonowana, była ciszą.

Trwają pracę nad jak największym rozszerzeniem dystrybucji albumu.

Jeżeli w pandemicznym zamknięciu mamy wokół siebie osoby, które kochamy, i które nas kochają, daje nam to duże poczucie wolności – mówi Yanish, w nawiązaniu do utworu „Z tobą we mgle.

Jak dodaje:

W dzisiejszym świecie często czujemy się zahukani, nie potrafimy mówić wprost, aby nikogo nie urazić.

Wokalista wskazuje, że utworem programowym albumu „Kwiatostan” jest „Cisza”, wokół niego zbudowane zostały pozostałe elementy płyty.

„Cisza” jest piosenką, przy której odpływam. Posłużyła za inspirację dla całego krążka.

Krzysztof Janiszewski niedługo skończy 50 lat. Mówi, że chciałby, aby drugie półwiecze jego życie było wolne od konfliktów, oraz stało się czasem dalszego poszukiwania inspiracji artystycznych.

Po wydaniu płyty głowę mam zawszę pustą. Nigdy do końca nie wiem, co będzie dalej.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Krzysztofem Janiszewskim:

Najważniejsze muzyczne maksisingle (EPki) roku 2020 – Stonerror, Dave Kowalski, Skytruck, Magda Kluza i Kamila Dauksz.

Kolejny rok za nami. W muzyce 2020 rok nie był tak dobry jak poprzedni. Pandemiczny uścisk sprawił jednak, że na polskim firmamencie pojawiło się kilkoro znakomitych wykonawców oraz zespołów.

Oto nasz subiektywny ranking najważniejszych „małych płyt” nazywanych u nas w Polsce maksisinglami a w Europie i na świecie mianem EPek (skrót EP pochodzi od angielskiego Extended Play, co w wolnym tłumaczeniu oznacza tyle, co płyta „wydłużona”). 

Tradycyjnie nasze zestawienia łączy jedno: brak podziału na style i muzyczne gatunki.

Tutaj do wysłuchania Muzyczna Polska Tygodniówka z rankingiem najlepszych EPek roku 2020:

 

Na pozycji „5” krakowskie objawienie stonerowego grania – Stonerror i „Troublemaker” wydany przez wytwórnię Smoke Records. 

Po znakomitej drugiej płycie „Widow in Black” (piąte miejsce ubiegłorocznego rankingu Radia WNET) krakowski Stonerror nie zwalnia tempa.

Oto w kwietniu 2020 była już z nami ich nowa płyta. Niezwykła, nieco posągowa i dostojna. Dlaczego? Znalazły się na niej covery bardziej niż niezwykłe:

Sięgnęliśmy po kilka nieoczywistych piosenek – polskich i zagranicznych, znanych, mniej znanych i zupełnie niszowych – żeby zagrać je po swojemu, czyli z wykopem. Część z nich wykonaliśmy w sposób zbliżony do oryginału (jak mawiał Voltaire: „lepsze jest wrogiem dobrego”), inne gruntownie przearanżowaliśmy (jak mawia Maciej Cieślak: „a teraz pokażemy im, jak należy grać ich kawałki”). – mawiają muzycy z Krakowa spod znaku Stonerror.

Oto zapis rozmowy z Jackiem Malczewskim, basistą i poetą grupy:

 

Okładka mini – albumu Dawida Kowalskiego „Pocztówka z izolacji”.

Na miejscu „4” znalazł się Dave Kowalski z debiutanckim zbiorem „Pocztówka z izolacji”, którą ja często nazywam „pocztówkami z samotności”

Na Dawida Dave’a Kowalskiego zwróciłem uwagę, kiedy wertowałem nowych i obiecujących twórców związanych z działalnością muzycznej wytwórni Kayax i projektu My Name Is New.

Na WNETowych antenach zagościł jego singel “Perfect Sin”. Pomyślałem sobie, że to bardzo obiecujące nagranie i … zacząłem czekać na jego debiut fonograficzny. Oczekiwanie opłaciło się z nawiązką!

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Dawidem Kowalskim o jego muzyce i pierwszym wydawnictwie:

 

Na pozycji „3” subiektywnego podsumowania Radia WNET, gdy mowa o maksisinglach (EPkach) wspięła się nowa rockowa super – grupa Skytruck

„Środek ciężkości” kryje w sobie cztery kompozycje.  łączy jedno: przejrzystość harmonii i konstrukcji, chwytliwe, rockowe i wpadające w ucho riffy, wreszcie światło i melodyjność.

Skytruck udowadnia, że można grać rocka i energetycznie anektować go po swojemu, tak jak w przypadku debiutanckiego singla „Zwierzak”, który wyróżnia się różnorodnością kompozycyjną (wyraźne dwa motywy melodyczne i zmiany nastrojowe tempa) i największym rozmachem na wydawnictwie. I jeszcze ta znakomita gitarowa solówka, gdzieś od drugiej minuty i 38 sekundy.

Do tego tekst, który każe nam trochę zweryfikować podejście panów Ziemi do natury i braci mniejszych.

Mamy także na „Środku ciężkości” dwa absolutne hity, które sprawdzą się podczas stadionowych koncertów, jak i podczas demówek czy porannego rozruchu. To tytułowe nagranie i „Cztery żywioły”.

 

„Środek ciężkości” przynosi rockową energetyczność, melodyczną nośność i radiową szlagierowość. Czekamy na więcej!

 

Drugie miejsce w naszym zestawieniu stało się udziałem Magdy Kluz, za sprawą jej ażurowej i delikatnej małej płyty o tajemniczym tytule „Akweny”.

Jedyną wadą wydawnictwa „Akweny” Magdy Kluz jest … jego długość.

Pięć piosenek, od WNETowego hitu 2020 roku „Zimno” po finalną „Złość” pozostawia wielki niedosyt. Chce się po prostu więcej.

Cała mała płyta hipnotyzuje klimatem indie pop rocka z elementami jangle popu.

I myślę sobie, że wielki Johnny Marr, podpora muzyczna legendarnych The Smith, po wysłuchaniu maksisingla „Akweny” poczuje delikatne ukłucie… zazdrości.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Magdą Kluz:

 

 

I nadszedł czas na EPkę numer „1”, który przyniosła wiosna 2020 roku. Na topie Kamila Dauksz – Boruch i jej „Opowieści”.

To melodie splecionych jazzową frazą i popową przebojowością. A łączy je miłość odmieniana przez sześć piosenkowych przypadków.

Podczas pracy nad mini – albumem Kamilę wspierali jej mąż Tomasz Boruch (gitara, chórki, kierownictwo muzyczne, znany z formacji Skytruck) oraz jej tata Dariusz Dauksz (gitara).

Od rozpoczynającego „Dwa światy”, buzującego tym niezwykłym riffem na wiolonczelę i śmiałe wyzwanie miłosne przez burzę (pierwszy tytuł „Dream”), przez singlową „Miłość”„Płynie czas” po finalną „Let’s Try” jesteśmy ocienieni miłością.

Bo prawdziwa miłość jest monumentalna i posiada styl wysoki („Płynie czas”), ale i skryta w codziennych swarach i wielkości małych, powtarzalnych chwil i ceremonialnych gestów („Miłość”).

Ma jednak to wydawnictwo, podobnie jak w przypadku „Akwenów” Magdy Kluz jedną wadę… Mini – album jest za krótki! Po jego wysłuchaniu odczuwa się niedosyt!

Kamila Dauksz-Boruch to kompozytorka i autorka tekstów, ale również utalentowana wiolonczelistka. Jak mawiam często, jej wiolonczela to kopalnia soczystych riffów, których nie powstydziliby się mistrzowie szlachetnego hard i heavy.

Kamila jest absolwentką Akademii Muzycznej w Katowicach na wydziale Kompozycji, Interpretacji, Edukacji i Jazzu – kierunek wokalistyka jazzowa.

Współpracowała m.in. z: Krystyną Prońko, Ewą Bem, Zbigniewem Wodeckim, Kayah, Mietkiem Szcześniakiem, SMOLIK & KEV FOX, Marylą Rodowicz, Ewą Urygą, Włodkiem Pawlikiem, czy Grzegorzem Skawińskim.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Kamilą Dauksz – Boruch i jej plecionych głosem, gitarą i wiolonczelą „Opowieściach”: 

Tomasz Wybranowski

„Akweny EP” – debiut solowy Magdy Kluz, czyli delikatność, kryształowy smutek i gitarowa wrażliwość.

Jedyną wadą wydawnictwa „Akweny” Magdy Kluz jest … jego długość. Pięć piosenek, od WNETowego hitu 2020 roku „Zimno” po finalną „Złość” pozostawia wielki niedosyt. Chce się po prostu więcej.

Wszystko zaczęło się od singla „Rzeka”, który natychmiast stał się częstograjem w Radiu WNET. Nie wierzyłem, że autorką tej delikatnej, zmierzchowej ballady jest połowa duetu SEALS, który słynął z rytmów i brzmień electro popowych. 

Pomyślałem sobie, że ta dziewczyna ze „smutną” gitarą na bardzo długo porwie swoim nurtem metafor, powiewu kończącego się lata i emocjonalnością,  której ani za grosz taniej pesjonarskiej pretensjonalności.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Magdą Kluz:

 

Magda Kluz była pierwsza artystką, która stała się asem w talii wytwórni FONOBO, która wymyśliła muzyczno – wydawniczą akcję pod nazwą „Pitcher”. Swoją drogą wytwórnia FONOBO, z którą sieć Radia WNET owocnie współpracuje, ma ucho (i oko) do rewelacyjnych, twórczych i pozbawionych kompleksów młodych twórców.

Szybko serca słuchaczy zaskarbił sobie singiel Magdy Kluz „Rzeka” i… Jak jeden mąż i słuchacze, i krytycy oraz muzyczni dziennikarze chcieli (i chcą!) więcej. A ja im wtóruję!

/…/ stale dłuży się czas, gdy tak czekam
i czekam
chcę coś zrobić
mam plan
lecz zwlekam
zwlekam…

 

 

Magda Kluz jest też autorką piosenki doskonałej. Jest nią nagranie „Zimno”, które od razu porywa nas falą przypływu i już nie wypuszcza na brzeg.

Cała jej mała płyta hipnotyzuje klimatem indie pop rocka z elementami jangle popu. I myślę, że wielki Johnny Marr, podpora muzyczna legendarnych The Smith, po wysłuchaniu maksisingla „Akweny” poczuje delikatne ukłucie… zazdrości.

Jednym słowem „Akweny” to druga najlepsza EPka roku 2020. Pięć arcy – pięknych piosenek tworzą idealną całość, choć skromną, kameralną i zwiewną. 

Tomasz Wybranowski

 

Ernest Bryll czyta swoje wigilijne wiersze. Z autorem „Wieczernika” i „Kolędy nocki” rozmawia Tomasz Wybranowski.

Ernest Bryll to postać bardziej niż fenomenalna. Ow fenomem kryje w sobie misję i talent poety, pisarza, znakomitego autora tekstów piosenek, dziennikarza, tłumacza i krytyka filmowego oraz dyplomaty!

Gościem świątecznego Studia Dublin był Ernest. To człowiek niezwykły i jeden z ostatnich wielkich ludzi pióra i metafor. Co prawda wielki Julian Przyboś oświadczył, że nigdy poetą nie będzie, to … już dwa lata od wypowiedzenia tych słów przyznał, że się pomylił.

Postać Ernesta Brylla jest mi bliższa jeszcze bardziej z powodu Jego wielkiej miłości do Irlandii. Dla polskiej dyplomacji Ernest Bryll to postać historyczna! Był pierwszym ambasadorem Rzeczpospolitej Polskiej w Republice Irlandii w latach 1991-1995. Zanim pojawił się na Szmaragdowej Wyspie był tam już znany jako wybitny tłumacz z języka irlandzkiego – Gaeilge.

Ernest Bryll tłumaczy także z czeskiego oraz jidysz. Nie każdy to wie, ale autor „Na szkle malowanego” jest także autorem tekstów piosenek, między innymi dla Czesława Niemena (wspaniały utwór „Jakże człowiek jest piękny” ze spektaklu „Srebrne dzwony”), Maryli Rodowicz („Ziemio, nasza ziemio”), grupy 2 + 1, Jerzego Grunwalda czy brawurowego tłumaczenia „Peggy Brown” dla formacji Myslovitz.

Piosenkę w oryginalnej wersji napisał Turlough O’Carolan, irlandzki kompozytor i bard. Słowa opowiadają o nieszczęśliwej miłości do Miss Margaret Brown, która w 1702 poślubiła Theobalda, szóstego hrabiego Mayo. Później, wraz z mężem, została mecenaską O’Carolana, którego miłość odrzuciła a on opowiedział o swoim uczuciu w tekście.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Ernestem Bryllem:

 

W czasie okupacji niemieckiej był Zawiszakiem, czyli członkiem najmłodszej drużyny Szarych Szeregów. Po II Wojnie Światowej konspirował w podziemnym skautingu a maturę zdał jako szesnastolatek. Po krótkim epizodzie robotniczym w gdyńskiej elektrowni w tamtejszym porcie dostał się na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim.

Ernest Bryll

Ernest Bryll jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, polskiego i irlandzkiego PEN Clubu, jak również Society of European Culture).

W rozmowie Tomasza Wybranowskiego autor „Kolędy nocki” powrócił wspomnieniami do lat spędzonych w Irlandii. Warto wiedzieć, że Ernest Bryll, po zmianie ustrojowej z roku 1989, był brany pod uwagę jako kandydat na fotel ministra kultury i sztuki, choć nie zgodził na to stanowczo.

Zgodził się natomiast zorganizować pierwszą od czasów wojny ambasadę polską w Irlandii. Oczywiście wiązało się to z jego wcześniejszymi zainteresowaniami kulturą Zielonej Wyspy, które zaowocowało oryginalną płytą „Irlandzki tancerz” (1979) nagraną przez zespół Dwa plus jeden z jego tłumaczeniami poezji irlandzkiej.

To z tego albumu pochodzi spopularyzowana później przez Myslovitz piosenka „Peggy Brown”.

Tomasz Wybranowski