Strzelisty rock’and’roll z mocnymi riffowymi przyległościami – znakomity długogrający debiut Skytruck na scenie rockowej

I to nie tylko polskiej cenie, dodam. Mogę napisać wiele i pięknie o tej płycie „Lot na Marsa”, tym bardziej że już całe mnóstwo dobrego o tym longplayu powiedziałem w polskich i irlandzkich eterach.

Longplay „Lot na Marsa” stworzony a akcie twórczym przez pięciu muzyków złączonych nazwą Skytruck to dzieło epokowe.

Jestem przekonany, że dołączy do tych zasłużonych polskich albumów z dumną etykietą „rock”, które uczyniły renesans gatunku faktem a ponadto stały się longplayami pokolenia.

Tomasz Wybranowski

 

Tak było przecież z Armią i jej „Legendą”. Podobnie rzecz miała się z Houk i „Transmission Into Your Heart”. I to właśnie do tej płyty przyrównuję dzieło Skytruck a propos zadziorności, gejzera młodzieńczej energii, twórczego, bo budującego nową jakość łamania szkół, modeli i schematów, wreszcie mądrości obserwacji świata i kondycji człowieka skażonego cyber – medialnością i uwięzieniem w kodach algorytmów i łańcuchów DNA html do entej potęgi.

Wskażę na dwa nadzwyczajne songi: „Roboty” z riffem, który zostaje już w nas po kres naszych dni i wojenny, złowieszczy „Letni Poranek” z przejmującym dwuwierszem:

Nikt już nie przerwie ich narkotycznych snów

Nie można zwrócić ciał do już odciętych głów. (…).”

Ten album przynosi nie tylko refleksję, ale i osąd nas samych. To ważne, albowiem w XXI wieku jesteśmy bezkrytyczni wobec siebie, niemal równi Bogu, ale czy na pewno?

-Technologia zmienia nasz sposób zachowania, chcemy tego czy nie. W dzisiejszych czasach można zapytać, czy tworząc sztuczną inteligencję i upodabniając maszyny do ludzi sami nie staliśmy się podobni do maszyn – myśląc w zerojedynkowych kategoriach i wyraźnie oddzielając to co „dobre” od tego co „złe”? – mówi Jakub Szulc, głos i współautor tekstów.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z muzykami grupy Skytruck:

 

Wsłuchując się w ich debiutancki średniograj, jak mawiam o EPkach, „Środek ciężkości” widać wyraźną i naturalną ewolucję grupy. Czasami jako zarzut słyszę na swój temat, że w moja hierarchia muzyczna jest „zdecydowanie i ściśle sensu stricte rockistowska”, bo traktująca nieco po macoszemu polski rozrywkowy mainstream, wtórny pop i R&B – podobne produkcje pań i dziewcząt, które chcą śpiewać jak panie B. i R.  Tak i nie – drodzy krytycy.

Ale w sytuacji, kiedy macie okazję przesłuchać taki krążek jak „Lot na Marsa” Skytruck, nic innego na szczycie tej hierarchii nie może królować.

 

„Zły krok” to nie tylko najwspanialsza piosenka z tej płyty, która przywodzi na myśl najlepsze dokonania Republiki, ale także w mojej opinii absolutne opus magnum w dorobku Skytruck.

Mroczne, chmurno – poranne gitary, które rozwijają się złowrogo, aby uszy uderzyć pięknym czystym riffem z futerale dudniącego basu z cieniem uderzeń perkusji.

Prawdziwe mistrzostwo kolorytu brzmieniowego pojawia się z nadejściem przeuroczych, rozmawiających ze sobą gitar w impresjonistycznej solówce i skrzypce Michała Jelonka, które zabrzmiały jak na pewnej „radiowo – koncertowej” płycie Ankh.

Linia melodyczna jest rockowa, ale i balladowo zadumana, nostalgiczna i rozmarzona smutkiem tego, co przyszło nam przeżywać jeszcze kilka miesięcy temu.

/…/ Oddam jej najdłuższy dzień
Liczony w tysiącach kroków
Z łańcuchem na szyi
Ściąganym po zmroku
Kaganiec na twarz
Posłuszny mej Pani
W przytulnej piwnicy
Może dziś mnie nie zrani /…/

To piosenka o pandemicznej zarazie i strachu podkręcanym przez media. Ale „Zły krok” to także song o współczesnym Matrixie, którym stał się stary poczciwy glob, z jego poprawnością i zabijaniem wszelkiej formy niezależnego i krytycznego myślenia.  Niesamowite emocje i skojarzenia wzbudzają wplecione odgłosy uderzeń w ścianę. Nie wiemy, czy to pukanie przez ścianę, czy … uderzenia głową o nią podmiotu lirycznego.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z muzykami Skytruck po inauguracyjnym koncercie:

 

I tak mógłbym nagranie po nagraniu opisać cały ten album młodych gigantów spod flagi Skytruck. Od otwierającego tytułowego „Lotu na Marsa”, który od pierwszego taktu falą endorfin porywa nas w sam środek rzeczy nowej fali rocka XXI wieku, po wieńczący, skryty pod znacznikiem „10” porankowy, przeganiający dystopijny klimat i dający nadzieję, trochę Norwidowski „Koniec milczenia”, którego sam Tool i mistrz Maynard może pozazdrościć.

Mógłbym, ale radio to muzyka warta słuchania, a nie świat i platforma do opowiadania o niej – muzyce. Słuchaczki i słuchacze, do dzieła! „Lot na Marsa” czeka na wasze emocjonalne kolorowanki i marzenia, które – jestem pewien – obudzą się!

/…/ wszystko się zmienia

Znalazłem siebie

Jestem gotów /…/

Pięciu kompozytorów i instrumentalistów z pojazdu Skytruck emanuje nieudawaną szczerością w penetrowaniu i przysposabianiu najróżniejszych stylów muzycznych, że o wielkiej klasyce nie wspomnę (poetycki, monumentalny, choć nie przytłaczający „Letni Poranek”), które potrafią zestroić z maestrią rocka, którego stają się prawdziwymi restauratorami. I za to im chwała.

A imiona ich Tomasz Boruch, Jakub Szulc, Mateusz Śliwa, Konrad Kubalski i Przemysław Pajdak.

Radzę te nazwiska zapamiętać, bowiem tworzą świeży i nietuzinkowy band. W rozmowach przed wydaniem „Lotu na Marsa” mówili jeden przez drugiego, że

chcą by na nowo kwitnął stary poczciwy ROCK w polskiej przestrzeni muzycznej.

Panowie! To już udało wam się wykonać. Czekam na kolejną dużą płytę i już nie mogę się doczekać.

Tomasz Wybranowski

 

SABINA i jej nowy longplay „BLUEMENTAL” albumem maja sieci Radia Wnet. Recenzja Tomasza Wybranowskiego

Sabina Karwala, Bluemental

Kim jest Sabina, o której mawiam, że „jest naszym radiowo – Wnetowym dobrem narodowym”. Sabina Karwala to dyplomowana aktorka, piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów, ale i przyszła pani doktor.

Kto nie widział jej kreacji Velmy Kelly w krakowskim teatrze „Variete” w musicalu „Chicago” według Wojciecha Kościelniaka, ten jest gombrowiczowską „trąbą”. Piękna i utalentowana Sabina była także finalistką 36. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

 

Sabina w pełnej krasie.

Sabina Karwala to przyszłość polskiej sceny. – tak mawiam od lat już ponad czterech, kiedy jej singel „Panowie w kapeluszach” pojawiło się wysoko na Liście Polskich Przebojów Wnet „Polish Chart” redaktora Sławomira Orwata.

Drzemie w niej wielki talent, podparty wielką pracowitością i dążeniem do absolutnego wykonawczego absolutu. Trudno się więc dziwić, że scenę i aktorstwo dzieli z zaciszem studia nagrań, rejestracją kolejnych piosenek i koncertami. To znakomita interpretatorka i posiadaczka mocnego głosu, gdzieś ze skrzyżowań soul / neo – soul i R&B, który potrafi zmylić niejednego wytrawnego dziennikarza muzycznego.

Jej debiutancki krążek „Lepidoptera” mieni się po dziś najróżniejszymi barwami i uczuciowymi odcieniami życia. Sabina to nowa twarz na polskim rynku electro pop, z domieszką soul. I momentalnie skupia na sobie uwagę czasami lekkim brzmieniem melodii, wyrazistym wokalem, przy okazji dając impuls do głębszych rozmyślań inteligentnymi tekstami, które często opowiadają o tych nieprężeniach między kobietą i mężczyzną („Pijane wiśnie”, ale i przejmujący „Motel”). – z recenzji Tomasza Wybranowskiego.

Jej debiut „Lepidoptera” muzyczna Radia WNET pod moją dyrekcją umieściła na 19. pozycji najważniejszych albumów roku 2019 (bez względu na gatunki i style).

 

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Sabiną Karwalą sprzed ponad dwóch lat:

A potem spotykałem się z Sabiną radiowo nie raz i nie siedem. A ona obdarowywała nas kolejnymi klejnotami piosenkowymi. Tak było z „Bluemental”, czy bożonarodzeniową niezwykłą „Choinką”, gdzie duch Juliana Tuwina sekundował jej lirycznie a fortepianowo Michał Salamon.

Dlaczego warto i trzeba słuchać Sabiny? Albowiem lśni się niesamowitością muzyczną. Ona i Jan Bielecki, jako kompozytorzy znakomitej większości muzyki, pokazują jak w dzisiejszej siermiężnej przeciętności muzycznej można. Melodię, akompaniament i aranż tworzą po to, aby leczyć nasze skołatane serca i dusze w po pandemicznej aurze i pomagać przetrwać trudne chwile.

Zachwycająca, karmiąca wielopoziomowo, przepiękna w przekazie muzycznym tekstowym i obrazowym. Całość to uczta dla duszy. Dziękuję. „Bluemental”, ta piosenka jest darem dla świata. – mówią i piszą do Sabiny jej słuchaczki i słuchacze.

 

CZAS NOWEGO ALBUMU

„Bluemental” miał premierę 29 kwietnia. W maju to album miesiąca sieci Radia Wnet.  Długograj to nadzwyczajny, ponieważ zdecydowanie wyróżnia się od obecnie panujących mód i stylów muzycznych w gronie artystów młodych wiekiem, ale przede wszystkich tych twórców bardziej myślących o swoim sukcesie komercyjnym za wszelką cenę niż jakości twórczości i myśleniu o słuchaczu.

„Bluemental” dla mnie więc stanowi kolejny dowód Jej artystycznej dobrej passy. Jako piosenkarka z uporem i cierpliwie, choć często pod wiatr i krople rzęsistego deszczu, zmierza w kierunku ambitnego pop, który mimo, że przebojowy (a melodie od razu pozostają radośnie w głowie i sercu), to w warstwie lirycznej stawia na drogocenność słowa, bogactwo metafor.

Przede wszystkim jednak jej najnowszy album „Bluemental” jest oryginalny, choć lepszym słowem tutaj, aby go opisać będzie, że rozbrzmiewa „nietypowo”. Nietypowo, bowiem wyróżnia się od tej całej masy 95% muzycznej plastykowej szarości, wtórnej wobec siebie, która zalewa nas z serwisów internetowych i głośników radiowych.

Sabina udowadnia, że w zalewie tekstowej infantylności i muzycznego naśladownictwa można tworzyć popowe piosenki z bardzo dobrymi tekstami, które rodzą refleksję. Wsłuchajcie się w jeden z brawurowych singli zwiastujących „Bluemental” i z uwagą skupcie się na słowach hitu Radia WNET „Rok Amore”:

Po całym mieście rozbija się myśl
Po pokojach i piętrach baluje
Zakręca, skręca, próbuje wejść
W iskrę z ciałem każdego człowieka

Ktoś komuś z miłości serwuje
Na ciepło talerz pełen pyszności,
Rozpływam się
Pikantny flirt, rok amore, cin cin

Refren: Na mapie miasta gwiazdy
Wybuchy i orgazmy
Jak w dobrym kinie akcji
(rok amore, cin cin)

Jak we francuskim filmie
Na czarno-białym screenie
Lata dwudzieste, popatrz!
(rok amore, cin cin)

Miłosny akt rozpoczyna już dziś
Nową erę zmysłowej bliskości
Na start, w gotowości
Ustawia się tłum ochotników
Ruszyli w ten pościg

Ten dzień, w którym wszystkie koleżanki
Na pamięć znają przepis kokosanki
Plotkują znów
Że między nami musuje cin cin

Ile świeżości jest w tym tekście Sabiny Karwali – tekściarki, aby oddać ducha wiosennego impulsu miłosnego, który zapala serca i ciała nie tylko młodych. Na dnie serca, mimo pogoni – korpo codziennej, ery serwisów i komunikatorów, wciąż to marzenie, aby przeżyć miłość filmową, wielką i głęboką.

A samo słowo cin cin to nie tylko marka pewnego musującego napitku, ale i zwrot „na zdrowie”. Błyskotliwy tekst.

I jeszcze jedno, to nagranie godne „Supermenki” wielkiej Kayah! Ta sama fala endorfin napływa do serca i można wszystko. Zresztą sam o to zapytam autorki „Zebry” na antenie Radia Wnet jeszcze w maju.

 

 

CO KRYJE ALBUM „BLUEMENTAL” ?

Cieszy mnie, że na longplayu znalazła się i wersja „Club Edit” tego hitu, który w stylu eighties’owym pokazuje, jak można zrobić kawał dobrej muzyki tanecznej i to nie stylu zachowawczego euro – dance. Podobnie cieszy ucho wersja „Bluemental”„Club Remix”, która dla mnie nie jest gorsza jakościowo od tego co czynią magicy Filatov i Karas.

Kolejnym hitem będą z tej płyty „Ostre papryczki”, gdzie – nomen omen – pojawia się motyl. Mamy więc i nawiązanie zmysłowe, delikatne niczym jedwabiu nić do debiutanckiej „Lepidoptery”.

Pieśń o samotności, którą trzeba czasem ubogacić dwiema kroplami czegoś na rozweselenie, niesie przesłanie pragnienia miłości, którą przesłania cień współczesność tożsamej z niewiarą, że w impertynenckim świecie może ona przetrwać. Electro synth-popowy bit wciąga i uruchamia obrazy tkane z nici wersów pieśni.

 

A jeśli jeszcze do tego zestawu dorzucę „Summer Behind Me”, który przesłania mi nawet niezwykły „Summer Moved On” tria a – ha i oczywiście „Twist”, gdzie wokalnie partneruje roześmiany młodością Michał Szczygieł.

Melodia przywodzi wspomnienie bigbitowych aranży z przełomu lat 60. i 70. XX wieku, który trochę letnim zefirem bajecznie regałuje (to od reggae). „Twist” z delikatną patyną retro jest dla mnie żelaznym kandydatem do jednego ze szlagierów tego lata!

Proszę oto jak zgrabnie można pogodzić dwa światy i dwie muzyczne wizje! Brawo!

W gromie moich ulubieńców nagranie „Jesień”, gdzie Sabinę wspierał muzycznie i przy fortepianie Michał Salamon. To nagranie pachnie powietrzem słonecznego października, porywa kolorami i smakuje cierpłym czerwonym winem i studzącą się herbatą z goździkami i drobinami zasuszonej pomarańczy.

Długo by wymieniać, z czym kojarzy mi się nagranie „Jesień”… Na koniec jednak piosenka ta opowie Wam o miłości, której odcienie są tak różne jak kolory liści jesiennych. O relacji dojrzałej, przepracowanej i świadomej, o którą warto walczyć do końca świata i o jeden dzień dłużej.To jeden z moich ulubionych utworów na płycie. – tak o swoim najnowszym wydawnictwie opowiadała sama Sabina Kwarwala.

Konteplacyjnie i zmysłowo także, bo myślenie, tak jak i czytanie jest sexy, jest w nagraniu tytułowym, gdzie ta nasza słowiańska nuta poruszona jest do granic. To wezwanie, aby przebudzić się i wrócić do duchowości i tego, co tak naprawdę w życiu jest ważne.

Co prawda brzęk monet i ścieżka kariery w korpo – kołchozach zagłusza często skutecznie duszę i jej kołatanie od środka:

/…/ Nadlatują już duchy
Z krain mleka, miodu podaj dłoń
Nie zabieraj nic ze sobą
Tylko dumnie stań
I wyciągnij dłoń
Świat przytuli Cię /…/

I ten przebłysk, to wezwanie do zatrzymania się, zamyślenia choć na chwilę i przebudzenia, to fundament jej albumu „Bluemental”.

Sabino, fruwam na Twoją głową …

Tekst dedykuję Mamie Sabiny, po której jest artystyczną, konteplacyjną i czasem niespokojną duszą. Acha, muszę to dodać. Mama Sabiny tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”.

Tomasz Wybranowski

 

Najlepszy album Scream Maker w kolejce po muzyczne laury. „BloodKing” nadzieją i dumą polskiego klasycznego heavy metalu

Scream Maker, nasza rodzima, klasyczna heavy metalowa duma. Na fot. od lewej: Sebastian Stodolak, Jan Radosz i Michał Wrona. Fot. arch. zespołu.

Powiem szczerze, że rzadko pochylam się już nad recenzjami. Powód? Broń Boże, absolutnie nie grzech lenistwa. W medialnej gorączkowości Radia Wnet, irlandzkiego NEAR FM i paru innych działań…

… dziennikarsko – pisarskich, brakuje czasu na długą kontemplację jednego wykonawcy i jego dzieła.

Ale są takie longplaye, które absolutnie są warte tego, by pisać o nich rozwlekle, wyczerpująco, aż do ostatniego słowa i ostatniej świetlistej refleksji.

Tak jest z najnowszym albumem formacji Scream Maker „BloodKing”, który od styczniowej premiery dzieli i rządzi na polskiej metalowej scenie wespół z CETI i ich tegorocznym albumem.

Oh mirror, mirror tell me no lies

What is the secret behind your black glass

Oh mirror, mirror I know that you know

Digital future or death to the soul

O lustro, lusterko nie powiadaj mi kłamstw

Jaki jest sekret twego czarnego szkła

O lustro, lusterko wiem, że ty wiesz

Cyfrowa przyszłość albo śmierć duszy

 Ten fragment tekstu Sebastiana Stodolaka, który przywołałem z singlowego rozgrzewacza „Mirro. Mirror” to fundament liryczny całej płyty „BloodKing” Scream Maker. Na szańcach klasycznych heavy – metalowych okopów Michał Wrona, główny architekt muzycznej budowli zespołu i znakomity gitarzysta oraz Sebastian Stodolak, liryka, głos i ogólny wyraz artystyczny.

 

Tutaj do wysłuchania rozmowy z Michałem Wroną i Sebastianem Stodolakiem:

Warszawski band Scream Maker jest bliski mojemu serca i nigdy tego nie ukrywałem. Czy bywało dobrze, czy działo się źle, nić naszego metalowego braterstwa nigdy nie została zerwana.

Dziennikarze muzyczni często mawiają, że nie przyjaźnią się z zespołami, aby w przyszłości nie mieć sytuacji niezręcznych, w stylu: „jak im powiedzieć, że wydali złą płytę”, albo „ale fatalne nagranie”.  Ja takich dylematów nie miewam. Zawsze mówię, jak jest i tak jak czuję.

Znajdź Scream Maker:

www.screammaker.com

www.facebook.com/screammaker

www.screammaker.bandcamp.com

 

Scream Maker – od lewej -Przemek Nalazek (były perskusja zespołu), Sebastian Stodolak (śpiew, teksty), Jan Radosz (gitara basowa) i Michał Wrona (kompozycje, aranże, gitary).

Dzięki ówczesnemu perkusiście zespołu Markowi Nadstawnemu, Scream Makerów znam już od przeszło 12 lat. 11 listopada 2012 roku ukazała się ich pierwsza EP-ka „We are not the same”. I wiecie co? Dla mnie, jako fana klasycznego heavy metalu,  była to potężna dawka endorfin, podbitych ożywczym szkwałem riffów spod znaku Najnowszej Fali Klasycznego Brytyjskiego Heavy Metalu – oddział Polska! I tak mi zostało do dzisiaj.

Pod polskim niebem mamy sporo zespołów, które klasycznie metalowo grają (m.in. Roadhog, Axe Crazy z braćmi Bigosami na gitarach, czy Ironbound), ale Scream Maker wygrywa zdecydowanie jakością komponowania, nośnością melodii, głębią przekazu tkaną ze słów i … brakiem koniunkturalizmu. Michał Wrona, Sebastian Stodolak, Jan Radosz i Tomasz Sobieszek jadą szeroka swoją własną, wytyczoną sznytem starej szkoły muzyczną autostradą dźwięków.

 

I wielbię ich za jeszcze jedną rzecz, Scream Maker nie robią tego, co znakomita większość innych grup, a mianowicie nie dopasowują się kompozycyjnie czy brzmieniem do aktualnym mód, które za pół roku przeminą. I mimo, że grają ożywczo, tak że chce się żyć, to nie wcielają w swoje granie innych elementów gatunkowych, aby „udziwnić, zaskoczyć i namieszać” ku uciesze redaktorów i „kolegów” muzyków innych.

Ale dość moich refleksji o samym bandzie. Czas przejść do opowieści o albumie „BloodKing”!

Trzeci longplay Scream Maker to nie tylko godny sukcesor poprzednich („Livin’ In The Past” 2014 i „Back Against The World” 2016, że o EPce „We Are Not The Same” nie wspomnę) , ale przede wszystkim dzieło najbardziej dojrzałe i kompozycyjnie najciekawsze!

Tutaj ukłon w stronę Michała Wrony, który stworzył najdoskonalsze riffy i melodie w historii bandu.

 

Słuchając współczesnych płyt spod znaku hard’n’heavy dopada mnie słuchowe przewidzenie, że oto „gdzieś już to słyszałem”. Inaczej jest z „BloodKing” i Kreatorami Krzyku. Mimo ukłonu muzyków dla tradycji gatunku, całość brzmi nowocześnie i nie znajdziemy tutaj ani odrobiny muzycznej pospolitości.

Przez ponad 66 minut ani przez chwilę metalowy gentleman ani nadobna metalowa fanka nie poczują znużenia, który mógłby owocować przeciągłym ziewaniem.

Już pierwszy rozgrzewacz po otwierającym „Invitation” (grzmoty, uderzenia młota i nocny, przed burzą posłany w eter riff) singlowa błyskawica „Mirror, Mirror” riffem i metalowym cwałem (nie tylko na wzgórza) porywa i przydaje endorfin.

Potem tytułowy „BloodKing”, w którym progresywna dostojność współbrzmi z soczystym riffem i thrashową galopadą, której mogą pozazdrościć klasycy z Iron Maiden z czasu „The Book of Souls” czy Queesnryche. I jeszcze wycyzelowana, bez zbędnych dróg „naokoło gryfu”, po prostu brzmiąca i intrygująca solówka Michała Wrony. Rozkosz dla uszu!

W warstwie tekstowej to drugi utwór w zestawie, w którym poetycko Sebeastian Stodolak wyłuszcza swoje dystopijne credo. Co ciekawe okres pandemii sprawił, że jego wersy brzmią jak spełniające się memento. Ale czy człowiek z owej nauki wyciągnie wniosek?

 

 

Obawiam się, że … niestety nie. „Krwawych królów”, łasych szelestu spadających papierków i marzących o jeszcze większej liczbie wirtualnych łańcuchów zarzuconych na karki coraz bardziej bezrozumnej tłuszczy, nigdy nie zabraknie. Tutaj zacytuję samego autora:

Sztuczna inteligencja, komputery i automatyzacja mogłyby być błogosławieństwem, ale w niepowołanych rękach, np. w rękach autokratycznych władców czy oligarchów, stają się zagrożeniem dla naszej wolności. O tym właśnie śpiewamy w tym utworze. Korumpująca natura władzy to temat przewodni całego albumu. Teksty powstały przed pandemią, ale dzisiaj są jeszcze bardziej aktualne – mówi Sebastian Stodolak.

Nic innego mi nie pozostaje, jak do elitarnego grona czarnowidzów świata tego, gdzie Orwell, Huxley czy Kindred Dick, dopisać i Stodolaka. Wsłuchajcie się w wieszcze teksty dwóch ballad – „Die in Me” i końcową „Too Late”.

Sebastian Stodolak, jako autor tekstów na „BloodKing”, staje się odbiciem w mrocznym zwierciadle (znowu „Mirror, Mirror”) samego Fredrica Jamesona, teoretyka literatury światowej i kultury symbolicznej.  Autor tekstów i głos Scream Maker pokazuje w jaki sposób zdobycze współczesnej cywilizacji (w tym internet i wszelkie wirtualności z kanałami komunikacyjnymi) w zetknięciu z otaczającym światem ujawniają dzisiaj granice naszych możliwości.

Owe granice okupione są wielkimi kosztami, ale przede wszystkim niedostatkami w jednakowym stopniu demokratycznej jak i niedemokratycznej władzy.

“BloodKing” dla mnie to bardzo ważna muzyczna personifikacja skrajnej dystopii, w której bezsens przetrwania daje się odczuć od początku. Bowiem po co żyć i trwać, skoro na wielkiej smyczy tylko biegamy po wirtualnym pastwisku – arenie ku uciesze „krwawych królów”, którzy rozporządzają nawet naszymi marzeniami (nagrania „When Our Fight is Over” z przejmującym dwuwierszem

„/…/ All that you can get // Remorse and regret / Wszystko, co możesz uzyskać // Wyrzuty i żal /…/” i „ Petrifier”).

W takiej przestrzeni traci sens nie tylko marzeń i planów, ale nawet szczątkowej próby oswojenia siebie w nowych czasach. Przestrzeń wirtualna jest abstrakcyjna, podobnie jak życie człowieka i działalność ludzi, ponieważ w żaden sposób nie przekłada się na kształtowanie wirtualnego uniwersum.

Tam są panowie („krwawi królowie”) i cała reszta (zwróć uwagę na piosenki „End of the World” czy „Powerlust”, z przerażającym tchnieniem tego, co nieuchronne i dusznymi wręcz gitarami Michała Wrony). Dość analizy i mojego mędrkowania! Słuchacze, do dzieła!

Obowiązkowo fani metalu i hard rocka muszą przesłuchać cały album. Po sześciu latach przerwy Scream Maker przybyli z nową płytą i znowu zwyciężyli. To w pełni dojrzały zespół, pełen mocy i świadomości siebie, ze znakomitymi instrumentalistami i wymykającemu się zaszufladkowaniu wokalistą (bo trzeba by go wrzucić do wielkiej komody, z dużą ilością szuflad).

Można pisać i mówić bez ustanku, że Sebastian Stodolak brzmi jak Bruce, Rob, czy Geoff Tate. Tak, pełna zgoda! Ale dodam od siebie, że takie porównania już ukazują jego ogromną wszechstronność i niepowtarzalność. W porównaniu do poprzednich albumów SM, Sebastian stał się złowróżbnie agresywny, szczególnie w molowych dołach. Ale taka jest ta nowa płyta Scream Maker. Przygnębiająco autentyczna patrząc na to, co dzieje się wokół nas.

Panowie, znakomita robota. Czekam na koncerty, bo ciekawi mnie jak zabrzmi pewniak stadionowy – jak dla mnie – „Join the Mob”. Starych fanów uspokajam, na krążku “BloodKing” znajdziemy także znane już singlowe „When Our Fight is Over” i „Hitting the Wall”. Scream Maker?! Muzyka klasycznie metalowa warta słuchania – ze znazkiem jakości Radia Wnet! Scream, Scream, Scream, We Are Scream Maker… Ja też! I czekam na kolejny memoriał ku czci i wspomnieniu Ronniego Jamesa Dio i ich kolejny, siódmy już podbój Państwa Środka! Pamiętajcie, że Stodolak & Wrona and Co. nigdy nie zwalniają tempa.

Tomasz Wybranowski

 

Zespół Scream Maker nagrał album w składzie: Michał Wrona (kompozycje, aranż, gitary), Sebastian Stodolak (liryka, linie melodyczne i współkomponowanie, głos, ogólny wyraz artystyczny), Jan „Jasiek” Radosz (gitara basowa, jeden z niewielu muzyków w Polsce z tytułem naukowym doktora) i Tomasz Sobieszek (perkusja).

Na albumie „BloodKing” znajdziecie nagrania:

  1. Invitation
    2. Mirror, Mirror
    3. BloodKing
    4. When Our Fight is Over
    5. End of the World
    6. Scream Maker
    7. Hitting the Wall
    8. Join the Mob
    9. Die in Me
    10. Powerlust
    11. Tears of Rage
    12. Petrifier
    13. Candle in the Wind
    14. Brand New Start
    15. Too Late

Luxtorpeda w Muzycznym Wtorku Radia Wnet: Jesteśmy piątką zwykłych chłopaków, którzy trafili na dużą scenę.

Luxtorpeda / Fot. Mateusz Otremba

Robert Drężek, Krzysztof Kmiecik, Tomasz Krzyżaniak, Przemysław Frenzel i Robert Friedrich mówią o nowej płycie zespołu, zatytułowanej „Omega” i o tożsamości grupy.

Przed premierą najnowszego studyjnego albumu Luxtorpedy muzycy grupy  Robert „Litza” Friedrich,  Przemysław „Hans” Frencel,  Tomasz „Krzyżyk” Krzyżaniak, Krzysztof „Kmieta/ Komboj” Kmiecik i On – Robert „Drężmak” Drężek byli gośćmi Tomasza Wybranowskiego w Muzycznym Wtorku sieci Radia Wnet (19 kwietnia 2022 roku).

Tutaj do wysłuchania cały program:

 

Powód wizyty oczywisty, 6 maja ukaże się ich najnowszy album o tytule „Omega”. To analogowe i bezkompromisowe oblicze zespołu

Po premierach trzech singli – „Hydra”, „Krew z krwi” i „Antonówka” – wiemy, że będzie to najmocniejszy i najbardziej rozmetalizowany w sznycie punkowej i czasami stoner/rockowej rebelii muzycznej w historii tego zespołu.

Na najnowszej płycie Luxtorpedy znalazło się 11 premierowych utworów, które ostro i dosadnie komentują rzeczywistość i kondycję współczesnego świata i człowieka. Do takich tekstów musiała powstać mocna i surowa muzyka, brzmieniem nawiązująca do lat 90. XX wieku.

– Wyszła nam rzecz osadzona w starych czasach (muzycznie), lecz nawiązująca do współczesnych problemów świata i człowieka. Przy tworzeniu „Omegi” siedziałem nad muzyką przy użyciu bardzo oldschoolowego wzmacniacza z lat 80., który w dużej mierze zainspirował mnie do napisania takich riffów, jakie można tam usłyszeć i w ogóle całego klimatu materiału. Co więcej produkcja również wypadła mocno oldschoolowo. Nie używaliśmy żadnych komputerowych plug-inów, tylko miksowaliśmy całość przy pomocy naszego starego miksera w stu procentach analogowo. Wyszła nam rzecz osadzona w starych czasach, lecz nawiązująca do współczesnych problemów. – powiedział Robert „Litza” Friedrich.

Ostatni singel „Antonówka” opowiada o ataku na wolność słowa i jak komentuje Litza:

Ataku na prawdziwe znaczenie pewnych określeń. Te rzeczy są obecnie w rękach manipulatorów próbujących obrzydzić nam to, co jest pewne i wartościowe.

Do płyty dołączone będą wersje instrumentalne oraz kod do pobrania plików w wysokiej jakości. To dla tych, którym brzmienie mp3 nie wystarcza.

Album zamawiać można już w sieci EMPIK pod TYM linkiem, a ekskluzywnie – przedpremierowo – płyta dostępna będzie już od 27 kwietnia!

Tomasz Wybranowski
Fot. Mateusz Otremba

 

Luxtorpeda / Fot. Mateusz Otremba

Kolejny piękny głos zasilił chór w niebiesiech. Witold Paszt odszedł. Kończy się złota epoka w polskiej muzyce.

Witold Paszt, założyciel grupy wokalnej Vox, muzyk i aranżer, odszedł w otoczeniu najbliższych w ostatni piątek. Miał 68 lat. Jego ukochane córki Natalia i Aleksandra w mediach społecznościowych napisały: "Kiedy już wydawało się, że jest przemocny i niezniszczalny, bo pokonał swój trzeci COVID, nagle los się odwrócił i przyszły niespodziewane komplikacje, które znacznie przyspieszyły jego wytęsknione spotkanie z naszą Mamą [Martą]. Bardzo się do Niej spieszył."

Witold Paszt, nadzwyczajny mieszkaniec Zamościa, posiadacz niezwykłego głosu, założyciel grupy i fundament grupy wokalnej Vox, a przede wszytkim dobry człowiek i ojciec, odszedł 18 lutego 2022 roku.

Mimo wielkiej sławy, popularności i wojaży po całym świecie. które przyniosły nagrania, koncerty i udziały w festiwalach z grupą Vox, to zawsze powtarzał, że

Miłość żony i córek, rodzina i najbliżsi są w zyciu najważniejsi, a nie blichtr i chwilowo sprzyjająca fortuna.

Tutaj do wysłuchania radiowe wspomnienie o Witoldzie Paszcie:

Gdy w 2018 roku zmarła jego ukochana żona Marta, Witold Paszt załamał się. Twierdził, że wszystko się dla niego zawaliło. Do końca swoich dni muzyk i głos Voxu nie pogodził się ze śmiercią żony!

A kochali się lat prawie 50, od pierwszeo wejrzenia, od pierwszej klasy zamojskiego liceum, od czasu pewnego obozu wędrownego w Kotlinie Kłodzkiej.

Byli zgodnym, uczciwym i kochającym się małżeństwem.

Gdy wydawało się, że chorobę pokonał i wróci za chwilę do pełni formy, wszystko się odwróciło niemal z dnia na dzień.

18 lutego 2020 późnym wieczorem, Witold Paszt odszedł w otoczeniu najbliższych mu córek, ich rodzin i wnuków, oraz ukochanych zwierząt.

Witku, do zobaczenia! [*] [*] [*]

Tomasz Wybranowski

 

Najważniejszy rockowy debiut płytowy w 2022 roku. Nadchodzi „Lot na Marsa” formacji Skytruck. Tomasz Wybranowski

Nadzieję polskiego rocka - Skytruck tworzą Tomasz Boruch (gitary, wokal wspomagający), Jakub Szulc (gitary, wokal wspomagający), Przemysław "Mike" Pajdak (wokal główn), Mateusz Śliwa (bas, wokal wspomagający), i Konrad Kubalski (perkusja, wokal wspomagający). Por patronatem Radia Wnet marcową porą ukaże się ich debiutancki duży album "Lot na Marsa".

Załoga formacji Skytruck mówi o sobie i opisuje siebie, że uprawiają „podniebny rock’n’roll”. Ja zaś mawiam często, że to niezwykły inteligentny rock, ze sporą porcją znakomitych riffów i melodii.

To worka z inteligentnym rockiem, porcją znakomitych riffów i melodycznością dorzucę jeszcze selektywnie i mocno brzmiącą sekcję rytmiczną. Ale i coś funkującego się znajdzie w ich muzyce, że o nagraniu tytułowym z EPki „Środek ciężkości” wspomnę.

Jedno jest pewne! 21 marca 2022 roku czeka nas jeden z najważniejszych i namocniejszych debiutów fonograficznych (gdy mowa o dużym albumie) na polskiej scenie muzycznej! Album nosi nazwę „Lot na Marsa”. Prapremiera i gala antenowa w sieci Radia Wnet.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Tomaszem Boruchem:

Skytruck to doborowa i świadoma swoich umiejętności i pragnien grupa młodych muzyków, którzy udowadniają nie tylko fakt, że rock na nowo pokrył się świeżymi, zielonymi pędami na drzewie polskiej muzycznej czasoprzestrzeni!

Skytruck sprawia, że rock ma się bardziej niż bardzo znakomicie.

W swoich utworach zawarli mnóstwo mocnych riffów, tekstów bez tematów tabu, nawiązań do klasyki gatunku, a także nowoczesnych brzmień.

Piosenki pobudzają słuchacza do ciekawych przemyśleń, w sprawny sposób łącząc przebojowość z charakterem. – tak czytamy w zapowiedziach krążka „Lot na Marsa.

Od siebie dodam, że to grupa, która ma przed sobą świetlaną przyszłość i to nie tylko na polskiej scenie! W warstwie lirycznej ich teksty opowiadają o sprawach, od których uciekamy w świat cyber – przestrzennej hedonistycznej nieruchawości i kunktatorskiego przeczekania.

Śpiewają o władzy i jej zwodniczej sile nadużywania. W ich piosenkach jest echo (często wołającego na puszczy) wyzwań związanych z ochroną piękna Matki natury dla przyszłych pokoleń i traktowania braci mniejszych (nagranie „Zwierzak”), czy próby zdefiniowania siebie w podzielonym równo, bo pół na pół, świecie przeciwstawnych idei bez punktu wspólnego („Środek ciężkości”).

Rok 2020 był dla nich bardziej niż udany, bo utkany z kilku sukcesów. Latem owego roku ukazała się debiutancka EPka „Środek Ciężkości” wraz z klipem promującym nagranym do utworu „Zwierzak”.

 

„Środek ciężkości” , wydany w 2020 roku, kryje w sobie cztery kompozycje.  łączy jedno: przejrzystość harmonii i konstrukcji, chwytliwe, rockowe i wpadające w ucho riffy, wreszcie światło i melodyjność.

Skytruck udowadnia, że można grać rocka i energetycznie anektować go po swojemu, tak jak w przypadku debiutanckiego singla „Zwierzak”, który wyróżnia się różnorodnością kompozycyjną (wyraźne dwa motywy melodyczne i zmiany nastrojowe tempa) i największym rozmachem na wydawnictwie. I jeszcze ta znakomita gitarowa solówka, gdzieś od 2 minuty i 38 sekundy.

Do tego tekst, który każe nam trochę zweryfikować podejście panów Ziemi do natury i braci mniejszych.

Tomasz Boruch, gitarzysta Skytruck i współzałożyciel zespołu.  Materiał własny.

 

Mamy także na „Środku ciężkości” dwa absolutne hity, które sprawdzą się podczas stadionowych koncertów, jak i podczas demówek czy porannego rozruchu. To tytułowe nagranie i „Cztery żywioły”.

Formacja, dzięki głosom publiczności, zakwalifikowała się do finału „Antyfestu” Antyradia, a redakcja Radia Wnet, na liście najlepszych mini albumów roku 2020, „Środek Ciężkości” umieściło na 3. miejscu.

Magazyn „Teraz Rock”, oprócz opublikowania bardzo pochlebnej recenzji płyty, umieścił Skytruck w zestawieniu „Nadzieja tu”.

Czekamy na ich regularny, długogrający debiut. Pamiętajcie nazwę Skytruck, bowiem będzie o nich bardzo głośno. – Tomasz Wybranowski.

Studio Dublin – 14 stycznia 2022 – Bogdan Feręc, Wojciech Hoffmann, Piotr Słotwiński

Piątkowy poranek w sieci Radia WNET należy do Studia Dublin, gdzie informacje, przegląd wydarzeń tygodnia i rozmowy. Nie brak też dobrej muzyki i ciekawostek z Irlandii. Zaprasza Tomasz Wybranowski.

W gronie gości:

  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com, Studio 37,
  • Wojciech Hoffmann – gitarzysta i kompozytor, lider kultowej formacji Turbo, muzyk Non Iron i ex – członek grupy Czerwone Gitary,
  • Piotr Słotwiński – politolog z wykształcenia, bloger z zamiłowania, kronikarz Polonii w Irlandii.

Prowadzenie i scenariusz: Tomasz Wybranowski

Redaktor wydania: Tomasz Wybranowski

Współpraca: Katarzyna Sudak i Bogdan Feręc

Oprawa fotograficzna: Tomasz Szustek

Wydawca techniczny: Aleksander Popielarz

Realizatorzy: Miłosz Duda (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin).

 

Tutaj do wysłuchania cały program „Studio Dublin”:

 

 

W piątkowym Studiu Dublin łączyliśmy się tradycyjnie z Bogdanem Feręcem, szefem najważniejszego portalu irlandzkiej Polonii – Polska-IE.com.

12 stycznia 22-letnia nauczycielka Ashling Murphy została zamordowana w Tullamore. Sprawa zszokowała irlandzkie społeczeństwo.

Bogdan Fęręc omawia także sytuację na europejskim rynku gazu. Unijny urząd antymonopolowy wystosował pytania wobec Gazpromu. Feręc ocenia, że zarówno rosyjski koncern, jak i Unia Europejska zostaną przy swoich racjach, a ceny gazy będą dalej rosnąć.

Przewiduje, że zbliża się wielkimi krokami fala protestów społeczeństwa zmęczonego obostrzeniami i próbami wymuszenia na nim szczepień. Największe media społecznościowe jak Facebook, czy Twitter będą blokować przekazywanie informacji na ich temat. Trzeba będzie więc komunikować się w tej sprawie innymi kanałami.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Bogdanem Feręcem:

 

Wojciech Hoffmann w 80. rocznicę urodzin Krzysztofa Klenczona mówi o tym, jak zrodził się pomysł upamiętnienia artysty.

Byłem zakochany w jego twórczości oraz osobowości.

Artysta, lider zespołu Turbo,  z dumą wspomina czas swojej obecności w zespole Czerwone Gitary. Wyznaje, że miał poczucie, że złożenie hołdu Krzysztofowi Klenczonowi jest jego obowiązkiem. Jak tłumaczy, formacja The Klenczon Experience powstała ze względu na to, że nieżyjący już twórca bardzo cenił Jimmy’ego Hendrixa.

Chcemy prezentować piosenki Krzysztofa w aranżacjach jak najbardziej zbliżonych do oryginalnych.

Zdaniem gościa Tomasza Wybranowskiego na scenie muzycznej w Polsce nie ma już tak wybitnych twórców jak w latach 60. Brakuje im świeżości i czegokolwiek, co by ich od siebie rozróżniało.

Tutaj do wysłuchania program z udziałem Wojciecha Hoffmanna:

Pomnik św. Patryka u stóp Croagh Patrick. Fot. Tomasz Szustek.

 

Radiowa ekipa Studia 37 Dublin Radia Wnet powoli już przygotowuje się do obchodów kolejnego dnia świętego Patryka, który przypada na dzień 17 marca.

W świątecznym programie „Studio Dublin”, dwa lata temu, gościła na antenie sieci Radi Wnet Jej Ekscelencja, ambasador Republiki Irlandii w Polsce, pani Emer O’Connell, która 24 sierpnia 2018 złożyła kopie listów uwierzytelniających na ręce Sekretarza Stanu w MSZ, ministra Szymona Szynkowskiego vel Sęk.

Jej Ekscelencja będzie głównym gościem świątecznego bloku programów Radia Wnet z Dublina, w dniu 17 marca 2022 roku.

Z roku na rok Dzień Świętego Patryka w Polsce zyskuje na popularności.

Mamy nadzieję, że po dwuletniej przerwie wielkie Patrykowe parady wrócą na ulice irlandzkich miast.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Jej Ekscelencją Emer O’Connell:

 

 

Dublin i rzeka Liffey przy ujściu do Morza Irlandzkiego i w tle dubliński port. Fot, Studio 37 Dublin.

 

Piotr Słotwiński, kronikarz Polonii w Irlandii. Fot. blog piotrslotwinski.com

 

Ostatnim gościem tego wydania Studia Dublin był Piotr Słotwiński, politolog, dziennikarz, reportażysta i kronikarz Polonii w Cork.

W „Studiu Dublin” opowiadał o tekście swojego autorstwa z miesięcznika „MiR”: „Wolność w złotej klatce”.

Piotr Słotwiński, autor bloga www.piotrslotwinski.com, powiedział się na jego łamach na temat trwającej pandemii koronawirusa oraz jej wpływu na kondycję społeczeństwa. Piotr Słotwiński uważa, że w kwestiach zdrowotnych należy zaufać medykom.

Jeśli zdecydowana większość lekarzy zaleca szczepienie to uważam, że trzeba się zaszczepić.

Dziennikarz i kronikarz irlandzkiej Polonii dodaje jednak, że rozumie ludzi, którzy są sceptyczni względem preparatów mających uchronić przed zakażeniem Covid-19.

Niektóre informacje, które były nam przekazywane nie pokrywają się z tym, co było później – np. że szczepionka zapewni nam 12-miesięczną ochronę.

Rozmówca Tomasza Wybranowskiego wypowiada się również na temat kryzysu gospodarczego wywołanego przez pandemię – zaznacza, że ciężko byłoby znaleźć kraj, który nie będzie musiał się z nim zmierzyć. Piotr Słotwiński mówi również o upadku XVIII-wiecznych podniosłych idei politycznych, jak te głoszone przez Woltera.

W końcu zawsze dochodzi do momentu, gdy się przeciwnikom strzela w głowę. Taki jest nieunikniony rozwój socjalizmu, a potem komunizmu.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z  Piotrem Słotwińskim:

Tutaj do wysłuchania całe Studio Dublin:

 

Partner Radia WNET

 

 

 

 

Partner Radia WNET

 

           Produkcja Studio 37 Dublin Radia WNET – styczeń 2022

 

Studio Dublin na antenie Radia WNET od 15 października 2010 roku (najpierw jako „Irlandzka Polska Tygodniówka”). Zawsze w piątki, zawsze po Poranku WNET zaczynamy ok. 9:10. Zapraszają: Tomasz Wybranowski i Bogdan Feręc, oraz Katarzyna Sudak, Alex Sławiński, Jakub Grabiasz i Piotr Słotwiński.

Najlepsze „33” polskie albumy 2021 roku. „3” Tomasz LIPA Lipnicki “Dźwięki słowa” . Subiektywny wybór Radia Wnet

Tomasz Lipa Lipnicki dzieli się słowem w sposób przemyślany i godny. I nie traktuje tego, jako formy oczyszczenia czy terapii. Chodzi po prostu o poznanie przez prawdę dźwięków i szczerości słów.

W świecie pełnym ułudy, poprawności i bojaźni, przede wszystkim przed tym, co indywidualne a nie tym masowe i akceptowane bez poczucia odpowiedzialności (nieważne w którą stronę zwrócony jest wektor polityczności), Tomasz LIPA Lipnicki odważnie pragnie, aby słuchacze i czytelnicy lepiej jego poznali.

                                                      Tomasz Wybranowski

 

Tutaj do wysłuchania program z prezentacją platynowej „10” najważniejszych albumów roku 2021 sieci Radia Wnet:

 

Tomasz LIPA Lipnicki chłopak z gitarą z gdańskiego Nowego Portu na albumie „Dźwięki słowa” pokazał swoją poetycką twarz. Ktoś może się wzdrygnąć, ktoś popukać w czoło i zadać pytanie: po co? Odpowiedź zdaje się być jedna i ja ją tak przynajmniej odbieram:

Czas przywrócić słowu i ideom szacunek, moc i odpowiedzialność.

W dzisiejszych czasach słowo jak i honor wiele nie znaczą. Praktycznie nic. Podobnie niczego nie konotuje na publicznych forach zapewnienie i dawanie przez polityków, artystów i tak zwanych celebrytów „słowa honoru”.

Albumem „Dźwięki słowa” Tomasz LIPA Lipnicki to ceremonii zmienił. Choć woła na puszczy, to bardzo donośny i ważny głos. – Tomasz Wybranowski.

Tomasz LIPA Lipnicki odszedł od stylistyki Illusion i Lipali, aby z sieci interpretacji i nawiązań, mnogości impulsów i bodźców przetworzyć a potem przedstawić swoje widzenie „nowego wspaniałego świata”. Ale ów wspaniały świat tworzymy my – ludzie, o czym często zapominamy.

 

Tomasz Lipa Lipnicki

„Dźwięki słowa” to delikatna, aby nie powiedzieć czuła i tkliwa wyprawa do krainy muzyki, gdzie nie ma jakichkolwiek barier czy granic, które strzegą stylów w ich encyklopedycznych ramach.

Ale to przede wszystkim wędrówka na terytorium świadomego i oszczędnego słowa. Tomasz Lipnicki uniknął banałów i konwenansów. Przez ostatnie lata cyzelował słowa, które z myślą o tym albumie powstały najpierw.

To bardziej muzyczny wieczór autorski poety – Lipnickiego niż rockowa płyta. Na jedenaście utworów, dziesięć jest autorstwa Lipy a jedno Trenta Reznora, lidera Nine Inch Nails („Hurt” znany też z repertuaru Johnny’ego Casha), właściwie tylko trzy możemy uznać za klasyczne piosenki.

Rutaj do wysłuchania rozmowa z Tomaszem LIPĄ Lipnickiem:

 

W tym gronie prawdziwy majstersztyk – „Ballada na umieranie”. Niewiele na tym albumie jest piosenkowości. Znacznie więcej teatru rapsodycznego i deklamacji. Ale to nie jest zarzut. Lipa może zawstydzić niejednego dyplomowanego aktora.

Album zaczyna się delikatnie, bardziej niż nastrojowo, baśniowo wręcz. Oto letnia burza, gdzieś nad pięknym rozlewiskiem. Z mgły dobiegają dźwięki. Łagodne pociągnięcia strun gitary koją.

Jutro coś się musi wydarzyć, widzę to z tego w jaki sposób stoją auta w korku. Czytam z ruchu warg przechodniów… – opowiada Tomasz Lipa Lipnicki.

A potem wsiadamy na rydwan basu i gitary i odpływamy ku marzeniom wraz z wznoszącym się lotem porannym ptakiem. Z tego tekstu zapamiętam do końca życia cytat:

Przychodzi czas i wskakujemy do rzek nienawiści zachłystujemy się i toniemy…

Potem wysłuchamy „Pieśni na wyjście” Edwarda „Steda” Stachury, która rozbrzmiewa trochę jak bluegrassowa ballada, a trochę jak szlagier z pogranicza country i amerykańskiego rocka.

Gitarowo, energetycznie i bardzo melodyjnie dzieje się w nagraniu „Kondycja narodu”.

Kompozycja nie jest śmiałą oceną chorej rzeczywistości poety – Lipy, a jedynie szczerym opisem stanów wahań, snów o potędze i grzechów pogubionych ludzi XXI wieku i to nie tylko w czasie około kowidowych dat.

Historia uczy tylko jednego, że nie nauczyła nigdy niczego.

Te same błędy popełniamy wciąż a stare jeszcze pamiętane są.

Ten rockowy pulsar zmienia się w drugiej części w pastelowy krajobraz. Muzyczny kontrast dwóch części jeszcze bardziej uwypukla przesłanie tekstu.

Prawie w finale mój kawałek muzycznego raju, czyli „Ballada na umieranie”. To istny muzyczny majstersztyk.

Tomasz LIPA Lipnicki opowiada o strachu i nadziejach, także tych płonnych, bo ledwie zarysowanych w ciemności i nieprzystających do ducha współczesności.

A ta goni za błyskotkami, szelestem spadających na konta papierków i ma twarz nierządnicy – znieczulicy.

Tomasz Lipa Lipnicki (z prawej) z Litzą na planie teledysku do piosenki „Śladem krwi” (2018).

Piosenkowa balladowość i tkliwość brzmią klimatem francuskich klasyków. W finale spotykamy nadzieję, bo Lipa śpiewa o potrzebie ciepła i zwykłego przytulenia. Dotyk okazuje się niezbędnym jest by przeżyć, by przetrwać… I jeszcze głos czarodziejki Anny Leśniewskiej.

Walczymy o siebie do utraty siebie

Nagranie „Kto na tak” przypomina mi w warstwie lirycznej „Synonimy” Grzegorza Ciechowskiego z czasów albumu „Republika marzeń” Republiki.

Zakłamanie, ufajdanie, przetrącanie kręgosłupów, zakazanie wad.

Wyliczanie, rozkradanie, obiecanie, rozpasanie i chowanie strat.

A kto jest na nie? A kto jest na tak? Kto?

Płyta jest to znakomita i wbrew temu, co niektórzy napisali już i orzekli autorytarnie, nie jest to album w najmniejszym choćby stopniu politycznie zaangażowany. To bardziej opowieść artysty – obywatela, który metaforami i aluzyjnością z odcieniem ironii opisuje współczesnych mu ludzi i otaczający świat. I politykę i jej niewolników.

Dziwny to świat, który od czasów Czesława Niemena zmienił się bardzo technologicznie, ale w usposobieniu ludzi uczynił regres cechujący się kunktatorstwem i „zeligowatością”. – Tomasz Wybranowski.

 

 

Najlepsze „33” polskie albumy 2021 roku. „1” ex equo „Dla wszystkich dziewczyn nie dla wszystkich chłopców”

Album znakomity po trzykroć, bo: znakomite, współczesne (czytaj: post – pandemiczne) teksty, bo: wyczuwalny przekaz godny najlepszych moralitetów (co zbliża longplay do miana koncept albumu), bo: dobra muzyka, która przewietrza szafę z naklejką „muzyka alternatywna Made In Poland”. - Tomasz Wybranowski.

Na miejscu pierwszym najważniejszych albumów roku sieci Radia Wnet ex equo dwa bardzo wybitne albumy.

1.Dildo Baggins „Dla wszystkich dziewczyn nie dla wszystkich chłopców” – rock/pop/ballada – dystrybucja Sonic Records

W finale naszej rocznej ewidencji muzycznej AD 2021 dwa albumy, które mimo, że w warstwie estetyki muzycznej są od siebie odległe, to jednak rezonują ze sobą i perfekcyjnie się uzupełniają.

Oba dzieła, tak Marka Dyjaka, jak i Dildo Bagginsa a.k.a. Bartosza Marmola, opowiadają o miłości, różnych jej stanach oraz rozliczeniach życiowych czterdziestolatków w dobie przymusowych, bo pandemicznych internowań.

Córką tych miłosno – życiowych dywagacji jest… samotność. Nawet obok kogoś…

 

Tutaj do wysłuchania program z prezentacją platynowej „10” najważniejszych albumów roku 2021 sieci Radia Wnet:

 I Dildo Baggins a.k.a. Bartosz Marmol opowiada o samotności z perspektywy uciekiniera. Wraz z nim chcemy uchwycić owo prawdziwe i tożsame nam „ja”, bez żadnych zniekształceń, wstydliwych przemilczeń czy maski udawania. Tak dzieje się w piosence „Bezglutenowy”.

To nie było planowane jako singiel. Zawsze są jakieś potrzeby singlowe, który utwór powinien spełniać. Ta piosenka nie klasyfikowała się w kategorii, że to się może komuś spodobać – a spodobała się. Ta piosenka jest też bardzo długa jak na dzisiejsze realia medialne – komentuje Bartosz Marmol.

Radio Wnet jest rzeczywiście ojcem i matką chrzestną całego projektu. – Dildo Baggins.

18 czerwca 2021 roku ukazał się ten nadprzyrodzony debiutancki krążek Dildo Bagginsa, czyli nowego projektu muzycznego Bartosza Marmola.

Płyta nosi tytuł „Dla wszystkich dziewczyn nie dla wszystkich chłopców”. Na albumie 13 utworów, z których każdy niesie ze sobą zupełnie inną, muzyczną opowieść, która tworzy spójną i nostalgiczną całość.

Jak zaznacza Bartosz Marmol, znany z kreacji Administratorra, Administratorra Electro i albumów z liderem Komet Lesławem, album Dildo Bagginsa powstał w życzliwym płomieniu i przyjacielskim wsparciu redakcji muzycznej Radia WNET:

Radio Wnet jest rzeczywiście ojcem i matką chrzestną całego projektu. (…) Dildo Baggins zaczął publikować swoją muzykę już w grudniu. Wtedy wyszedł „Bezglutenowy”. Od tamtego momentu można rzec, że za każdym małym krokiem Dilda Bagginsa podążało Radio Wnet. – komentuje Bartosz Marmol.

Album poraża, tak jak w przypadku płyty Marka Dyjaka, szczerością. Przez z górą 50 minut mamy szczęście być widzem różnych historii i perypetii, które łączy żywot człowieka w objęciach pandemii i nostalgię, która rozgrzesza nas, ale i nie zostawia złudzeń, że coś powtórzy się dwa razy.

Tutaj rozmowa z Bartoszem Marmolem o sensie istnienia twórcy w post – pandemicznej aurze:

Ale ten zestaw 13 nagrań ma też w sobie funkcję magiczną i leczniczą. Tak dobrze czuć ją w nagraniu założycielskim – „Bezglutenowy”:

Ale ty dobrze wiesz

Palisz życie nie zaciągasz nim się

Zanikasz z każdym dniem

Chyba że taki masz target po staropolsku cel

Tutaj do wysłuchania jedna z rozmów Tomasza Wybranowskiego z Bartoszem Marmolem, czyli Dildo Bagginsem:

 

Dildo Baggins, autor jednego z najważniejszych albumów roku 2021.

 

Jestem absolutnie przekonany, że z myślą o tej płycie i jej układzie, kiedyś jakiś gramatyk dopisze do naszych polskich przypadków jeszcze sześć.

Od „Bezglutenowego” po końcowy „Wstyd, wstyd, wstyd” przeżywany post – pandemiczny spacer odartego z reszty złudzeń przedpandemicznego świata po kręgach piekła i bolączce człowieka, który budzi się około trzeciej nad ranem i przyznaje się do wstydliwych występków, których nigdy nie zetrze z linii życia, tak jak w „Polarnej nocy”:

Dookoła jak węże przymiotniki, opisują jadowicie moje czyny

Dziś postawiłem znów na jedną kartę

To bez znaczenia mam szczęściem barter

Chcesz poczuć, jak to smakuje

Chcesz poczuć, jak ja to czuję

Na albumie jest też romansowo – melodramatyczna ballada „Będziemy się razem bać”, w której napotykamy najczystsze wyznanie miłosne:

I prawie czuję twą woń

I prawie widzę twoją skroń

Połóż się ze mną będziemy się razem bać

Dzięki tej płycie jasnym staje się fakt, dlaczego zakrycie twarzy wzmaga wyrażanie emocji, i to nie tylko w muzyce.

Album znakomity po trzykroć, bo: znakomite, współczesne (czytaj: post – pandemiczne) teksty, bo: wyczuwalny przekaz godny najlepszych moralitetów (co zbliża longplay do miana koncept albumu), bo: dobra muzyka, która przewietrza szafę z naklejką „muzyka alternatywna Made In Poland”. – Tomasz Wybranowski

Najlepsze „33” polskie albumy 2021 roku. „6” Marta Bijan i „Sztuka płakania”. Subiektywny wybór Radia Wnet

To był zadziwiająco znakomity rok dla polskich artystów. Cień pandemii, odium samotności, głód grania przyniósł kaskadę wspaniałych albumów i to w każdym stylu. Objawieniem tego roku jest Marta Bijan

Marta Bijan – piękno, gracja i wrażliwość.

Marta Bijan to młoda kobieta o renesansowej duszy. Komponuje i tworzy teledyski oraz autorskie filmy.

Reżyseruje i wydaje swoje zbiorki wierszy i powieść. I jeszcze jedno, Marta Bijan jest bardzo wrażliwa i melancholii pełna, co możemy odczuć w sposób nadczuły i piękny na jej albumie numer dwa „Sztuka Płakania”, który jest dla mnie jednym z muzycznych wydarzeń minionych dwunastu miesięcy.

Tutaj do wysłuchania program z prezentacją platynowej „10” najważniejszych albumów roku 2021 sieci Radia WNET:

 

 

 

Od premiery debiutanckiej „Melancholii” minęły trzy lata. W tym czasie nakręciła film „Luna”, wydała zbiorek poezji „Kwiat wielu nocy” i powieść „Melodia mgieł dziennych”, oraz zbiór opowiadań grozy „Domy i inne duchy”.

Zanim poznaliśmy całą płytę rozkochałem się w singlowym „Lato smakuje”. Pracowity okres, prawda?

Płyta, choć wpisuje się w gatunek pop, nie jest jednak stylową oczywistością. Marta Bijan unika zaszufladkowania. Pop przesłania elektroniczna i dość mroczna chmura.

Pojawia się też soczyste, gitarowe akordy, ale i delikatne echo indie rocka. Jest też sporo balladowości, która przenosi nas w klimat muzyczności i atmosfery (z falą rozkoszy wspomnień) lat 80. XX wieku.

Dziewięć nagrań na płycie pochłania nas i absorbuje uwagę. „Disneyend” wywołuje ciarki na szwach duszy. Tekst Marty zachwyca:

Kły łagodnie wbija w nas czas

Płytki sen, za płytki

By się w nim skryć

Co by tu dzisiaj spełnić

Dokąd uciec Gdzie umierać dziś

Pół roku później będzie tu kurz i pył

Rok później będzie tu lepki wstyd

Przerażająca wizja w seraficznej „Kołysance o końcu”, to bezwzględna muzycznie i tekstowo kreacja. Sporo magiczności i ducha francuskich dekadentów znajdziemy w nagraniu „Szczelina”.

Alt pop z zawiesistą elektroniką jest tłem do wspaniałych wokaliz i śpiewu Marty, która jawi się jak niezwykły ptak z pewnej baśni Bolesława Leśmiana z jego tajemniczą opowieścią.

Tutaj do wysłuchania wywiad Tomasza Wybranowskiego z Martą Bijan:

Wyróżnię jeszcze „Piosenkę o końcu”, która każe nam zweryfikować swoje podejście do życia i naszych wyborów. Ta przepiękna melodia zostaje w nas na zawsze.

„Sztuka płakania” to mozaika smutku, niepokojów, gorącego tchnienia lata, klimatów mrocznych i psychodelicznych. To piękny album, którym Marta Bijan weszła na szczyt najważniejszych wykonawców. – z recenzji Tomasza Wybranowskiego.

Marta przybliżyła słuchaczom Radia Wnet początki pracy nad „Sztuką Płakania”, szczególnie próby wzajemnego „docierania do siebie” z producentem

Błądziliśmy po omacku. Jesteśmy z zupełnie dwóch różnych muzycznych światów. On ma swoje mroczne metalowe brzmienia, ja wcześniej taki romantyczny, bardzo kobiecy pop. Było to ciężkie do zgrania. – opowiadała Marta Bijan.

Tomasz Wybranowski