Jarosław Krajewski, Marek Chądzyński, Piotr Rampalski, Grzegorz Piechowiak – Popołudnie Wnet – 11.01.2022 r.

Popołudnia Wnet można słuchać od poniedziałku do piątku w godzinach 16:00 – 18:00 na: www.wnet.fm oraz w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Białymstoku, Szczecinie, Łodzi i Bydgoszczy.


Prowadzący: Łukasz Jankowski

Realizator: Gabriela Morawska


Goście „Popołudnia Wnet”:

Jarosław Krajewski – poseł PiS

Marek Chądzyński – 300 Gospodarka

Piotr Rampalski – zastępca redaktora naczelnego Gazety Krakowskiej

Grzegorz Piechowiak – Wiceminister Rozwoju i Technologii


Jarosław Krajewski mówi o aferze związanej z wykorzystywaniem oprogramowania Pegasus niezgodnie z jego przeznaczeniem oraz o dezinformacji związanej z działalnością szpiegów pochodzących z Federacji Rosyjskiej. Poseł wypowiada się również na temat polskiej opozycji, która – jak twierdzi – nie robi nic w kierunku poprawienia efektywności działania służb specjalnych oraz zwiększenia bezpieczeństwa cyfrowego w kraju. Dodaje, że działania polskich służb najprawdopodobniej przebiegły w sposób prawidłowy. Gość „Popołudnia Wnet” wypowiada się również na temat relacji na linii Polska-Unia Europejska, zarzucając organowi międzynarodowemu próby destabilizacji i dezinformowania takich krajów, jak Polska.


Marek Chadzyński o tarczy antyinflacyjnej. Uważa, że działania rządu wynikają z konieczności i presji, przyrównując je do zagrania „va banque”. Mają one na celu załagodzenie wzrostu cen. Zaznacza, że obniżenie wysokości podatku vat nie musi wpływać bezpośrednio na ceny produktów.

Liry libańskie / Fot. Adam Rosłoniec


Piotr Rampalski mówi o skomplikowanej sytuacji w radzie miasta, gdzie nie do końca jasne są kwestie związane z podziałem władzy. Po połowie kadencji szef rady miasta Dominik Jaśkowiec miał oddać swoje stanowisko członkowi klubu prezydenckiego – nie chciał tego uczynić. Przewodniczący krakowskiej Platformy Obywatelskiej został odwołany ze stanowiska. Za głosowało 29 radnych. Wniosek o jego odwołanie złożyli radni prezydenta Jacka Majchrowskiego.

Wawel, Kraków / Fot. Pixabay.com (Pixabay License)


Grzegorz Piechowiak mówi o kryzysie energetycznym oraz polityce rządu w walce ze wzrostem cen paliw.

Grzegorz Piechowiak – wiceminister rozwoju


 

Żaryn: Próba wyprania brudnych pieniędzy udaremniona przez CBA

W „Kurierze w samo południe” rzecznik Ministra Koordynatora Służb Specjalnych Stanisław Żaryn komentuje akcję zatrzymania dwóch obywateli podejrzanych o próbę wyprania 2 milionów złotych.

Stanisław Żaryn wypowiedział się na temat operacji przeprowadzonej przez CBA – została udaremniona próba wprowadzenia w obieg publiczny pieniędzy pochodzących z kradzieży. Dwójka podejrzanych miała zgodzić się na wykonanie tego nielegalnego procederu po uzyskaniu odpowiednio wysokiego wynagrodzenia.

2 miliony złotych miały zostać wprowadzone do obiegu gospodarczego poprzez firmę i usługi, którymi zarządzali zatrzymani.

Skuteczność eliminacji tego typu nielegalnych działań przez CBA oraz fakt, iż po każdym z nich zostaje stały ślad w systemie finansowym rodzi pytanie, czy takie operacje mogą się jeszcze jakkolwiek opłacać.

Tego typu operacje są wciąż wysoko dochodowe. Jeden z zatrzymanych zgodził się przeprowadzić wskazaną operację legalizacji pieniędzy za 600 tysięcy złotych, tak więc „przebicie” było dosyć duże. Jest to obłożone dużym ryzykiem, ale wciąż przynosi duże zyski.

W rozmowie ze Stanisławem Żarynem Adrian Kowarzyk poruszył również temat niedawnych serii włamań na skrzynki mailowe posłów i ministrów. Zjawiska takie jak np. publikowanie w internecie treści z przejętych skrzynek nasz gość klasyfikuje jako domniemane wrogie działanie zagranicznego wywiadu i nie chce ich szerzej komentować.

Komentowanie tych wątków jest współgraniem z autorami tej operacji dezinformacyjnej. A ponieważ, jak wszystko na to wskazuje, mamy do czynienia z działalnością Federacji Rosyjskiej przeciwko Polsce, uważam że komentowanie poszczególnych wątków jest sprzyjaniem agresywnym działaniom informacyjnym przeciwko naszemu krajowi.

W dalszej części rozmowy rzecznik Ministra Koordynatora Służb Specjalnych wyjaśnia na jakiej podstawie podejrzenia padają właśnie na naszych wschodnich sąsiadów.

Tutaj bazujemy na dwóch poziomach analizy – SKW i ABW pozyskały na tyle dużo przesłanek związanych z warstwą techniczną tego ataku, żeby wskazywać, że mamy do czynienia z grupą hakerską powiązaną z rosyjskimi służbami specjalnymi.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

PK

Bolesne zderzenie rosyjskich służb z międzynarodowymi cyberdetektywami / Rafał Brzeski, „Kurier WNET” nr 84/2021

Dowództwo GRU planowało, że Siergiej i Julia Skripalowie zamilkną na zawsze. Otrzymało od Kremla zgodę na likwidację, jednak zamiast bezkarnej eliminacji, doszło do kompromitacji na światową skalę.

Rafał Brzeski

Pechowi likwidatorzy Putina

Greckiemu bajkopisarzowi Ezopowi przypisuje się opowieść o myszach, które postanowiły nałożyć kotu obrożę z dzwonkiem. Dzwonek miał ostrzegać przed zbliżaniem się myszołapa. Pomysł przyjęto entuzjastycznie, ale nie znalazła się odważna mysz gotowa założyć kotu obrożę. I tak „dzwoniący kot” stał się w antycznej Grecji symbolem rzeczy tak trudnej do wykonania, że aż niemożliwej.

Z opowieści o dzwoniącym kocie wywodzi się nazwa Bellingcat, nadana międzynarodowej kooperatywie cyberdetektywów zajmujących się wszystkim co tajne: przestępczością kryminalną, konfliktami zbrojnymi, korupcją, operacjami wywiadowczymi, dezinformacją i manipulacją, sekretami ekstremistów, itp. To dziennikarze śledczy Bellingcat na podstawie zdjęć, filmików i wpisów w mediach społecznościowych ukazali, że malezyjski samolot pasażerski lot MH-17 został zniszczony nad wschodnią Ukrainą pociskiem wystrzelonym z rosyjskiej wyrzutni Buk należącej do stacjonującej w Kursku 53 brygady przeciwlotniczej. Odtworzono dokładnie trasę, którą załadowaną wyrzutnię dowieziono na opanowany przez separatystów teren Donbasu, miejsce odpalenia pocisku, trasę ewakuacji wyrzutni z jedną pustą prowadnicą, podano jej numer, zdjęcie, a nawet skład personalny obsługi.

Kolejnym testem ich umiejętności była próba otrucia byłego pułkownika GRU Aleksandra Skripala i jego córki Julii 4 marca 2018 r. w brytyjskim mieście Salisbury. Brytyjscy medycy wojskowi z tajnego laboratorium w Porton Down, gdzie od ponad 100 lat prowadzone są badania nad bronią chemiczną, wykryli wówczas, że Skripalowie zostali zatruci mało znanym rosyjskim bojowym środkiem paraliżującym nowiczok. Wiadomość ta zaalarmowała służby wywiadowcze we wszystkich krajach NATO.

Rosja użyła broni chemicznej na terytorium jednego z państw Sojuszu, łamiąc obowiązującą od kwietnia 1997 r. Konwencję o zakazie broni chemicznej. Zgodnie z jej postanowieniami Moskwa była zobowiązana nie produkować starych i nie rozwijać nowych środków, a posiadane zapasy protokolarnie zniszczyć. Kreml oczywiście wszystkiemu zaprzeczył i oskarżył Londyn o kolejny paroksyzm rusofobii.

Okazało się jednak, że użycie chemicznej broni masowej zagłady na terenie Zjednoczonego Królestwa nie było mądrym pomysłem, zważywszy na olbrzymią liczbę kamer monitoringu zainstalowanych dosłownie na każdym rogu. Policja przeglądnęła uważnie kilka tysięcy godzin nagrań z kamer monitoringu, porównała ze zdjęciami wykonanymi podczas kontroli paszportowej i we wrześniu 2018 r. premier Theresa May poinformowała Izbę Gmin, że za nałożenie trucizny na klamkę drzwi wejściowych do domu Skripala odpowiedzialni są „Aleksander Pietrow” oraz „Rusłan Boszyrow”, przy czym nazwiska są prawdopodobnie fałszywe. Opublikowano również zdjęcia obu mężczyzn pochodzące z paszportów oraz monitoringu ulicznego w Salisbury. W odpowiedzi telewizja RT (dawnej Russia Today) nadała wywiad redaktor naczelnej Margarity Simonian z „Pietrowem” i „Boszyrowem”, którzy zapewniali, że nie są funkcjonariuszami tajnej służby, tylko handlują suplementami diety, a do Salisbury przyjechali obejrzeć słynną, liczącą 123 metry, XIV-wieczną wieżę gotyckiej katedry z nie mniej słynnym zegarem. Łzawy wywiad okazał się kompletną klapą.

Narracja o niewinnych „turystach” wywołała złośliwe komentarze mieszkańców miasta, ponieważ dworzec kolejowy w Salisbury ma tylko jedno wyjście, naprzeciw katedry, i wieżę doskonale widać, na zdjęciach z monitoringu zaś dwaj „turyści” dziarsko maszerują w przeciwnym kierunku, który prowadzi do… domu Skripala.

Cyberdetektywi spod znaku „dzwoniącego kota” postanowili zidentyfikować dwójkę trucicieli. Za materiał wyjściowy posłużył telewizyjny wywiad, zdjęcia opublikowane przez brytyjską policję oraz fotografie paszportowe. Ekipę Bellingcat wzmocnili współpracownicy z kręgu rosyjskiego portalu śledczego The Insider i zaczęto czesać książki telefoniczne i ogólnie dostępne bazy danych. Początkowo bez wyników. Nie pomogły kupione na czarnym rynku spisy adresowe, bazy danych numerów rejestracyjnych pojazdów, policyjne listy kierowców ukaranych mandatami itp. Postawiono więc roboczą hipotezę, że Skripala zlikwidowała jego rodzima firma, Główny Zarząd Wywiadowczy rosyjskich sił zbrojnych, w imię karania byłych funkcjonariuszy za zdradę. Inny były oficer tej służby, Wiktor Suworow, pisał przecież w swej książce Akwarium, że GRU opuszcza się tylko przez komin.

Sądząc z fotografii, „Boszyrow” i „Pietrow” mieli między 35 a 45 lat. Zaczęto sprawdzać archiwalny materiał zdjęciowy dostępny na stronach internetowych rosyjskich akademii wojskowych. Niebawem okazało się, że hipoteza była trafna. Na zrobionym w Czeczenii zdjęciu grupy absolwentów Akademii Wojskowej Dowództwa Dalekowschodniego w Chabarowsku widniał mężczyzna podobny do „Boszyrowa”. Inne zdjęcie umieszczone na stronach tej uczelni przedstawiało „ścianę pamięci”, a na niej nazwiska absolwentów nagrodzonych tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.

Pod koniec listy umieszczono nazwiska Bohaterów Federacji Rosyjskiej, w tym dwóch oficerów, przy których zdjęciach widniała lakoniczna adnotacja o nadaniu zaszczytnego tytułu „dekretem prezydenta Rosji”. Jeden z nich, Anatolij Czepiga, pasował do „Boszyrowa”. Po przeszukaniu sieci okazało się, że Czepiga trzykrotnie służył w Czeczenii, ukończył „Konserwatorium”, czyli akademię GRU, tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej zdobył za kampanię na Ukrainie, ale konkretnie za co, nie wiadomo, i często wyjeżdżał do Europy Zachodniej. Zdjęcie z uzyskanej za łapówkę rosyjskiej paszportowej bazy danych potwierdziło, że „Boszyrow” to pułkownik GRU Anatolij Czepiga.

Z „Pietrowem” było trudniej. Początkowo nic się nie zgadzało, ale w paszportowej bazie danych znaleziono adnotację, że poprzedni paszport wydano w St. Petersburgu. Jednak i tam Aleksander Jewgieniejewicz Pietrow urodzony 13 lipca 1979 r., a takie dane widniały w paszporcie okazanym na brytyjskiej granicy, nie figurował w żadnym dostępnym spisie. Założono więc, że GRU minimalnie zmieniło dane personalne. Założenie było trafne.

Niejaki Aleksander Jewgieniejewicz Myszkin mieszkał swego czasu w Petersburgu przy ulicy Akademika Lebiediewa 12 w lokalu nr 30 naprzeciwko budynku Wojskowej Akademii Medycznej. Sprawdzono Myszkina w Moskwie i proszę – jeździ samochodem Volvo XC90, miejsce stałego parkowania i miejsce zamieszkania właściciela Szosa Choroszewska 76B… adres dowództwa GRU.

Zbrojni w zdobyte informacje reporterzy portalu The Insider pojechali w teren i ustalili przeszłość Myszkina od dzieciństwa w wiosce Łojga w obwodzie Archangielskim po werbunek młodego lekarza przez GRU. Swoistą kropkę nad „i” postawili sąsiedzi babci Myszkina, którzy opowiedzieli, że pełna dumy lubi pokazywać zdjęcie, jak wnuczek dostaje tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej z rąk samego Władimira Putina. W Salisbury prawdopodobnie zapewniał osłonę medyczną na wypadek przypadkowego zatrucia Czepigi.

W prowadzonym równolegle dochodzeniu dziennikarze petersburskiej gazety internetowej Fontanka.ru ustalili, że ekipa trucicieli liczyła co najmniej trzy osoby. Trzecim był 45-letni „Siergiej Fiedotow”. Takie nazwisko widniało na liście pasażerów linii lotniczej Aerofłot. Cyberdetektywi ruszyli sprawdzać „Fiedotowa”, a tymczasem zdemaskowanie „Boszyrowa” i „Pietrowa” uruchomiło lawinę wydaleń rosyjskich dyplomatów. Najpierw Wielka Brytania, a potem ponad innych 20 krajów i w sumie około 150 funkcjonariuszy rosyjskich służb pracujących pod dyplomatycznym przykryciem musiało pośpiesznie spakować walizki. GRU, które w 2016 r. chwalono na Kremlu za skuteczne manipulowanie kampanią przed wyborami prezydenckimi w USA, teraz ganiono za ściągnięcie wywiadowczej katastrofy.

W połowie września 2018 r. szef GRU, generał-pułkownik Igor Korobow, został wezwany do Putina. O czym mówiono, nie wiadomo, ale w drodze do domu Korobow zasłabł. Dwa tygodnie później, na początku listopada, Korobow był nieobecny na gali z okazji 100 rocznicy utworzenia Razwiedupra, przekształconego później w GRU. Putin słowem nie wspomniał o nim w swoim przemówieniu, w którym, stojąc pod godłem służby (kwiat goździka z wybuchającym granatem w centrum), chwalił zebranych za „unikalne zdolności w prowadzeniu operacji specjalnych” przeciwko wrogom Rosji.

Pod koniec listopada ministerstwo obrony zakomunikowało, że generał Korobow zmarł „po długiej i ciężkiej chorobie”. Jego następcą został admirał Igor Olegowicz Kostiukow, który nie udziela wywiadów, nie rozmawia z dziennikarzami i nie komentuje doniesień medialnych.

Na początku 2019 r. śledczy Bellincat i The Insider zidentyfikowali Fiedotowa jako generała dywizji GRU Denisa Siergiejewa. Przyleciał do Londynu dwa dni przed zamachem na Skripala i trzydniowy pobyt spędził w hotelu, łącząc się setki razy z internetem. Nie używał hotelowego WiFi, ale łączył się przez swój telefon komórkowy, wykorzystując aplikacje WhatsApp, Viber i Telegram. Analiza metadanych tego telefonu wykazała, że wyszedł na miasto tylko raz, 3 marca. Przez 40 minut spacerował po centrum Londynu i zapewne wówczas spotkał się z Myszkinem i Czepigą, udzielił im ostatnich instrukcji oraz przekazał buteleczkę z nowiczokiem. Odleciał kilka godzin po udanym pokryciu klamki mgłą nowiczoka z buteleczki imitującej luksusowe perfumy. Według Fontanki.ru, leciał tym samym samolotem co truciciele – rejsem SU 2588 Aerofłotu o 22.30 z Heathrow do Moskwy.

Zidentyfikowanie Siergiejewa pozwoliło ustalić „elitarną jednostkę do tajnych działań za granicą” GRU o numerze 29155, w której służyli zamachowcy. Była to tak zakamuflowana jednostka, że wówczas o jej istnieniu wielu oficerów służby nie miało pojęcia, chociaż istniała od co najmniej 10 lat. Teraz znalazła się w świetle medialnych reflektorów.

Jednostka 29155 mieści się w budynku dowództwa 161 ośrodka szkoleniowego spec-znaczenia w Moskwie, a jej zadaniem jest prowadzenie wojny hybrydowej, czyli złożonej z elementów wojny energetycznej: sabotaż, dywersja, pucze, zabójstwa i likwidacje oraz wojny informacyjnej: inspiracja, dezinformacja, prowokacja itp. Zezwoleniem na zabijanie jest podpisane w 2006 r. przez Władimira Putina rozporządzenie regulujące likwidację osób poza granicami Rosji. Personel Jednostki 29155 składa się w dużej mierze z weteranów wojen w Afganistanie i Czeczenii. Wielu posiada wysokie odznaczenia, a kilku tytuły Bohatera Federacji Rosyjskiej.

Dowódcą jednostki jest generał dywizji Andriej Awierianow. W 1988 r. ukończył on Akademię Wojskową imienia Lenina w Taszkiencie, zwaną popularnie TWOKU; w styczniu 2015 r. otrzymał tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej. Analiza połączeń z jego telefonu komórkowego ujawniła, że kontaktuje się bezpośrednio z gabinetem szefa GRU oraz zastrzeżonymi numerami na Kremlu, w tym z sekretariatem ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa.

Z pozoru Awierianow nie różni się niczym od zwykłych moskwiczan. Mieszka w bloku o kilka ulic od siedziby GRU i jeździ rozklekotaną ładą. W 2017 r. wydał za mąż córkę, a wesele wyprawiono na daczy niedaleko Centrum Specjalnego Przeznaczenia GRU „Sienież” w Sołniecznogorsku pod Moskwą. Zdjęcia umieszczone później w sieci przez weselników pomogły w identyfikacji podkomendnych Awierianowa.

Jednostka 29155 cieszy się specjalnymi względami i przywilejami. Jeszcze w marcu 2012 r. minister obrony Anatolij Sierdiukow podpisał rozporządzenie o zarobkach w służbie wojskowej. Paragraf 4 wymienia żołnierzy służących w Jednostce 29155 jako „uprawnionych do pobierania miesięcznego dodatku specjalnego”. Taki sam przywilej otrzymali żołnierze specjednostek o numerach 26165 i 74455, wyspecjalizowanych w hakerstwie, sabotażu sieciowym i dezinformacji, jednak ci, co w nich służyli, na ogół nie wyjeżdżali z Rosji, w przeciwieństwie do „chłopców” Awierianowa, którzy stale krążyli po Europie. Szczególnie często latali do Genewy, co zainteresowało francuską Dyrekcję Generalną Bezpieczeństwa Wewnętrznego – DGSI.

Drobiazgowa analiza list pasażerów linii lotniczych wykazała się, że Górna Sabaudia, francuski region graniczący ze szwajcarską Genewą, to baza tyłowa i logistyczna GRU. W tygodniach poprzedzających atak na Skripala DGSI zaobserwowała co najmniej 15 oficerów GRU w Annemasse, Evian, Chamonix oraz drobniejszych miejscowościach w promieniu godziny jazdy samochodem od Genewy. Przylatywali w ten rejon również pułkownicy Myszkin i Czepiga oraz generał Siergiejew. Praktycznie w Górnej Sabaudii przebywało wówczas stale co najmniej dwóch oficerów GRU.

Szczególnie aktywnym partnerem Jednostki 29155 jest Ośrodek Naukowy „Sygnał”, w którym produkowane są potajemnie rafinowane wersje środka bojowego nowiczok w formie wchłanianego przez skórę, bezbarwnego żelu pozbawionego zapachu. Innym istotnym partnerem jest podległy resortowi obrony Państwowy Instytut Eksperymentalnej Medycyny Wojskowej na przedmieściach Petersburga. Czołowi naukowcy instytutu pracują nad działaniem na organizm ludzki organofosfatów, do których należy nowiczok, oraz wykryciem skutecznych środków zaradczych w przypadku zatrucia. Szefem instytutu w Petersburgu jest Siergiej Czepur, toksykolog wyjątkowo skory do korzystania z telefonu komórkowego.

W trakcie trwającego ponad rok dochodzenia prowadzonego wspólnie przez dziennikarzy z Bellingcat, The Insider, „Der Spiegel” i Radia Wolna Europa/Radia Swoboda okazało się, że łączył się często z generałem Awierianowem.

Wówczas postarano się dyskretnie o kopie bazy połączeń jego operatora i ustalono, że Czepur kontaktował się wielokrotnie ze wszystkimi uczestnikami ataku na Skripala, przy czym najczęściej tuż przed ich podróżą do Salisbury.

Metadane jego komórki wskazywały, że przyjechał 27 lutego 2018 r. do dowództwa GRU w Moskwie na odprawę przed rozpoczęciem operacji. Dziennikarze śledczy Bellingcat podejrzewają, że to właśnie wówczas przekazano „grupie uderzeniowej” truciznę, buteleczkę od perfum z przerobionym spryskiwaczem oraz antidotum neutralizujące przypadkowe zatrucie nowiczokiem.

Po publikacji jesienią 2020 r. kolejnych raportów dziennikarzy śledczych z rozpracowań zamachu w Salisbury, w dowództwach europejskich służb kontrwywiadowczych odkurzono materiały z niewyjaśnionych spraw minionego dziesięciolecia. Bułgarska Państwowa Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (DANS) wróciła do sprawy handlarza bronią Emiliana Gebrewa, właściciela spółki EMCO.

W luksusowej restauracji w Sofii 28 kwietnia 2015 r. Gebrew, jego syn Christo oraz dyrektor do spraw producji EMCO, Walentin Tachczew, nagle dostali torsji. Przewieziono ich do szpitala, gdzie Gebrew senior zaczął majaczyć, a później wpadł w śpiączkę.

Wyzdrowiał, podobnie jak pozostała dwójka, i zaczął naciskać, aby przyspieszyć drepczące w miejscu śledztwo. Po trzech latach bułgarska prokuratura w oparciu o materiały FBI i służb brytyjskich ustaliła, że podobnie jak w przypadku Skripala, był to dokonany przez niezidentyfikowanego mężczyznę zamach z użyciem nowiczoka, którym wysmarowano klamkę samochodu Gebrewa zaparkowanego w podziemnym garażu budynku biurowego EMCO. Ustalono również, że „Siergiej Fiedotow”, czyli generał dywizji GRU Denis Siergiejew, w 2015 r. przebywał w Bułgarii trzykrotnie. Za drugim razem przyleciał do nadmorskiego Burgas 24 kwietnia i odleciał z Sofii 28 kwietnia, w dniu zatrucia Gebrewa i jego restauracyjnych gości.

Według zjednoczonych dziennikarzy śledczych z Bellingcat, „Der Spiegel” i The Insider, w ataku na Gebrewa uczestniczyło 8 oficerów Jednostki 29155, którzy przebywali w Bułgarii na przełomie kwietnia i maja 2015 r. Były bułgarski prokurator generalny, Sotir Cacarow potwierdził, że Siergiejew oraz kilku innych obywateli Rosji zatrzymywało się sofijskim hotelu stojącym w sąsiedztwie budynku EMCO, przy czym rezerwowali ściśle określony pokój, z którego widać było wjazd do podziemnego garażu.

Czeska służba kontrwywiadu odkurzyła materiały z dochodzenia po tajemniczej eksplozji 16 października 2014 r. w jednym bunkrów magazynu amunicji w małej miejscowości Vrbetice na Morawach. Zginęło wówczas dwóch pracowników magazynu, w promieniu kilku kilometrów wyleciały szyby z okien, a w ziemi powstał potężny krater. Dwa miesiące później wyleciał w powietrze oddalony o kilometr drugi bunkier.

Wyników śledztwa nie publikowano, gdyż utknęło w miejscu i dopiero niedawno pismo „Respekt” ujawniło, że śledczy otrzymali nowe informacje w 2020 r. i rządowa komisja do spraw służb specjalnych omawiała zebrany materiał niedawno, na początku kwietnia. Widocznie dowody były mocne, skoro 17 kwietnia późnym wieczorem, na pospiesznie zwołanej konferencji prasowej premier Republiki Czeskiej Andrej Babis zakomunikował: „mamy niepodważalne dowody udziału oficerów rosyjskiej służby wywiadowczej GRU w eksplozji w magazynie amunicji”. Dodał, że oficerowie ci służyli w Jednostce 29155 i są odpowiedzialni za pierwszą eksplozję, a być może również za drugą. Czeski premier poinformował również o uznaniu za personae non gratae i wydaleniu 18 dyplomatów rosyjskich. W ślad za Pragą poszły inne stolice i ekspulsje posypały się jak grad.

Zaskoczone niespodziewanym komunikatem czeskie media wyszperały, że policja dotarła do mailowej korespondencji niejakiego „Aleksandra Pietrowa” z Anatolijem Czepigą. Bellingham szybko sprostował, że „Pietrow” to Aleksander Myszkin, obaj rozpracowani w śledztwie po zamachu w Salisbury. Jeszcze raz przejrzano materiał zebrany w sprawie Skripala. Okazało się, że co najmniej 6 oficerów Jednostki 29155 przebywało na Morawach, kiedy bunkier z amunicją wyleciał w powietrze.

Aleksiej Kapinos i Jewgienij Kalinin pod przykryciem kurierów ministerstwa spraw zagranicznych przylecieli 10 października pod własnymi nazwiskami do Budapesztu, wioząc pocztę dyplomatyczną dla ambasady. Powrót zarezerwowali na 15 października. Podpułkownik Nikołaj Jeżow, posługując się paszportem wystawionym dla „Nikołaja Kononichina”, wykupił bilet lotniczy do Wiednia na 11 października z powrotem zarezerwowanym na 15 października. Myszkin i Czepiga wylecieli tego samego dnia do Pragi. Tak jak w przypadku ataku na Skripala, posługiwali się paszportami wystawionymi dla „Aleksandra Pietrowa” i „Rusłana Boszyrowa”. Daty powrotu nie zarezerwowali.

Swoje zdjęcie ze spaceru po ulicach Pragi umieścili w mediach społecznościowych i cztery lata później, po zamachu na Skripala, fotografia posłużyła do ich identyfikacji przez dziennikarzy Bellingcat.

Z Pragi „turyści” Myszkin i Czepiga przenieśli się do Ostrawy, o godzinę jazdy samochodem od magazynu amunicji, i zatrzymali się w hotelu Corrado.

Swoisty zjazd gwiaździsty całej ekipy odbył się zapewne 14 października w okolicy wioski Vrbetice. Myszkin i Czepiga dojechali z Ostrawy, Aleksiej Kapinos i Jewgienij Kalinin dostarczyli z Budapesztu ładunek wybuchowy przywieziony w poczcie dyplomatycznej. Operację nadzorował na miejscu generał Andriej Awerianow podróżujący jako „Andriej Owerianow”. Dowiózł go z Wiednia samochodem Nikołaj Jeżow. Nie wiadomo dokładnie, jak wniesiono ładunek wybuchowy do magazynu. Czepiga i Myszkin starali się o zezwolenie na wejście między 13 a 16 października, pozując na klientów jednego z operatorów magazynu firmy Imex. Rzecznik Imex potwierdził, że wystąpili o przepustki, ale podobno nie pojawili się.

Z drugiej strony, w dniu poprzedzającym pierwszą z dwóch eksplozji właściciel firmy Imex spędził około 40 minut w okolicy hotelu Corrado, gdzie nocowali Czepiga i Myszkin. Służby czeskie ustaliły to na podstawie metadanych jego komórki. Być może pomógł Rosjanom wejść do składu, a być może zostali wpuszczeni jako klienci innego operatora.

Niepodważalnym faktem jest, że 16 października o 9.25 w bunkrze nr 16 wyleciało w powietrze 58 ton amunicji. Kilkadziesiąt minut po eksplozji, o 10.05, Czepiga i Myszkin odlecieli samolotem Aerofłotu z Wiednia do Moskwy.

„Kurierzy dyplomatyczni” Kapinos i Kalinin odlecieli z Budapesztu, zgodnie z rezerwacją, dobę wcześniej. Kilka godzin po eksplozji Jeżow dowiózł szefa na lotnisko w Wiedniu, gdzie Awerianow o 18.17 kupił nowy bilet na lot Aerofłotu do Moskwy i odleciał o 22.46. Jeżow został w Austrii jeszcze kilka dni. Powrócił do Moskwy dopiero 3 listopada. Czy był w tym czasie w Czechach, nie wiadomo.

Sabotaż na Morawach i próbę otrucia Gebrewa łączy sytuacja na Ukrainie. Fakt, że operację w Czechach nadzorował osobiście generał dywizji Andriej Awierianow, dowódca Jednostki 29155, operację w Bułgarii zaś generał dywizji Denis Siergiejew, świadczy o wadze, jaką dowództwo GRU przywiązywało do ich powodzenia. W 2014 r. pod koniec zimy kijowski Majdan zmiótł marionetkę Kremla, prezydenta Wiktora Janukowycza, który zbiegł do Rosji. W ostatnich dniach lutego „zielone ludziki” pojawiły się w Symferopolu i zajęły siedziby parlamentu i rządu krymskiej republiki autonomicznej. Moskwa anektowała Krym. Podobny scenariusz, kolejno: „zielone ludziki”, separatyści, prywatne jednostki najemników, ciężki sprzęt niezidentyfikowanych jednostek rosyjskich powtórzył się w Donbasie. Jesienią 2014 r. na wschodzie Ukrainy toczyły się zażarte walki między wspieranymi przez Moskwę separatystami a armią ukraińską.

Kijów pilnie poszukiwał amunicji do postsowieckiego uzbrojenia. Morawy były logistycznie wygodne i wiele wskazuje na to, że w Vrbeticach wyleciał w powietrze transport szykowany dla Ukrainy.

W pierwszych doniesieniach po eksplozji pojawiły się nawet informacje, że w bunkrze zmagazynowane były pociski artyleryjskie zgromadzone przez EMCO. Potwierdził to Wiktor Jahun, były zastępca szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, w wywiadzie dla Radia Wolna Europa/Radia Swoboda, mówiąc: „ten biznesmen, którego truły rosyjskie służby, szukał dla nas amunicji w krajach byłego Układu Warszawskiego, a Czechy były najwygodniejszym miejscem tranzytu”.

Anatolij Czepiga i Aleksander Myszkin zostali w 2014 r. uhonorowani przez prezydenta Putina tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej. Zapewne w nagrodę za Vrbetice. Cztery lata później zdjęcia związane z tym tytułem przyczyniły się walnie do ich identyfikacji po podłożeniu trucizny w Salisbury. Dowództwo GRU planowało, że Siergiej i Julia Skripalowie zamilkną na zawsze. Otrzymało od Kremla zgodę na likwidację, jednak zamiast bezkarnej eliminacji zdrajcy, doszło do kompromitacji na światową skalę i usunięcia z rezydentur przeszło setki funkcjonariuszy pracujących pod ochroną immunitetu dyplomatycznego. Podobne wymiatanie powtórzono teraz po zdemaskowaniu udziału GRU w sabotażu na Morawach.

Oba przypadki świadczą o bolesnym zderzeniu myślących tradycyjnie generałów z Jednostki 29155 z sieciowym światem totalnej informacji, w którym jest wprawdzie coraz więcej kłamstw, ale równocześnie coraz mniej tajemnic.

Dziennikarze śledczy różnych redakcji z różnych krajów, których łączy wola dochodzenia do prawdy, i sieciowa kooperatywa Bellingcat obnażyli ten intelektualny niedostatek GRU – służby, która dysponuje truciznami, ale nie potrafi odnaleźć się w świecie swobodnej wymiany informacji.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Pechowi likwidatorzy Putina” znajduje się na s. 12-13 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 84/2021.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Pechowi likwidatorzy Putina” na s. 12czerwcowego „Kuriera WNET” nr 84/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Były podoficer kontrwywiadu: Egzekucja „Nikosia” ma drugie dno. Dlaczego polskie służby nie pomogły w jej wyjaśnieniu?

Człowiek, którego zadaniem było rozbijanie grup przestępczych w Trójmieście lat 90., opowiada szczerze o swojej pracy.


Jarosław Pieczonka Anna Wojtacha mówią o książce „Miami bez cenzury” i o procesie jej powstawania. Wymagało to spędzania ze sobą dużej ilości czasu i nie dało się w związku z tym uniknąć napięć.

Ja w ogóle nie jestem skory do zwierzeń, swoje sprawy zwykle zachowuję dla siebie – mówi Jarosław Pieczonka.

Były agent podkreśla, że zarówno on, jak i współautorka jego książki, obdarzeni są bardzo silnymi charakterami.  Jak mówi Anna Wojtacha:

Życie Jarosława to gotowy materiał na film.

Dziennikarka dodaje, że między nią a dawnym agentem nawiązała się przyjaźń, która trwa już po wydaniu książki.

Jarosław Pieczonka  opowiada o tym, jak wygląda praca policjanta w jednostce powołanej do walki z mafią. Nakreśla, jak upływ czasu wpłynął na jego postrzeganie rzeczywistości, zwłaszcza w kontekście przestępczości w Polsce:

Po latach uświadomiłem sobie, że największymi przestępcami są tzw. białe kołnierzyki.

Gość „Kuriera w samo południe” wspomina, jak dotarł na miejsce zamordowania gangstera „Nikosia”.  Wraz z Anną Wojtachą podkreśla, że doszło tam do ewidentnej egzekucji; nikt nie jest w stanie ustalić, kto dokonał tej zbrodni.

Dlaczego polskie służby nie pomogły niemieckiej policji w wyjaśnieniu okoliczności tej egzekucji?

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Stanisław Żaryn: Skala działań dezinformacyjnych przy tego typu kryzysach wzrasta

Stanisław Żaryn o działaniach służb w obliczu zagrożenia epidemicznego, dezinformacji, współpracy z Ministerstwem Zdrowia i o tym, czym funkcjonariusze pracują zdalnie.

 

Stanisław Żaryn tłumaczy, jak działają teraz służby specjalne. Ze względu na charakter swojej pracy funkcjonariusze nie mogą wykonywać jej zdalnie. Wdrożono za to procedury, które mają ich chronić przed zarażenim w trakcie wykonywania obowiązków. Odnośnie epidemii podejmują głównie działania o charakterze informacyjnym. Jak zwraca uwagę rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych:

Skala działań dezinformacyjnych przy tego typu kryzysach wzrasta.

Mogą to być np. „fałszywe zbiórki pieniędzy”. Służby monitorują to, co co się dzieje w przestrzeni informacyjne. Pozostają w ścisłym kontakcie z Ministerstwem Zdrowia przygotowując specjalne wytyczne dla szpitali. Ustalają one „jak dane państwa radzą sobie z epidemią, jaka taktyka przynosi skutek, a jaka nie”. Ważna jest wymiana informacji o wirusie.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Dr Ozdyk: Nie ma czegoś takiego, że Czeczen przekroczy granicę RFN i przestawia się od razu na europejski kod kulturowy

Czemu w Niemczech trwa obława na czeczeńskich islamistów? Jak wygląda kaukaska przestępczość w Niemczech, kogo korumpuje i co ma wspólnego z firmami ochroniarskimi? Odpowiada dr Sławomir Ozdyk.

Dr Sławomir Ozdyk komentuje przeprowadzoną w czterech niemieckich krajach związkowych: Berlin, Brandenburgia, Turyngia, Nadrenia Północna-Westfalia akcję przeciwko grupom czeczeńskim powiązanym ze środowiskami islamistycznymi. Jak podaje niemiecka policja, jest ona związana z planowanym zamachem terrorystycznym.

Zatrzymano Czeczena w samochodzie, przetrzepano komóreczkę i znaleziono dziwne zdjęcia. Policjanci doszli  do wniosku, że prawdopodobnie grupy czeczeńskie przeprowadzają zwiad przez ewentualnym zamachem terrorystycznym w Niemczech.

Dwie osoby zostały wyprowadzone ze swego mieszkania w Berlinie, natomiast jeszcze nikt nie został formalnie aresztowany. Zabezpieczono sporą ilość gotówki, broni białej i zgromadzonych danych. Ekspert ds. bezpieczeństwa mówi o związkach Czeczenów ze środowiskiem przestępczym.

Nie możemy tylko mówić o przestępstwach popełnianych przez Czeczenów. Mówmy o przestępstwach popełnianych przez grupy kaukaskie. Mamy również Dagestańczyków, grupy z Kazachstanu. […] Jedni zajmują się włamaniami, inni napadami, jeszcze inni oszustwami. Czeczeni są najbardziej znani, jeśli chodzi o przestępstwa motywowane politycznie.

Obecnie w Czeczenii, rządzonej twardą ręką przez mającego dobre stosunki z Władimirem Putinem Ramzana Kadyrowa, panuje pokój. Część Czeczenów nie chce wracać do kraju ze względu na rozgrywki klanowe. Niektóre grupy stanowią forpocztę służb rosyjskich, gdyż służby czeczeńskie współpracują z rosyjskimi. Jak mówi dr Ozdyk, czeczeńskie meczety są pilnie obserwowane przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji.

Nie ma czegoś takiego, że obywatel Czeczenii przekroczy granicę niemiecką i przestawia się od razu na europejski kod kulturowy.

Jak mówi nasz gość, spory w środowiskach czeczeńskich imigrantów rozwiązywane są przy udziale tradycyjnego mediatora, a jeśli jego pośrednictwo nie wystarczy, przy użyciu siły. Zauważa, że czeczeńskie grupy przestępcze często zaczynają od terminowania u silniejszych klanów arabskich, takich jak klan Miri lub Abu Czaker, po to, by z czasem zacząć działać na własny rachunek. Rozmówca Jaśminy Nowak mówił też o wykorzystaniu przez grupy przestępcze firm ochroniarskich.

Jak grzyby po deszczu powstają firmy ochroniarskie arabskie, tureckie, kazachskie, czeczeńskie, które zawierają kontrakty, dają ceny dumpingowe, potem znikają.

Firmy te stanowią z jednej strony okazję do zdobycia cennych dla islamistów informacji (przy budowie lotniska Berlin-Brandenburg pracowali salafici), jak i do kradzieży. Przypomina historię kradzieży stukilogramowej złotej monety z Muzeum Bodego przez złodziei pochodzenia arabskiego, z którymi współpracować miał strażnik, ich kolega ze szkolnej ławy. W podobny sposób mogło, zdaniem dr Ozdyka, dojść do kradzieży saskich klejnotów koronnych z muzeum w Dreźnie. Ostatnio część z nich, jak mówi, wypłynęła „w Turcji lub w Izraelu, gdzie była oferowana komuś do kupna”. Dr Ozdyk stwierdza, że grupy przestępcze korumpują polityków, urzędników i biznesmenów, a swymi wpływami obejmują nawet także świat muzyczny.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Bobołowicz: Ukraińskie służby wiedziały o zestrzeleniu. Jednak dlaczego Zełenski do końca nie potwierdzał tej wersji?

Dopiero w momencie oficjalnego przyznania się przez Iran do zestrzelenia ukraińskiego samolotu Zełenski uznał tę wersję wydarzeń za oficjalną.


Paweł Bobołowicz, korespondent Radia WNET na Ukrainie podsumowuje ostatnie działania strony ukraińskiej oraz kanadyjskiej w związku z katastrofą samolotu rejsowego, który rozbił się pod Teheranem 8 stycznia. Na pokładzie było 167 pasażerów, wszyscy zginęli na miejscu. Po 3 dniach od katastrofy Iran przyznał się do nieumyślnego zestrzelenia samolotu:

Sekretarz rady narodowego bezpieczeństwa i obrony Oleksij Daniłow poinformował, że specjalny samolot, którym do Teheranu przybyli eksperci […] powróci dopiero wtedy, gdy zakończą się wszystkie procedury i będzie możliwe zabranie ciał 11 obywateli Ukrainy.

Wcześniej premier Ukrainy Ołeksij Honczaruk poinformował o tym, że rodziny ofiar będą miały zapewnione zarówno wsparcie finansowe, jak i prawne. Z kolei prezydent Wołodymyr Zełenski mówi o konieczności zapłaty odszkodowania przez stronę Irańską. Do Teheranu poleciała też tzw. grupa szybkiego reagowania z Kanady, której 57 obywateli zginęło w katastrofie ukraińskiego samolotu:

Prezydent Zełenski napisał, że Ukraina będzie przyznawać się pełnego przyznania do winy. Oczekuje od Iranu zapewniania gotowości do pełnego i otwartego śledztwa, pociągnięcia do odpowiedzialności winnych, zwrotu ciał zabitych, wypłat kompensaty i oficjalnych przeprosin.

Jak przypomina Bobołowicz, wielu ekspertów podkreśla, że nie był to jedyny lot z Teherańskiego lotniska. Przed nim wystartowało tego dnia 28 samolotów różnych linii lotniczych z całego świata. Leciały one standardowymi szlakami. Podobnie było w przypadku ukraińskiego samolotu. Samo zestrzelenie odbyło się bezpośrednio po starcie w pobliżu lotniska:

Pozostają kwestię reakcji strony ukraińskiej na sam fakt zestrzelenia samolotu […] W tym czasie prezydent Zełenski przebywał na wakacjach w Omanie […] przez wiele godzin nie zabierał głosu w sprawie tego wydarzenia […] Strona ukraińska jako oficjalną wersję przyjęła wersję że doszło do jakiegoś problemu technicznego w samolocie i wersja o zestrzeleniu była odkładana na później i uznawana za mało prawdopodobną.

Prezydent Wołodymyr Zełenski, nawet po oficjalnych wypowiedziach strony amerykańskiej, kanadyjskiej czy australijskiej, z których każda powoływała się na swojej służby specjalne mówiąc, że doszło do zestrzelenia, mówił o tym, że jest to tylko jedna z wersji:

Dopiero po oficjalnym przyznaniu się przez Iran […] prezydent Zełenski pierwszy raz zareagował w sposób jednoznaczny […] wskazując na winę Iranu.

Szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy w niedzielę przyznał, że Ukraińscy eksperci, wizytując miejsce katastrofy, wiedzieli o tym, że samolot został zestrzelony. Ślady na miejscu zdarzenia nie budziły żadnych wątpliwości:

Silniki nie nosiły żadnych śladów pożarów, które byłyby spowodowane jakąś awarią techniczną. Na miejscu były też szczątki rakiet, które zostały wstrzelone w kierunku samolotu. Również na opublikowanych zdjęciach było widać, że samolot miał wyraźnie ślady uderzeń od odłamków rakiet.

Jak mówi Paweł Bobołowicz, skoro ukraińskie służby niemal od razu wiedziały, że doszło do zestrzelenia, to dlaczego prezydent Ukrainy do końca nie potwierdzał tej wersji?

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.M.K.

Ambasada Palestyny: Izraelska armia zaatakowała siedzibę telewizji „Palestyna” aresztując przy tym trójkę dziennikarzy

Prezenterkę Dana Abu Shamsia, redaktorkę Christine Renawi i fotografa Amir Abd Rabbouh aresztowały siły izraelskie po rajdzie na jerozolimską siedzibę Palestine TV -podaje polska Ambasada Palestyny

Jak informuje na swojej stronie na portalu Facebook Ambasada Państwa Palestyny w Warszawie :

Dziś rano izraelska armia zaatakowała siedzibę telewizji „Palestyna” w Jerozolimie, a także aresztowała dziennikarzy: prezenterkę Dana Abu Shamsia, redaktorkę Christine Renawi, fotografa Amir Abd Rabbouh.

Jest to kolejna akcja izraelska przeciwko Palestine TV, lokalnej stacji finansowanej przez Autonomię Palestyńską. Poprzednią podjęła w listopadzie, co spotkało się z potępieniem Komitetu Obrony Dziennikarzy (Committee to Protect Journalists). Jak informuje organizacja na swojej stronie, według władz izraelskich stacja nadając w Jerozolimie narusza umowę z 1994 r. Jak skomentował  ówczesny rajd przedstawiciel CPJ  na Bliski Wschód i Afrykę Płn. Ignacio Miguel Delgado:

Izraelskie władze muszą przestać używać policji i służb specjalnych do tłamszenia lokalnych mediów.

Dodawał, że jeśli Izrael uważa, że łamane jest prawo, to powinno być to rozwiązane przed sądem, a nie w ramach niespodziewanych interwencji i zamykaniu redakcji. Jak komentuje obecną sytuację Ambasada Państwa Palestyny w Warszawie:

Naruszanie międzynarodowych traktatów i umów stało się „codziennym rytuałem” Izraela; konwencja genewska z 12 sierpnia 1949 r. oraz dwa dodatkowe protokoły z 8 czerwca 1977 r., w szczególności art. 79 protokołu dodanego dotyczącego ochrony dziennikarzy wykonujących poważne zadania dziennikarskie w obszarach konfliktu zbrojnego.

Zadaje retoryczne pytanie: „Jak długo jeszcze? Czy to nie czas, aby powstrzymywać izraelskie naruszenia !?”.

A.P.

Rosja: 14 lat dla Polaka za szpiegostwo. Sąd Najwyższy podtrzymuje wyrok

Sąd Najwyższy Federacji Rosyjskiej utrzymał w mocy wyrok na obywatela Rzeczpospolitej Polskiej, który został skazany na 14 lat kolonii karnej za szpiegostwo.

Jak podaje portal Polskie Radio 24, o decyzji rosyjskiego SN poinformowała agencja TASS, powołując się na służby prasowe Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

Służby prasowe FSB podały, że apelację Sąd Najwyższy rozpatrzył 12 września i uznał, że wyrok 14 lat pozbawienia wolności jest zgodny z prawem i uzasadniony.

Wyrok w I instancji zapadł 25 czerwca przed sądem w Moskwie. Według informacji mediów rosyjskich Polaka uznano za winnego usiłowania pozyskania tajnych części uzbrojenia — zestawu rakietowego S-300.

Otrzymał za to karę 14 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Komunikat FSB głosił, że w toku śledztwa ustalono, iż zatrzymany „działał w interesach polskiej organizacji będącej czołowym dostawcą narodowych sił zbrojnych i służb specjalnych”.

Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, ponieważ sprawie nadano status tajności.

A.P.

Nie wiemy wszystkiego, dopóki archiwa moskiewskie są dla nas niedostępne – mówi Réka Földváryné Kiss, prezes KPN

Węgierska Komisja Pamięci Narodowej była budowana na wzór polskiego IPN. I choć również tu chodzi o odkrycie przeszłości, w wielu obszarach obie instytucje bardzo się różnią

 

– Kiedy cztery lata temu parlament powołał do życia Komisję Pamięci Narodowej to zasadniczym celem było porządkowanie i udostępnienie szerokiej publiczności to, co się w niedalekiej przeszłości systemu komunistycznego na Węgrzech działo – mówi Réka Földváryné Kiss, prezes Komitetu Pamięci Narodowej. –  Bardzo wielu historyków niezależnie od siebie pracowało nad tym okresem, ale nie było organizacji, która zbierałaby to, organizowałaby wyniki takie badania. Rząd szukał formuły dla takiej organizacji, rozglądano się po różnych krajach i w ten sposób trafiono do Warszawy, na polski IPN. I dzisiaj działamy w podobnej do IPN formie i formule.

Jednak są różnice pomiędzy polskim IPN a węgierską KPN. Na Węgrzech osobno istnieją archiwa zbierające dokumenty tajnych służb z tamtego kresu i osobno istnieje instytut który ma za cel odkrywanie prawdy o tym okresie i publiczne udostępnianie jej. A, jak podkreśla gość Poranka WNET, cała prawda wciąż nie została odkryta i wymaga wielu badań.

– Każdy historyk powie, że zawsze będą rzeczy, które czekają na odkrycie – mówi Réka Földváryné Kiss. – Bardzo często materiały które pozostały do naszych czasów są wyłącznie fragmentaryczne, bardzo wiele dokumentów było niszczonych, kiedy dochodziło do zmiany ustroju. Wiemy, że zawsze pozostanie bardzo wiele tajemnic do odkrycia. I jeszcze jedno. Wiemy, że duże zasoby dotyczące Węgier znajdują się w archiwach moskiewskich. Dopóki te archiwa nie będą dla nas dostępne, możemy tylko podejrzewać, ile tych tajemnic może się tam skrywać. Na nasze pytania dotyczące działania służb specjalnych, które kierujemy do Moskwy i krajów byłej demokracji ludowej, Moskwa zwykle nam nie odpowiada. Za to dostajemy konkretne odpowiedzi np. z Warszawy, czy z Bukaresztu.

Réka Földváryné Kiss uważa, że choć zmiana ustroju może zająć nawet sześć tygodni, zmiana mentalności, czy struktur gospodarczych może trwać nawet 60 lat.

 Na Węgrzech potrzebujemy zmiany całe generacji, żeby całkowicie zmienić mentalność ludzi – mówi.

Opowiada również o konferencji poświęconej św. Janowi Pawłowi II, zorganizowanej przez węgierską Komisję wspólnie z polskim IPN.

– Rezultatem jej było coś, co wszyscy odczuwali, ale nie byli w stanie ująć w słowa – mówi.- Św. Jan Paweł II nie prowadził polityki na poziomie partyjnym, ale na poziomie ducha, ludzi i ich wiary, na poziomie autorytetu…

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy!