Krzysztof Tchórzewski: historia węgla, jako nośnika energii w polskiej gospodarce się kończy

Krzysztof Tchórzewski / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

Poseł PiS i były minister energii RP naświetla perspektywę przebudowy polskiego systemu energetycznego i wygaszenia wydobycia surowców w kopalniach węglowych zgodnie z projektami UE.

Zachęcamy do wysłuchania całej audycji!

Krzysztof Tchórzewski zwraca uwagę na to, że potrzeby węgla zostały znacząco przepracowane i zamówienie złożone przez samorządy nie pokrywają się z popytem. Ponadto, cena surowca jest podobna do oferty zeszłorocznej.

Maksymalna kwota podana oferty gmin to 2 tysiące złotych. A wszyscy, którzy zapisali się na dofinansowanie, dostali 3 tysiące złotych zaliczki na 3 tysiące ton węgla, a więc ich węgiel będzie kosztował mniej więcej w takiej cenie albo taniej, niż w ubiegłym roku. Trudno sobie wyobrazić, żeby w tej sytuacji nie kupowali tego węgla. Jego nadmiar w tej chwili spowoduje, że ten węgiel dla ludności prawdopodobnie będzie w przyszłych latach na pewno nie droższy.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego tłumaczy, że to może spowodować mniejsze wydobycie krajowe węgla w Polsce w przyszłych latach.

Natomiast, na najbliższe dwa lata luka węglowa jest wypełniona i nie musimy się obawiać, że węgla zabraknie – podaje Krzysztof Tchórzewski.

Gość „Kuriera ekonomicznego” naświetla perspektywę przebudowy polskiego systemu energetycznego i wygaszenia wydobycia surowców w kopalniach węglowych zgodnie z projektami UE. Tłumaczy, że ta zmiana wymaga znalezienia wielkich inwestycji i funduszy we współpracy z Unią Europejską.

Historia węgla jako nośnika energii w polskiej gospodarce się kończy. Potem tylko będzie już karbon, czyli jako tworzywo wykorzystywane do wysokich technologii, nie do palenia w piecach. Ale na dzień dzisiejszy, mamy porozumienie z Komisją Europejską do 49 roku, że Polska może korzystać z węgla. Ale zauważmy, że jest to lat 27 i my nie mamy tutaj narzuconego rygoru ile, w którym roku i kiedy mamy korzystać z tego surowca.

Zobacz także:

Janusz Kowalski: Frans Timmermans dzisiaj blokuje nam miliardy złotych, które są kradzione z polskich portfeli

Hel to letnia erupcja, a potem marazm. Może i coś drgnęło, może drgnie… / Stefan Truszczyński, „Kurier WNET” nr 101/2022

Plaża na Helu | Fot. B. Bulicz, CC A-S 3.0, Wikimedia.com

Polska jest odwrócona czterema literami do morza. Zmarnowano dorobek. Dźwiga się to wszystko mozolnie. Ale szczury lądowe nie czują wiatru od morza ani nawet interesu, jaki można na nim zrobić.

Stefan Truszczyński

Hel jest hen

– Panie, ten Wądołowski truje Dudę!

– Jak to?

– Widzi pan to żelastwo sterczące z wody? O tu, na prawo, kilkadziesiąt metrów od brzegu. Po dnie idą tam rury z wodą ściekową z ulic Helu. Wszystko do Zatoki, a tam dalej to już rezydencja prezydencka. Kąpią się i szleją skuterami ich goście.

W ratuszu zarzekają się, że wszystko jest OK, że rynsztokowa woda jest odcedzona. Wiadomo jednak – przykład to zatruwana przez lata Odra, co doprowadziło do zarazy – że kontrola ścieków w naszym kraju to fikcja. Inspektorzy ochrony środowiska nie mogą samodzielnie badać zanieczyszczeń odprowadzanych z oczyszczalni do wód lub ziemi. Panta rhei.

Hel – cudo natury

To natura jak najbardziej chciała i helską kosę usypała. Ponad czterdziestokilometrowa peninsula (tak po angielsku nazywany jest półwysep) cienką i grubiejącą nitką zdobi nasz kraj, osłania od północy Polskę.

Zarząd Portu Hel | Fot. S. Truszczyński

Zachwyty nad tą kaszubską ziemią zacząć trzeba wcześniej. Już od Pucka, leżącego po przeciwnej stronie Zatoki. To piękne, reklamowe miasteczko, dopieszczone, z wielkim rynkiem otoczonym kolorowymi kamieniczkami, ze wspaniałą, wiekową farą, jest co roku w czerwcu miejscem rybackich pielgrzymek. Płyną wówczas kutry i łodzie udekorowane bogato, a przy sterach i rumplach mają tabliczki „Bóg z nami”. Radośnie i smacznie jest tu w lipcu, gdy zjeżdżają się w porcie Kaszubi w swoich barwnych ludowych strojach, grają kapele, a stoły zastawione są przysmakami tej ziemi i morza.

Niedaleko Swarzewo. Z zabytkowym kościołem, strzelistą wieżą z dala prowadzącą rybaków i żeglarzy do portu. Tam też nad ołtarzem jest mała figurka Matki Bożej, traktowana od wieków jak relikwia, do której wędrują pielgrzymki.

Dalej Władysławowo. Nazwane na pamiątkę imienia króla, który wiązał nas z morzem. Tutaj przed ponad pół wiekiem, w szczerym polu na wyżynie ówczesny minister żeglugi o nazwisku Popiel wybudował wielki Dom Rybaka, z wieżą. Ze szczytu można oglądać półwysep i nasze bałtyckie morze – hen, hen. To już dziś zabytek. Wspaniały. Mógłby być super hotelem, ale jest urzędniczym biurem.

W lecie plaża „Władka” zapełnia się okrutnie. Przybysze z całej Polski leżą jak śledzie. Szkoda, że władza nie pomyślała o ciuchci, która za darmo rozwoziłaby wczasowiczów na prawo i lewo wzdłuż brzegu.

Dalej są słynne, również dzięki Wodeckiemu – Chałupy. To dziś mekka windsurfingowców i kajciaży. Rośnie tu wielkie drzewo na wydmie. Może i stuletnie, dzielnie opiera się wiatrom sztormowym. Ale niestety nie widać, by o nie dbano. Wbito tu w dno przy brzegu w ostatnich latach tysiące łamaczy fal, które nie dają morzu zbyt łatwo zabierać piach.

Wkrótce dalej, przed Kuźnicą, z rybacką zabudową po części, powstanie wał ochronny od strony morza. Już głazy i kamienie zwieziono, piramida ciągnie się na plaży na kilkaset metrów. Te wszystkie niezbędne dla ochrony półwyspu prace wykonuje renomowana – stuletnia – austriacka firma Poor, budująca na całym świecie. Tyle, że polskimi rękami pracowników świetnych i ważnych naszych Hydrobudów. Bo je sprzedano jak naszą flotę, stocznie. Polacy budują, polską ziemię chronią zwiezione z kraju polskie głazy, a pieniądze kosi Austriak.

Jeszcze pięć kilometrów złocistym brzegiem i jesteśmy w Jastarni. Mijamy po drodze niedokończoną bunkrową linię obronną zbudowaną w ʹ39. Na plaży bałtyckiej podmywany drapieżny „Sęp”, w lesie „Saratoga” i „Sabała”, nad zatoką „Sokół”. Tylko jeden z nich wykorzystywany jest turystycznie. I tylko dlatego, że zajął się nim hobbysta, który w lecie przyjeżdża tu z południa Polski i zrobił małe muzeum.

Od strony zatoki miasteczko ma popularny wśród żeglarzy port. Ale woda się podnosi z roku na rok i chroniące go falochrony mogą okazać się dla przystani i miasta zbyt niskie. I oto – nie wiem jak to zrobili jastarniacy na czele z burmistrzem, rodowitym tu od pokoleń, Tyberiuszem Narkowiczem – bo pozyskali miliony złotych na wielką przebudowę nabrzeża, falochronu, wałów ochronnych.

Fot. S. Truszczyński

Wędruję po budowie. Imponujący rozmach. Pierwszy etap ma być ukończony już na najbliższy sezon. Następny rok później. To będzie nowa od strony zatoki Jastarnia z wielką plażą, bezpiecznym brzegiem.

W drodze na Hel kolej na Juratę, ze słynną „Bryzą” Niemczyckiego. Rozrosła się, ale i obok zbudowano za morskimi wydmami dziesiątki nowych pensjonatów. Między nimi wciśnięte stare domki modnego w okresie 20-lecia kurortu. Było skromnie, choć gustownie. Teraz jest bogato. Bo i milionerów mamy więcej.

Tyle wędrówki brzegiem puckiej zatoki, którą od gdańskiej oddziela długa łacha piaskowa. To teraz wyspa kormoranów. Ciągnie się na wysokości Rewy do Kuźnicy niemal. Wymyślono doroczny Marsz Śledzia przez wodę zatoki. Trzeba kawał drogi przeczłapać i trochę przepłynąć przez dwie głębie. Chętnych jest więcej niż miejsc. Świetna zabawa. Przed tą kilkumetrową, wąską wyspą jest złomowisko starych kutrów, łodzi rybackich, a nawet sterczy rozbity pociskami kiosk okrętu podwodnego. Bo jeszcze pół wieku temu ćwiczono tu strzelanie z samolotów. Teraz panuje cisza i można tu przypłynąć. W ciągu ostatnich lat byłem tam wielokrotnie w towarzystwie tysięcy kormoranów.

Pora na Hel, czyli koniec albo początek Polski. Mijamy osadę Bór, garaże i obiekty po wojsku, prezydenckie tereny w lesie, od których opowieść zacząłem.

Jedziemy wąską, krętą drogą, upstrzoną ograniczeniami nawet do 30 kilometrów na godzinę, choć to ruchliwa trasa i nakazu utrzymywania takich prędkości się nie przestrzega. W lecie droga ta jest permanentnie zakorkowana. Obok jezdni, nawet w odległości kilkudziesięciu centymetrów, rosną drzewa. Wiele z nich ma korę obdartą przez samochody. Na poboczach często kapliczki po ofiarach wypadków, krzyże i znicze. Tu stale giną ludzie! Wszyscy o tym wiedzą, od lat nic się nie zmienia. Władze lokalne, leśne, drogowe oglądają się jedne na drugich. Pasa bezpieczeństwa o szerokości 1–2 metry nikt nie wycina. Głucho też o przesunięciu trasy, którą rocznie przejeżdżają setki tysięcy pojazdów za wydmy. A do tego wszystkiego biegnący wzdłuż drogi, kilkucentymetrowy rowek w asfalcie jest nieczyszczony, woda deszczowa wylewa się i w zimie zamarza. Ilu ludzi ma tu jeszcze zginąć?

Helskie porządki

Fot. S. Truszczyński

Z dogadywaniem się władzy na Helu też jest źle. Kaszubska wymowa mieszkańców jest zróżnicowana, ale oni porozumiewają się bez problemu. Natomiast funkcyjni – to już gorzej. Napisałem niedawno do marszałka województwa pomorskiego, Mieczysława Struka, w sprawie rury gazowej na półwyspie. W końcu on rodem stąd i mógłby pomóc. Brak około 14 km rury gazowej między Władysławowem a Kuźnicą. Walczą o to od lat mieszkańcy Chałup. Nadaremno. Słyszą tylko obiecanki cacanki. Poznańska firma, z którą władza negocjowała, teraz, po wielu latach mówi, że nieuporządkowane są nadal sprawy prawne gruntów, przez które ta rurka (zaledwie kilkunastocentymetrowej średnicy) miałaby przebiegać. Poznaniacy mieli zainwestować i eksploatować z zyskiem. Może teraz perypetie gazowe w skali makro ich odstraszają. Czekają. A gaz wożony jest przez cały półwysep z Władysławowa w butlach. Kosztuje to tysiące. Marszałek Struk zapomniał w Gdańsku o rodakach.

Jest jeszcze podobny skandal na Helu – benzynowy. Otóż to prawie nie do wiary, ale miasteczko Hel nie ma stacji benzynowej ani bazy paliwowej dla morskich jednostek. Po benzynę trzeba się najeździć. Jest dostępna dopiero w Jastarni.

 

Orlen chce zbudować stację benzynową i bazę paliwa dla statków, ale trzeba poprowadzić około 200 metrów rury boczną uliczką. Blokuje to restaurator, wietrząc zysk za odszkodowanie. Nieporadne władze Helu nie potrafią sprawy rozwiązać. Tak jak i kwestii parkowania śmieciarek. Ich zagroda zajmuje teren wyjątkowy – styk miasta i lasu. Tędy wędrują ludzie na helski cypel i plażę. Tu zaczyna się historyczna ulica Wiejska. To zabytkowe, stu i więcej letnie domki rybackie. Niestety te śliczne i odnowione chałupki przysłonięte są doczepionymi od frontu budami i namiotami restauracyjnymi. Powinno to poszerzenie lokali mieć miejsce za domkami rybaków, a jeśli już to stać tu tylko w sezonie. Letnie atrapy powinny być rozbierane jesienią. A tak się nie dzieje. Miasto nie egzekwuje konieczności likwidowania zasłaniających domy namiotów. Jak na ironię nawet zarząd miasta pod własnymi oknami pozwala na ustawianie wyjątkowo paskudnych bud. Urzędnicy na to patrzą z okien.

Nie pomoże cacuszko w postaci wystawionej przez burmistrza Mirosława Wądołowskiego dwumetrowej bursztynowej latarni między budynkiem helskiej władzy a posągiem Neptuna. Siedzę z burmistrzem pod przyrodzeniem króla mórz. Dowiaduję się, że przyrodzenie trzeba było przykleić, bo pijani wandale je ułamali. Dużo zresztą o planach miasta nie wiadomo. Hel to letnia erupcja, a potem marazm. Nie ma wojska, nie ma przetwórstwa, wieje wiatr.

W czasie ostatnich wyborów było rozgoryczenie. Tak jak i teraz, chodziłem i słuchałem ludzi. Nie chcieli nowego wielkiego hotelu w lesie, w strefie chronionej. Poprzednik Wądołowskiego zgodził się, by przyjeżdżały tu i parkowały tabuny aut. Wądołowski był ośmieszony aferą z Sawicką. Ale sąd go uniewinnił. I nowy-stary (był burmistrzem przez 4 kadencje) wygrał wybory. Kipiał energią. Ludzie mu jeszcze raz zawierzyli. Niestety zrobił niewiele. Być może nie odzyskał również zaufania u władz i inwestorów.

Fot. Stefan Truszczyński

Nie wiadomo, co dalej będzie z portem rybackim. Rybaków oszukano. Przetwónia ryb – wielka fabryka niszczeje, podobnie jak wytwórnia lodu. Ktoś prywatnie to kupił, ale gruntu nie dostał. Pat trwa. Od trzydziestu lat tam, gdzie kończy się port, stoją nad zatoką ogromne hale warsztatowe i budynki po zakładach rybnych „Koga”. Był to wielki, wspaniały zakład przetwórczy. Dziś jest jak po wybuchu bomby. „Koga” zatrudniała i żywiła Hel. Zniszczona bandyckimi decyzjami złodziejskiej władzy, stanowi dowód, jak zamieniono „władzę” na „własność”. Uwłaszczyli się ci, którzy po ʹ89 mieli dojścia. Ale nie do końca, bo ziemia po niszczejących przetwórniach, wytwórniach lodu, warsztatach naprawczych jest nadal własnością miasta.

Przy nabrzeżu portu cumują duże i małe jednostki połowowe. Jest ich kilkadziesiąt, łowią kilkakrotnie więcej niż kiedyś, ale cały ten urobek nie jest przerabiany na Helu. Rano zabierają go potężne chłodnie samochodowe, zdolne przewieźć do 20 ton ryb. To wszystko jedzie do nowych przetwórni, nowych właścicieli i jest przerabiane na mączkę. Trudno uwierzyć, że trasy tych wędrówek ryb to nawet do 100 km. Trudno uwierzyć, że w miasteczku rybackim nie ma nawet sklepu rybnego, nie mówiąc o hali rybnej: owszem, jest piękny, stylowy budynek opisany na ścianie jako „Suszarnia”, ale stoi pusty, albo też jest kolejnym magazynem, od kilkunastu lat nie wiadomo po co stojącym na terenie ważnej portowej strefy.

Hel jest czysty. To trzeba przyznać. Mówią mi, że facet od utrzymywania czystości to były wojskowy, pedant i czyścioszek. Wszystko sprawdza. Widzi papierek, to go podnosi.

Ale jest problem. Na cmentarzu vis-à-vis przebudowanego pięknie w starym stylu dworca kolejowego postanowiono zlikwidować kilkadziesiąt nieopłaconych grobów. Wśród nich 20 mogił małych dzieci, które pochowano tu już bardzo, bardzo dawno i władzy komunalnej nie udało się odnaleźć rodzin. Powieszono – zgodnie z przepisami – czerwone świstki papieru i nagrobki będą pozostawione tylko do końca roku. Ludzie samorzutnie je odnowili i pielęgnują. To już zabytki. Może władza wysupła kilka złotych i zachowa pamiątki po swoich malutkich obywatelach sprzed lat.

Podobno to Rosjanie wymusili na nas likwidację wojsk na Helu. Natowskie ustalenie. Rakietowe ruskie siły i nasze jednostki były – ponoć – zbyt blisko Kaliningradu. Jak to dziś ocenić – to oddzielna sprawa. Tak czy owak podejście od strony zatoki do pozostających tu jeszcze nabrzeży portu wojennego jest wystarczająco głębokie i to w przyszłości może okazać się bardzo ważne. Co z naszym wojskiem, marynarką na półwyspie – myślę, że do końca nie wiadomo. Niestety, póki co wojska na Helu już od dawna nie ma, a w ciągu ostatnich lat wyburzanie na tym całym 80-hektarowym obszarze postępuje coraz szybciej.

Warto wiedzieć, że półwysep w tym rejonie liczy aż 3,5 km szerokości. Pokrywa go las i obronne niegdyś wydmy.

Rozszarpywanie

Jeżdżę leśnymi drogami. Trafiam na ośrodek wypoczynkowy „Kormoran”. Ośrodek to tu był. Teraz jest to zbiorowisko przyczep kempingowych i przeróżnej zabudowy. Tak po prostu – w lesie. Słyszę, że instaluje się tu głównie wpływowa warszawka. Ziemię sprzedaje Agencja Mienia Wojskowego. Jeszcze przez kilka lat olbrzymie tablice w rejonie ul. Przybyszewskiego informowały, co i gdzie jest do sprzedania. Teraz widać intensywność wyburzania całkiem jeszcze zdrowych budynków po wojsku – dużych i małych.

Fot. S. Truszczyński

Czepiam się? Może. Ale jest sprawa kompromitująca już nie tylko malutki w końcu, uzależniony od kaprysów władzy Hel. To nadal wspaniały i niezniszczony jak gospodarka rybna port wojenny na Helu. Jest większy niż akweny portu rybacko-żeglarskiego. Był zbudowany przed wojną. Świetnie zlokalizowany od strony zatoki, chroniony więc w znaczącym zakresie przez półwysep. To powinna być najważniejsza Polska wypadowa na Bałtyk baza marynarki wojennej. Od dziesiątek lat falochrony tej wojennej przystani są rozkradane. Dopiero rok temu ogrodzono i podzielono port.

Różne głupoty władza wciska ludziom: że nie dość przed falą chronione jest wejście, że nabrzeże główne nie jest prostopadłe, ale wypukłe i trudne do cumowania, że teraz ma poradzić sobie z obiektem… Uniwersytet Gdański (!), któremu ponoć połowę akwenu sprzedano. (A tak na marginesie: rybacy, z którymi rozmawiałem, mówili mi, że opieka Morskiego Instytutu Rybackiego była przydatna w przeciwieństwie do tego, co robi teraz „nowy” opiekun, czyli UG).

Rok temu wokół portu wojennego były jeszcze obiekty budowlane w zupełnie dobrym stanie. M.in. pralnia koszarowa, sprzed której to właśnie zabrać miała Lecha Wałęsę do Stoczni Gdańskiej motorówka admirała Janczyszyna w sierpniu 1980. Bo to był skok przez zatokę, a nie przez płot. Ta pralnia – słyszę od przedstawicieli władz miasta – podobno stanowiła niebezpieczeństwo, bo kręcili się tam… menele i mogliby się uszkodzić. Choć pamiętam, że jeszcze rok temu trwały tam jakieś prace budowlane. A nawet teren ten stanowił bazę dla historycznych pojazdów wojskowych, bowiem od kilku lat na Helu organizowany jest przez urząd miasta D-Day, taka wojenna zabawa ku uciesze wczasowiczów. Ponoć nawet niewiele kosztuje, bo tylko 80 tysięcy złotych. Zjeżdżają się na nią miłośnicy militariów. Również z Niemiec.

A jeśli już o militariach, to znowu bomba. Polska – bo to nie jest sprawa na miarę miasteczka – ma swojego rodzaju skarb podwodny. On nie nam służył. Ale znajduje się od 20 września 1943 roku wbity na głębokości 60 metrów w polskie żywe ciało, właśnie w nasz Półwysep Helski, zaledwie pół mili od wybrzeża na wysokości historycznego morskiego punktu świetlnego Góry Szwedów. To ostatni już na świecie – w całości, nieuszkodzony U-boot typu VII C. Jest wart dziś co najmniej 5–10 milionów dolarów, właśnie jako zabytek, relikt strasznej wojny. Jest w doskonałym stanie, bo zatonął w wyniku wypadku w czasie ćwiczeń. To był rejon treningowy niemieckich okrętów podwodnych.

Telewizja Polska w latach 70. przy pomocy Marynarki Wojennej podejmowała akcję wydobycia. Byliśmy nawet blisko celu, zyskując materialne zainteresowanie Niemców. Niestety, gdy dochodziło do finalizowania akcji historia – sierpień ʹ81, stan wojenny – zniweczyła plany. U-boot ciągle czeka. Oczywiście nie na niedołęgów niepotrafiących zarobić stosunkowo łatwych pieniędzy. Na ludzi z wyobraźnią.

Dupą do morza

Często rozmawiam z tzw. ludźmi morza. Ze starymi wilkami morskimi, którzy przepływali – przeżyli życie na morzu i z młodymi marynarzami, oficerami marynarki cywilnej i wojskowej, z rybakami, stoczniowcami. Polska – mówią – jest odwrócona czterema literami do morza. Zmarnowano dorobek. Dźwiga się to wszystko mozolnie. Może i coś drgnęło, drgnie. Ale szczury lądowe nie czują wiatru od morza ani nawet interesu, jaki można na nim zrobić.

Monety znalezione w żołądku foki Krysi z fokarium na Helu Fot. MOs810, CC A-S 4.0, Wikimedia.com

Defekują larwami nicienia helskie foki z fokarium. Osobiście nie cierpię zniewolenia zwierząt. Tu miała być tylko ich lecznica. Dziś u wylotu Wisły żerują ich tysiące. Niech płyną sobie do bogatej Szwecji. Morskie zoo przyciąga, ale przykład niewolnictwa to nic wychowawczego. Obok jest malutka plaża, zatoka i stłoczeni, kąpiący się tam ludzie. Miasto ją sprzedało… gdańskiemu uniwersytetowi (!). Szkoda, że nie Sanepidowi.

Jest 4 rano, rybacy wypływają na połów. Duże i małe jednostki. Widzę za sterem niewielkiej łodzi połowowej kobietę. Rybaczka wypływa na połów. Portem teraz kieruje również kobieta. Urzęduje w budynku – kilkunastometrowym jaju – na falochronie. Piękny to urząd ze wspaniałym widokiem. Kilkanaście lat stał bezczynnie. Właśnie go zagospodarowują. Na dole sanitariaty. Szkoda tylko, że miasto za skorzystanie z prysznica nawet od harcerzy i studentów bierze aż 10 zł. Bez ulgi. To nie jest popieranie żeglarstwa.

Wprawdzie pchają się do miasteczka różni notable. Ale ich obietnice kończą się po zakupie penthousu. Kupują i spędzają tu miesiąc – dwa. Nie wiedzą, że 7 km za cyplem na 70 metrach leży bomba z opóźnionym zapłonem. To „Frankel”, tankowiec niemiecki zatopiony przez rosyjskie samoloty w ostatnich dniach wojny. Miał ponad 200 metrów długości, jest rozwalony na trzy części i rozwleczony po dnie. W ładowniach ma nadal tysiące ton skawalonego mazutu. Wszyscy tu o tym wiedzą. Władze miasta z tym niebezpieczeństwem same sobie nie poradzą, Marynarka Wojenna – olewa, władze centralne mają inne problemy i tak już jest od 1945 roku. Następnym pokoleniom zostawia się problem. Tak samo przecież bałtyckie kraje odnoszą się np. do iperytu w głębinach, m.in. koło Bornholmu, gdzie teraz przebiegają rury Nord Stream i nasza Pipe.

W lesie na cyplu istnieje polana planowana pod lądowisko dla helikopterów ratowniczych. Potem chciano tu wcisnąć hotel. Teraz jest składowisko materiałów budowlanych. Wszystko w pobliżu najpiękniejszej polskiej, strzelistej, ceglanej latarni morskiej, wybudowanej w dwudziestoleciu międzywojennym. Obok stylowy dom latarnika. Ale wszystko przebiła sławna „działka Sawickiej”, którą turystom pokazują, choć nie wiadomo, co z nią będzie.

Niedaleko potencjalnego lądowiska znajduje się ukryty wśród drzew wielki militarny zabytek. To ogromny bunkier, zbudowany pod koniec lat 40. już dla ludowego wojska. I może dlatego pogardzony. W schronie był punkt koordynujący ogień artylerii helskiej. Jeśli uda się tam wcisnąć przez zaporowe wrota, jest co zwiedzać – labirynt korytarzy i pomieszczeń nie do końca jeszcze rozkradzionych przez złomiarzy. Kilkudziesięciocentymetrowe ściany. Kilkudziesięciometrowej szerokości i długości obiekt.

Na jednym ze wzgórz przed plażą, zachowany nieźle punkt artyleryjski. Kilkudziesięciometrowej wysokości. Z góry byłaby fantastyczna panorama na cały umocniony rejon obronny, długie linie okopów i schrony – gdyby nie wyłamane schody.

Latarnia morska na Górze Szwedów | Fot. T. Lerczak, CC A-S 4.0, Wikimedia.com

Brzegiem na północ dochodzimy do historycznej wieży. To punkt świetlny dla żeglarzy, sprzed wieków – Góra Szwedów. Zakneblowany i porzucony. Mógłby być atrakcją turystyczną, jest ruiną. Nazwa pochodzi od bitwy morskiej. Najpierw daliśmy Szwedom łupnia, ale nie do końca. Zlekceważono odwet. Tymczasem Szwedzi wrócili i spalili nasze okręty. Bolesna nauczka. Ten dawny punkt świetlny przez kilkaset lat był ważny dla marynarzy i rybaków. Dziś jest zapomniany.

Gdy pytałem o te sprawy miejscową władzę, patrzyła na mnie zdumiona. Niestety sami sobie nie poradzicie. Następuje wyludnienie. Potrzebny jest plan strategiczny. Potrzebny jest ktoś na miarę Eugeniusza Kwiatkowskiego. Na te grunty dybią liczni, by podzielić i zawłaszczyć. Ale szczury lądowe nawet z wielką kasą to zła opcja. Władza samorządowa musi mieć zaufanie i autorytet.

Artykuł Stefana Truszczyńskiego pt. „Hel jest hen” znajduje się na s. 16 listopadowego „Kuriera WNET” nr 101/2022.

 


  • Listopadowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Stefana Truszczyńskiego pt. „Hel jest hen” na s. 16 listopadowego „Kuriera WNET” nr 101/2022

Jacek Liziniewicz: Szczyt klimatyczny podszyty jest hipokryzją

Dziennikarz „Gazety Polskiej”) o szczycie klimatycznym w Egipcie i hipokryzji elit propagujących walkę z globalnym ociepleniem.

W Egipcie, w mieście Szarm el-Szejk rozpoczął się szczyt klimatyczny ONZ o nazwie COP27. To prestiżowe spotkanie ma na celu znalezienie rozwiązań przeciw zmianie klimatu.

Nasz gość – stały współpracownik „Gazety Polskiej Codziennie” i  tygodnika „Gazeta Polska” nie podziela jednak optymistycznej narracji ONZ.  Nazywa po imieniu hipokryzję oficjalnego dyskursu klimatycznego:

Kiedy używamy smartfonu, zużywamy rzadkie pierwiastki wydobywane w warunkach quasi-niewolniczych w najbiedniejszych miejscach świata. Ale przeciętnemu człowiekowi to nie przeszkadza, bo ma elektroniczną zabawkę w preferencyjnej cenie. Konferencja ma pokazać, że wielcy tego świata choć trochę się przejmują losem „współczesnych niewolników”.

Zdaniem naszego gościa, problemem nie są „brudne” źródła energii, takie jak węgiel czy ropa naftowa, ale nieodpowiedzialne zużycie zasobów; słowem – konsumpcjonizm.

Zamiast jednego samochodu spalinowego zdaniem światowych elit lepiej kupić dwa elektryczne.

– mówi publicysta.

Więcej szczegółów – w audycji!

Posłuchaj:

Czytaj też:

Ryszard Czarnecki: polityka klimatyczna będzie realizowana, nawet jeżeli Komisja Europejska teraz taktycznie się cofnie

Bogusław Ziętek: Dopóki nie powstanie polska elektrownia atomowa, jesteśmy skazani na energetykę opartą na węglu!

Fot. Pixabay

Przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień ’80” rozmawia z Magdaleną Uchaniuk o niedoborach węgla i przyczynach protestu związkowców pod biurem Mateusza Morawieckiego.

Od kilku miesięcy w Katowicach trwają protesty związków zawodowych pod biurem poselskim Mateusza Morawieckiego. Jak twierdzi przewodniczący WZZ „Sierpień ’80”, przyczyną protestów jest przede wszystkim… oszczędność:

Musimy się zastanowić, czy musimy utrzymywać takie biura poselskie, jak to Mateusza Morawieckiego. Przychodzimy do jego biura regularnie, co poniedziałek – i nigdy go nie zastaliśmy! Pracownicy biura nie potrafią powiedzieć , kiedy będzie. Jeśli premier nie korzysta z biura, to powinno ono zostać zlikwidowane.

– mówi Bogusław Ziętek.

Gość Magdaleny Uchaniuk wskazuje również na nieracjonalną politykę energetyczną rządu:

Polskie kopalnie produkują węgiel po 400 zł za tonę. Natomiast import węgla kosztuje 2000 zł za tonę. Twierdzenie, że polski węgiel  jest nieopłacalny, wynika z tego, że jest to nasz węgiel – a są środowiska, które chciałyby zarobić na sprzedaży węgla Polsce.

Odsłuchaj rozmowy już teraz!

[ARP]

Posłuchaj:

Czytaj też:

Bogusław Hutek: premier Morawiecki chce wykorzystać górników przez dwa, trzy lata, a potem dalej kupować węgiel z Rosji

Zbigniew Gryglas: Kanał przez Mierzeję będzie miał wpływ na rozwój turystyki

Gościem Łukasza Jankowskiego jest były wiceminister aktywów państwowych, Zbigniew Gryglas. Na antenie naszego radia komentuje m.in. ekonomiczny aspekt ukończenia kanału przez Mierzeję Wiślaną.

Zbigniew Gryglas, członek rady nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej, wskazuje w rozmowie na trudny status Mierzei Wiślanej.  Przebiega przez nią granica polsko-rosyjska, więc ruch wodny w tym obszarze jest utrudniony. Jego zdaniem, rozwiązaniem tego problemu była budowa Kanału.

Tu chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo i suwerenność. Przypomnę, że dotychczas musieliśmy prosić Rosję o tranzyt przez ich część Mierzei.

Polityk zdradza również bardzo ambitne plany obozu rządzącego co do rozwoju regionu:

Mamy nadzieję, że Elbląg stanie się – po Szczecinie, Gdyni, Gdańsku i Świnoujściu piątym portem Rzeczypospolitej. Pamiętam dyskusję w Sejmie parę lat temu. Zarówno wśród koalicji, jak i opozycji głosy były podzielone. Ale dziś ten nadzwyczajny czas, czas wojny pokazuje, że państwo suwerenne powinno takie inwestycje podejmować.

– podkreśla Gryglas.

Dalsza część audycji poświęcona jest energetyce. W całej Europie ludzie boją się, jak będzie wyglądać zima. Czy czekają nas przerwy w dostawie prądu? Przerwy w dostawie wody? Całkowity blackout? Zbigniew Gryglas odpowiada:

Muszę uspokoić słuchaczy […]. Trwają duże inwestycje – w ubiegłym tygodniu wróciłem ze Szczecina. Budujemy tam jedną z największych elektrowni gazowych w Europie. Wypełniamy zatem lukę energetyczną po węglu. […] Musimy mieć niezależność energetyczną, bo jest ona składnikiem suwerenności państwa.

Czy podzielacie zdanie przedstawiciela PGE?

[ARP]

Posłuchaj audycji:

Czytaj również:

Uroczyste otwarcie kanału żeglugowego na Mierzei Wiślanej. Sprawę komentuje Marek Jakubiak

Prof. Czerniejewski: jeżeli nie wyeliminujemy źródeł zanieczyszczeń katastrofa taka jak na Odrze będzie się powtarzała

Martwe ryby w Odrze, 13 sierpnia 2022 r./Hanno Böck/CC0 1.0

„Ingerencja człowieka na przestrzeni lat spowodowała całkowitą zmianę systemu rzecznego” – mówi wykładowca Wydziału Nauk o Żywności i Rybactwa ZUT prof. Przemysław Czerniejewski.

Prof. Przemysław Czerniejewski informuje, że wojewoda zachodniopomorski przywrócił możliwość prowadzenia działalności gospodarczej na Odrze i na jeziorze Dąbie. Wykładowca Wydziału Nauk o Żywności i Rybactwa ZUT mówi, że pierwotną przyczyną katastrofy ekologiczną były złote algi, a wtórną rozkładające się na dnie ryby.

Przyczyną katastrofy na Odrze był czynnik typowo biologiczny.

Nie znaczy to jednak, że do katastrofy nie przyczyniła się ludzka działalność.

Ingerencja człowieka na przestrzeni lat spowodowała całkowitą zmianę systemu rzecznego.

Czy można się spodziewać podobnych katastrof ekologicznych w przyszłości? Gość Kuriera w samo południe sądzi, że tak. Wskazuje, że w większości polskich rzek i ich dorzeczach zawartość biogennych pierwiastków jest duża.

Jeszcze przed katastrofą ekologiczną mieliśmy do czynienia z wieloma symptomami związanymi z tym, że może nastąpić właśnie tego typu kataklizm, to znaczy zawartość poszczególnych pierwiastków w szczególności pierwiastków biogennych, ale nie tylko, była bardzo wysoka.

Czytaj także:

Wojewoda zachodniopomorski o katastrofie nad Odrą: robimy wszystko, by zminimalizować skutki przyduchy

Kilkaset punktowych źródeł zanieczyszczeń zrzuca swe częściowo oczyszczone ścieki do Odry. Jak zaznacza ekspert,

Jeżeli nie wyeliminujemy tych punktowych źródeł zanieczyszczeń taka katastrofa będzie się powtarzała.

Rozmówca Jaśminy Nowak stwierdza, że najlepiej byłoby przywrócić rzeki do ich pierwotnego kształtu. Wówczas takie tragedie by się nie zdarzały. Jest to jednak praktycznie niemożliwe. Prof. Czerniejewski mówi także o restytucji ryb w Odrze. Zająć to może nawet kilkanaście lat.

Powinniśmy przeprowadzić na początku, chociaż roczne badania zmian jakie miały miejsce podczas tej katastrofy ekologicznej.

A.P.

Prof. Mariusz Czop: traktujemy wody powierzchniowe jako darmowy, naturalny odbiornik ścieków

Martwa ryba / Fot. Publicdomainpictures.net (CC0 Public Domain)

Zmiany klimatyczne, zrzuty ścieków i polityczne przepychanki. Hydrolog o skażeniu Odry.

Niestety, nie jesteśmy bliżej wyjaśnienia katastrofy na Odrze, ponieważ zaczęły się polityczne przepychanki

Dr hab. inż. Mariusz Czop zauważa, że na razie nadal dysponujemy szczątkowymi danymi, przede wszystkim niemieckimi. Na ich podstawie można ocenić, że

Prawdopodobne jest to, że zbyt duże zrzuty zasolonych wód i ścieków przemysłowych spowodowały idealne warunki dla rozwoju glonów, które po prostu zakwitły.

Zdaniem naszego gościa winę za katastrofę ponosi zła gospodarka wodna przejawiająca się w praktycznie niekontrolowanym zrzucie ścieków przemysłowych do Odry. Zauważa, że

Ewidentnie, mamy niekorzystne zmiany klimatyczne.

Wskazuje, że im wyższa temperatura, tym mniejsza rozpuszczalność tlenu w wodzie. Najgorsze jednak jest zanieczyszczenie substancjami zrzucanymi do rzeki przez ludzi.

Nie możemy zwalać wszystkiego na zmiany klimatyczne. […] Musimy poprawić gospodarkę wodną i nie zrzucać takiej ilości ścieków do wód gruntowych.

Prof. Czop stwierdza, że traktujemy wody gruntowe jak śmietnik. W rezultacie trzeba sięgać do wód podziemnych. Ocenia, że żaden z rządów w ostatnich dekadach nie zajmował się w sposób wystarczający ochroną środowiska. Temat był marginalizowany.

W ostatnich dziesięcioleciach żaden rząd nie zajmował się wystarczająco sprawami ochrony środowiska.

Rozmówca Jaśminy Nowak odnosi się do twierdzeń, że bez zrzucania odpadów do wód powierzchniowych działalność korporacji byłaby nieopłacalna. Zauważa, że zrzut wody zawsze będzie tańszy od najtańszych nawet rozwiązań ekologicznych.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

A.P.

Jacek Ozdoba: Musimy mieć pewność, co było przyczyną śmierci ryb

Jacek Ozdoba w Radiu Wnet / copyright: Radio Wnet

Sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska Jacek Ozdoba o katastrofie ekologicznej w dolinie Odry.

Jacek Ozdoba przedstawia najnowsze ustalenia strony polskiej w kwestii katastrofy ekologicznej w dolinie Odry. Wskazuje, że wyniki badań polskich są zgodne z badaniami niemieckimi:

Rtęć jako przyczyna śmierci ryb została wykluczona zarówno przez stronę niemiecka jak i polską.

Ponadto władze rozpatrują inne możliwe przyczyny śnięcia ryb, zarówno sztuczne (np. atak terrorystyczny), jak i naturalne (np. „przyducha” – zmniejszenie ilości tlenu  w wodzie pod wpływem temperatury).

Czy Odra stanie się „martwą rzeką”? Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego odpowiada:

 Są odcinki rzeki, gdzie wymarcie ryb w ogóle nie nastąpiło. Wczoraj osobiście widziałem zdjęcia z sonarów, które jednoznacznie wskazują, że w Odrze nadal żyją ryby i inne organizmy wodne.

Więcej szczegółów – w audycji!

Posłuchaj:

Czytaj także:

Lodowce topnieją w niespotykanym dotąd tempie! Czy grozi nam katastrofa ekologiczna?

Krzysztof Szymański wędkarz o zakażeniu Odry: to najbardziej zarybiona rzeka w Polsce, jedyna spławna arteria wodna

Rozmawiamy o zakażeniu Odry przez niebezpieczne toksyny. Nie wiadomo, kto wywołał zagrożenie, ani jak zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu w wodzie szkodliwych substancji.

Posłuchaj całej rozmowy!

Wędkarz Krzysztof Szymański:

To jest olbrzymia strata, bo Odra jest najbardziej obfitą w ryby rzeką w Polsce. Rybostan jest tam bardzo dorodny. Pozbycie się tych zanieczyszczeń i powrót do dobrej jakości wody zajmie co najmniej parę dobrych lat. Odra to ostatni, jedyny szlak, gdzie regularnie odbywa się żegluga śródlądowa. To ostatnia taka arteria, płynie także przez rejony przemysłowe.

Gość Radia Wnet mówi, że rzeka jest bardziej żywym organizmem niż jakikolwiek inny zbiornik wodny.

Nie wiem czy są jakieś mechanizmy, by zatrzymać przemieszczające się w wodzie toksyny. Moim zdaniem raczej nie – komentuje Krzysztof Szymański.

O Polskim Związku Wędkarskim:

Trzeba brać sprawy w swoje ręce, mimo że jesteśmy tylko grupą pasjonatów. Musimy uświadamiać całe społeczeństwo, że nasz kraj to nie tylko ziemia, a także cenna woda. Jest to nie mniej ważny składnik.

Wakacje od wojny. PKWP pomaga dzieciom z Syrii

28 lipca obchodzimy Dzień Przeciążenia Ziemi

„Od 1 stycznia do 28 lipca ludzkość wykorzystała tyle zasobów, ile jest w stanie odtworzyć w ciągu całego roku” – przekazał szef organizacji pozarządowej Global Footprint Network – Mathis Wackernagel.

Wackernagl twierdzi, że ciężar wykorzystywania zasobów planety nie jest równomiernie rozłożony. Gdyby cały świat żył jak Amerykanie, Dzień Przeciążenia Ziemi wypadłby w tym roku 13
marca.  Global Footprint Network podała, że

W sumie ponad połowa potencjału biologicznego planety (55 proc.) jest wykorzystywana do wyżywienia ludzkości

Rozwiązaniem, które polepszyłoby sytuacje jest ograniczenie spożywania mięsa. Dotyczy to szczególnie krajów wysokorozwiniętych.

Źródło: dziennik.pl

Czytaj także:

Ukryte skarby – 27.07.2022 r. – Rzucewo

 

N.G.