Kibice Legii Warszawa upominają się o pamięć ofiar Rzezi Wołyńskiej. Wieniec i znicze przy Pomniku Rzezi Wołyńskiej

11 lipca 2024 roku, w czwartkowy, burzowy, ulewny wieczór liczna delegacja kibiców Legii Warszawa złożyła wieniec przy Pomniku Rzezi Wołyńskiej oraz zapaliła znicze przy pomniku 27 Dywizji Piechoty AK na warszawskim Marymoncie.   Kibice Legii Warszawa niezłomnie, często pod prąd czują polskie sprawy zdecydowanie lepiej niż niejeden polski rząd po roku 1989. Zawsze wierni idei miłości do Ojczyzny utożsamiają ją ze słabymi i zapomnianymi, […]

11 lipca 2024 roku, w czwartkowy, burzowy, ulewny wieczór liczna delegacja kibiców Legii Warszawa złożyła wieniec przy Pomniku Rzezi Wołyńskiej oraz zapaliła znicze przy pomniku 27 Dywizji Piechoty AK na warszawskim Marymoncie.

 

Kibice Legii Warszawa pamiętają o ofiarach Rzezi Wołyńskiej. Warszawa 11 lipca 2024. Fot. Kibice Legii Warszawa

Kibice Legii Warszawa niezłomnie, często pod prąd czują polskie sprawy zdecydowanie lepiej niż niejeden polski rząd po roku 1989. Zawsze wierni idei miłości do Ojczyzny utożsamiają ją ze słabymi i zapomnianymi, tak jak ofiary bandyckich, okrutnych i nie znajdujących w Europie ostatnich dwóch wieków podobnych krwawych rzezi.

Poniżej oświadczenie kibiców Legii Warszawa w 81. rocznicę Krwawej Niedzieli. Wielki szacunek Panowie dla Was!

Tomasz Wybranowski

 

 

81 lat temu, w niedzielę 11 lipca 1943 roku Ukraińcy pod sztandarami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii i wielu niezrzeszonych, tzw. „siekierników”, zaatakowali 99 miejscowości na terenie polskiego województwa Wołyńskiego.

Spłynęły krwią i stanęły w ogniu Poryck, Lachów, Gurów, Nowiny, a nieco wcześniej Janowa Dolina. Wymieniać można bardzo długo. Wszystkie te nazwy można przeczytać na marymonckim Pomniku Rzezi Wołyńskiej.

Ludobójstwo na Polskich mieszkańcach Wołynia było przeprowadzane ze szczególnym okrucieństwem. Rzadko kiedy ktoś ginął od broni palnej. Polacy byli masakrowani siekierami, tasakami, cięci piłami, tłuczeni młotkami, przebijani widłami. Wszyscy jak jeden – w tym kobiety i dzieci.

Porażają liczby ofiar z poszczególnych miejscowości: 70 osób, 200 osób, 410 osób, 600 osób…

 

Potem hekatomba rozlała się na Małopolskę Wschodnią. Rejony Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa oraz na Podole… Tam miały miejsce kolejne ukraińskie akty ludobójstwa dokonywane na Polakach, których zresztą mieszkało tam znacznie więcej niż na samym Wołyniu.

W chwili obecnej strona polska jest w stanie udokumentować 120tys. zamordowanych osób, acz nasi historycy podają już ilość 130 tys. W ramach polskich akcji odwetowych Ukraińcy ponieśli mniej niż 17 tys. ofiar.

I z uwagi na powyższe nie może być tu mowy, o jakiejś forsowanej przez ukraińskich oficjeli teorii „symetrii”. „Symetrii” rzekomo wynikającej z regularnej wojny polsko-ukraińskiej. Po pierwsze 120 tys. nie równa się  17 tys. Po drugie my nie prowadziliśmy z Ukraińcami żadnej wojny. To ich formacje zbrojne po prostu napadły naszą bezbronną ludność cywilną.

Głośna była całkiem niedawno sprawa wsi Ostrówki i Wola Ostrowiecka. We wsi Ostrówki Ukraińcy zamordowali 438 osób, w tym 246 dzieci; a w Woli Ostrowieckiej 529 osób, w tym 220 dzieci… Dzieci do lat 14-stu.

Zajmujący się katalogowaniem ukraińskich zbrodni na Polakach dr Leon Popek z Instytutu Pamięci Narodowej ma namierzone miejsca pochówku zamordowanych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej Polaków (i nie tylko). Chce ich wydobyć z bezimiennych dołów śmierci i zapewnić im miejsce godnego pochówku. Na to nie ma zgody ukraińskich władz.

 

 

Nie ma na to zgody ukraińskich władz, pomimo tego co Polacy i Państwo Polskie po 24 lutego 2022 roku, to jest po rosyjskiej inwazji na Ukrainę zrobiły dla Ukraińców i dla samej Ukrainy. I to samo dotyczy wszystkich innych ofiar przedmiotowej zbrodni, a pamiętajmy, że ostatni świadkowie tamtych wydarzeń właśnie wymierają – i niebawem nie będzie już komu wskazać miejsc, w których  wrzucono do dołów śmierci bestialsko zamordowanych Polaków.

Podkreślmy, to nie dotyczy tylko tych dwóch wsi. Nie ma zgody ukraińskich władz na żadne ekshumacje dotyczące pomordowanych Polaków, pomimo, że strona ukraińska nie wyda na nie ani jednej hrywny, jako że wszystko chce sfinansować strona polska (IPN). Za to bez przeszkód można ekshumować poległych Niemców z czasów II Wojny Światowej, ofiary NKWD z czasów sowieckich – tu nie ma problemu, i te prace mimo toczącej się wojny na Ukrainie aktualnie trwają.

A tymczasem 95% zamordowanych Polaków nie ma godnego miejsca pochówku. Często nawet nie wiemy, gdzie ich szczątki się znajdują…

Rok temu w 80. Rocznicę Krwawej Niedzieli wizytował Warszawę prezydent Ukrainy Włodzimierz Zełeński. W zamian za udzieloną pomoc czekaliśmy na jakiś gest. Ten gest nie nastąpił. Historia lubi się powtarzać. W tym tygodniu również był on w naszej Stolicy. I nie zmieniło się nic.

To jest Szanowni Państwo sytuacja całkowicie niedopuszczalna, niesłychany skandal! Wstyd i hańba!

Ale to nie jest żadna niespodzianka.  Jest dobra okazja jak stosunek Ukraińców do Polaków pokazać na przykładzie tego, co zaistniało we Lwowie, bo to jest taki symboliczny obraz przedmiotowej sprawy. Otóż w Śródmieściu Lwowa jest największa polska szkoła, słynna Dziesiątka. Mieści się ona przy ul. Hr. Sapiehy, przemianowanej przez Ukraińców na Stefana Bandery.

I o ile możemy się tu jeszcze doszukiwać przypadku, ponieważ dalej przy tej ulicy postawili sobie pomnik Bandery, to na budynku tejże polskiej szkoły Ukraińcy zamontowali tablicę poświęconą pamięci Romana Suchewycza (Tarasa Czuprynki) bezpośrednio odpowiedzialnego za wywołanie Rzezi Polaków.

To już na przypadek na pewno nie wygląda. Do tego jak ulicą Sapiehy idzie się w stronę kościoła Św. Elżbiety – mamy ulicę Dzieci Lwowskich. Ukraińcy przemianowali ją na Bohaterów UPA. I co, przypadek? Akurat tą ulicę mając do wyboru dziesiątki innych? – Odpowiedzcie sobie sami…

Jesteśmy dzisiaj w ogromnej mniejszości, jako wołający o pamięć i godny pochówek dla naszych Rodaków z Wołynia i południowo wschodniej Polski w granicach II RP.

Zatem Wieczna Pamięć niewinnym, pomordowanym Polakom!                                    I wieczna hańba ich ukraińskim oprawcom…

 

 

Kibice Legii Warszawa pamiętają o ofiarach Rzezi Wołyńskiej. Warszawa 11 lipca 2024. Fot. kibice Legii Warszawa

I jeszcze gorący apel od Kibiców Legii Warszawa:

Wszystkie Życzliwe Dusze pragnące udzielić wsparcia Naszym Lwowiakom mogą poczynić darowiznę na niżej wymieniony numer konta Fundacji Pogoń Lwów:

PKO Bank Polski S.A.

80 1020 3017 0000 2802 0521 0846 

fundacjapogonlwow.pl

fundacjapogonlwow.pl/wspieraj

pogon.lwow.net

 

P.OFMC

Wiatr we włosach czyli Bogusław Urbaniak i opowieści motocyklowe – Kiedyś to było 16.04.2024 r.

Bogusław Urbaniak na torze motocrossowym w Olsztynie

Zapraszamy na motorową przejażdżkę do lat 60. i 70., a to za sprawą kilkunastokrotnego Mistrza Polski w motocrossie. Opowieść o motorowych przygodach z udziałem aktora Steve’a McQueen’a.

Reportaż „Szybciej się przemieszczałem” czyli opowieść o wielokrotnym Mistrzu Polski w motocrossie Bogusławie Urbaniaku. Dodatkowo podróż śladami utworów muzycznych tych polskich i zagranicznych poświęconych motorom.

Strona internetowa Pana Bogusława Urbaniaka – https://bogdanurbaniak.wordpress.com/

Wspieraj Autora na Patronite

Nie zapominajcie o tych, którzy już nie śpiewają – wspomnienie Leszka Długosza – Kiedyś to było 26.03.2024 r.

 

34 rocznica śmierci Kazimierza Deyny. Legendę polskiego futbolu wspominają: Andrzej Strejlau i Łukasz Zarzeczny

Kazimierz Deyna / Fot. z książki Wiktora Bołby "Kazimierz Deyna. Geniusz futbolu, książę nocy"

Król strzelców i złoty medalista IO w Monachium, wicemistrz olimpijski w Montrealu, członek 3. drużyny świata w 1974 r., 2-krotny mistrz Polski z Legią Warszawa.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Aleksy Antkiewicz i Zygmunt Chychła: pierwsi polscy medaliści olimpijscy po II wojnie światowej

Polskie kluby wciąż w grze na europejskich arenach. Podoliński: nie możemy przesadzić z pewnością siebie

Kibice Lecha Poznań/Źródło: Wikimedia

„Pamiętajmy, że rywale będą coraz mocniejsi. Zauważyłem w ostatnich meczach dobre przygotowanie fizyczne. Sukcesy Rakowa każą łaskawiej spojrzeć na polskich trenerów”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Czas na Motorsport #22 – Tymek Kucharczyk o podium na Silverstone i Dariusz Szymczak o Grand Prix Belgii

Legia Warszawa zdobywa Puchar Polski

Artur Jędrzejczyk, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Stołeczny zespół pokonał Raków Częstochowa po serii rzutów karnych 6:5. Zawodnikom Marka Papszuna nie udała się misja zdobycia tego trofeum po raz trzeci z rzędu.

Decydującym momentem meczu był spudłowany karny Mateusza Wdowiaka, po którym zawodnicy i kibice „Wojskowych” wybuchnęli radością. Wcześniej, udane próby zaliczyli: Fran Tudor, Stratos Svarnas, Fabian Piasecki, Bartosz Nowaki i Jean Carlos ( Raków) oraz Bartosz Slisz, Maciej Rosołek, Rafał Augustyniak, Patryk Sokołowski, Paweł Wszołek i Maik Nawrocki (Legia).

Sukcesu Legii by nie było, gdyby nie bardzo pewna postawa w bramce Kacpra Tobiasza. Młody golkiper kilkukrotnie uchronił swój zespół przed stratą gola.

Już na początku meczu Legia musiała zmagać się z dodatkowym utrudnieniem w postaci czerwonej kartki dla środkowego obrońcy Yuriego Ribeiro. Jednak, jego brak nie był aż tak bardzo widoczny dzięki bardzo dobrej postawie pozostałych stoperów: Rafała Augustyniaka, Artura Jędrzejczyka, a potem także Maika Nawrockiego. Z kolei środek pola opanowali zawodnicy z Częstochowy; przede wszystkim Giannis Papanikolau i Ben Lederman. Legionista Bartosz Slisz, grający na pozycji defensywnego pomocnika, również zaprezentował się na niezłym poziomie.

Sędzia Piotr Lasyk poprowadził mecz bez większych kontrowersji. Uwagę zwraca aż siedem żółtych kartek pokazanych piłkarzom.

Raków Częstochowa nie zdobył Pucharu Polski po raz trzeci z rzędu; jednak niemal pewne jest, że wygra rywalizację w lidze. Brakuje mu do tego zaledwie punktu, a do rozegrania są jeszcze cztery mecze.

Tak na antenie Radia Wnet na gorąco relacjonowaliśmy radość piłkarzy i kibiców Legii po wygranym finale:

Porozmawiajmy o Sporcie: zwycięstwo Zmarzlika w zawodach żużlowej GP w Gorican, walka o utrzymanie w Ekstraklasie

Artur Boruc zakończył karierę. W jego pożegnalnym meczu Legia zremisowała z Celtikiem 2:2

Artur Boruc, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Polski bramkarz w czwartek zagrał swój ostatni mecz w karierze, W specjalnym spotkaniu o nazwie King’s Party Legia Warszawa zremisiowała z Celtikiem F.C. 2:2.

Legia to najważniejszy klub w dwudziestosześcioletniej karierze seniorskiej byłego reprezentanta Polski. Bramkarz był niezwykle mocno związany emocjonalnie ze stołecznym klubem, stąd też kibice Legii bardzo go cenią.

Boruc doskonale bawił się z publicznością zgromadzoną na meczu z Celtikiem. Po ostatnim gwizdku przemówił do kibiców, lecz ze wzruszenia załamał się mu głos. W innym momencie zaczął śpiewać jedną z piosenek Legii, a gdy przerwał śpiewanie kontynuowali jego fani.

Bramkarz, który grał na mundialu w Niemczech oraz na Euro 2008 i Euro 2016, pożegnał się z Łazienkowską, robiąc rundę dookoła murawy, podczas której przybijał piątki z kibicami.

Celtic to druga jego ważna drużyna. W Glasgow zdobył trzy tytuły mistrza Szkocji.

Czytaj także:

Artur Partyka: serce zabiło mi mocniej, kiedy się potwierdziło, że Robert będzie grał w Barcelonie

Do przerwy między słupkami po stronie Legii stał właśnie Artur Boruc. W tym czasie Legia straciła dwie bramki. Boruca pokonali Reo Hatate i Daizena Maedy.

Bohater tego meczu nie wyszedł już na drugą połowę. Zastąpił go Kacper Tobiasz. Legia bardzo szybko zabrała się za nadrabianie strat – kontaktową bramkę w 46. minucie zdobył Maciej Rosołek. W 66. minucie do remisu doprowadził Josué Pesqueira.

Mecz zakończył się rezultatem 2:2, jednak nim wybrzmiał ostatni gwizdek, na murawę powrócił on – król Artur. Wówczas obie drużyny utworzyły dla niego szpaler.

K.K.

Galeria:

Artur Boruc, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
Artur Boruc, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Przeczytaj więcej o karierze Artura Boruca:

 

Czas pożegnać króla, czyli słów kilka o karierze Artura Boruca

 

Czas pożegnać króla, czyli słów kilka o karierze Artura Boruca

fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Dziś o 18 na stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego odbędzie się mecz pożegnalny Artura Boruca. W tym tekście podsumowujemy barwną karierę polskiego bramkarza.

Artur Boruc pierwsze kroki w futbolu stawiał w rodzinnym mieście. Mając 9 lat udał się na trening Pogoni Siedlce. Na początku jego piłkarskiej drogi niewiele wskazywało, że zrobi aż tak dużą karierę.

Przez pierwsze lata nic nie wskazywało na to, że przejdzie do historii reprezentacji. Jest duża rotacja zawodników. Dużo dzieci przychodzi, ale też dużo się wykrusza, a on był chłopakiem na tyle luźnym, że jak nie wychodziło, to nie wychodziło, ale przychodził, żeby sobie pokopać

Wspomina na łamach Radia dla Ciebie ówczesny trener Pogoni Lech Poduch. Boruc robił jednak stałe postępy i w sezonie 1996/19997 zadebiutował w pierwszej drużynie zespołu z Siedlec. Miał wtedy 16 lat. Młody bramkarz radził sobie coraz lepiej. W 1998 udał się na testy do Legii Warszawa i zagrał sparing z drugą drużyną. Jego postawa spodobała się na tyle działaczom wojskowych, że zaproponowali mu udział w obozie przygotowawczym. Po nim podpisał kontrakt ze stołeczną drużyną.

Pierwszy pobyt w Legii

Boruc początkowo musiał przecierać się w drugiej drużynie Wojskowych. Powoli adoptował się do życia w stolicy. Nie dał się ponieść jednak zbyt imprezowemu stylowi życia, na co wpływ miała jego choroba.

Leczyłem toksoplazmozę. To choroba występująca u zwierząt, którą każdy z nas ma, ale nie u każdego się uaktywnia. Bakteria występuje najczęściej w odchodach psa czy kota. Być może coś dotknąłem, przetarłem oko i stało się – była to właśnie dolegliwość oka. Przez jakiś okres nikt ze specjalistów nie wiedział, na co mnie leczy (…). Dotknęło mnie to podwójnie, bo jedna z lekarek stwierdziła, że mogę zapomnieć nie tylko o wyczynowym uprawianiu sportu, ale w ogóle o większym ruchu. Poryczałem się.

Wspomina w wywiadzie udzielonym Mateuszowi Skwierawskiemu  bohater naszej opowieści. W szpitalach spędził około trzech miesięcy, lecz w końcu udało mu się pokonać chorobę. Teraz pozostało już tylko skupić się na sporcie i czekać na debiut w pierwszej drużynie. Sytuacja ku temu nadarzyła się 8 marca 2002 roku. Boruc zmienił wtedy Radostina Stanewa. W sezonie 2002/2003 był już podstawowym bramkarzem Legii. Z jego pobytu w Legii kibicom z pewnością w pamięć zapadł strzelony przez niego rzut karny. Miało to miejsce 8 czerwca 2004 roku, w meczu w którym Wojskowi wygrali aż 6:0. Tak samo wydarzenie we wspomnianym już wywiadzie wspomina sam Boruc.

Kibice zaczęli skandować moje nazwisko, Marek Saganowski odwrócił się i krzyknął do mnie: „No to dawaj”. Czasem ćwiczyłem karne w treningach, ale byłem spięty. Nerwy poniosły, wybrałem wariant łatwiejszy do wykonania, dlatego też uderzyłem „pasówką”. Piłka wpadła do bramki, a ja spontanicznie zacząłem wymachiwać chorągiewką.

Boruc stał się ulubieńcem trybun, ale Warszawa stawała się dla niego za ciasna. Przyszedł czas, by spróbować sił za granicą.

Bohater Celticu

Latem 2005 roku po Artura Boruca zgłosił się Celtic Glasgow. Bramkarz na początku miał udać się na wypożyczenie. Do transferu jednak mogło w ogóle nie dojść. Po lądowaniu w Glasgow okazało się, że piłkarz będzie zarabiał mniejszą pensję, niż tę na jaką zgodził się we wstępnych rozmowach z klubem. Boruc postanowił jednak zacisnąć zęby i udowodnić swoją wartość. Udało mu się. Już trzy miesiące poźniej podpisał nową umowę z The Bhoys, choć w między czasie namówić na grą u siebie polskiego bramkarza próbował Arsenal. Dlaczego Boruc odmówił Arsene Wengerowi?

Staram się być osobą lojalną. Staram się… Wydaje mi się, że jestem. Więc, jeśli komuś zaufałem i mieliśmy dobre relacje, to po prostu czasem wolałem stracić, niż zrezygnować z tego, co zbudowałem i w co wierzyłem. Wenger namiawał: – Słuchaj skończy się wypożyczenie z Legii do Celticu i przyjdziesz do nas. – Bardzo Pana przepraszam, ale jeśli dostanę ofertę kontraktu z Celticu, to zostanę. Zaraz mam mistrzostwa świata w Niemczech. Muszę grać, żeby powalczyć o numer jeden w kadrze.

Wspomina Boruc na łamach Przeglądu Sportowego. Król Artur (jak zaczęto go później nazywać) bardzo szybko zdobył serca kibiców nowego klubu. Po kilku tygodniach był już pierwszym bramkarzem. Walnie przyczynił się do wielkich sukcesów święconych przez The Bhoyz. Fani z pewnością długo będą pamiętać wieczór 21 listopada 2006 roku. Ich ukochana drużyna mierzyła się z Manchesterem United i potrzebowała trzech punktów, by zakwalifikować się do kolejnej fazy Ligi Mistrzów. Od 80 minuty Celtic prowadził 1:0. W ostatniej akcji meczy sędzia podyktował jednak rzut karny dla Czerwonych Diabłów. Do piłki podszedł Luis Sacha. Boruc obronił jednak jego strzał i po raz pierwszy wprowadził zespół z Glasgow do fazy pucharowej Ligi Mistrzów.

To wszystko działo się podczas jego drugiego sezonu w Glasgow i myśleliśmy wtedy, że mamy najlepszego bramkarza na świecie! Nigdy nie widziałem tak dobrego bramkarza Celtów, a moja pamięć sięga lat 70-tych.

mówi dla portalu Legia.Net Paul Brennan, dziennikarz sportowy, znawcy historii Celtiku.

Kadra zawodzi, Król Artur daje radę

O tym, że Artur Boruc jest wielkim bramkarzem przekonali się Niemcy na Mundialu w 2006 roku. Był to drugi mecz fazy grupowej. Polacy przegrali kilka dni wcześniej z Ekwadorem. Zwycięstwo zachodnich sąsiadów, oznaczało dla nas koniec gry na mistrzostwach świata. Boruc długo utrzymywał nas w grze, broniąc fenomenalnie strzały Miroslava Klose czy Lucasa Podolskiego. W końcu jednak i on skapitulował. W doliczonym czasie gry drugiej połowy naszego bramkarza pokonał Oliver Neuville i wysłał naszą drużynę do domu.

Kolejnym międzynarodowym turniejem Boruca było Euro 2008. Po raz kolejny nasza kadra nie zaczęła go najlepiej. Porażka na starcie z Niemcami mocno skomplikowała naszą sytuację. Kolejnym przeciwnikiem był współgospodarz turnieju Austria. Długo wydawało się, że tym razem szczęście się do nas uśmiechnie. W 30 minucie bramkę zdobył Roger Guerreiro, a cudów w bramce dokonywał nasz bramkarz. Niestety z pomocą Austriakom przyszedł Howard Webb dyktując w 93 minucie rzut karny. Boruc nie zdołał obronić strzału Ivicy Vasticia i tak oto musieliśmy zadowolić się podziałem punktów…

Włoska przygoda i angielskie wojaże

Rok 2008 to szczyt popularności Artura Boruca. Dobre występy zawodnika w klubie i w kadrze sprawiły, że jego życiem zaczęły coraz bardziej interesować się media. Dla bohatera naszej opowieści nastały ciężkie czasy. Popularność i związany z nią brak życia prywatnego zaczęły go męczyć. Jak sam wspomina na łamach Przeglądu Sportowego:

Byłem zmęczony sobą i tym, kim tam jestem. Siedziałem na strychu, oglądałem filmy i popijałem whisky. Z jednej strony fajne, bo to luźne i sympatyczne chwile, ale chciałem jeszcze pograć w piłkę na dobrym poziomie zrobić coś fajnego.

Piłkarz postanowił zmienić otoczenie. Choć spekulowało się o Milanie, to ostatecznie trafił w 2010 roku do Fiorentiny. Spędził tam dwa sezony, po których postanowił wrócić na Wyspy. Tak oto podpisał kontrakt z Southampton prowadzonym przez Mauricio Pochettino. Początkowo pełnił rolę pierwszego bramkarza. Z czasem jednak w klubie zmienił się trener i Boruc poszedł w odstawkę. W 2014 roku postanowił udać się na wypożyczenie do Bournemouth, grającego wtedy na zapleczu Premier League. Wielu zaczęło mówić wtedy o końcu Boruca. On jednak znów pokazał klasę. Awansował ze swoją drużyną do angielskiej elity. W najwyższej angielskiej lidze pograł jeszcze kilka sezonów. W końcu trzeba było jednak pomyśleć o końcu kariery, a w takim przypadku kierunek mógł być tylko jeden.

Czas wracać do domu

1 sierpnia 2020 roku. Kibice Legi nie mogą uwierzyć w to co widzą. Król Artur wraca do Warszawy. Starsi fani uderzają w sentymentalne tony, młodsi powątpiewają w formę sportową nowego/starego bramkarza. Pojawiają się głosy, że jest za gruby, że nie ma już szybkości ani skoczności. Boruc ma w Legii do spełnienia jedną misję, pomóc wywarzyć bramy europejskich pucharów, zamknięte przed stołecznym klubem od 2017 roku. Pierwsza próba awansu do Ligi Europy okazuje się nieskuteczna. Legia przegrywa w słabym stylu z Karabachem Agdam. Boruc zachowuje się jak prawdziwy lider. Postanawia zostać na kolejny rok w klubie. Jest to dobra decyzja. Legia pod wodzą Czesława Michniewicza dociera do IV rundy eliminacji LE. Na jej drodze staje Slavia Praga, klub bogatszy i posiadający lepszą kadrę. W Pradze obie drużyny strzelają dwie bramki. wszystko ma więc rozstrzygnąć się w Warszawie. Niestety Legia jako pierwsza traci bramkę i sytuacja staje się dla niej bardzo trudna. Wtedy znów swoją klasę pokazuje Boruc. W 53 minucie oko w oko staje z nim napastnik Slavii Stanislav Tecl. Nasz bramkarz wygrywa ten pojedynek i daje tlen kolegom z drużyny. Podbudowana Legia rusza do ataku. Emreli zdobywa dwie bramki i wprowadza klub do upragnionej Ligi Europy.

Dobre zakończenie?

Mógłbym w tym tekście pisać też o ciemnych kartach kariery Boruca. Część osób będzie uważać, że prowadził zbyt imprezowy styl życia, inni wypomną mu aferę alkoholową z 2010 roku po której na półtora roku został usunięty z kadry narodowej. Fani Legii będą pewnie winić swojego bramkarza za to, jak wyglądały jego ostatnie miesiące w klubie. Artur Boruc zrobił jednak dla polskiej na tyle dobrych rzeczy, że w dniu jego święta warto skupić się na pozytywach jego kariery i zgotować mu godne pożegnanie, na które z pewnością zasłużył.

K.B.

Źródło: Przegląd Sportowy, Wirtualna Polska, Legia. Net

Maciej Dobek („Miasto moje, a w nim”): Szymon Jadczak w swoim artykule nie wydobył niczego nowego

od lewej: Maciej Dobek, Kamil Kowalik, Andrzej Karaś; fot.: Daniel Chybowski

Gościem Radia Wnet był prowadzący blog poświęcony Legii Warszawa. Maciej Dobek ocenia ostatni sezon w wykonaniu Legii. Podejmuje także temat Czesława Michniewicza i polskiej reprezentacji.

Prowadzący blog „Miasto moje, a w nim”, skomentował ostatnie rezultaty Legii Warszawa. Maciej Dobek wskazywał na problemy istniejące wewnątrz stołecznego klubu.

Ja mam wrażenie, że tam nie ma drużyny, nie ma ludzi, którzy się lubią, a nawet takich którzy się znają. Po prostu przychodzą jak do pracy. Nie widać w ich grze pasji.

Ten projekt przez wiele lat był budowany przez wielu trenerów – z Portugalii, z Bałkanów, z Polski… Zrobiła się z tego drużyna, która nie funkcjonuje jako całość.

Czytaj także:

Adam Małysz prezesem PZN-u. Marek Rudziński: w ostatnich latach Polska w kombinacji norweskiej miała dwóch zawodników

W ostatnich dniach głośnym tematem są powiązania Czesława Michniewicza z Ryszardem F. (skazany za korupcję). Wszystko to za sprawą artykułu śledczego Szymona Jadczaka z „WP”. Dziennikarz napisał o rozmowach telefonicznych, które obecny selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzał z „Fryzjerem” w latach 2003-2005.

Nie mamy tutaj w studiu jakiś dowodów, którymi moglibyśmy się teraz posłużyć i wydać wyrok. 

Z tego co wiem, to panowie mieli ze sobą wtedy relacje zawodowe. Czesław Michniewicz był trenerem Lecha Poznań, a tzw. „Fryzjer” był działaczem Amiki Wronki. Jak wiadomo, oba zespoły bardzo ze sobą współpracowały.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

K.K.

Porozmawiajmy o sporcie – 26.06.2022 r.

Kosta Runjaić nowym trenerem Legii Warszawa

Oficjalna piłka EURO 2020 / Fot. Ik ben groot, Wikimedia Commons

Kosta Runjaić podpisał dziś kontrakt ze stołecznym klubem. Były szkoleniowiec Pogoni Szczecin związał się z Wojskowymi umową obowiązująca do końca sezonu 2023/2024.

Nowy trener Legii Warszawa przez ostatnie pięć lat trenował Pogoń Szczecin. Od 2019 roku rokrocznie zajmował miejsce na podium Ekstraklasy. Szczególnie udany był dla niego obecny sezon, kiedy to jego drużyna bardzo długo biła się o zdobycie mistrzostwa Polski. Teraz Niemiec podjął się trudnej misji wyciągnięcia stołecznej drużyny z kryzysu i przywrócenia jej dawnego blasku.

Decyzja o zatrudnieniu Kosty Runjaicia była odpowiednio analizowana i poprzedzona uważną analizą kandydatów, opartą na moich kryteriach. Poznaliśmy jego warsztat trenerski, metodologię pracy i wymagania wobec zawodników, ale też jego plan na rozwój drużyny. Decyzja miała więc charakter racjonalny, a nie emocjonalny.

Mówił na łamach Legia.com dyrektor sportowy Legii Warszawa Jacek Zieliński. Dodał, że pion sportowy klubu dołoży wszelkich starań, aby stworzyć trenerowi jak najlepsze warunki do pracy.

K.B.

Źródło: Legia.com