Artur Boruc zakończył karierę. W jego pożegnalnym meczu Legia zremisowała z Celtikiem 2:2

Artur Boruc, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Polski bramkarz w czwartek zagrał swój ostatni mecz w karierze, W specjalnym spotkaniu o nazwie King’s Party Legia Warszawa zremisiowała z Celtikiem F.C. 2:2.

Legia to najważniejszy klub w dwudziestosześcioletniej karierze seniorskiej byłego reprezentanta Polski. Bramkarz był niezwykle mocno związany emocjonalnie ze stołecznym klubem, stąd też kibice Legii bardzo go cenią.

Boruc doskonale bawił się z publicznością zgromadzoną na meczu z Celtikiem. Po ostatnim gwizdku przemówił do kibiców, lecz ze wzruszenia załamał się mu głos. W innym momencie zaczął śpiewać jedną z piosenek Legii, a gdy przerwał śpiewanie kontynuowali jego fani.

Bramkarz, który grał na mundialu w Niemczech oraz na Euro 2008 i Euro 2016, pożegnał się z Łazienkowską, robiąc rundę dookoła murawy, podczas której przybijał piątki z kibicami.

Celtic to druga jego ważna drużyna. W Glasgow zdobył trzy tytuły mistrza Szkocji.

Czytaj także:

Artur Partyka: serce zabiło mi mocniej, kiedy się potwierdziło, że Robert będzie grał w Barcelonie

Do przerwy między słupkami po stronie Legii stał właśnie Artur Boruc. W tym czasie Legia straciła dwie bramki. Boruca pokonali Reo Hatate i Daizena Maedy.

Bohater tego meczu nie wyszedł już na drugą połowę. Zastąpił go Kacper Tobiasz. Legia bardzo szybko zabrała się za nadrabianie strat – kontaktową bramkę w 46. minucie zdobył Maciej Rosołek. W 66. minucie do remisu doprowadził Josué Pesqueira.

Mecz zakończył się rezultatem 2:2, jednak nim wybrzmiał ostatni gwizdek, na murawę powrócił on – król Artur. Wówczas obie drużyny utworzyły dla niego szpaler.

K.K.

Galeria:

Artur Boruc, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
Artur Boruc, fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet
fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Przeczytaj więcej o karierze Artura Boruca:

 

Czas pożegnać króla, czyli słów kilka o karierze Artura Boruca

 

Czas pożegnać króla, czyli słów kilka o karierze Artura Boruca

fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Dziś o 18 na stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego odbędzie się mecz pożegnalny Artura Boruca. W tym tekście podsumowujemy barwną karierę polskiego bramkarza.

Artur Boruc pierwsze kroki w futbolu stawiał w rodzinnym mieście. Mając 9 lat udał się na trening Pogoni Siedlce. Na początku jego piłkarskiej drogi niewiele wskazywało, że zrobi aż tak dużą karierę.

Przez pierwsze lata nic nie wskazywało na to, że przejdzie do historii reprezentacji. Jest duża rotacja zawodników. Dużo dzieci przychodzi, ale też dużo się wykrusza, a on był chłopakiem na tyle luźnym, że jak nie wychodziło, to nie wychodziło, ale przychodził, żeby sobie pokopać

Wspomina na łamach Radia dla Ciebie ówczesny trener Pogoni Lech Poduch. Boruc robił jednak stałe postępy i w sezonie 1996/19997 zadebiutował w pierwszej drużynie zespołu z Siedlec. Miał wtedy 16 lat. Młody bramkarz radził sobie coraz lepiej. W 1998 udał się na testy do Legii Warszawa i zagrał sparing z drugą drużyną. Jego postawa spodobała się na tyle działaczom wojskowych, że zaproponowali mu udział w obozie przygotowawczym. Po nim podpisał kontrakt ze stołeczną drużyną.

Pierwszy pobyt w Legii

Boruc początkowo musiał przecierać się w drugiej drużynie Wojskowych. Powoli adoptował się do życia w stolicy. Nie dał się ponieść jednak zbyt imprezowemu stylowi życia, na co wpływ miała jego choroba.

Leczyłem toksoplazmozę. To choroba występująca u zwierząt, którą każdy z nas ma, ale nie u każdego się uaktywnia. Bakteria występuje najczęściej w odchodach psa czy kota. Być może coś dotknąłem, przetarłem oko i stało się – była to właśnie dolegliwość oka. Przez jakiś okres nikt ze specjalistów nie wiedział, na co mnie leczy (…). Dotknęło mnie to podwójnie, bo jedna z lekarek stwierdziła, że mogę zapomnieć nie tylko o wyczynowym uprawianiu sportu, ale w ogóle o większym ruchu. Poryczałem się.

Wspomina w wywiadzie udzielonym Mateuszowi Skwierawskiemu  bohater naszej opowieści. W szpitalach spędził około trzech miesięcy, lecz w końcu udało mu się pokonać chorobę. Teraz pozostało już tylko skupić się na sporcie i czekać na debiut w pierwszej drużynie. Sytuacja ku temu nadarzyła się 8 marca 2002 roku. Boruc zmienił wtedy Radostina Stanewa. W sezonie 2002/2003 był już podstawowym bramkarzem Legii. Z jego pobytu w Legii kibicom z pewnością w pamięć zapadł strzelony przez niego rzut karny. Miało to miejsce 8 czerwca 2004 roku, w meczu w którym Wojskowi wygrali aż 6:0. Tak samo wydarzenie we wspomnianym już wywiadzie wspomina sam Boruc.

Kibice zaczęli skandować moje nazwisko, Marek Saganowski odwrócił się i krzyknął do mnie: „No to dawaj”. Czasem ćwiczyłem karne w treningach, ale byłem spięty. Nerwy poniosły, wybrałem wariant łatwiejszy do wykonania, dlatego też uderzyłem „pasówką”. Piłka wpadła do bramki, a ja spontanicznie zacząłem wymachiwać chorągiewką.

Boruc stał się ulubieńcem trybun, ale Warszawa stawała się dla niego za ciasna. Przyszedł czas, by spróbować sił za granicą.

Bohater Celticu

Latem 2005 roku po Artura Boruca zgłosił się Celtic Glasgow. Bramkarz na początku miał udać się na wypożyczenie. Do transferu jednak mogło w ogóle nie dojść. Po lądowaniu w Glasgow okazało się, że piłkarz będzie zarabiał mniejszą pensję, niż tę na jaką zgodził się we wstępnych rozmowach z klubem. Boruc postanowił jednak zacisnąć zęby i udowodnić swoją wartość. Udało mu się. Już trzy miesiące poźniej podpisał nową umowę z The Bhoys, choć w między czasie namówić na grą u siebie polskiego bramkarza próbował Arsenal. Dlaczego Boruc odmówił Arsene Wengerowi?

Staram się być osobą lojalną. Staram się… Wydaje mi się, że jestem. Więc, jeśli komuś zaufałem i mieliśmy dobre relacje, to po prostu czasem wolałem stracić, niż zrezygnować z tego, co zbudowałem i w co wierzyłem. Wenger namiawał: – Słuchaj skończy się wypożyczenie z Legii do Celticu i przyjdziesz do nas. – Bardzo Pana przepraszam, ale jeśli dostanę ofertę kontraktu z Celticu, to zostanę. Zaraz mam mistrzostwa świata w Niemczech. Muszę grać, żeby powalczyć o numer jeden w kadrze.

Wspomina Boruc na łamach Przeglądu Sportowego. Król Artur (jak zaczęto go później nazywać) bardzo szybko zdobył serca kibiców nowego klubu. Po kilku tygodniach był już pierwszym bramkarzem. Walnie przyczynił się do wielkich sukcesów święconych przez The Bhoyz. Fani z pewnością długo będą pamiętać wieczór 21 listopada 2006 roku. Ich ukochana drużyna mierzyła się z Manchesterem United i potrzebowała trzech punktów, by zakwalifikować się do kolejnej fazy Ligi Mistrzów. Od 80 minuty Celtic prowadził 1:0. W ostatniej akcji meczy sędzia podyktował jednak rzut karny dla Czerwonych Diabłów. Do piłki podszedł Luis Sacha. Boruc obronił jednak jego strzał i po raz pierwszy wprowadził zespół z Glasgow do fazy pucharowej Ligi Mistrzów.

To wszystko działo się podczas jego drugiego sezonu w Glasgow i myśleliśmy wtedy, że mamy najlepszego bramkarza na świecie! Nigdy nie widziałem tak dobrego bramkarza Celtów, a moja pamięć sięga lat 70-tych.

mówi dla portalu Legia.Net Paul Brennan, dziennikarz sportowy, znawcy historii Celtiku.

Kadra zawodzi, Król Artur daje radę

O tym, że Artur Boruc jest wielkim bramkarzem przekonali się Niemcy na Mundialu w 2006 roku. Był to drugi mecz fazy grupowej. Polacy przegrali kilka dni wcześniej z Ekwadorem. Zwycięstwo zachodnich sąsiadów, oznaczało dla nas koniec gry na mistrzostwach świata. Boruc długo utrzymywał nas w grze, broniąc fenomenalnie strzały Miroslava Klose czy Lucasa Podolskiego. W końcu jednak i on skapitulował. W doliczonym czasie gry drugiej połowy naszego bramkarza pokonał Oliver Neuville i wysłał naszą drużynę do domu.

Kolejnym międzynarodowym turniejem Boruca było Euro 2008. Po raz kolejny nasza kadra nie zaczęła go najlepiej. Porażka na starcie z Niemcami mocno skomplikowała naszą sytuację. Kolejnym przeciwnikiem był współgospodarz turnieju Austria. Długo wydawało się, że tym razem szczęście się do nas uśmiechnie. W 30 minucie bramkę zdobył Roger Guerreiro, a cudów w bramce dokonywał nasz bramkarz. Niestety z pomocą Austriakom przyszedł Howard Webb dyktując w 93 minucie rzut karny. Boruc nie zdołał obronić strzału Ivicy Vasticia i tak oto musieliśmy zadowolić się podziałem punktów…

Włoska przygoda i angielskie wojaże

Rok 2008 to szczyt popularności Artura Boruca. Dobre występy zawodnika w klubie i w kadrze sprawiły, że jego życiem zaczęły coraz bardziej interesować się media. Dla bohatera naszej opowieści nastały ciężkie czasy. Popularność i związany z nią brak życia prywatnego zaczęły go męczyć. Jak sam wspomina na łamach Przeglądu Sportowego:

Byłem zmęczony sobą i tym, kim tam jestem. Siedziałem na strychu, oglądałem filmy i popijałem whisky. Z jednej strony fajne, bo to luźne i sympatyczne chwile, ale chciałem jeszcze pograć w piłkę na dobrym poziomie zrobić coś fajnego.

Piłkarz postanowił zmienić otoczenie. Choć spekulowało się o Milanie, to ostatecznie trafił w 2010 roku do Fiorentiny. Spędził tam dwa sezony, po których postanowił wrócić na Wyspy. Tak oto podpisał kontrakt z Southampton prowadzonym przez Mauricio Pochettino. Początkowo pełnił rolę pierwszego bramkarza. Z czasem jednak w klubie zmienił się trener i Boruc poszedł w odstawkę. W 2014 roku postanowił udać się na wypożyczenie do Bournemouth, grającego wtedy na zapleczu Premier League. Wielu zaczęło mówić wtedy o końcu Boruca. On jednak znów pokazał klasę. Awansował ze swoją drużyną do angielskiej elity. W najwyższej angielskiej lidze pograł jeszcze kilka sezonów. W końcu trzeba było jednak pomyśleć o końcu kariery, a w takim przypadku kierunek mógł być tylko jeden.

Czas wracać do domu

1 sierpnia 2020 roku. Kibice Legi nie mogą uwierzyć w to co widzą. Król Artur wraca do Warszawy. Starsi fani uderzają w sentymentalne tony, młodsi powątpiewają w formę sportową nowego/starego bramkarza. Pojawiają się głosy, że jest za gruby, że nie ma już szybkości ani skoczności. Boruc ma w Legii do spełnienia jedną misję, pomóc wywarzyć bramy europejskich pucharów, zamknięte przed stołecznym klubem od 2017 roku. Pierwsza próba awansu do Ligi Europy okazuje się nieskuteczna. Legia przegrywa w słabym stylu z Karabachem Agdam. Boruc zachowuje się jak prawdziwy lider. Postanawia zostać na kolejny rok w klubie. Jest to dobra decyzja. Legia pod wodzą Czesława Michniewicza dociera do IV rundy eliminacji LE. Na jej drodze staje Slavia Praga, klub bogatszy i posiadający lepszą kadrę. W Pradze obie drużyny strzelają dwie bramki. wszystko ma więc rozstrzygnąć się w Warszawie. Niestety Legia jako pierwsza traci bramkę i sytuacja staje się dla niej bardzo trudna. Wtedy znów swoją klasę pokazuje Boruc. W 53 minucie oko w oko staje z nim napastnik Slavii Stanislav Tecl. Nasz bramkarz wygrywa ten pojedynek i daje tlen kolegom z drużyny. Podbudowana Legia rusza do ataku. Emreli zdobywa dwie bramki i wprowadza klub do upragnionej Ligi Europy.

Dobre zakończenie?

Mógłbym w tym tekście pisać też o ciemnych kartach kariery Boruca. Część osób będzie uważać, że prowadził zbyt imprezowy styl życia, inni wypomną mu aferę alkoholową z 2010 roku po której na półtora roku został usunięty z kadry narodowej. Fani Legii będą pewnie winić swojego bramkarza za to, jak wyglądały jego ostatnie miesiące w klubie. Artur Boruc zrobił jednak dla polskiej na tyle dobrych rzeczy, że w dniu jego święta warto skupić się na pozytywach jego kariery i zgotować mu godne pożegnanie, na które z pewnością zasłużył.

K.B.

Źródło: Przegląd Sportowy, Wirtualna Polska, Legia. Net

Maciej Dobek („Miasto moje, a w nim”): Szymon Jadczak w swoim artykule nie wydobył niczego nowego

od lewej: Maciej Dobek, Kamil Kowalik, Andrzej Karaś; fot.: Daniel Chybowski

Gościem Radia Wnet był prowadzący blog poświęcony Legii Warszawa. Maciej Dobek ocenia ostatni sezon w wykonaniu Legii. Podejmuje także temat Czesława Michniewicza i polskiej reprezentacji.

Prowadzący blog „Miasto moje, a w nim”, skomentował ostatnie rezultaty Legii Warszawa. Maciej Dobek wskazywał na problemy istniejące wewnątrz stołecznego klubu.

Ja mam wrażenie, że tam nie ma drużyny, nie ma ludzi, którzy się lubią, a nawet takich którzy się znają. Po prostu przychodzą jak do pracy. Nie widać w ich grze pasji.

Ten projekt przez wiele lat był budowany przez wielu trenerów – z Portugalii, z Bałkanów, z Polski… Zrobiła się z tego drużyna, która nie funkcjonuje jako całość.

Czytaj także:

Adam Małysz prezesem PZN-u. Marek Rudziński: w ostatnich latach Polska w kombinacji norweskiej miała dwóch zawodników

W ostatnich dniach głośnym tematem są powiązania Czesława Michniewicza z Ryszardem F. (skazany za korupcję). Wszystko to za sprawą artykułu śledczego Szymona Jadczaka z „WP”. Dziennikarz napisał o rozmowach telefonicznych, które obecny selekcjonera reprezentacji Polski przeprowadzał z „Fryzjerem” w latach 2003-2005.

Nie mamy tutaj w studiu jakiś dowodów, którymi moglibyśmy się teraz posłużyć i wydać wyrok. 

Z tego co wiem, to panowie mieli ze sobą wtedy relacje zawodowe. Czesław Michniewicz był trenerem Lecha Poznań, a tzw. „Fryzjer” był działaczem Amiki Wronki. Jak wiadomo, oba zespoły bardzo ze sobą współpracowały.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

K.K.

Porozmawiajmy o sporcie – 26.06.2022 r.

Kosta Runjaić nowym trenerem Legii Warszawa

Oficjalna piłka EURO 2020 / Fot. Ik ben groot, Wikimedia Commons

Kosta Runjaić podpisał dziś kontrakt ze stołecznym klubem. Były szkoleniowiec Pogoni Szczecin związał się z Wojskowymi umową obowiązująca do końca sezonu 2023/2024.

Nowy trener Legii Warszawa przez ostatnie pięć lat trenował Pogoń Szczecin. Od 2019 roku rokrocznie zajmował miejsce na podium Ekstraklasy. Szczególnie udany był dla niego obecny sezon, kiedy to jego drużyna bardzo długo biła się o zdobycie mistrzostwa Polski. Teraz Niemiec podjął się trudnej misji wyciągnięcia stołecznej drużyny z kryzysu i przywrócenia jej dawnego blasku.

Decyzja o zatrudnieniu Kosty Runjaicia była odpowiednio analizowana i poprzedzona uważną analizą kandydatów, opartą na moich kryteriach. Poznaliśmy jego warsztat trenerski, metodologię pracy i wymagania wobec zawodników, ale też jego plan na rozwój drużyny. Decyzja miała więc charakter racjonalny, a nie emocjonalny.

Mówił na łamach Legia.com dyrektor sportowy Legii Warszawa Jacek Zieliński. Dodał, że pion sportowy klubu dołoży wszelkich starań, aby stworzyć trenerowi jak najlepsze warunki do pracy.

K.B.

Źródło: Legia.com

Przygotowania do meczu Legia-Napoli. Gość specjalny Grzegorza Milko: dziś kibicuję Legii

Przed zbliżającym się meczem Ligi Europy, w którym zmierzy się na wyjeździe z włoskim Napoli, Grzegorz Milko rozmawia z Emilio Rossim – właścicielem pizzerii, którego rodzice pochodzą z Neapolu.

Gość specjalny „Kuriera w samo południe” jest blisko związany z piłką nożną – mimo neapolitańskiego pochodzenia kibicuje jednak Juventusowi. W rozmowie z Grzegorzem Milko przyznaje, że na chwilę obecną jest to bardzo konkurencyjna drużyna, co może doprowadzić do sukcesów na arenie międzynarodowej.

W tym momencie Napoli jest bardzo dobrą drużyną. Mają bardzo dobrych zawodników, trenera i mogą w tym roku coś wygrać.

Włoch przyznaje również, że dostrzega dużą różnicę między poziomem piłkarskim prezentowanym przez pomocnika Piotra Zielińskiego w klubie a tym, co pokazuje w kadrze.

Nie pokazuje w reprezentacji tego, co w Neapolu.

Gość „Kuriera w samo południe” urodził się blisko Turynu – w dzieciństwie miał okazje oglądać mecze Juventusu, w którego barwach występował m.in. Zbigniew Boniek. Turyńskiemu zespołowi kibicuje do dziś, skutkiem czego w nadchodzącej konfrontacji kciuki trzymać będzie za Legię.

Dzisiaj kibicuję Legii.

Emilio Rossi uważa, że potencjalny zakaz wstępu dla kibiców Legii jest ogromnym osłabieniem.

Bez kibiców drużyna jest osłabiona.

Mimo iż nie kibicuje Napoli, Włoch uważa, że drużyna ta może pochwalić się bardzo zaangażowaną grupą fanów.

Kibice Napoli są bardzo ciepli, za drużynę oddaliby wszystko.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

P.K.

Monika Waligórska: według chorwackich mediów zamieszki to prowokacja ze strony kibiców, a raczej chuliganów Legii

Monika Waligórska o zamieszkach w Zagrzebiu, stolicy Chorwacji w związku z meczem Legii Warszawa z Dinamem Zagrzeb.

Legia Warszawa w środę zmierzy się w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów z Dinamem Zagrzeb. We wtorek wieczorem w Zagrzebiu doszło do wielkich zamieszek z udziałem kibiców obydwu drużyn. Monika Waligórska wskazuje, że według chorwackich mediów

Była to prowokacja ze strony kibiców, a raczej chuliganów Legii.

Gość Poranka Wnet sądzi, że była to wzajemna prowokacja kibiców obu zespołów. Straty materialne są duże. Monika Waligórska odnosi się także do kwestii Trójmorza. Mówi się, że w sprawę tą mogłaby się zaangażować Polonia.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Kpt. Kulesza: Powstanie Warszawskie wyzwoliło w ludziach najlepsze cechy. Niektórym zależy na deprecjonowaniu AK

Kpt. Juliusz Kulesza, pseud. „Julek”, powstaniec warszawski o zdobyciu PWPW, ucieczce z Dulagu w Pruszkowie, reakcji na upadek powstania oraz o swoich książkach.

Pomocy poszukiwaliśmy zewsząd. Garłuch miał opanować lotnisko, żeby przygotować miejsce dla brygady spadochronowej. Zdawaliśmy sobie sprawę, kim Sowieci są i czego można od nich oczekiwać.

Kapitan Kulesza opowiada o beznadziejności oczekiwania powstańców na pomoc z zewnątrz. Pogarszająca się sytuacja militarna wywoływała odruch „niech nam ktoś pomoże”.

Istnieje cała grupka historyków, ja się z pewnymi autorami zetknąłem, odnoszę wrażenie, że są ludzie, którym zależy by to powstanie i Armię Krajową deprecjonować. Nie jestem od tego, by wyrokować, komu na tym zależy i kto za to płaci.

W opozycji do tych historyków, którzy w jego opinii deprecjonują powstanie, kpt. Kulesza podkreśla powszechny entuzjazm  i ofiarność społeczeństwa wobec powstania. Wspomina historię jednego z żołnierzy powstania, noszącego pseudonim „Dentysta”. Jak się okazało, został on mężczyźnie nadany, gdyż ten przed wojną rabował groby, wyrywając zmarłym złote zęby. Nawet margines społeczny, od którego można by oczekiwać troski jedynie o własne życie, był więc gotów do najwyższych poświęceń.

Niemcy przez długi czas skutecznie stawiali opór powstańcom, którzy próbowali zdobyć budynek od zewnątrz.

Weteran zgrupowania „Róg” wspomina zdobycie kompleksu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, który później wraz z innymi powstańcami bronił do 28 sierpnia. Jak mówi, Niemcy 1 sierpnia, jeszcze przed wybuchem powstania zwiększyli załogę Schutzpolizei pilnującą budynku — przybyło kilkudziesięciu nowych wartowników, w tym niektórzy  z bronią maszynową. Wskazuje to na to, że spodziewali się oni powstania, choć, jak mówi, nie docenili jego skali. Powstańcy próbowali zdobyć budynek już pierwszego dnia powstania, z zewnątrz, ale nie mogli przełamać niemieckiego oporu. Dopiero następnego dnia, kiedy Niemcy zostali zaskoczeni atakiem od wewnątrz- ze strony polskich pracowników kompleksu, udało się sforsować bramę i zdobyć gmach.  W roli konia trojańskiego wywołującego popłoch wśród niemieckich obrońców wystąpił oddział PWB/17/S. „Podziemna Wytwórnia Banknotów” zajmowała się wcześniej drukiem banknotów na lewo i fałszowaniem dokumentów niemieckich na rzecz Polskiego Państwa Podziemnego. Przed powstaniem grupa została zmilitaryzowana.

Niemcy mieli lukę w regulaminie, odnotowywali liczbę osób wyjeżdżających dorożkami.

Kapitan Kulesza opisuje swoje losy po powstaniu. Dzięki pomocy wujka, który pracował w stajni w obozie w Pruszkowie, udało mu się uciec z Dulagu 121. Z obozu powstańcy uciekali przez izby chorych, dzięki pomocy polskiego personelu medycznego lub właśnie poprzez stajnie. Opuszczali oni obóz udając członków  Rady Głównej Opiekuńczej, działającej w obozie z ramienia MCK.

Sport podziemny był kolejnym przykładem prężnego działania Polskiego Państwa Podziemnego.

Zorganizowane uprawianie sportu było w czasie okupacji niemieckiej zakazane. Stadion Polonii został przejęty przez SS, a Wojska Polskiego (ob. Legii) przez Wehrmacht. Mimo to udawało się zorganizować nie tylko rozgrywki takie jak ping-pong czy boks, które można rozegrać w czterech ścianach, ale również mecze piłkarskie, potrzebujące otwartej przestrzeni. Pokazuje to zdaniem kombatanta, siłę polskiej konspiracji.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Legia Warszawa obroniła tytuł mistrza Polski w piłce nożnej. Emocje trwały do końcowych gwizdków starć ostatniej kolejki

Legia Warszawa po raz 12 w historii zdobyła tytuł mistrzowski. W ostatniej kolejce ekstraklasy zremisowała u siebie z Lechią Gdańsk 0:0 i w końcowej tabeli o dwa punkty wyprzedziła trzy kolejne kluby.

Przed rokiem „Wojskowi” również wywalczyli tytuł w ostatniej kolejce. Wtedy też, na stulecie klubu, cieszyli się z dubletu, ale w tym sezonie z Pucharu Polski odpadli już w 1/16 finału. Trofeum wywalczyła Arka Gdynia.

Drugie miejsce – najlepsze w historii klubu – zajęła Jagiellonia, która zremisowała w Białymstoku z Lechem 2:2. Poznaniacy uplasowali się na trzeciej pozycji i te trzy zespoły, a także Arka, będą reprezentować Polskę w pucharach europejskich. Lechia zajęła czwarte miejsce. Warto zaznaczyć, że trzy kluby zajmujące miejsca 2-4 zakończyły sezon z identyczną liczbą punktów.

W piątek po raz ostatni w tym sezonie rywalizowała grupa spadkowa. Do Ruchu Chorzów, który szansę na utrzymanie w elicie stracił już wcześniej, dołączył Górnik Łęczna. Ich miejsce zajmą debiutująca w ekstraklasie Sandecja Nowy Sącz oraz 14-krotny mistrz Polski Górnik Zabrze.

 

pap/aa

Legia kończy przygodę z pucharami. „Zabrakło szczęścia i doświadczenia, bo byliśmy równorzędnym dla Ajaksu rywalem”

Legia Warszawa przegrała rewanżowy mecz 1/16 finału Ligi Europy z Ajaksem Amsterdam (0:1, 0:0 w pierwszym spotkaniu). Porażka w dwumeczu oznacza, że legioniści żegnają się z europejskimi pucharami.

Do Amsterdamu piłkarze Jacka Magiery lecieli z nadziejami na przełamanie złej passy polskich klubów w XXI wieku. W ciągu ostatnich kilkunastu lat żadna rodzima drużyna nie przeszła pierwszej rozgrywanej wiosną rundy pucharowej.

Po ubiegłotygodniowym, bezbramkowym remisie w Warszawie, stołeczni kibice mieli pełne prawo liczyć na awans do kolejnej fazy. Piłkarzom z Łazienkowskiej wystarczał bowiem bramkowy remis, by cieszyć się z sukcesu. Tymczasem to rywale na początku drugiej połowy ustalili wynik spotkania – strzegącego bramki polskiej ekipy Arkadiusza Malarza pokonał obrońca Ajaksu Nick Viergever, a wynik nie uległ już zmianie do ostatniego gwizdka.

Legioniści mieli jednak swoje szanse na zmianę oblicza dwumeczu. W samej końcówce spotkania bardzo bliski gola na wagę awansu był Tomas Necid, ale strzał Czecha w ostatniej chwili zablokował jeden z obrońców zespołu z Amsterdam Arena.

Bardzo szkoda, bo wszyscy chcieliśmy przejść tę pierwszą rundę – powiedział po meczu defensor mistrzów Polski Michał Pazdan. – Zabrakło nam trochę szczęścia i doświadczenia, bo byliśmy dla Ajaksu równorzędnym rywalem – dodał.

Na porażkę zdecydowanie zareagował Malarz, którego częściowo obarczono winą za stratę kluczowej bramki, twierdząc, że mógł zrobić nieco więcej. – Nie mam do siebie pretensji – stwierdził. – Na tyle wybiłem tę piłkę, na ile mogłem. Ja wiem, kiedy popełniam błąd, często potrafię się do niego przyznać, ale nie pozwolę, żeby ktoś zrobił ze mnie kozła ofiarnego.

Postawę swoich podopiecznych w rozgrywkach europejskich pozytywnie ocenił trener Magiera: – Zrobiliśmy kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o wizerunek polskiej piłki, i będziemy robić wszystko, aby było tak dalej – powiedział. – Często jedna sytuacja decyduje o tym, kto gra dalej, a kto nie. Dzisiaj kosztowało nas to awans, ale gratuluję chłopakom tego sezonu w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, bo pokazali, że można grać dobrze w piłkę jako polska drużyna – podkreślił.

Po zajęciu trzeciego miejsca w Grupie F Ligi Mistrzów i odpadnięciu w 1/16 finału Ligi Europy Legii pozostaje walka o mistrzostwo Polski. Tylko w przypadku końcowego tryumfu w lidze stołeczni piłkarze będą mieli szansę ponownego awansu do najbardziej elitarnych rozgrywek piłkarskich w Europie.