Czas pożegnać króla, czyli słów kilka o karierze Artura Boruca

fot.: Kamil Kowalik, Radio Wnet

Dziś o 18 na stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego odbędzie się mecz pożegnalny Artura Boruca. W tym tekście podsumowujemy barwną karierę polskiego bramkarza.

Artur Boruc pierwsze kroki w futbolu stawiał w rodzinnym mieście. Mając 9 lat udał się na trening Pogoni Siedlce. Na początku jego piłkarskiej drogi niewiele wskazywało, że zrobi aż tak dużą karierę.

Przez pierwsze lata nic nie wskazywało na to, że przejdzie do historii reprezentacji. Jest duża rotacja zawodników. Dużo dzieci przychodzi, ale też dużo się wykrusza, a on był chłopakiem na tyle luźnym, że jak nie wychodziło, to nie wychodziło, ale przychodził, żeby sobie pokopać

Wspomina na łamach Radia dla Ciebie ówczesny trener Pogoni Lech Poduch. Boruc robił jednak stałe postępy i w sezonie 1996/19997 zadebiutował w pierwszej drużynie zespołu z Siedlec. Miał wtedy 16 lat. Młody bramkarz radził sobie coraz lepiej. W 1998 udał się na testy do Legii Warszawa i zagrał sparing z drugą drużyną. Jego postawa spodobała się na tyle działaczom wojskowych, że zaproponowali mu udział w obozie przygotowawczym. Po nim podpisał kontrakt ze stołeczną drużyną.

Pierwszy pobyt w Legii

Boruc początkowo musiał przecierać się w drugiej drużynie Wojskowych. Powoli adoptował się do życia w stolicy. Nie dał się ponieść jednak zbyt imprezowemu stylowi życia, na co wpływ miała jego choroba.

Leczyłem toksoplazmozę. To choroba występująca u zwierząt, którą każdy z nas ma, ale nie u każdego się uaktywnia. Bakteria występuje najczęściej w odchodach psa czy kota. Być może coś dotknąłem, przetarłem oko i stało się – była to właśnie dolegliwość oka. Przez jakiś okres nikt ze specjalistów nie wiedział, na co mnie leczy (…). Dotknęło mnie to podwójnie, bo jedna z lekarek stwierdziła, że mogę zapomnieć nie tylko o wyczynowym uprawianiu sportu, ale w ogóle o większym ruchu. Poryczałem się.

Wspomina w wywiadzie udzielonym Mateuszowi Skwierawskiemu  bohater naszej opowieści. W szpitalach spędził około trzech miesięcy, lecz w końcu udało mu się pokonać chorobę. Teraz pozostało już tylko skupić się na sporcie i czekać na debiut w pierwszej drużynie. Sytuacja ku temu nadarzyła się 8 marca 2002 roku. Boruc zmienił wtedy Radostina Stanewa. W sezonie 2002/2003 był już podstawowym bramkarzem Legii. Z jego pobytu w Legii kibicom z pewnością w pamięć zapadł strzelony przez niego rzut karny. Miało to miejsce 8 czerwca 2004 roku, w meczu w którym Wojskowi wygrali aż 6:0. Tak samo wydarzenie we wspomnianym już wywiadzie wspomina sam Boruc.

Kibice zaczęli skandować moje nazwisko, Marek Saganowski odwrócił się i krzyknął do mnie: „No to dawaj”. Czasem ćwiczyłem karne w treningach, ale byłem spięty. Nerwy poniosły, wybrałem wariant łatwiejszy do wykonania, dlatego też uderzyłem „pasówką”. Piłka wpadła do bramki, a ja spontanicznie zacząłem wymachiwać chorągiewką.

Boruc stał się ulubieńcem trybun, ale Warszawa stawała się dla niego za ciasna. Przyszedł czas, by spróbować sił za granicą.

Bohater Celticu

Latem 2005 roku po Artura Boruca zgłosił się Celtic Glasgow. Bramkarz na początku miał udać się na wypożyczenie. Do transferu jednak mogło w ogóle nie dojść. Po lądowaniu w Glasgow okazało się, że piłkarz będzie zarabiał mniejszą pensję, niż tę na jaką zgodził się we wstępnych rozmowach z klubem. Boruc postanowił jednak zacisnąć zęby i udowodnić swoją wartość. Udało mu się. Już trzy miesiące poźniej podpisał nową umowę z The Bhoys, choć w między czasie namówić na grą u siebie polskiego bramkarza próbował Arsenal. Dlaczego Boruc odmówił Arsene Wengerowi?

Staram się być osobą lojalną. Staram się… Wydaje mi się, że jestem. Więc, jeśli komuś zaufałem i mieliśmy dobre relacje, to po prostu czasem wolałem stracić, niż zrezygnować z tego, co zbudowałem i w co wierzyłem. Wenger namiawał: – Słuchaj skończy się wypożyczenie z Legii do Celticu i przyjdziesz do nas. – Bardzo Pana przepraszam, ale jeśli dostanę ofertę kontraktu z Celticu, to zostanę. Zaraz mam mistrzostwa świata w Niemczech. Muszę grać, żeby powalczyć o numer jeden w kadrze.

Wspomina Boruc na łamach Przeglądu Sportowego. Król Artur (jak zaczęto go później nazywać) bardzo szybko zdobył serca kibiców nowego klubu. Po kilku tygodniach był już pierwszym bramkarzem. Walnie przyczynił się do wielkich sukcesów święconych przez The Bhoyz. Fani z pewnością długo będą pamiętać wieczór 21 listopada 2006 roku. Ich ukochana drużyna mierzyła się z Manchesterem United i potrzebowała trzech punktów, by zakwalifikować się do kolejnej fazy Ligi Mistrzów. Od 80 minuty Celtic prowadził 1:0. W ostatniej akcji meczy sędzia podyktował jednak rzut karny dla Czerwonych Diabłów. Do piłki podszedł Luis Sacha. Boruc obronił jednak jego strzał i po raz pierwszy wprowadził zespół z Glasgow do fazy pucharowej Ligi Mistrzów.

To wszystko działo się podczas jego drugiego sezonu w Glasgow i myśleliśmy wtedy, że mamy najlepszego bramkarza na świecie! Nigdy nie widziałem tak dobrego bramkarza Celtów, a moja pamięć sięga lat 70-tych.

mówi dla portalu Legia.Net Paul Brennan, dziennikarz sportowy, znawcy historii Celtiku.

Kadra zawodzi, Król Artur daje radę

O tym, że Artur Boruc jest wielkim bramkarzem przekonali się Niemcy na Mundialu w 2006 roku. Był to drugi mecz fazy grupowej. Polacy przegrali kilka dni wcześniej z Ekwadorem. Zwycięstwo zachodnich sąsiadów, oznaczało dla nas koniec gry na mistrzostwach świata. Boruc długo utrzymywał nas w grze, broniąc fenomenalnie strzały Miroslava Klose czy Lucasa Podolskiego. W końcu jednak i on skapitulował. W doliczonym czasie gry drugiej połowy naszego bramkarza pokonał Oliver Neuville i wysłał naszą drużynę do domu.

Kolejnym międzynarodowym turniejem Boruca było Euro 2008. Po raz kolejny nasza kadra nie zaczęła go najlepiej. Porażka na starcie z Niemcami mocno skomplikowała naszą sytuację. Kolejnym przeciwnikiem był współgospodarz turnieju Austria. Długo wydawało się, że tym razem szczęście się do nas uśmiechnie. W 30 minucie bramkę zdobył Roger Guerreiro, a cudów w bramce dokonywał nasz bramkarz. Niestety z pomocą Austriakom przyszedł Howard Webb dyktując w 93 minucie rzut karny. Boruc nie zdołał obronić strzału Ivicy Vasticia i tak oto musieliśmy zadowolić się podziałem punktów…

Włoska przygoda i angielskie wojaże

Rok 2008 to szczyt popularności Artura Boruca. Dobre występy zawodnika w klubie i w kadrze sprawiły, że jego życiem zaczęły coraz bardziej interesować się media. Dla bohatera naszej opowieści nastały ciężkie czasy. Popularność i związany z nią brak życia prywatnego zaczęły go męczyć. Jak sam wspomina na łamach Przeglądu Sportowego:

Byłem zmęczony sobą i tym, kim tam jestem. Siedziałem na strychu, oglądałem filmy i popijałem whisky. Z jednej strony fajne, bo to luźne i sympatyczne chwile, ale chciałem jeszcze pograć w piłkę na dobrym poziomie zrobić coś fajnego.

Piłkarz postanowił zmienić otoczenie. Choć spekulowało się o Milanie, to ostatecznie trafił w 2010 roku do Fiorentiny. Spędził tam dwa sezony, po których postanowił wrócić na Wyspy. Tak oto podpisał kontrakt z Southampton prowadzonym przez Mauricio Pochettino. Początkowo pełnił rolę pierwszego bramkarza. Z czasem jednak w klubie zmienił się trener i Boruc poszedł w odstawkę. W 2014 roku postanowił udać się na wypożyczenie do Bournemouth, grającego wtedy na zapleczu Premier League. Wielu zaczęło mówić wtedy o końcu Boruca. On jednak znów pokazał klasę. Awansował ze swoją drużyną do angielskiej elity. W najwyższej angielskiej lidze pograł jeszcze kilka sezonów. W końcu trzeba było jednak pomyśleć o końcu kariery, a w takim przypadku kierunek mógł być tylko jeden.

Czas wracać do domu

1 sierpnia 2020 roku. Kibice Legi nie mogą uwierzyć w to co widzą. Król Artur wraca do Warszawy. Starsi fani uderzają w sentymentalne tony, młodsi powątpiewają w formę sportową nowego/starego bramkarza. Pojawiają się głosy, że jest za gruby, że nie ma już szybkości ani skoczności. Boruc ma w Legii do spełnienia jedną misję, pomóc wywarzyć bramy europejskich pucharów, zamknięte przed stołecznym klubem od 2017 roku. Pierwsza próba awansu do Ligi Europy okazuje się nieskuteczna. Legia przegrywa w słabym stylu z Karabachem Agdam. Boruc zachowuje się jak prawdziwy lider. Postanawia zostać na kolejny rok w klubie. Jest to dobra decyzja. Legia pod wodzą Czesława Michniewicza dociera do IV rundy eliminacji LE. Na jej drodze staje Slavia Praga, klub bogatszy i posiadający lepszą kadrę. W Pradze obie drużyny strzelają dwie bramki. wszystko ma więc rozstrzygnąć się w Warszawie. Niestety Legia jako pierwsza traci bramkę i sytuacja staje się dla niej bardzo trudna. Wtedy znów swoją klasę pokazuje Boruc. W 53 minucie oko w oko staje z nim napastnik Slavii Stanislav Tecl. Nasz bramkarz wygrywa ten pojedynek i daje tlen kolegom z drużyny. Podbudowana Legia rusza do ataku. Emreli zdobywa dwie bramki i wprowadza klub do upragnionej Ligi Europy.

Dobre zakończenie?

Mógłbym w tym tekście pisać też o ciemnych kartach kariery Boruca. Część osób będzie uważać, że prowadził zbyt imprezowy styl życia, inni wypomną mu aferę alkoholową z 2010 roku po której na półtora roku został usunięty z kadry narodowej. Fani Legii będą pewnie winić swojego bramkarza za to, jak wyglądały jego ostatnie miesiące w klubie. Artur Boruc zrobił jednak dla polskiej na tyle dobrych rzeczy, że w dniu jego święta warto skupić się na pozytywach jego kariery i zgotować mu godne pożegnanie, na które z pewnością zasłużył.

K.B.

Źródło: Przegląd Sportowy, Wirtualna Polska, Legia. Net

Komentarze