Fake, który żyje przez dziesięciolecia

Napięta sytuacja wokół Ukrainy przyciąga uwagę cywilizowanego świata. Ostatnio stało się jasne, czego dokładnie chce Władimir Putin. Jednak jego pozycja opiera się na fałszywej informacji.

Kwestia ustnych gwarancji wobec nierozszerzenia NATO, które rzekomo dali Michajłowi Gorbaczowowi zachodni liderzy, kolejny raz jest omawiane w Rosji. Chodzi o to, że od czasu do czasu ten temat musi przypominać obywatelom Rosji o destrukcyjnej roli Gorbaczowa dla Związku Sowieckiego (przypominam, że Putin uważa upadek ZSRS za największą katastrofę geopolityczną XX wieku) oraz podkreślać niezdolność Zachodu do utrzymania własnego słowa. Podane wypowiedzi niejednokrotnie wypowiadali Władimir Putin, Sergiej Ławrow i inni politycy rosyjscy. W ten sposób Kreml tworzy iluzję własnej słuszności moralnej, którą stara się promować w przestrzeni informacyjnej. Biorąc pod uwagę wielokrotny powrót do tego tematu – całkiem udanie.

Trzeba przypomnieć nie tylko idyllę, która przez krótki czas panowała na świecie po zakończeniu zimnej wojny. Przekształcenie świata w jednobiegunowy to nie tylko ocieplenie relacji między wczorajszymi wrogami, ale także pomoc Rosji finansami i żywnością ze strony Zachodu, co z kolei pomogło jej uniknąć upadku. Gorzej było z trzema postsowieckimi republikami – Ukrainą, Białorusią, Kazachstanem – ponieważ to one musiały dokonać rozbrojenia jądrowego w zamian za uznanie ze strony społeczności światowej. Przypominam, że broń jądrowa była eksportowana na terytorium Rosji, środki jej dostarczania zazwyczaj były niszczone na miejscu, podobnie jak infrastruktura ewentualnego uderzenia nuklearnego.

Czy zachodni liderzy mówili Michaiłowi Gorbaczowowi i prezydentowi Rosji Borysowi Jelcynowi o celowości przekształcenia NATO? Oczywiście tak. Czy dawali odpowiednie gwarancje w postaci umów międzynarodowych? Nie, inaczej Putin nie mówiłby dzisiaj, że ustne gwarancje  o nierozszerzeniu Sojuszu nie działają. Jest jeszcze jeden bardzo ważny fakt: na przełomie XX – XXI wieku grupa krajów bałtyckich i Europy Środkowej dokonały integracji euroatlantyckiej i europejskiej, pokazując, które związki dają dziś państwom gwarancje bezpieczeństwa i rozwoju. Udało im się wykorzystać słabość Rosji i demokratyczne poglądy Jelcyna.

Przypominam, że prezydent Rosji Putin zaczął głośno domagać się gwarancji nierozszerzenia NATO w warunkach, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy skoncentrowani są w pobliżu granic Ukrainy i zachowują się tak, jakby przygotowywali inwazję. Chodzi o negocjacje  polityczne: Władimir Putin żąda od Zachodu (czytaj: Joseph Biden) gwarancji tego, że Ukraina nie zostanie członkiem Sojuszu. Jednak już dzisiaj warto przypomnieć, że zajęcie przez Rosję Krymu i wybuch wojny hybrydowej w Donbasie przywróciły sens istnienia NATO i dały mu impuls do przywrócenia własnego wpływu. Ukraina w 2014 roku była państwem bezaliansowym, a oficjalny Kijów skonsolidował swoje aspiracje do członkostwa w NATO i UE na początku 2019 roku. Odpowiednie przepisy Konstytucji Ukrainy powinny wpłynąć na poglądy Josepha Bidena wraz z pozycją sekretarza generalnego Sojuszu Jensa Soltenberga, który podkreślił niedopuszczalność żądań Rosji o stworzenie nowych stref wpływu. Już w przededniu rozmowy z Putinem Biden stwierdził, że nie akceptuje „czerwonych linii” i zapowiedział zestaw środków, które pomogą uniknąć rosyjskiej agresji.

Jewhen Mahda

 

Ludzki taran: lekcje z kryzysu na granicy

Cierpienie tysięcy ludzi jest tradycyjnie przedmiotem dużej uwagi ze strony mediów. Po co przyjechali dokładnie na Białoruś? Jakie powinny być działania sąsiadów Białorusi?

Przede wszystkim mamy do czynienia z odruchowym zarządzaniem przez Kreml, gdy Rosja umiejętnie przeliczyła działania podjęte przez Polskę i Litwę. Jeżeli przeanalizujemy kryzys migracyjny to zobaczymy, że miał on kilka etapów. Rozgrzewka – stopniowe zapełnianie obozów dla migrantów poszukujących azylu na Litwie. Koncentracja – przemieszczenie tysięcy migrantów na terytorium Białorusi z wyraźną demonstracją gotowości do ułatwienia tranzytu do Niemiec. Szturm – listopadowa kulminacja w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi – Kuźnicą, które stało się prawdziwym wybuchem informacyjnym. Obserwowany dziś częściowy powrót migrantów do ojczyzny nie powinien wprowadzać w błąd, ponieważ Łukaszenka w końcu listopada w Bruzgach podkreślił, że on i jego rząd zrobią wszystko w interesie migrantów.

Zanim powrócę do informacyjnego komponentu kryzysu zaznaczę kilka ważnych niuansów. Wiadomo, że Polska, Węgry i Czechy odmówiły przyjęcia uchodźców podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku, kiedy milion mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej uciekło do Europy w celach poszukiwania azylu. Tym razem chodzi nie o uchodźców, lecz o ludzi, z których każdy wydał kilka tysięcy dolarów, aby dostać się do granicy z krajami Unii Europejskiej. Jednak wspomnienia o wydarzeniach sprzed sześciu lat są wciąż świeże i tworzą matrycę postrzegania sytuacji przez obywateli UE.

A więc, stworzenie przez Polskę i Litwę stanu wyjątkowego na pasie granicznym, gdzie został zakazany pobyt obcych osób, Białoruś z kolei wykorzystała we własnym interesie. Białoruscy i rosyjscy propagandziści aktywnie relacjonowali swoją wersję sytuacji z migrantami na Białorusi, aktywnie wykorzystując postprawdę i tworząc emocjonalny obraz telewizyjny. Przesłanie  to, które było nadawane z dużą siłą można nazwać „Cierpienie uchodźców na granicy Unii Europejskiej”.

Kolejny ciekawy niuans: rozmowy telefoniczne w trójkącie Putin – Łukaszenko – Merkel, które miały zakończyć kryzys migracyjny. Warto jednak przypomnieć, że w ubiegłym roku, podczas apogeum protestów Białorusinów przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów prezydenckich, Łukaszenka nie odbierał, gdy dzwoniła do niego Merkel. Tym razem w krótkim czasie odbyły się z kolei dwie takie rozmowy, które kanclerz Niemiec wcześniej uzgodniła z prezydentem Rosji. I dopiero po rozmowie z Łukaszenką Merkel zadzwoniła do polskiego premiera Mateusza Morawieckiego.

Aby lepiej zrozumieć charakter kryzysu migracyjnego, należy przytoczyć tu słowa Putina „Granice Rosji nigdzie się nie kończą”. Sakralny charakter granicy państwowej dla prezydenta największego, według powierzchni, państwa na świecie stał się motywacją do powstania kryzysu na granicach Unii Europejskiej, którym od ponad roku potrząsa Władimir Putin. W celu osiągnięcia swojego celu Kreml w samą porę przypomniał przeszłość Łukaszenki, który pełnił służbę w sowieckim oddziale granicznym i wywołał emocjonalną reakcję europejskich obrońców praw człowieka na cierpienie tysięcy ludzi. Wielu z liderów UE nie odważy się wskazać Putina jako inicjatora kryzysu migracyjnego, który ma na celu wstrząsnąć Unię Europejską, jako jedyni dokonali tego przedstawiciele polskiego przywództwa politycznego. Udało im się wstrzymać ten ludzki taran, lecz Kreml na tym się nie uspokoi.

Jewhen Mahda

Kiedy Putin kłamie, trzeba uważać

We współczesnej polityce trudno zaskoczyć kogoś kłamstwem. Różni politycy są na nim przyłapywani ma to dla nich różne konsekwencje. Jednak kłamstwo przywódcy państwa atomowego ma szczególne znaczenie.

Władimir Putin rządzi Rosją od ponad 20 lat, a zatem w tym czasie wygłaszał dużo głośnych wypowiedzi. Nowoczesne środki komunikacji pozwalają nie tylko je relacjonować, ale także szybko je odnajdywać. Na przykład w lipcu 2005 roku Putin głośno stwierdził, że Ukraina kradnie gaz. Nie dostarczył żadnego potwierdzenia swoich słów, w rzeczywistości Rosja na to liczyła: jej celem było przygotowanie się do pierwszej wojny gazowej z Ukrainą i uzyskania dostępu do strategicznego obiektu – dyspozytorni Ukrtransgazu. Po Pomarańczowej rewolucji Kreml szukał dźwigni ekonomicznej presji na Ukrainę, gdyż porażka Wiktora Janukowycza zupełnie nie odpowiadała jego interesom. Ćwiczenia retoryczne Putina były skierowane w stronę zachodnich odbiorców rosyjskiego gazu i z czasem znalazły kontynuację w budownictwie gazociągów, które miały na celu wykluczenie Ukrainy z systemu tranzytowego rosyjskiego gazu.

Należy zauważyć, że ton wypowiedzi Putina na temat Ukrainy zmienił się w latach 2009-2010, kiedy wraz z premierem Ukrainy Julią Tymoszenko pobłogosławił podpisanie nowego kontraktu gazowego, który m.in. przewidywał pozbawienie statusu mediatora założonej w 2006 roku przez Kreml kompanii RosUkrEnergo. Jednak ten krok nie był dla Ukrainy sukcesem: warunki gazowe były niewolą, co z kolei potwierdziły decyzje sądu arbitrażowego w Sztokholmie zarówno w sprawie zasady «bierz lub płać», jak również w kwestii kontraktu tranzytowego. Ale nawet tutaj też nie obyło się bez manipulacji ze strony Federacji Rosyjskiej: Gazprom zapłacił 2,9 miliardów dolarów według decyzji sądu arbitrażowego dopiero w grudniu 2019 roku, po podpisaniu kontraktu tranzytowego na 5 lat i odmowie «Naftogazu Ukrainy» z pakietu roszczeń do rosyjskiego monopolu energetycznego.

W przyszłości sprawa energetyczna nie wypadła jednak z pola widzenia Putina. W październiku 2021 roku on kilkakrotnie powtórzył, że ukraiński GTS «pęknie», jeżeli powiększy objętość dostarczania gazu. Gospodarz Kremla w ten sposób promował NordStream2, podkreślając konieczność jak najszybszej certyfikacji i uruchomienia tego rosyjsko-niemieckiego projektu. Oczywiście prezydent Rosji nie przytaczał żadnych faktów ani ekspertyz potwierdzających swoje stanowisko – to nie jest sprawa królewska.

Biorąc pod uwagę, że wojna Rosji z Ukrainą trwa już osiem lat, wypadałoby tu przytoczyć słowa Putina, które wygłosił jesienią 2008 roku, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Odpowiadając na pytania dziennikarza zaznaczył, że Krym nie jest terytorium spornym, ponieważ Rosja od dawna (w 1997 roku) uznała swoje granice z Ukrainą. Odrębną kwestią jest sabotaż Rosji w zakresie demarkacji i delimitacji granic. Jak również odpowiedź «Ich tam nie ma» na pytanie o obecność wojsk rosyjskich w Donbasie.

Pytanie «Czy można wierzyć Putinowi?» w rzeczywistości pozostaje retorycznym, ponieważ dla niego nic nie kosztuje kłamać na temat możliwej inwazji wojsk ukraińskich w Donbasie lub porównywać ówczesną sytuację z Bałkanami w kontekście rzezi w bośniackiej Srebrenicy (Putin wielokrotnie próbował tego dokonać na ukraińskich władzach). Szczególne niebezpieczeństwo jego fałszywych oświadczeń polega na tym, że zostały zreplikowane przez rosyjską machinę propagandową. Dlatego teraz, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy są skoncentrowane w pobliżu granic Ukrainy, warto zastanowić się trzy razy, zanim uwierzy się w którekolwiek z oświadczeń Putina. Jest on zbyt przyzwyczajony do publicznego kłamania.

Jewhen Mahda

Nord Stream 2. Narracja rosyjska a rzeczywistość

Budowany przez rosyjską spółkę OAO Gazprom gazociąg Nord Stream 2 jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych projektów energetycznych w ostatnich latach.

Formułowane przez inwestora oraz generalnie Rosję narracja jest zgoła odmienna od faktycznych korzyści płynących z tego projektu. Rosja wskazuje się, że wiele nieprawdziwych informacji na temat projektu jest celowo powtarzanych przez przeciwników politycznych i konkurentów komercyjnych. W swoich działaniach zmierzających do realizacji inwestycji Rosja wykorzystuje szereg narzędzi od oficjalnych (lobbing), po nieoficjalne (manipulacja, dezinformacja).

 

Działania Rosji w kierunku realizacji projektu są przede wszystkim nakierowane na przekonanie głównie społeczeństwa i polityków z państw Europy Zachodniej do zasadności realizacji inwestycji. Natomiast państwa Europy Środkowej (najbardziej zarażonych na negatywne oddziaływanie projektu na bezpieczeństwo energetyczne) stawiane są przed faktami dokonanymi. W swojej narracji Rosja formułuje wiele nieprawdziwych informacji lub przedstawia projekt budowy gazociągu Nord Stream 2 bez odniesienia do geopolitycznych aspektów. O ile faktycznie można oczekiwać wzrostu zapotrzebowania na gaz ziemny w państwach UE (paliwo pośrednie w procesie transformacji), o tyle dalsze uzależnianie od jednego dostawcy rodzi obawy o wpływ Rosji na politykę energetyczną państw UE.

 

Jako argument za realizacją projektu OAO Gazprom wskazuje na spadek emisji CO2 w przypadku zwiększenia wykorzystania surowca do wytwarzania energii elektrycznej (vide zużycie węgla, które w Europie maleje z uwagi na politykę klimatyczną), a także malejące wydobycie gazu ziemnego w Holandii oraz Wielkiej Brytanii. Strona rosyjska od lat podkreśla, że gazociąg uzupełni istniejące szlaki transportowe (np. dostawy LNG na kontynent), a także wskazuje, że bilans energetyczny państw UE jest na tyle zróżnicowany, że gaz ziemny z Rosji stanowi jedynie niewielką część całkowitych dostaw energii. Oczywiście są to nieprawdziwe informacje z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, cena gazu ziemnego od kwietnia 2021 r. stale rośnie i jest to efekt nie tylko zwiększonego zapotrzebowania na surowiec na różnych kontynentach (efekt odbudowy gospodarczej), ale także celowego zmniejszenia eksportu przez Rosję.

Odzwierciedleniem tego typu działań jest niski poziom wypełnienia podziemnych magazynów gdzie OAO Gazprom jest właścicielem/współwłaścicielem w Austrii, Niemczech oraz Holandii, który w listopadzie 2021 r. wyniósł 45% wobec 90% w listopadzie 2020 r., a więc mniej o 45%. W wielu państwach europejskich pojawiają się informacje jak przygotować się na możliwy niedobór energii elektrycznej (blackout) co jest związane właśnie z małymi dostawami surowca z Rosji (w wielu państwach UE to z gazu ziemnego jest wytwarzana energia elektryczna). Po drugie, Rosja od lat zwierając kontrakty na dostawy gazu ziemnego różnicuje swoich odbiorców. W 2021 r. spółka OAO Gazprom podpisała umowę na eksport z Białorusią (128,5 USD za 1000 m3) oraz Serbią (przedłużenie o 6 miesięcy kontraktu z 2013 r. przy cenie 270 USD za 1000 m3). Stosowane przez spółkę stawki oraz monopolistyczna pozycja na rynku państw UE powoduje, że jakiekolwiek projekty konkurencyjne (np. dostawy LNG) są torpedowane oferowaną niższą ceną.

Po trzecie, rola gazu ziemnego w gospodarkach państw UE będzie rosła jako paliwa pośredniego, a Rosja podkreśla, że rosyjski surowiec odgrywa niewielką część całkowitych dostaw energii. Nie jest to prawda, gdyż gaz ziemny pełni ważną funkcję w wielu dziedzinach gospodarki, w tym produkcji paliw (rafinerie), nawozów sztucznych (petrochemia) oraz ciepła. W przypadku ograniczenia dostaw może dojść zarówno do problemów z dostawami energii elektrycznej, ale także produkcji paliw wykorzystywanych w transporcie. Umniejszanie w tym względzie znaczenia surowca w gospodarce jest nagminne stosowaną metodą przez Rosję.

 

Najbardziej znanym argumentem przeciwko budowie gazociągu Nord Stream 2 jest jego polityczny, a nie komercyjny charakter. Oczywiście Rosja podkreśla, że projekt jest finansowy ze środków prywatnych, ale firma odpowiedzialna za jego powstanie (Nord Stream 2 AG) jest finansowana ze środków OAO Gazprom (spółka państwowa). Oczywiście już sama budowa gazociągu podmorskiego zamiast wykorzystywanie istniejących zdolności przesyłowych przez terytorium Ukrainy (ok. 100 mld m3 rocznie, a więc dwa razy więcej niż Nord Stream 2) jest koronnym argumentem, że u podstaw realizacji projektu były względy polityczne. I właśnie w tym względzie trzeba liczyć, że w trakcie nadchodzącej zimy Rosja nie wykorzysta swoich „komercyjnych” projektów do realizacji celów politycznych.


 

Michał Paszkowski

Instytut Europy Środkowej