James Bond – ponadczasowy fenomen popkultury

film-007-agent

Audycja poświęcona Jamesowi Bondowi i muzyce filmowej.

 

Gdy w roku 1962 powstawał pierwszy film poświęcony przygodom brytyjskiego superagenta, prawdopodobnie nikt nie spodziewał się, że bardzo prędko James Bond stanie się ikoną popkultury. Przez kolejne dekady postać ta dostosowywała się do nowych realiów geopolitycznych i obyczajowych. Dzisiaj można śmiało stwierdzić, że James Bond jest ikoną – nie tylko kultury brytyjskiej, ale i całego Zachodu.

Wysłuchaj całej audycji już teraz!

Królowa włoskiej telewizji Raffaella Carra – Kiedyś to było 20.02.2024 r.

Wojenna turystyka istnieje. Vita Drygas o „Danger Zone”

Vita Drygas i Magdalena Uchaniuk / fot. materiały własne

Reżyserka filmu dokumentalnego „Danger Zone” mówi o ludziach, którzy są w stanie zapłacić wielkie pieniądze, by znaleźć się na pierwszej linii frontu (Syria, Afganistan, Somalia, Górski Karabach).

Eleonora, Andrew, AJ, Rick to imiona głównych bohaterów najnowszego filmu Vity Drygas – reżyserki, wielokrotnie już nagradzanego, „Piano”. To razem z nimi poznajemy świat wojennych konfliktów. Czym kierują się bohaterowie tzw. mrocznej turystyki?. Czy jest to uzależnienie od adrenaliny czy może też leczenie kompleksów?

Obraz powstawał przez 7 lat i miał swoją premierę podczas Warsaw Film Festiwal. Teraz można oglądać go podczas warszawskiego festiwalu Watch Docs.

Reżyserka mówiła również o pomocy tym, którzy nadal pozostają w strefie działań wojennych m.in. syryjskich uchodźcach w obozie Washokani. Potrzebujących możecie wesprzeć tutaj


Z dokumentalistką Vitą Drygas rozmawia Magdalena Uchaniuk w audycji „Sztukateria”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Wspieraj Autora na Patronite

W jednym z wcześniejszych wydań „Sztukaterii” również poruszyliśmy temat korespondentów wojennych:

19. Święto Kina Niemego, Człowiek w Zagrożeniu i Festiwal Filmów Ukraińskich czyli Sztukateria 20.10.2023 r.

Hr. János Esterházy. Węgier, Polak – przyszły święty? / Magdalena Uchaniuk, o. Paweł Cebula, „Kurier WNET” nr 112/2023

Magdalena Uchaniuk i o. Paweł Cebula. W tle tablice informacyjne poświęcone hr. Janosowi Esterhazy'emu | Fot. Mikołaj Murkociński

Podczas jednej z amnestii cofnięto go z bramy już w cywilnych ciuchach. Siostra Jánosa zapytała go później: „I nie byłeś zły, nie byłeś wściekły?”. A on na to: „Dlaczego? Jeśli Pan Bóg tak chciał?”.

Rozmawiają: Magdalena Uchaniuk i o. Paweł Cebula, postulator procesu beatyfikacyjnego Jánosa Esterházy’ego

Kiedy pierwszy raz spotkał się Ojciec z postacią Esterházy’ego?

Słyszałem o nim jako o bohaterze mniejszości narodowej Węgrów, którzy mieszkają w dzisiejszym państwie słowackim.

To był bohater, mówiąc naszym językiem, niezłomny. Ich niezłomny. Na dodatek ich główny przywódca polityczny. Ale kiedy wczytałem się w jego biografię i relacje o nim, przekonał mnie do siebie miłością do nieprzyjaciół.

Może to jest takie oklepane powiedzenie, bo słyszymy w Ewangelii: Kochajcie waszych nieprzyjaciół, módlcie się za tych, którzy was nienawidzą itd. A János? János, który z pochodzenia był hrabią i po matce, i po ojcu…

…Miał korzenie polskie.

Tak, po matce z rodziny Tarnowskich. János był przez lata głównym przywódcą politycznym Węgrów i innych mniejszości w Czechosłowacji, później w Słowacji. Czyli był liderem w skali krajowej i państwowej też, bo był jedynym posłem węgierskim do parlamentu słowackiego w czasie drugiej wojny światowej.

Potem, kiedy NKWD go zamknęło – sam Husak oddał go w ich ręce – spędził ciężkie miesiące, ciężkie przesłuchania na Łubiance, gdzie prawie stracił wzrok, a później został zesłany na 10 lat łagru, który też cudem przeżył, ale chory. Wreszcie został przetransportowany do Czechosłowacji i tam miał być powieszony. A potem przez lata męczył się, umierając na gruźlicę, nie otrzymując odpowiedniego leczenia. A mimo to – nawet jego młodsza siostra powiedziała o nim: „Podziwiam go, bo nie tylko nie narzeka, ale jeszcze żałuje tych, którzy go męczą”.

Ale to chyba wyniósł z domu, prawda? Bo jego matka była bardzo wierzącą kobietą, która modliła się, o dziwo, nawet za Stalina, żeby się opamiętał, żeby zmądrzał, zrozumiał.

I po śmierci Stalina też. Tak, na pewno podstawy wiary wyniósł z domu. Ale w jego zapiskach widać wyraźnie jego rozwój duchowy. Pod koniec wojny, kiedy już widział, że wszystko się wali, a ze Wschodu przyszła zaraza, jeszcze inna niż do tej pory rządziła, zapisał:

„Modliłem się, żeby Pan Bóg mnie oczyścił i zrobił ze mną, co zechce”. A po latach więzień i cierpień, i prześladowań, ogołocenia też, bo do pierwszego gułagu trafił dosłownie jak go matka urodziła – okradziono w wagonie z jego hrabiowskich ciuchów – napisał: „Zrozumiałem, że Pan Bóg wysłuchał mojej modlitwy”.

Są jeszcze inne sytuacje. Było kilka amnestii w Czechosłowacji i podczas jednej z nich, chyba w 1955 roku, cofnięto go z bramy, już w cywilnych ciuchach, z drugim kolegą. I ten kolega jeszcze tego dnia podjął próbę samobójczą. Siostra Jánosa, rozmawiając z nim potem, zapytała: „I nie byłeś zły, nie byłeś wściekły?”. A on na to: „Dlaczego? Jeśli Pan Bóg tak chciał?”.

Ta historia jest bardzo poruszająca. Ale jak do tego doszło, że ojciec Paweł Cebula, Polak, który oczywiście posługuje na Węgrzech, jest w Egierze, zdecydował się na to, żeby zostać postulatorem?

To jest, jak i cały proces beatyfikacyjny na poziomie diecezjalnym, zasługa, decyzja i odwaga księdza arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. To on mnie wybrał i mianował.

No ale też musiał Ojciec chcieć i czuć więź z Esterházym – czy nie?

Czułem więź z Jánosem i popierałem inicjację procesu. Ale kiedy jechałem złożyć przysięgę postulatorską – a z Egeru do Krakowa to minimum 6 godzin, trzeba przejechać przez trzy pasma górskie – miałem taką myśl: Panie Boże, jeśli Ty tego nie chcesz, to niech ja nie dojadę do Krakowa. Naprawdę był we mnie lęk.

Duża odpowiedzialność?

Ogromna odpowiedzialność. Tym bardziej, że jest to proces tego rodzaju jak błogosławionego kardynała Stepinacza, gdzie sąsiednie narody wprost składały – i składają – protesty. W sprawie Jánosa jest podobna sytuacja.

No właśnie, chciałam o to zapytać.

Sytuacja Jánosa jest taka, że kiedy w Watykanie pojawiła się wiadomość, że archidiecezja krakowska stara się o ten proces i kiedy jeszcze wtedy Kongregacja ds. Kanonizacji wyraziła zgodę, ambasador Słowacji przy Watykanie, który teraz odchodzi, a wtedy był rok 2018, wprost zaprotestował.

Tablica ku czci Jánosa Esterházy’ego w Szczawnicy. Fot. Wikipedia

I jak się Ojciec czuł?

Jakbym dostał obuchem w głowę.

Jakie były argumenty ambasadora Słowacji?

Przeróżne: Kościół powinien być rozdzielony od państwa i państwo od Kościoła. A tutaj widać wyraźnie, że jest inaczej, ponieważ słowackie MSZ do dzisiaj rozsyła np. takie broszury, że János był antysemitą, a tymczasem

był on jedynym posłem w parlamencie słowackim, który zaprotestował przeciwko zmianie w Konstytucji, która by pozwalała na deportacje obywateli Słowacji pochodzenia żydowskiego, najpierw przede wszystkim do Auschwitz. I on powiedział, że to jest projekt ustawy bezbożny; dosłownie tłumacząc z węgierskiego: bezbożny i nieludzki. I on jako katolik nie może do tego przyłożyć ręki.

On to powiedział w parlamencie, prawda?

Tak, w parlamencie. Może ze strony Słowacji jest też jakiś wyrzut sumienia? Bardzo modlimy się o uleczenie ran przeszłości, ale wiemy, że to jest niemożliwe bez stanięcia w prawdzie. I doświadczam tego, że

Słowacy, którzy patrzą na Jánosa przez pryzmat wiary i Ewangelii, odkrywają prawdę o nim. A dla innych, mimo że uznają się za uczniów Chrystusa, jednak mocniejsza jest perspektywa polityczna i historyczna, że János rozbijał Czechosłowację, jedność państwa i tak dalej. Ci sami zapominają, że np. Benesz i Masaryk byli masonami, i nie dostrzegają w Esterházym świadka, czyli martyra.

Na jakim etapie jest teraz ten proces? Czy jesteśmy już blisko beatyfikacji?

Tego nie umiem powiedzieć, ponieważ proces toczy się jeszcze na podstawowym poziomie, diecezjalnym. Mamy nadzieję, że w najbliższych miesiącach na tym poziomie się zakończy i dokumentacja zostanie przekazana do Watykanu.

To będzie na pewno radosna i ważna wiadomość. Zaczął Ojciec mówić o politycznych aspektach tego procesu. Chyba wiąże się z tym fakt, który może dziwić, że prochy Jánosa Esterházy’ego wydano rodzinie dopiero w 2017 roku.

Odnalezione zostały dzięki księciu Schwarzenbergowi, czyli ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Czech.

János był więziony nie tylko za życia ziemskiego, ale jego prochy też zostały uwięzione, ukryte wręcz przed rodziną. I potem było bardzo ciężko odnaleźć po numerach ewidencyjnych, gdzie urna została złożona. W końcu udało się odnaleźć ten cmentarz, mogiłę zbiorową, ale urny już były rozłożone, więc prochy, które zostały pobrane, na pewno nie są tylko Jánosa.

I to jest bardzo symboliczne, bo on cierpiał razem ze Słowakami i nawiązywał tam bardzo głębokie przyjaźnie, np. z Eduardem Tesarem, takim młodym, niezłomnym słowackim wyklętym z Białej Legii, która walczyła o wolność Słowacji od komunizmu, i został powieszony w 1951 – młody chłopak! I János powiedział do siostry: „Mam przyjaciela w niebie”. I tak jak razem cierpieli, tak ich szczątki są razem i czekają na zmartwychwstanie.

To piękna i ważna postać. Czy János Esterházy jest znany na Węgrzech? Czy dopiero wiedza o nim musi zostać spopularyzowana?

Jest tak, jak z większością różnych postaci historycznych. Większość zna i bardzo ceni.

I co jest zdumiewające, wielu kalwinów węgierskich jest największymi i najważniejszymi orędownikami tego procesu beatyfikacyjnego. Jest to przedziwne, ale to taka specyficzna sytuacja węgierska. Oni też uznają świętego Stefana, założyciela państwa węgierskiego. Są wiernymi protestantami, ale uznają prawdę też historyczną, w sensie, że Pan Bóg działał przez te osoby i one są wybitne.

Esterházy najbardziej znany jest wśród Węgrów na Słowacji, to jest pewne, ale wielu, wielu Węgrów go zna, a teraz poznaje go też coraz więcej Polaków. Radio Wnet tutaj też ma swoje zasługi. No i Telewizja Polska, która w kooperacji z telewizją węgierską zrobiła tryptyk, czyli trzy razy po 52 minuty i wersję skróconą – 72 minuty filmu dokumentalnego o Jánosu Esterházym. To jest tak bogata postać, że twórcy mieli problem z wyborem materiału. 11 września w pierwszym programie Telewizji Polskiej wieczorem była emisja tego filmu pod tytułem Tryptyk. Życie i męczeństwo Jánosa Esterházy’ego.

O czym ojciec Paweł Cebula teraz marzy w związku z tym procesem i tą postacią?

Marzę o tym, żeby nastąpiło pojednanie. Bywają takie sytuacje, kiedy rozmawiamy o historii: no tak, teraz jest wolność, Czechosłowacja to był sztuczny twór… Ale kiedy wychodzi sprawa Jánosa, to to od razu jakieś rany się otwierają, zwłaszcza u naszych braci Słowaków, bo u Czechów już mniej.

Więc marzę o zagojeniu tych ran, Jak mówił Jan Paweł II, święty nasz wspólny – o zagojeniu ran przeszłości po to, żebyśmy mogli się zjednoczyć. Bo jeśli my tu, w Europie Środkowej i Wschodniej nie zjednoczymy się, no to te różne diabły nas po prostu rozbiją i zniszczą.

Bardzo dziękuję. Ojciec Paweł Cebula, franciszkanin, postulator procesu beatyfikacyjnego. Jánosa Esterházy’ego.

Szczęść Boże. Bardzo dziękuję.

Rozmowa Magdaleny Uchaniuk z postulatorem procesu beatyfikacyjnego hr. Jánosa Esterházy’ego, o. Pawłem Cebulą, pt. „János Esterházy. Polak, Węgier – przyszły święty?”, znajduje się na s. 39 październikowego „Kuriera WNET” nr 112/2023.

 


  • Październikowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Rozmowa Magdaleny Uchaniuk z postulatorem procesu beatyfikacyjnego hr. Jánosa Esterházy’ego, o. Pawłem Cebulą, pt. „János Esterházy. Polak, Węgier – przyszły święty?”, na s. 39 październikowego „Kuriera WNET” nr 112/2023

Film pokazał cywilizowanym nacjom europejskim, jak strasznym jesteśmy narodem / Piotr Sutowicz, „Kurier WNET” 112/2023

Fot. CC0, Pixabay

Wcale nie piszę o filmie, o którym dyskutują chyba wszyscy, a który, w każdym razie w momencie, kiedy to piszę, kilka dni po jego premierze, na pewno jest obecny we wszystkich mediach.

Piotr Sutowicz

Pewien film o strasznych Polakach

Pomyślałem sobie, że dobrze na łamach „Kuriera WNET” napisać parę słów o podobno wybitnej produkcji filmowej, nakręconej przez wybitnych skądinąd twórców, w której wystąpili wybitni aktorzy, w tym także – a jakże – polscy. Film znalazł uznanie krytyków, a jego powstaniem zainteresowane były elity polityczne.

Tematem wiodącym owego dzieła filmowego jest generalnie brutalność i bezwzględność funkcjonariuszy państwa polskiego wobec niePolaków. Film bardzo obrazowo i sugestywnie pokazuje, jak zachowują się oni względem tych, którzy odstają od standardu bycia Polakiem.

Brutalność wobec niewinnych powodowana jest wyłącznie nienawiścią eskalowaną przez władze. Film jasno pokazał potworne twarze przedstawicieli polskiej elity politycznej.

Obraz będący, jak napisałem, dziełem o wymiarze europejskim, pokazał mieszkańcom cywilizowanych nacji zachodnioeuropejskich, jak strasznym jesteśmy narodem i jak obłędni politycy Polakami kierują – po prostu zgroza.

A teraz niespodzianka: wcale nie piszę o filmie, o którym dyskutują chyba wszyscy, a który, w każdym razie w momencie, kiedy to piszę, kilka dni po jego premierze, na pewno jest obecny we wszystkich mediach.

Nie chodzi mi o produkcję Agnieszki Holland pt. Zielona granica, a o niemiecki film fabularny z roku 1941, pt. „Heimkehr” (Powrót), który był usprawiedliwieniem przez niemiecką propagandę napaści na Polskę z 1939 roku. Jeśli ktoś czerpał swą wiedzę o realiach przedwojennej Polski z tej produkcji, to na pewno niemiecka agresja z 1939 roku stała się całkowicie zrozumiała i moralnie uzasadniona: Polaków spotkała zasłużona kara.

Nie mam w zwyczaju zamieszczania w swych tekstach obszernych cudzych cytatów, ale tu tego dokonam. Otóż w zwykłej Wikipedii znalazłem opis tej wersji filmu, która wyświetlana była w kinach Generalnego Gubernatorstwa. Podobno seanse tego dzieła przeznaczone były dla ludności niemieckiej i zamierzeniem tej wersji, innej niż ta emitowana na Zachodzie, miało być wywołanie głębokiej, gwałtownej nienawiści do Polaków.

Autorem przywołanego opisu jest polski krytyk filmowy, ale i reżyser – Bohdan Korzeniowski: „Ukazywano w tym filmie rzeczy straszne. Tłumy matek z dziećmi na rękach biegły pędzone kolbami karabinów. Eleganccy oficerowie bili pejczami po twarzach przerażone staruszki. Woźny kopał w twarz młodą kobietę, błagającą polskiego burmistrza o ratunek. Zbliżenie ukazywało ciężki but i twarz kobiecą zalaną łzami. (…)

Obraz naszego zwyrodnienia miał przysposobić Niemców przebywających w Polsce do właściwego postępowania z Polakami”.

Jak wspomniałem na początku, w filmie grali również polscy aktorzy, których udział koordynował słynny Igo Sym, w latach dwudziestolecia kinowy amant, w którym pewnie podkochiwały się chodzące do polskich kin nastolatki, a może i mężatki; w czasie okupacji kolaborant i, co tu dużo mówić – szumowina. Nie będę tu wszystkich aktorów wymieniał, ale wspomnę np. o Józefie Kondracie, stryjku znanego nam z ekranów Marka Kondrata. Mogę też dodać, że Bogusława Samborskiego Sym nakłonił do udziału w superprodukcji prawdopodobnie szantażem, gdyż ten miał żonę Żydówkę, którą pewnie chciał ratować.

Po wojnie niektórych z tych aktorów próbowano za udział w filmie karać, ale… wychodziło tak sobie. Dodam, że niekiedy tłumaczyli się oni tym, iż nie znali niemieckiego i nie za bardzo wiedzieli, w czym grają.

Przypominam: pisałem o starym wojennym filmie, pewnej ikonie niemieckiej propagandy skierowanej przeciwko nam. Ale bądźmy szczerzy – różne analogie mogą na myśl przychodzić. Kino często używane jest jako broń polityczna, czasami straszna. Czasy, co prawda, się zmieniają, ale to, zdaje się – nie.

Felieton Piotra Sutowicza pt. „Pewien film o strasznych Polakach” znajduje się na s. 37 październikowego „Kuriera WNET” nr 112/2023.

 


  • Październikowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Felieton Piotra Sutowicza pt. „Pewien film o strasznych Polakach” na s. 37 październikowego „Kuriera WNET” nr 112/2023

Żyjemy w szczęśliwym kraju niezbyt szczęśliwych ludzi / Krzysztof Skowroński, „Kurier WNET” nr 112/2023

Polska jest krajem bezpiecznym, który się rozwija, a jednak przeważnie w pierwszym zdaniu rozmówcy wybrzmiewa narzekanie, zwykle nie wynikające z doświadczenia życiowego, a z doświadczenia medialnego.

Krzysztof Skowroński

Pełnia księżyca. Ostania przed wyborami. Z rozgwieżdżonego nieba Grodzieńszczyzny nie da się wywróżyć, kto wygra. Siedzę pod 300-letnimi dębami, naprzeciw drewnianego dworku znajdującego się może 15 km od polsko-białoruskiej granicy.

Głównym tematem rozmów jest wzburzenie, jakie wywołał film Zielona granica.

Emerytowany major straży granicznej opowiada o bitwie, która miała miejsce na polskiej granicy w listopadzie 2021 r., kiedy kilka tysięcy migrantów, wspomaganych przez białoruskie służby, chciało sforsować granicę.

ie była to syryjska rodzina z filmu pani Holland, a dwudziesto-trzydziestoletni mężczyźni, których szlak emigracyjny często zaczynał się w Moskwie. Leciały kamienie, belki, strzelano z proc, kilku żołnierzy zostało rannych. Chciano sprowokować Polaków do oddania strzałów albo innej czynności, którą można by uznać za wrogi akt w stosunku do Białorusi.

Takich przypadków w mniejszej skali na granicy polsko-białoruskiej było bez liku. Pan major zwrócił uwagę, że przez pewien czas kryzysu każdy, kto przekraczał granicę polsko-białoruską, mógł na granicy poprosić o azyl w Polsce. W Kuźnicy Białostockiej nikt się na to nie zdecydował, bo uchodźcy wiedzieli, że taki akt wyklucza ich podróż do Niemiec. Słuchamy opowieści o tym, w jaki sposób straż graniczna pomagała, dając migrantom koce, jedzenie, a tym, którzy potrzebowali – opiekę lekarską.

Jest prawdą, że ci, których służby białoruskie przerzucały przez granicę w Puszczy Białowieskiej, narażali swoje życie. Puszcza Białowieska jest największym lasem w Europie, pełnym rzek, źródeł i bagien, w których nawet znający las miejscowy może się zagubić, a co dopiero uchodźca z Iraku czy z Syrii.

W Białymstoku rozmawialiśmy z panią rzecznik podlaskiej straży granicznej, która opowiadała nam o scenie z filmu, w którym straż graniczna przerzuca przez płot ciężarną kobietę. W tym miejscu, w którym miałoby się to zdarzyć, płot miał ponad 3 metry wysokości, więc takie zdarzenie nie mogło mieć miejsca. Pozostaje pytanie, na które pewnie znamy odpowiedź: dlaczego taki film powstał? I ciekawe, jakie wrażenie zrobił w Watykanie?

Granica polsko-białoruska jest kolejnym przystankiem w naszej „Odysei wyborczej”. Po przejechaniu 2000 km chyba mogę stwierdzić, że żyjemy w szczęśliwym kraju niezbyt szczęśliwych ludzi. A może sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Polska jest krajem bezpiecznym (abstrahując od tego, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej i wojny na Ukrainie), który się rozwija, w którym nie widać biedy, jedzie się po nowych drogach, widzi się ładne domy, a te domy mają otwarte bramy; w którym, jak nie zamkniemy samochodu, to małe jest prawdopodobieństwo, że ktoś niepożądany nim odjedzie.

A jednocześnie przeważnie w pierwszym zdaniu rozmówcy wybrzmiewa narzekanie, zwykle nie wynikające z doświadczenia życiowego, a bardziej z doświadczenia medialnego.

Można by było zastosować terapię, wyłączając wszystkim na tydzień dostęp do wszystkich mediów. Wtedy wreszcie każdy mógłby odpowiedzieć sobie na pytanie, co czuje, co myśli i czego doświadcza.

Ale to się nie zdarzy, chyba że wygra Donald Tusk i zgodnie ze swoją zapowiedzią w ciągu 24 godzin zmieni radio i telewizję publiczną i zaczną one opowiadać o zbrodniach PiS-u. Wtedy nastąpi kolejna próba ujednolicenia świadomości Polaków.

Prawdopodobieństwo, że to się zdarzy, na szczęście jest niskie, ale gdyby tak się stało, to przynajmniej będę mógł z dumą powiesić dyplom Nagrody Wolności Słowa Europy Środkowej, który otrzymałem za Radio Wnet, i zwiększyć nakład „Kuriera WNET”. Jego lektura – na którą mamy w tym miesiącu czas do 15 października – niech utwierdzi nas w naszych decyzjach wyborczych.

Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, znajduje się na s. 2 październikowego „Kuriera WNET” nr 112/2023.

 


  • Październikowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, na s. 2 październikowego „Kuriera WNET” nr 112/2023

Michał Gazda: obawiałem się kręcić nowego „Znachora”, ale uznałem że nie mogę odmówić. Zrobiłem bardzo klasyczny film

kadr z filmu "Znachor"

Zgodziłem się na udział w tym projekcie, ale pod warunkiem, że będzie to autonomiczne dzieło, a nie remake – mówi reżyser.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Serialowe życie Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i ekranizacje „Znachora” te przeszłe i przyszłe – Sztukateria 15.09.2023 r.

Mariusz Pilis: Niemieckie media milczą o beatyfikacji rodziny Ulmów

Featured Video Play Icon

Mariusz Pilis / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

„Nie ma jednolitego podejścia Niemców do okresu II wojny światowej, wydaje się, że ta kwestia jest tam wciąż żywa” – mówi Mariusz Pilis, twórca filmu o historii rodziny Ulmów.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Zobacz także:

Lancelot w Siedlęcinie; Józef Retinger – zapomniany bohater / Tygodniowy Kalejdoskop Kulturalny/ 09. 09. 2023 r.

Stanisław Żaryn: Film „Zielona granica” powtarza pewne kalki strony rosyjskiej i białoruskiej

Stanisław Żaryn / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio WNET

„Niestety ten film jest obarczony kontekstami politycznymi, na pewno jest to film, który jest niesprawiedliwy, jest to film, który szkodzi Polsce” – mówi Stanisław Żaryn, sekretarz stanu w KPRM.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Zobacz także:

Agnieszka Siewiereniuk-Maciorowska: zapowiedź PO o rozebraniu muru na granicy nie zapewni jej wyborców na Podlasiu

Zygmunt Jan Rumel (1915-1943). Geniusz poetycki, patriota,okrutnie zamordowany przez UPA w przededniu Rzezi Wołyńskiej

Zygmunt Jan Rumel (1915-1943)

„Stykając się z wierszami Zygmunta Jana Rumla, nietrudno o wrażenie spotkania z fenomenem. Być może nawet otarcia o samotny geniusz liryczny”. To zdanie ze wstępu do tomiku poezji Zygmunta Rumla.

Zygmunt Jan Rumel. Poeta, który zawieruszył się w historii literatury

O zapomnianym poecie Zygmuncie Janie Rumlu z Bożeną Gorską, poetką i autorką książek m.in. o Zygmuncie Rumlu Krzemieńczanin i Rzeczpospolita Krzemieniecka o Liceum Krzemienieckim, i z prof. Karolem Samselem, poetą, literaturoznawcą i filozofem – rozmawia Konrad Mędrzecki.

Na śmierć poety

A kiedy go z wami nie będzie –
Usypcie mu kurhan stepowy –
Aby słyszał, jak burzan pieśń gędzie
I wiatr stepem przewala się płowy…

By mu miesiąc wstający z limanów
Oczy prószył kitajką czerwoną…
I kląskanie by słyszał bocianów,
Gdy piórami lotnymi wiatr chłoną…

Niech tam orły dziobami pieśń skraszą,
A teorban piosenką zakwili…
Bo o wolę on waszą i naszą
Śpiewał – zanim odpoczął w mogile…

Niech tam zmierzchy siniejąc rozgarną
Błękit nieba najczystszy i skromny –
Aby nocą wieczyście już czarną
Patrzył w wszechświat ponad nim ogromny!

(sierpień 1941)

 

Ósmego lipca 1943 roku zginął w potworny sposób torturowany i rozerwany końmi wspaniały poeta Wołynia, Zygmunt Jan Rumel. (…) Był absolwentem Liceum Krzemienieckiego, które skończył w 1935 roku. Wtedy zdał maturę.

Jeszcze na Wołyniu, i później też, redagował wydawane przez Stowarzyszenie Wychowanków Liceum Krzemienieckiego czasopismo „Droga Pracy”, gdzie przede wszystkim publikował artykuły dotyczące właśnie zagadnień społecznych, i drugie czasopismo, dwujęzyczne, „Młoda Wieś” – „Mołode Seło”. A poza tym właśnie w Różynie prowadził zajęcia. I tak to trwało do wybuchu wojny.

A w czasie okupacji, ponieważ już wcześniej doskonale poznał ten teren, włączył się oczywiście do walki jako porucznik Wojska Polskiego (…) W styczniu 1943 roku Kazimierz Banach mianował Zygmunta Jana Rumla komendantem okręgu 8 Batalionów Chłopskich. To był okręg wołyński.

Niestety Polacy byli tam w mniejszości, poza tym wielu Ukraińców pozostawało pod wpływem Ukraińskiej Powstańczej Armii, która po prostu dyktowała pewne warunki i część Ukraińców się temu podporządkowała. I stąd zaczęły się rzezie. (…)

Do tego trzeba było niestety przygotować grunt. Każda zbrodnia wymaga przygotowania. To samo dotyczyło Niemców. Ile czasu potrzebowali Niemcy…

BG: Niemcy przygotowywali się od 1933 roku.

Rumel był porucznikiem, delegatem Polskiego Państwa Podziemnego, kiedy to próbował porozumieć się z lokalnym kierownictwem UPA. 7 lipca 1943 roku – a już od lutego tego roku trwała akcja likwidowania Polaków – udał się do kierownictwa UPA, żeby odbyć tam naradę; zamierzali doprowadzić do ustania tej rzezi.

Pojechało ich tam trzech: Zygmunt Jan Rumel, jego adiutant Krzysztof Markiewicz, a wiózł ich Witold Dobrowolski. Wszyscy trzej pojechali bez obstawy, bez broni, ale w polskich mundurach. Może to było nierozsądne, ale człowiek szlachetny trochę inaczej postępuje niż ludzie bardzo rozsądni.

Może chodziło też o to, aczkolwiek nie planowali tego przecież, że zostaną zamordowani. Ale gdyby – a przecież o śmierć ocierali się na co dzień – gdyby to był ostatni ich wyjazd, chcieli wystąpić po rycersku i godnie, i dlatego byli w polskich mundurach.

Jest taka scena w filmie Wołyń Smarzowskiego, wstrząsająca scena…

BG: Ciekawe, że Smarzowski – nie śmiem twierdzić, że to stało się w jakiś sposób pod wpływem mojej książki – ale nazwał go Zygmuntem Krzemienieckim. Ale wiem od Krzesimira Dębskiego, że zanim Smarzowski przystąpił do realizacji tego filmu, zupełnie nie był wtajemniczony w ten temat, a wtedy Dębski przyniósł mu stos książek i powiedział: najpierw z tym się zapoznaj, a później przystąpisz do pracy. Może rzeczywiście dlatego ten bohater, jeden z wielu zresztą bohaterów epizodów w tym filmie, otrzymał nazwisko Krzemieniecki.

Ja ten film doceniam, ale on nie pozostawia żadnej nadziei, a ja zawsze szukam nadziei. Film może być drastyczny, ale mieć w sobie to jądro dobra, nadziei, a tego tutaj nie ma i pozostajemy tylko z zachwytem wobec poszczególnych scen. Ta na przykład scena została naprawdę wspaniale rozegrana…

BG: Ale jest straszliwa.

Tak, straszliwa. Tym bardziej, że ten Ukrainiec mówi, że docenia jego poezję i mówi o tym wierszu, który przytaczamy, Dwie matki: że zna świetny wiersz, wspaniały a później następuje katastrofa.

Dwie matki

Dwie mi Matki-Ojczyzny hołubiły głowę –
Jedna grzebień bursztynu czesała we włos
Druga rafy porohów piorąc koralowe
Zawodziła na lirach dolę ślepą – los…

Jedna oczom tańczyła pasem złotolitym,
Czerep drugą obijał – pijany jak trzos –
Jedna boso garnęła smutek za błękitem –
Druga kurem jej piała buntowniczych kos

Dwie mnie Matki-Ojczyzny wyuczyły mowy –
W warkocz krwisty plecionej jagodami ros –
Bym się sercem przełamał bólem w dwie połowy –
By serce rozdwojone płakało jak głos…

(lipiec 1941)

(…) Żoną Zygmunta Jana Rumla była Kunegunda Anna z Wójcikiewiczów, 11 lat starsza od niego, czego zresztą zupełnie nie było widać. Była aktorką Teatru Reduta. Poznali się na domowym wieczorze poetyckim w 1941 roku w Warszawie. Na tymże wieczorze, kiedy ona usłyszała od Leopolda Staffa słowa: „Niech pani pilnuje tego chłopca, to będzie kiedyś wielki poeta”. Ale nie upilnowała.

To było w sierpniu 1941 roku, a już w październiku byli małżeństwem, bo w takim tempie to szło w czasach wojennych. I pani Anna Rumlowa, która tylko dwa lata była przecież jego żoną, nigdy już z nikim się nie związała. To był tak wspaniały, zupełnie wyjątkowy mąż, że wystarczył na całe życie.

I ona, jak również jej matka, zadbały o schedę po nim. W latach siedemdziesiątych Rumlowa nawiązała kontakt z Anną Kamieńską. I wtedy, w 1975, a później w 1978 roku, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza wydała tomik poezji Rumla. To, co wtedy było osiągalne dla nich. Tak że Rumel istnieje już w historii literatury, Tylko jakoś tak się na wiele lat zawieruszył. (…)

Karol Samsel: (…) Twórczość Rumla ma i korzenie, i obfite tradycje literackie. Tego musimy być świadomi. To jest coś, o co ja zawsze walczę w przypadku poetów tego autoramentu co Rumel czy Łańcucki – świadomości literackiej intertekstualności poetów szkoły krzemienieckiej. Mówiąc o intertekstualności, mam na myśli to, że każdy z nich – Rumel może w sposób szczególny – zanurzeni byli w świat tekstów, świat wpływów, lektur, ale nie tylko w to, co świadome, ale też to, co jest podprogowo inspiracją ich twórczości.

Dwa nazwiska z pewnością są zasadnicze. Jedno i drugie reprezentowane jest przez inne niż Rumel pokolenie: Leopold Staff i Jarosław Iwaszkiewicz. Bardzo ważny, nitscheański z ducha tom Leopolda Staffa, Sny o potędze, jest dla Rumla jednym z nadrzędnych tomów. W tym nitscheańskim duchu Rumel usiłuje rozpoznawać swoją rzeczywistość, ilustrować Wołyń, bo to też są pewne mistyczne krajobrazy Wołynia, przefiltrowane przez wrażliwość romantyczną i postromantyczną.

To znaczy obok figury pewnego nitscheańskiego podmiotu rodem ze Snów o potędze Staffa mamy również wrażliwość Słowackiego genezyjskiego. Ten genezyjski Słowacki, znany czytającej publiczności dwudziestolecia z tekstów takich jak Król Duch czy Genesis z Ducha, jest dla Rumla bardzo istotny i obrazuje nie tylko rzeczywistość przedstawioną, ale i rzeczywistość wyobrażoną, świat naokoło.

Bardzo istotną inspiracją pozostaje również Jarosław Iwaszkiewicz, którego debiutancki tom to Oktostychy, ale i późniejszy, Dionizje, są dla Rumla wytycznymi we jego własnym procesie twórczym. To może najbardziej widać w dedykowanym żonie słynnym, jednym z wymowniejszych wierszy w spuściźnie poetyckiej tego autora – Sawitri. To rys Iwaszkiewicza. Na to warto położyć nacisk.

Sawitri

(Żonie)

Może to tylko bogini biegła przetowłosa
a może się zachwiały koliste niebiosa?

Może tylko Sawitri – Sawitri promienna
stopą dotyka ziemi jak fala tajemna?

Nie – to drżenie kosmiczne za globem nad nami
nie – to czas wirujący wszystkimi czasami!

To spirala zagłady – plejada płomieni
szybuje gorejąca ponad kołem ziemi!

I na jądra galaktyk nawleka się włócznią!
nie – to bogini tylko – Sawitri przed jutrznią.

(1941)

Warto przypomnieć również o tym, że Zygmunt Rumel tworzy własną poetycką mitologię powstania styczniowego, że do mitu powstania styczniowego powraca w wielu wierszach, między innymi w wierszu Czachowski, poświęconym namiestnikowi powstania styczniowego, w wierszu Pogrzeb pięciu poległych, który w mojej ocenie stylizowany jest w dużym stopniu na rapsodykę Norwidowską. Mam oczywiście na myśli wiersz Bema pamięci żałobny rapsod Norwida.

Być może moje ucho jest przeczulone, bo jestem filologiem z profesji, ale te echa Norwida są bardzo wyczuwalne w twórczości Rumla. To jest też erudycyjna wiedza Norwida, znajomość wierszy takich te z cyklu Vademecum. Jest to świadectwem jego głębokiego wykształcenia, oczytania, także jako studenta warszawskiej polonistyki, i ma ogromne znaczenie w budowaniu czegoś, co nazwałbym intelektualną głębią wierszy Zygmunta Jana Rumla.

Cała rozmowa Konrada Mędrzeckiego z Bożeną Gorską, poetką i autorką książek m.in. o Zygmuncie Rumlu Krzemieńczanin i Rzeczpospolita Krzemieniecka o Liceum Krzemienieckim, i z prof. Karolem Samselem, poetą, literaturoznawcą i filozofem, pt. „Zygmunt Jan Rumel. Poeta, który zawieruszył się w historii literatury”, znajduje się na s. 36-37 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 110/2023.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Rozmowa Konrada Mędrzeckiego z Bożeną Gorską i prof. Karolem Samselem, pt. „Zygmunt Jan Rumel. Poeta, który zawieruszył się w historii literatury”, na s. 36-37 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 110/2023

Magdalena Piejko o filmie „Naszość tylko dla nienormalnych”

Magdalena Piejko/ Magdalena Uchaniuk /Fot. Mikołaj Murkociński/Radio Wnet

Film „Naszość – tylko dla nienormalnych” w reżyserii Magdaleny Piejko do obejrzenia w kinach w całej Polsce!

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Zobacz także:

Marcin Gienieczko podejmuje nowe arktyczne wyzwanie. „Mój cel jest nie tylko sportowy, ale i wychowawczy”