Historia. Prof. Marian M. Drozdowski: budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego wynikała z wielu potrzeb

Historia COP, Elektorwnia w Stalowej Woli 1939 | Zbiory NAC, domena publiczna. Autor Henryk Poddębski

Prof. Marian Marek Drozdowski o swojej pracy naukowej, przygotowywanych publikacjach i historii Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Prof. Marian Marek Drozdowski mówi o swojej pracy nad publikacją dotyczącą Centralnego Okręgu Przemysłowego.

5 lutego 1937 na Komisji Budżetowej, Eugeniusz Kwiatkowski pełniący funkcję ministra skarbu i wicepremiera ds. gospodarczych, po raz pierwszy przedstawił koncepcję budowy COP, […] choć budowę zaczęto już w 1936 roku.

Jak wskazuje historyk budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego była odpowiedzią na wiele czynników. Jak zaznacza, była to:

Konieczność związana z potrzebami bezpieczeństwa kraju, po nastąpieniu militaryzacji Rzeszy i Sowietów. Potrzeba ekonomiczna –  bo tereny COP w widłach Wisły i Sanu to były tereny olbrzymiego  bezrobocia i potrzeba polityczna, bo były to tereny napięć politycznych, strajków chłopskich.

COP stanowił także nawiązanie  do historii tego regionu – idei Trójkąta Bezpieczeństwa czyli Zagłębia Staropolskiego.

Prof Jan Żaryn: nie wolno stać po stronie gangsterów likwidujących polską pamięć

Chcesz dowiedzieć się więcej? Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Wnet w Libanie – dorobek kulturalny Polaków za granicą

Tragiczne losy naszych rodaków podczas drugiej wojny światowej poprowadziły ich do różnych krajów. Jednym z nich był Liban

To tam znaleźli przystań i ukojenie po rzeczywistości sowieckich łagrów i długiej wędrówce przez Syberię, którą odbyli uratowani przez Armię Andersa. Liban, podobnie jak wcześniej Iran, przyjął ich z otwartymi rękami i sercami. A oni odwdzięczyli się po wielekroć.

Do Libanu trafiły tak wybitne osobistości, jak malarz Bolesław Baake, naukowiec prof. Stanisław Kościałkowski, aktorka i piosenkarka Hanka Ordonówna, architekt Karol Schayer oraz dyplomata dr Zygmunt Zawadowski. Wszyscy odcisnęli niezatarte piętno na kulturze, sztuce i życiu społecznym Libanu.


Dr Zygmunt Zawadowski – wybitny polski dyplomata, który doprowadził do tego, że Polska jako pierwsza uznała niepodległość Libanu. Akt ten odegrał ważną rolę w decyzji władz libańskich o przyjęciu i zakwaterowaniu znacznej liczby polskich uchodźców. Działania Zawadowskiego pozwoliły też na zorganizowanie dla młodych Polaków szkolnictwa wyższego na najlepszych uczelniach regionu.


Karol Schayer – polski architekt modernistyczny, którego budynki można do dzisiaj podziwiać w Katowicach. Od 1946 r. prowadził w Bejrucie pracownię projektową, która stała się jedną z najbardziej znanych w Libanie. W stolicy Kraju Cedrów, a także w Trypolisie oraz Sydonie pozostawił po sobie ok. 140 budynków w charakterystycznym dla niego, oszczędnym, pełnym elegancji i prostoty stylu.


Bolesław Baake – wybitny polski malarz, który stworzył w Bejrucie Polską Szkołę Malarstwa i Rysunku, funkcjonującą przy Instytucie Polskim w latach 1946–1948. Artysta malował przede wszystkim portrety, kwiaty i pejzaże. Publikował także artykuły na temat sztuki.


Prof. Stanisław Kościałkowski – polski naukowiec, dyrektor Instytutu Polskiego w Bejrucie. Władze libańskie zatwierdziły w 1946 r. polski ośrodek naukowy jako instytucję prowadzącą studia wyższe. Prof. Kościałkowski współorganizował Studium Polonistyczne i był dyrektorem tej placówki. Podsumowaniem jego działalności naukowej na Bliskim Wschodzie było dwutomowe opracowanie zbiorowe – „Teka Bejrucka”.


Hanka Ordonówna – wspaniała kobieta, artystka, aktorka, tancerka, kompozytorka, pisarka, poetka, malarka, a przede wszystkim piosenkarka. Ciepła i życzliwa dla ludzi, promieniująca miłością, jakby wcieliła w życie swój niezapomniany przebój, w którym śpiewała: „bo miłość, mój miły, to ja”. Pomimo tragicznej historii wojennej i ciężkiej choroby, z jaką walczyła przez lata, zapamiętano ją jako zawsze uśmiechniętą. Prezydent Libanu przyznał jej wysokie odznaczenie państwowe, a Hanka Ordonówna w liście z podziękowaniami napisała: „Liban, moja druga Ojczyzna”.


Wybitnym przedstawicielom polskiej nauki, kultury, sztuki i dyplomacji został poświęcony cykl pięciu programów radiowo-telewizyjnych, których celem jest promocja kultury polskiej na Bliskim Wschodzie.

Programy powstały we współpracy Radia Wnet i Fundacji Fenicja, w ramach projektu „Promocja kultury polskiej za granicą” i są dofinansowane ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Arabskojęzyczne audycje zostały nadane w libańskim radiu i telewizji Voice Of Charity, która swym zasięgiem obejmuje także Jordanię, Syrię i Palestynę. Programy w tłumaczeniu polskojęzycznym


 

Wroński: Cieszę się, że żyję w obecnych czasach, choć wydają mi się one coraz bardziej skomplikowane

Popołudnie

Pisarz mówił o tym, w jaki sposób odtworzył w swoich książkach świat przedwojennego Lublina; wspomniał, że od lat interesował się wielokulturowością, a szczególnie relacjami polsko-żydowsko-rusińskimi. Najpierw zaczął zdobywać informacje na temat lublińskiej przeszłości polsko-żydowskiej, a później, podczas eksplorowania historii Zamościa i Chełmszczyzny, zainteresował się także Ukrainą:

Podczas przygotowywania się do pisania powieści z komisarzem Maciejewskim w roli głównej zaczęło do mnie docierać, że nie jesteśmy sami, jakkolwiek mówienie o Lublinie jako o tyglu kultur jest pewnego rodzaju przesadą.

Wroński wskazał także swój ulubiony okres historyczny. Stwierdził, że jest zafascynowany historią międzywojnia, choć przyznał, że nie chciałby żyć w czasach przedwojennych, gdyż zbyt ceni sobie udogodnienia oferowane przez XXI wiek:

Cieszę się, że żyję w obecnych czasach, choć wydają mi się one coraz bardziej skomplikowane.

Ocenił, że sukces cyklu powieści z komisarzem Maciejewskim opiera się na wewnętrznym pragnieniu przeniesienia się do innej epoki, ucieczki przed niezrozumiałym światem:

Dwudziestolecie międzywojenne jest czasem, za którym tęsknimy. Był to okres wspaniałego rozwoju i zmarnowanych szans.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

S.S.

„Moje życie nie poszło na marne”. Doktor Ignacy Nowak (1887–1966) / Renata Skoczek, „Śląski Kurier WNET” nr 86/2021

Pracując w Poznaniu, latem 1920 roku otrzymał krótki list od kolegi z czasów studiów, dr. Romana Konkiewicza, o treści: „Potrzebny jesteś w Bytomiu w pracy plebiscytowej. Przybywaj jak najprędzej”.

Renata Skoczek

Dr Ignacy Nowak (1887–1966). Niezwykły życiorys polskiego patrioty

Jako lekarz Ignacy Nowak niemal całe życie zawodowe związał z Chorzowem, gdzie mieszkał od 1922 do 1957 roku (z przerwą na czas II wojny światowej), pracując w szpitalu na stanowisku ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego.

Pomimo wieloletniej pracy z pacjentkami, niezwykłej aktywności społecznej i politycznej oraz wielkich zasług dla sprawy narodowej, co zyskało mu autorytet i szacunek lokalnej społeczności, pozostaje postacią mało znaną zarówno w wymiarze regionalnym, jak i ogólnopolskim.

We wspomnieniach opracowanych na kilka lat przed śmiercią, a obecnie przechowywanych w Bibliotece Śląskiej, dr Ignacy Nowak napisał:

„Gdy dzisiaj, u schyłku życia, przebiegam myślą te wszystkie zdarzenia, jakich byłem świadkiem na Górnym Śląsku, chciałbym raz jeszcze stwierdzić, że nie żałuję swej decyzji przyjścia na Górny Śląsk… Chociaż nie starczyło mi czasu na pracę naukową, nie wydaje mi się, aby życie moje na Śląsku poszło na marne”.

Urodził się 11 lipca 1887 roku w miejscowości Mądre koło Środy Wielkopolskiej, w rodzinie o tradycjach patriotycznych, jako syn właściciela 30-hektarowego gospodarstwa rolnego. Kiedy zdawał maturę w gimnazjum w Śremie w 1908 roku, marzył o studiach w Krakowie – polskiej kolebce kultury i sztuki. Na przeszkodzie stanęła jednak śmierć ojca, która znacznie pogorszyła sytuację materialną rodziny. Dzięki stypendium poznańskiego Towarzystwa Pomocy Naukowej im. dr. Karola Marcinkowskiego został studentem medycyny Uniwersytetu w Lipsku, a po dwóch latach przeniósł się do Monachium.

Studia ukończył w 1913 roku złożeniem egzaminu lekarskiego, a pracując w klinice dla kobiet w Dreźnie, obronił doktorat z zakresu ginekologii. Po wybuchu I wojny światowej pracował w szpitalu miejskim w Wiesbaden w oddziale chirurgicznym, z powodu braku chirurgów powołanych do służby wojskowej. Pod koniec wojny został wcielony do wojska niemieckiego, ale jako lekarz miał możliwość wybrać szpital wojskowy i trafił do Poznania.

Mając doświadczenie wojskowe i będąc polskim patriotą, wziął udział w powstaniu wielkopolskim, pełniąc funkcję naczelnego chirurga frontu północnego. Następnie został wysłany na kresy wschodnie odrodzonego państwa polskiego, aby pomagać rannym obrońcom Lwowa. Po powrocie do Poznania postanowił osiedlić się na stałe w Wielkopolsce i podjął pracę w Krajowej Klinice dla Kobiet.

Latem 1920 roku otrzymał krótki list od kolegi z czasów studiów, dr. Romana Konkiewicza, o treści: „Potrzebny jesteś w Bytomiu w pracy plebiscytowej. Przybywaj jak najprędzej”.

Gdy wkrótce znalazł się na Górnym Śląsku, aby organizować przygotowania do plebiscytu, który zgodnie z decyzją traktatu wersalskiego miał rozstrzygnąć o przynależności państwowej tego regionu, miał 33 lata, doktorat z nauk medycznych, doświadczenie jako lekarz wojskowy i świetnie zapowiadającą się karierę naukową. Jego ponad 40-letni pobyt na górnośląskiej ziemi (choć z założenia miał być krótki) zaowocował udziałem w wydarzeniach, które w stulecie III powstania śląskiego warto przypomnieć.

Na Górnym Śląsku bardzo brakowało polskiej inteligencji i wielu lekarzy z Wielkopolski, którzy doskonale znali język niemiecki, przybyło wspomagać pracę Wojciecha Korfantego. Dr Nowak, który w lipcu 1920 roku przyjechał do Bytomia, obejmując funkcję kierownika prawie dwustuosobowego Wydziału Kulturalnego w Polskim Komisariacie Plebiscytowym, był jednym z nich.

Kiedy w sierpniu 1920 roku wybuchło II powstanie śląskie, objeżdżał cały front, dostarczając materiały sanitarne dla oddziałów powstańczych.

Po zakończeniu działań zbrojnych zajmował się popularyzowaniem polskiej kultury poprzez teatr, muzykę i śpiew. Sprowadzał na Górny Śląsk najlepszych solistów opery warszawskiej i lwowskiej oraz wybitnych solistów skrzypcowych. Po latach wspominał: „Wysokiej klasy koncerty skrzypcowe Ireny Dubiskiej i prof. Barcewicza urządzane w Bytomiu, Katowicach, Gliwicach, Zabrzu i Królewskiej Hucie ściągały nie tylko publiczność polską i niemiecką, lecz także sporą ilość wojskowych sfer alianckich”. Nadzorował polski teatr amatorski i koordynował pracę chórów na całym obszarze, na którym miało się odbyć głosowanie, organizując kursy teatralne i kursy dla dyrygentów.

Często objeżdżał powiatowe Komitety Plebiscytowe, które prowadziły intensywną pracę propagandową, aby przekonać niezdecydowanych Górnoślązaków do głosowania za Polską. Kiedy wybuchło III powstanie śląskie, natychmiast włączył się aktywnie w organizowanie służby medycznej. Najpierw urządził punkt opatrunkowy dla powstańców w Kochłowicach (obecnie Ruda Śląska), a następnie w szpitalu w Sławięcicach leczył rannych po ataku wojsk powstańczych na Kędzierzyn. Szybko awansował na lekarza 1. Dywizji Górnośląskiej, a następnie na szefa sanitarnego grupy operacyjnej „Środek”. W tym czasie prowadził punkt opatrunkowy w Leśnicy, pomagając rannym po ataku na Górę św. Anny.

Kiedy stało się jasne, że o podziale Górnego Śląska zadecydują przedstawiciele wielkich mocarstw i walki powstańcze zakończyły się ewakuacją wojsk poza granicę obszaru plebiscytowego, uznał swój patriotyczny obowiązek za zakończony i powrócił do Poznania. Otrzymał prestiżową posadę w klinice uniwersyteckiej i zajął się między innymi pisaniem w języku polskim podręczników z ginekologii i położnictwa dla studentów medycyny.

Latem 1922 roku dr Nowak otrzymał nieoczekiwanie zaskakującą propozycję zorganizowania oddziału ginekologiczno-położniczego szpitala w Królewskiej Hucie (obecnie Chorzów). Stanął wówczas przed dylematem, czy kontynuować dobrze zapowiadającą się karierę naukową, czy pomóc organizować służbę zdrowia w polskiej części Górnego Śląska, która borykała się z brakiem wykwalifikowanych lekarzy specjalistów.

Z pobudek patriotycznych zdecydował się na przyjazd na Górnym Śląsk. Dla Ignacego Nowaka najważniejszym argumentem, który go przekonał do porzucenia pracy w poznańskim szpitalu, była informacja, że jeśli nie przyjmie tej oferty, w polskiej lecznicy zostanie zatrudniony niemiecki lekarz.

Już w listopadzie 1922 roku w chorzowskim szpitalu przy obecnej ul. Strzelców Bytomskich otworzył oddział ginekologiczno-położniczy na 60 łóżek. Kilka lat później przy szpitalu utworzył Szkołę Pielęgniarek, która kształciła w cyklu dwuletnim wykwalifikowane kadry medyczne.

W okresie międzywojennym dr Nowak aktywnie zaangażował się w tworzenie polskich instytucji ochrony zdrowia, sprawując funkcję prezesa Towarzystwa Lekarzy Polaków. Przewodniczył także Związkowi Gospodarczemu Lekarzy Polaków na Śląsku, a także Śląskiej Izbie Lekarskiej. Równie aktywny był na polu społecznym, działając w Związku Powstańców Śląskich, Związku Obrony Kresów Zachodnich, Związku Oficerów Rezerwy. W 1930 roku podjął decyzję o rozpoczęciu kariery politycznej. Wystartował z powodzeniem w wyborach parlamentarnych z listy sanacji i został posłem do Sejmu RP III kadencji.

Mandat sprawował krótko, bo zrzekł się go w sierpniu następnego roku w ramach protestu w związku rozpowszechnianymi przez prasę informacjami o złym traktowaniu polityków opozycji uwięzionych w twierdzy brzeskiej. Po rezygnacji z pracy poselskiej włączył się w prace samorządu jako członek Rady Miasta Królewska Huta, a od 1934 roku został jej przewodniczącym. W 1935 roku wystartował w kolejnych wyborach do parlamentu i został posłem do Sejmu IV kadencji, pracując w komisji zdrowia.

Po wybuchu II wojny światowej Ignacy Nowak został zmobilizowany i przydzielony do pracy w szpitalu w Tarnopolu. Kiedy Rosjanie wkroczyli na ziemie polskie, przedostał się do Rumunii, a następnie dotarł do Paryża, gdzie wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Po upadku Francji wraz z polskim wojskiem znalazł się w Anglii, a następnie w Szkocji, gdzie prawie do końca wojny leczył polskich żołnierzy. Na początku 1945 roku został przeniesiony na kontynent, pracując jako starszy oficer w Głównej Kwaterze Sprzymierzonych Sił Europejskich. Zajmował się wówczas osobami opuszczającymi obozy jenieckie, a później organizował dla Polaków w Akwizgranie i w Kassel transporty repatriacyjne.

Do Polski, gdzie czekała na niego żona i dwudziestoletni syn, powrócił w maju 1946 roku. Jako były oficer Wojska Polskiego, były poseł blisko związany z sanacją i były żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, nie cieszył się zaufaniem władz komunistycznych, ale z braku wykwalifikowanych lekarzy specjalistów objął funkcję ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu nr 3 w Chorzowie.

W tym czasie dr Nowak nie angażował się w żadne działania społeczne, skupiając się wyłącznie na pracy zawodowej. Nie uchroniło go to od inwigilacji prowadzonej przez Urząd Bezpieczeństwa jako „podejrzanego o wrogi stosunek do władz Polski”. Na początku lat 50. XX wieku komuniści, chcąc pozbyć się niewygodnego lekarza z funkcji ordynatora, obiecali mu posadę lekarza w Ustroniu. Po złożeniu wypowiedzenia z chorzowskiego szpitala okazało się, że dr Nowak tej pracy nie dostanie, a do szpitala nie może wrócić. Ostatecznie został lekarzem w przyzakładowej przychodni huty „Kościuszko” w Chorzowie.

Władze komunistyczne, chcąc zmusić dr. Nowaka do zakończenia pracy zawodowej, nakazały sędziwemu i doświadczonemu lekarzowi z tytułem doktora nauk medycznych zdać egzamin specjalizacyjny II stopnia w zakresie ginekologii i położnictwa.

W 1957 roku definitywnie zakończył praktykę lekarską i zamieszkał z żoną w Wiśle-Jaworniku, gdzie napisał wspomnienia o znamiennym tytule Nie żałuję. W 1962 roku przeprowadził się do Poznania. Tam zmarł cztery lata później i został pochowany na miejscowym cmentarzu.

Przed śmiercią złożył swoje pamiątki z okresu powstań i plebiscytu w chorzowskim muzeum oraz w Bibliotece Śląskiej. Za zasługi został odznaczony drugim pod względem starszeństwa odznaczeniem państwowym (po Orderze Orła Białego) – Orderem Odrodzenia Polski, dwukrotnie nadanym, a ponadto Medalem Niepodległości, Krzyżem Walecznych oraz Śląskim Krzyżem Powstańczym.

Artykuł Renaty Skoczek pt. „Niezwykły życiorys polskiego patrioty. Dr Ignacy Nowak (1887–1966)” znajduje się na s. 8 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 86/2021.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Renaty Skoczek pt. „Niezwykły życiorys polskiego patrioty. Dr Ignacy Nowak (1887–1966)” na s. 8 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 86/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kim był Karol Białkowski? Wspólnie przemierzmy Ulice historii!

Na obrzeżach Białegostoku, w dzielnicy Bagnówka, pomiędzy domami z czerwoną dachówką jest niespełna dwustumetrowa uliczka. Jej patron, Karol Białkowski urodził się w Berdyczowie 28 stycznia 1902 r.

Kiedyś zimy wyglądały inaczej niż dzisiaj, więc zapewne świat nie przyjął go zbyt ciepło. Już w wieku 15 lat stracił ojca, co zmusiło go do przerwania nauki i rozpoczęcia pracy. Mimo wszystko mając 21 lat ukończył szkołę średnią w Warszawie, a swoje kroki skierował na Politechnikę Warszawską.

Z tytułem inżyniera elektryka pracował w Elektrowni Miejskiej w Wilnie. 1937 rok przyniósł mu stanowisko kierownika elektrowni w Zamościu. W 1940 roku został aresztowany przez gestapo i uwięziony w Zamku w Lublinie. Jednak dzięki wręczeniu łapówki spędził w nim dziesięć dni. Wykorzystując stanowisko pomógł w wywiezieniu z miasta Hołdu Pruskiego autorstwa Jana Matejki. W listopadzie 1944 został dyrektorem Elektrowni Białystok.

Dzięki jego staraniom w tym mieście powstało Liceum Elektryczne, a rok później, w 1949 roku zainicjował powstanie Wyższej Szkoły Inżynierskiej dla pracujących – dzisiejszej Politechniki Białostockiej. Była to pierwsza wyżasza uczelnia w Białymstoku, a on został jej pierwszym rektorem. Wykładowcą pozostał, aż do czasu przejścia na emeryturę w 1972 roku. Zmarł 1 listopada 1975 roku.

 

Podczas Wielkiej Wyprawy będziemy Państwu opowiadać o osobach, które dokonały dość dużo, aby zostać patronem ulic. Jednak często są znani regionalnie, a niekiedy wręcz wąskiemu gronu osób. Pierwsza audycja z cyklu Ulicami historii odbędzie się w poniedziałek o 10:30. Będziemy na ul. ks. Adama Abramowicza.

 

Paweł Kurtyka: polska narracja historyczna jest niewygodna dla wszystkich

Prezes Fundacji im. Janusza Kurtyki o V edycji konkursu, promowaniu polskiej historii w kraju i za granicą oraz o napiętej sytuacji w stosunkach z Izraelem.

Paweł Kurtyka relacjonuje, że Fundacja im. Janusza Kurtyki bardzo mocno się rozwija.

Zarówno jest to rozwój projektów, jak i profesjonalizacja organizacyjna.

Flagowym projektem Fundacji jest konkurs im. Janusza Kurtyki.

Książka, która wygrywa ten konkurs jest tłumaczona minimum na język angielski. Dwie poprzednie edycje przetłumaczyliśmy też na język niemiecki.

Zwycięska praca naukowa jest promowana za granicą. Chodzi o przybliżenie polskiej historii światu.

Kurtyka ocenia, że Polacy już nie boją się mówić o swojej przeszłości. W  tegorocznym finale konkursu o Nagrodę im. Janusza Kurtyki znalazło się pięć publikacji. Tematyka tegorocznej edycji to „Pakt Hitler-Stalin. Geneza i konsekwencje sojuszu niemiecko-sowieckiego”. Wyróżnione zostały dwie publikacje: „Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941” Sławomira Dębskiego i książka prof. Andrzeja Nowaka „Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement”.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego zauważa, że polska narracja jest niewygodna dla wszystkich.

Pokazuje tę zdradę zachodu, która dokonała się w Jałcie. […] Narracja ta jest niewygodna dla Moskwy.

Nasz gość odnosi się również do konfliktu dyplomatycznego na linii Polska-Izrael. Zaznacza, że fundacja stara się prowadzić działalność edukacyjną. Opowiada o wystawie przedstawiającą 10 miejsc upamiętnienia Holocaustu w Polsce. Zaznacza, że polscy Żydzi byli obywatelami RP, a nie Izraela.

Ci ludzie byli naszymi własnymi obywatelami.

Zachęcamy do wysłuchania całej rozmowy!

A.P

Sypanie kopca Marszałka na Sowińcu zjednoczyło Polaków z całego świata / Tadeusz Loster, „Śląski Kurier WNET” 86/2021

Aby ułatwić masowe uczestnictwo w budowie kopca, władze obniżyły opłaty kolejowe do Krakowa. Z 62 miejscowości raz w tygodniu wyruszały specjalne pociągi, niektóre z darmowymi przejazdami.

Tadeusz Loster

Kopiec Marszałka w mojej rodzinie

Każdy naród posiada pomniki, które zawarły w sobie jego cierpienia i radości, jak w jednym ognisku ześrodkowując przeżycia całych pokoleń. Takimi pomnikami są: ruiny, pola bitewne, grody, ulice, na tych ulicach domy, na których widok serca biją goręcej i łzy nabiegają do oczu. Są to świątynie historii, których Polska posiada tak wiele. (Józef Piłsudski, 5 czerwca 1921 r., przemówienie w Toruniu)

Jeszcze przed śmiercią Józefa Piłsudskiego, w 1934 roku, Związek Legionistów Polskich zatwierdził budowę kopca – pomnika walki narodu polskiego o niepodległość. W dwudziestą rocznicę wymarszu z Krakowa I Kompanii Kadrowej Legionów, 6 sierpnia 1934 roku odbyło się uroczyste założenie fundamentów pod sypanie kopca na najwyższym wzniesieniu Pasma Sowińca znajdującego się w Lesie Wolskim, w zachodniej części Krakowa, na terenie dzielnicy Zwierzyniec. 12 maja 1935 roku zmarł Marszałek Polski Józef Piłsudski. Wtedy to zrodził się pomysł, aby kopiec, zwany dotychczas „Kopcem Niepodległości”, nazwać jego imieniem.

Nim rozpoczęły się prace przygotowawcze, na Sowińcu, w miejscu sypania kopca samoistnie ruszyły akcje przywożenia urn z ziemią z miejsc pamięci z różnych zakątków Polski. Lawinowo rosnąca liczba przekazywanych urn zaczęła sprawiać kłopoty organizatorom pracy przy kopcu, którzy postanowili przechowywać nadesłaną ziemię w Domu Marszałka Piłsudskiego w Oleandrach. Po pogrzebie marszałka spotęgowały się prace przy sypaniu kopca.

Ziemię sypali: członkowie rządu, posłowie i senatorowie, przedstawiciele rozmaitych organizacji, wojsko, załogi zakładów pracy, a nawet całe rodziny z dziećmi. Byli też tzw. wyczynowcy, którzy pobierali ziemię ze swoich okolic, np. z Kresów Wschodnich, i pieszo podążali do Krakowa.

Aby ułatwić masowe uczestnictwo w budowie kopca, władze obniżyły opłaty kolejowe do Krakowa. Z 62 miejscowości raz w tygodniu wyruszały specjalne pociągi, niektóre z darmowymi przejazdami.

25 maja Poczta Polska wydała znaczki o nominałach 15 i 25 groszy z nadrukiem „KOPIEC MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO” oraz otworzyła Urząd Pocztowy na Sowińcu, umożliwiając w ten sposób wysłanie do bliskich i znajomych specjalnej przesyłki opłaconej odpowiednimi znaczkami skasowanymi okolicznościowym datownikiem. Taką pamiątkę – list wysłany 5 października 1935 roku z Sowińca do Lwowa – posiada piszący te słowa, kiedy to jego ojciec po „spełnieniu czynu” wysłał do siebie na pamiątkę prezentowaną przesyłkę.

Duża ilość chętnych do sypania kopca spowodowała, że zabrakło taczek do transportu ziemi. Tabor taczek został powiększony z podziałem na taczki męskie, żeńskie i dziecięce. Ilość ziemi przesyłanej do Sowińca znacznie wzrosła. Na budowę kopca trafiła ziemia z grobów polskich żołnierzy w USA, z grobów zmarłych weteranów powstań polskich oraz z miejsc walk o niepodległość Polski w latach 1905–1918 oraz 1918–1920 roku. Przywieziono ziemię z miejsc szczególnie bliskich sercu marszałka: Jasnej Góry, Ostrej Bramy, z grobów matki i siostry oraz z miejsca jego urodzin.

W końcu 1935 roku organizatorzy informowali, że do Sowińca trafiło około 2 tys. urn z ziemią, a spodziewają się jeszcze tysiąca. Niektóre z urn przedstawiały wartość artystyczną, dlatego 19 marca 1936 roku w budynku odwachu przy Wieży Ratuszowej w Krakowie urządzono ich wystawę.

Czy trafiła na nią urna z ziemią, wieziona na kopiec przez moich krewnych, harcerzy Zbyszka i Jasia Podolskich – tego nie wiem. Zostało rodzinne zdjęcie wykonane w Tarnowie w sierpniu 1935 roku, na którym dwaj chłopcy w mundurkach harcerskich, w otoczeniu najbliższej rodziny trzymają urnę z napisem: „SZCZUCIN ziemię z grobu dziadka POWSTAŃCA z r. 1863 wiozą wnuki Z.J. PODOLSCY”.

Powstaniec Jan Podolski urodził się w Mielcu w 1845 roku, w wieku 18 lat uciekł z domu do tworzącego się w pobliżu Mielca oddziału Dionizego Czachowskiego. Brał udział w bitwie pod Jarkowicami, a będąc w oddziale Rębajły (Karol Kalita), walczył w bitwie o Opatów, gdzie został ranny w nogę. Po wyzdrowieniu wstąpił do partii Denisiewicza, która została rozbita pod wsią Wierzbniki. Przedzierając się w stronę Galicji, dostał się do niewoli moskiewskiej, z której zdołał zbiec i ukrywał się w lasach Tuszowskich koło Mielca. Jak wspominał, „gdy ucichły aresztowania”, powrócił do rodzinnego Mielca, gdzie w wieku 24 lat ożenił się z Julianną Gołuchowską. Po ślubie małżonkowie przenieśli się do Szczucina. Był osobą znaną i szanowaną w mieście: członkiem rady gminnej, wiceburmistrzem, członkiem zarządu kasy Raiffeisena, cechmistrzem, wreszcie w roku 1913 – burmistrzem Szczucina. W 1885 roku założył Ochotniczą Straż Pożarną. Za udział w powstaniu styczniowym otrzymał po wyzwoleniu Polski, w 1920 roku złoty Krzyż Zasługi z Mieczami. Miał dwie córki oraz dwóch synów. Zmarł w Szczucinie w 1932 r.

Jeden z synów, Ignacy Podolski (1885–1971), burmistrz Szczucina, jako wdowiec ożenił się z siostrą mojej babki Zofii, Stefanią Kwiecińską (1901–1976). Mieli dwóch synów, Zbigniewa i Jana, oraz córkę Teresę. Czy patriotyczne wychowanie chłopców przyniosło efekty? Zbigniew Podolski, urodzony w 1922 roku, podczas wojny był żołnierzem ZWZ/AK placówka Szczucin. Zmarł na białaczkę w 1944 roku. Jan Podolski urodził się w 1924 roku, podczas wojny był członkiem Związku Walki Zbrojnej, kolportował podziemne pismo „Odwet”. Aresztowany przez gestapo, od kwietnia do lipca 1941 roku przebywał w więzieniu w Tarnowie. Od sierpnia 1942 roku pod pseudonimami Lis i Bem był informatorem, a następnie agentem wywiadu placówki AK w Szczucinie. W 1944 pod pseudonimem Sosna został łącznikiem Komendanta Obwodu Batalionów Chłopskich. Związał się z ruchem ludowym, w 1945 roku był założycielem ZMW „Wici” w Szczucinie. Jako student Uniwersytetu Jagiellońskiego należał do Akademickiego ZMW „Wici” w Krakowie, od 1945 do 1947 r. był członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, od 1960 roku działaczem w strukturach podziemnych tego Stronnictwa. W 1989 roku został członkiem Rady Naczelnej PSL w Warszawie, Rady Regionalnej na Śląsk i Małopolskę, i Zarządu Wojewódzkiego w Tarnowie. Był adwokatem, mieszkał w Dębicy, z żoną Danutą Torońską miał dwójkę dzieci –Piotra i Ewę. Zmarł w 2006 roku.

Oficjalne zakończenie prac przy budowie kopca ogłoszono na dzień 6 sierpnia 1937 r., w rocznicę wymarszu I Kadrowej.

Kopiec miał wysokość ok. 35 m (393,6 m n.p.m.), średnicę podstawy 111 m, a objętość 130 tys. m3, był największym kopcem w Polsce. Mimo zakończenia prac i zwieńczenia go płytą z krzyżem legionowym, ziemia w urnach napływała w dalszym ciągu.

Podczas okupacji gubernator G.G. Hans Frank, rezydujący na Wawelu, zamierzał zniszczyć dwa górujące nad Krakowem kopce – Tadeusza Kościuszki i Józefa Piłsudskiego – przez wysadzenie ich. Na szczęście do tego nie doszło. Po zakończeniu wojny w 1945 roku jeszcze złożono na kopcu ziemię spod Lenino i Monte Cassino.

Władze PRL dążyły do unicestwienia kopca, doprowadzając do jego dewastacji. W 1953 roku obsadzono go drzewami i krzewami oraz zdarto ze szczytu granitową płytę z legionowym krzyżem. Porośnięty drzewami, w latach 70. stał się prawie niewidoczny w pejzażu Krakowa. W 1980 roku przy towarzystwie Miłośników Historii i Zabytków Krakowa powstał Komitet Opieki nad Kopcem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Od tego czasu do 1991 roku kontynuowano prace społeczne przy kopcu. Przyjeżdżające do pracy grupy ochotników pracowały z takim zapałem jak społeczeństwo w najlepszym okresie jego budowy.

W 1992 roku honorowy patronat nad kopcem przejął Sejm RP, a kopiec został odremontowany przez profesjonalne firmy budowlane. Z tego miejsca co roku wyrusza Marsz Szlakiem I Kadrowej, a składanie urn z ziemią z miejsc związanych z polską historią nie ustaje.

Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Kopiec Marszałka w mojej rodzinie” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 86/2021.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Kopiec Marszałka w mojej rodzinie” na s. 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 86/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Powstanie warszawskie. Co oznaczało w praktyce być towarzyszem tow. Stalina?/ Swietłana Fiłonowa, „Kurier WNET” 86/2021

Przed Powstaniem w Polsce istniały dwa rządy. Każdy miał własne siły zbrojne, własną wizję przyszłości Polski, ale tylko jedna z nich mogła zaistnieć. Która? 77 lat temu nie wydawało się to oczywiste.

Swietłana Fiłonowa

Widmo współpracy sojuszniczej

Życie ludzkie w ZSRR nigdy nie było cenione wysoko. Znaczenie wyczynu wojskowego sowieccy ideolodzy zazwyczaj mierzyli wielkością własnych strat i ofiar – im więcej krwi, tym większa chwała. I tylko w stosunku do powstania warszawskiego od początku stosowano inną, wprost przeciwną zasadę.

„Prędzej czy później prawda o garstce przestępców, którzy podjęli awanturę warszawską w celu zdobycia władzy, stanie się znana wszystkim. Ci ludzie wykorzystywali łatwowierność mieszkańców Warszawy, rzucając wielu prawie nieuzbrojonych ludzi na niemieckie działa, czołgi i samoloty” – napisał Stalin do brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i prezydenta USA F. Roosevelta 22 sierpnia 1944 r.

Prawdy o „garstce przestępców” od dawna już nikt nie ukrywa. Jednak zrozumienie tej prawdy, podobnie jak wielu innych prawd, jest nadal utrudnione brakiem jasnego, jednoznacznego stosunku do komunizmu.

W Rosji do dziś dnia nie odczuwać entuzjazmu wobec powojennego systemu politycznego oznacza narażać się na oskarżenie o „upokorzenie nieśmiertelnego wyczynu żołnierzy-wyzwolicieli” i „ukrytą rehabilitację faszyzmu”.

Dekomunizacja nie zmieniła gruntownie stalinowskiej oceny powstania warszawskiego, jedynie dodała do niej lekką irytację: Dlaczego Stalin nie pozwolił Armii Czerwonej pomóc ludności Warszawy? Było to jakoś nie po koleżeńsku, towarzysze tak nie postępują. A może po prostu nie mógł?

To żyje nie tylko w masowej świadomości, stało się również tematem konferencji naukowych, niestety prowadzonych także w języku polskim. Jest to dobry sposób na pozostawienie w cieniu pytania, od którego powinno się zaczynać każde rozważanie tego rodzaju: co oznaczało w praktyce – być towarzyszem towarzysza Stalina?

Pewne problemy z tym mieli już przedstawiciele brytyjskiej misji wojskowej. Proponuję uważnie przeczytać fragmenty ich rozmowy z zastępcą szefa Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, generałem dywizji Nikołajem Sławinem, która miała miejsce 21 listopada 1944 r.

„Sławin: Mówiłem już, że broń i amunicja zrzucana przez brytyjskie samoloty w Warszawie i innych miejscach w dużej mierze wpadła w ręce Niemców, uzupełniając ich rezerwy, lub w ręce tzw. partyzantów, którzy otrzymaną broń użyli do stawienia oporu Armii Czerwonej…

Hughes: To bardzo ważne pytanie. Czy na podstawie Pana odpowiedzi powinniśmy sądzić, że grupy partyzanckie, którym chcieliśmy zrzucić broń i amunicję, będą przez Pana postrzegane jako wrogie?

Sławin: Nie sądzimy, że Brytyjskie Siły Powietrzne celowo zrzucają zaopatrzenie grupom, które nam nie pomagają, jednak zrzucona broń spada głównie do tych ugrupowań, które walczą z Armią Czerwoną.

Hughes: Chciałbym wyjaśnić, czy Pana zdaniem są w Polsce ugrupowania, które walczą z Niemcami i potrzebują pomocy z naszej i Waszej strony?

Sławin: Dowództwo Armii Czerwonej pomaga tym grupom, które walczą z Niemcami i pomagają Armii Czerwonej…

Archer: Czy powinniśmy tak interpretować oświadczenie Pana, że Polacy, którym zrzucamy ładunki, są uważani za wrogów waszego kraju i walczą z Armią Czerwoną? (…) Czy uważa Pan, że wszystkie polskie grupy partyzanckie walczące z Niemcami są dobrze zabezpieczone i nie potrzebują pomocy RAF?

Sławin: Powtarzam, że wszystkie grupy partyzantów, które aktywnie walczą i mają kontakt z dowództwem Armii Czerwonej, są przez nas zaopatrywane”.

W 1941 roku, po niemieckim ataku na Związek Radziecki, Polska i ZSRR ponownie stały się sojusznikami. Już 30 lipca w Londynie przedstawiciele rządów obu krajów podpisali porozumienie zobowiązujące do wzajemnej pomocy w wojnie z Niemcami. („Art. 3: Oba rządy zobowiązują się wzajemnie do udzielenia sobie wszelkiego rodzaju pomocy i poparcia w obecnej wojnie przeciwko hitlerowskim Niemcom”).

4 grudnia w Moskwie Sikorski i Stalin podpisali deklarację, w której zobowiązali się do prowadzenia wojny z Niemcami wraz z zachodnimi sojusznikami do zwycięskiego końca. Polska mogła liczyć na wsparcie ZSRR podczas ustalenia po wojnie nowego, sprawiedliwego porządku w Europie. Lecz jak okazało się wkrótce, Sikorski i Stalin mieli różne wizje sprawiedliwej przyszłości.

Zaledwie po kilku dniach do Polski powróciła zakazana tam od 1938 roku partia komunistyczna. 28 grudnia 1941 r. dosłownie spadła ona z nieba jako noworoczny prezent od nowych przyjaciół.

Członkowie grupy inicjatywnej: Paweł Finder, Bolesław Mołojec, Marceli Nowotko nie wyglądali na bożenarodzeniowych aniołów, nie mieli na plecach skrzydeł, tylko spadochrony, przylecieli ze strony bezbożnej Moskwy, a jednak potrafili dokonywać cudów. Już 5 stycznia 1942 r. ogłoszono powstanie Polskiej Partii Robotniczej.

Nieco ponad rok później, w lutym 1943 roku, Komitet Centralny PPR zażądał oficjalnego uznania, a przede wszystkim prawa do wprowadzenia swoich przedstawicieli do kierownictwa AK.

Rząd londyński zgodził się. Lecz pod warunkiem, że PPR ogłosi deklarację niepodległości od ośrodków zagranicznych i gotowości do walki z każdym najeźdźcą. Jasne, że warunek ten był a priori nie do wykonania. Ale PPR nie upadła na duchu i wiosną utworzyła organizację wojskową – Gwardię Ludową, a w noc sylwestrową (31 grudnia 1943 – 1 stycznia 1944) porodziła swoje najważniejsze dziecko – Krajową Radę Narodową.

KRN sama określała się jako „faktyczna reprezentacja polityczna narodu polskiego, upoważniona do występowania w imieniu narodu i kierowania jego losami do czasu wyzwolenia Polski spod okupacji” i nie uznawała prawa rządu londyńskiego do wypowiadania się w imieniu Polaków, deklarując, że jego polityka jest sprzeczna z interesami narodowymi Polski. Planowano, że KRN będzie miała własne siły zbrojne – Armię Ludową pod dowództwem generała Roli-Żymierskiego. I Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki pod dowództwem Zygmunta Berlinga, której formowanie rozpoczęło się w maju 1943 roku, miała stać jego częścią. Gdy Armia Czerwona zbliżyła się do zachodnich granic ZSRR, Rada powitała ją z entuzjazmem, jakiego Stalin oczekiwał od swoich prawdziwych towarzyszy. W apelu do Polaków z całych sił piętnowała rząd emigracyjny, wzywała do utworzenia podległych jej władz lokalnych i wstąpienia w szeregi Armii Ludowej.

Stalin docenił zapał Rady. Dwukrotnie przyjmował jej przedstawicieli na Kremlu (w maju i lipcu 1944 r.), uznał prawo KRN do reprezentowania Polaków i wyraził gotowość nawiązania oficjalnych stosunków z jej organem wykonawczym. A jednak…

Krajowa Rada Narodowa miała jedną wrodzoną wadę – względną niezależność urodzenia. Oczywiście tylko względną – wszystko odbywało się po konsultacjach z Kremlem i pod jego troskliwą opieką. Ale rząd tymczasowy przyjaznej Polski powinien był być, jak żona Cezara, poza wszelkimi podejrzeniami. Dlatego 17 lipca z Moskwy do „Wiesława”, tj. Gomułki, został wysłany następujący radiogram:

„Kwestia utworzenia rządu tymczasowego w formie komitetu narodowego jest niezwłocznie aktualna. W związku z tym i w celu utrzymania personelu tutaj, postanowiono natychmiast zorganizować wizytę na terytorium ZSRR, po pierwsze, wszystkich członków plenum KRN, po drugie, wszystkie wybitne postacie nadających się na stanowiska ministrów lub wiceministrów, po trzecie, Pana osobiście i tych pracowników wszystkich partii, których uważa Pan za odpowiednich. Łączna liczba nie powinna być mniejsza niż 60 osób”.

21 lipca 1944 roku powołano Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Stalin nadał noworodkowi tak poetyckie imię, zdając sobie sprawę, że reakcja Anglii i Stanów Zjednoczonych na utworzenie tymczasowego rządu polskiego na Kremlu mogła być aż zanadto bolesna.

W liście do Churchilla zapewniał, że nie uważa Komitetu za rząd tymczasowy. Ale to właśnie ten „nie-rząd” został upoważniony do tworzenia organów samorządów lokalnych w Polsce; to z nim podpisano 26 lipca 1944 r. porozumienie, zgodnie z którym kontrolę nad bezpieczeństwem ludności cywilnej na zapleczu Armii Czerwonej sprawowały władze sowieckie. Więc przed wybuchem powstania w Polsce istniały dwa rządy: jeden konstytucyjny, uznany na arenie międzynarodowej, drugi – wspierany przez potęgę militarną ZSRR i osobiście przez towarzysza Stalina. Każdy miał własne siły zbrojne, każdy miał własną wizję przyszłości Polski, ale tylko jedna z nich mogła zaistnieć. Która? 77 lat temu nie wydawało się to oczywiste. Nawet gdy do Londynu zaczęły napływać meldunki podobne do tych, które przesyłał płk AK Janczar:

„Wszystkie okręgi informują o aresztowaniach oficerów, podoficerów i szeregowców A (armii) K (rajowej), którzy pełnili funkcje kierownicze lub brali udział w operacji „Burza”. NKWD domaga się wydania dowódców. Po przesłuchaniu trafiają do obozów”. Nie ulega wątpliwości, że nawet gdyby Armia Czerwona przyszła „z pomocą” powstańcom, pomoc ta skończyłaby się na aresztowaniu towarzyszy broni. Podobnie jak w Wilnie, gdzie po wyzwoleniu miasta aresztowano ponad 6000 żołnierzy AK.

Na co można było liczyć? Na zachodnich sojuszników? Niestety siły anglo-amerykańskie posuwały się wolniej niż oczekiwano, a to zmniejszyło możliwość nacisku na Kreml. I co było już zupełnie fatalne, amerykańskie samoloty zaczęły zrzucać żywność i broń dopiero w połowie września, i to w niewielkich ilościach, ponieważ powinny były mieć na pokładzie zapasy paliwa na drogę powrotną, bo dowództwo sowieckie odmówiło przyjęcia na swoje lotniska amerykańskich samolotów.

5 września rząd brytyjski wysłał następującą wiadomość do Komisarza Ludowego Spraw Zagranicznych Mołotowa:

„Polacy walczący z Niemcami znajdują się w rozpaczliwej, przygnębiającej sytuacji… Niezależnie od przekonania o słuszności wybuchu powstania, ludność Warszawy nie może być pociągnięta do odpowiedzialności za podjęte decyzje. Nasi ludzie nie mogą zrozumieć, dlaczego Polakom w Warszawie nie wysłano żadnej pomocy materialnej z zewnątrz. Powszechnie wiadomo, że taka pomoc nie mogła zostać wysłana z powodu odmowy przez wasz rząd zezwolenia na lądowanie samolotów amerykańskich na rosyjskich lotniskach. Jeśli Polacy w Warszawie zostaną wybici przez Niemców, to zada opinii publicznej taki cios, skutków którego nie da się przewidzieć.

Gabinetowi Wojskowemu trudno też zrozumieć, dlaczego wasz rząd nie bierze pod uwagę zobowiązań rządów brytyjskiego i amerykańskiego do udzielenia pomocy Polakom w Warszawie. Działanie waszego rządu w celu uniemożliwienia wysłania tej pomocy wydaje się nam sprzeczne z duchem współpracy sojuszniczej, do którego Państwo i my przywiązujemy tak wielką wagę teraz i w przyszłości”.

Na odpowiedź rządu sowieckiego nie trzeba było długo czekać:

„Rząd sowiecki poinformował już rząd brytyjski o swojej opinii, według której za awanturę warszawską podjętą bez wiedzy sowieckiego dowództwa wojskowego i z naruszeniem planów operacyjnych tego ostatniego odpowiedzialni są przywódcy polskiego rządu emigracyjnego w Londynie. Nikt nie może zarzucać rządowi sowieckiemu, że rzekomo nie udzielał wystarczającej pomocy narodowi polskiemu, w tym także Warszawie. Najskuteczniejszą formą pomocy są aktywne działania wojsk sowieckich przeciwko niemieckim okupantom w Polsce…

Co do Pańskiej próby uczynienia rządu sowieckiego w pewnym stopniu odpowiedzialnym za awanturę warszawską i za ofiary ludu warszawskiego, rząd sowiecki nie widzi tego inaczej niż jako pragnienie obarczenia nas cudzym grzechem. Tak samo należy traktować sugestię, że stanowisko rządu sowieckiego w sprawie Warszawy jest rzekomo sprzeczne z duchem sojuszniczej współpracy.

Nie ulega wątpliwości, że gdyby rząd brytyjski podjął kroki, aby dowództwo sowieckie zostało na czas ostrzeżone o planowanym powstaniu w Warszawie, to sprawy Warszawy przybrałyby zupełnie inny obrót. Dlaczego rząd brytyjski nie uznał za konieczne ostrzec o tym rządu sowieckiego?

Czy tutaj zdarzyło się to samo, co w kwietniu 1943 r., kiedy polski rząd emigracyjny, przy braku sprzeciwu rządu brytyjskiego, wydał wrogie Związkowi Sowieckiemu oszczercze oświadczenie o Katyniu? Wydaje nam się, że duch sojuszniczej współpracy sugerowałby inny kierunek działania rządu brytyjskiego”.

Przesłanie Mołotowa do brytyjskiego ambasadora w ZSRR było po wojskowemu jednoznaczne: „Skoro mówimy o rejonie Warszawy, to toczą się tu ciągłe walki z Niemcami na ziemi i w powietrzu, a niezamierzone pojawienie się na tym froncie samolotów nienależących do sowieckiego lotnictwa może wywołać przykre nieporozumienie, na co zwracam uwagę”.

Czy Polska, której żołnierze walczyli na wszystkich frontach, nie nabyła swoją krwią prawa do większej aktywności aliantów? Czy właśnie tak miało być? Czy naprawdę nie tylko krew wylana do 1945 roku, ale wszystko, co wydarzyło się później w Europie Wschodniej, całe nasze dziwne, nienaturalne życie i nasza dzisiejsza bezradność, wynikająca z braku przyzwyczajenia do wolności – to wszystko także odroczona zapłata za zwycięstwo w tej wojnie?

2 października 1944 r., po 63 dniach zaciekłych walk, podpisano akt kapitulacji powstańców. Do Londynu dotarł jeden z ostatnich komunikatów radiowych z Warszawy:

„Oto naga prawda. Potraktowano nas gorzej niż satelitów Hitlera, gorzej niż Włochy, Rumunię, Finlandię. Niechaj sprawiedliwy Bóg osądzi straszliwą krzywdę, jaką cierpi naród polski, i niechaj ześle zasłużoną karę na wszystkich, którzy ponoszą winę. Twoi bohaterowie to żołnierze, których jedyną bronią przeciwko czołgom, samolotom i działom są pistolety i butelki z benzyną. Twoi bohaterowie to kobiety, które opatrywały rannych i przenosiły meldunki pod gradem kul, które przygotowywały w zbombardowanych piwnicach zrujnowanych domów jedzenie dla dorosłych i dzieci, i które niosły pociechę umierającym. Twoi bohaterowie to dzieci, które bawiły się spokojnie wśród dymiących ruin. To lud Warszawy.

Naród, który potrafił wykrzesać z siebie tak powszechne bohaterstwo, jest narodem nieśmiertelnym. Bo ci, którzy zginęli, już zwyciężyli, a ci, którzy żyją, będą walczyć i zwyciężać, i znów dawać świadectwo, że Polska żyje, póki żyją Polacy”.

Nieskłonny do sentymentalizmu Churchill powiedział, że tych słów nie da się wymazać z pamięci.

Artykuł Swietłany Fiłonowej pt. „Widmo współpracy sojuszniczej” znajduje się na s. 1 i 4 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 86/2021.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Swietłany Fiłonowej pt. „Widmo współpracy sojuszniczej” na s. 1 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 86/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Uniwersytet Lwowski. Wasyl Kmieć: Przeprowadzamy rekonstrukcje historyczne. Przywracamy wygląd biblioteki sprzed wojny

Dyrektor Naukowej Biblioteki Uniwersytetu Iwana Franki o mordowaniu polskich pracowników naukowych we Lwowie podczas II wojny światowej oraz o uniwersyteckiej bibliotece.


Uniwersytet Iwana Franki we Lwowie współpracuje z Uniwersytetem Wrocławskim w dziele przybliżania niemieckiej zbrodni na lwowskich profesorach w 1941 r. Wydano dwujęzyczny polsko-ukraiński przewodnik. Wasyl Kmieć, dyrektor Naukowej Biblioteki Uniwersytetu Iwana Franki odnosi się do krytyki Polaków, którzy uważają, że mówiąc o zbrodni na lwowskich profesorach należy podkreślać, że byli to polscy uczeni. Stwierdza, że ma na to inne, choć jak stwierdza, nieprzeciwstawne podejście. Chodzi o inne rozłożenie akcentów.

Założyliśmy, że będziemy pisać wyłącznie na dokumentach istniejących. Nie omawiamy w naszych pracach mitologii politycznej.

Obecnie prowadzone są badania nad odtworzeniem kolekcji bibliofilskiej, która ucierpiała wskutek działań wojennych.

Prowadzimy badania z historii naszych zbiorów. […] W czasie wojny biblioteka miała spore straty.

Poza odtworzeniem zbiorów w dawnym Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie trwają prace nad przywróceniem przedwojennego kształtu czytelni bibliotecznej.

Przeprowadzamy rekonstrukcje historyczne. Przywracamy wygląd biblioteki uniwersyteckiej sprzed wojny.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.