Czytajcie Jerzego Nowosielskiego! 7. 01 minęła setna rocznica urodzin artysty, który jest w Polsce patronem roku 2023

Freski Jerzego Nowosielskiego w cerkwi pw. św. Jana Klimaka w Warszawie | Fot. A. Grycuk, CC A-S 3.0, Wikimedia.com

Dział „Kultura” w „Kurierze WNET” otwieramy debatą przyjaciół Jerzego Nowosielskiego, a zarazem znawców jego sztuki, na temat życia, twórczości, wiary i teologii tego wybitnego malarza.

Prorok, anioł i nietoperz. Debata w stulecie urodzin Jerzego Nowosielskiego

Goście Konrada Mędrzeckiego: Michał Bogucki – malarz i przyjaciel Jerzego Nowosielskiego, Łukasz Hajduczenia – teolog i kantor cerkiewny, biskup Michał Janocha – historyk sztuki specjalizujący się w ikonach, Krystyna Czerni – autorka biografii Jerzego Nowosielskiego Nietoperz w świątyni, Ryszard Czyżewski – dyrektor Instytutu Polskiego w Kijowie.

Kiedy Pan poznał Jerzego Nowosielskiego?

Michał Bogucki: Jerzego Nowosielskiego poznałem we wczesnej młodości, chyba w Galerii Krzysztofory w Krakowie w pięćdziesiątym szóstym roku. Miałem wtedy 10 lat. To była po okresie socrealizmu pierwsza ważna galeria sztuki współczesnej, związana ze środowiskiem Grupy Krakowskiej. Moi rodzice należeli do Grupy Krakowskiej jako teoretycy sztuki i moja matka tworzyła tę galerię w podziemiach pałacu Krzysztofory. Na pierwszej wystawie Grupy Krakowskiej poznałem jeszcze zdecydowanie młodego wtedy Jerzego Nowosielskiego.

W maksymalnym skrócie: po całym dniu przygotowań do wernisażu byłem już zmęczony. Chodziłem i prosiłem, żebyśmy poszli już do domu, bo jestem zmęczony, a matka mówiła: nie, bo tu zaraz przyjdzie wielki malarz Jerzy Nowosielski i pójdzie z nami do nas na kolację. No i mijały minuty. W tej galerii są takie schody, spływające z góry na dół.

I na tych schodach pojawia się w otoczeniu jakichś pań malarz Jerzy Nowosielski, w nastroju rozanielenia. I widząc mamę, takim trochę dramatycznym głosem mówi: Marylko, z dzisiejszej kolacji chyba nic nie będzie. A ja wtedy powiedziałem: Mama, chyba nie będziesz tego pijaka brała do nas do domu. I w ten sposób poznałem mego duchowego ojca. (…)

Pytanie do Łukasza Hajduczeni: Kim jest dla Pana Jerzy Nowosielski?

Łukasz Hajduczenia: Mój tata, kapłan prawosławny, znał oczywiście Jerzego Nowosielskiego, który pojawiał się w naszym domu. W domowym notesie telefonicznym był zapisany jego numer. W wieku dziecięcym dostrzegałem oczywiście jego specyficzne, przynajmniej na tamte czasy, malarstwo ikon, ale moje osobiste spotkanie z nim odbyło się, kiedy już studiowałem w seminarium, gdzieś na początku tego seminarium prawosławnego. Dotarła do mnie książka z rozmowami Jerzego Nowosielskiego. No i byłem zafascynowany tym, że wszystkie tematy, które są omawiane w seminarium, dotyczące i teologii, i sztuki cerkiewnej, i historii Kościoła, są przez Nowosielskiego traktowane jakby w troszkę inny sposób. Ten inny sposób był takim ożywieniem. Powiedziałbym, że to jest inspiracja względem samego pojmowania chrześcijaństwa.

To jest niezwykle szerokie, uniwersalne chrześcijaństwo i chyba to właściwe, bo gdyby Chrystus nie był zbawcą uniwersalnego genotypu człowieka, to by w ogóle nie był zbawcą, a właśnie Nowosielski takiego Chrystusa-zbawcę postuluje.

Poza tym cała gama wspaniałych myśli o sztuce, tych wspaniałych myśli o sztuce cerkiewnej… Też jako wyjątek w naszych czasach nie oddzielał sztuki cerkiewnej od pojęcia sztuki w ogóle, w historii ludzkości. W ten sposób afirmował sztukę cerkiewną, a nie umniejszał tylko do pojęcia sacrum czy nie-sacrum. O dlatego Nowosielski jest w moim osobistym życiu niezwykle ważny. Najważniejsza jest oczywiście jego sztuka, jego przekaz, ten niewerbalny. Ale o tym lepiej nie mówić – lepiej oglądać.

MB: Przypomniało mi się takie zdarzenie z połowy lat siedemdziesiątych. To był zjazd duchowieństwa prawosławnego w Warszawie na Pradze. Przyjechało 150 poważnych uczestników. Cały kler i ówczesny metropolita Bazyli, który rozumiał Nowosielskiego i się z nim przyjaźnił. Zaprosił go, żeby temu gronu powiedział, na czym polega prawdziwa sztuka sakralna, na czym polega w ogóle sztuka.

Pamiętam całe zdania z tego; np. najciekawsze dla mnie, że jest istotna różnica między realizmem rzeczywistości duchowej, która wyraża się głównie poprzez abstrakcję i ikony, a pozornym realizmem rzeczywistości wzrokowej.

I tu odnosił się tych wszystkich obrazów, zwanych niesłusznie ikonami, zapełniających cerkwie, do których oczywiście i wierni, i duchowni byli przyzwyczajeni, bo praktycznie nic innego nie widzieli. I może z wyjątkiem dziesięciu, piętnastu słuchaczy reszta w ogóle nie rozumiała, o czym on mówi. Ci, którzy rozumieli, to oczywiście ksiądz Jerzy Klinger, ksiądz Jerzy Teofiluk, ksiądz Maksymowicz z Krakowa.

On nie używał łatwego języka, mówił tak, jak myślał. I to był dla mnie dysonans, bo widziałem, że nie był rozumiany przez to środowisko, które powinno go przede wszystkim rozumieć. Człowiek nie jest prorokiem wśród swoich, prawda? Istniała taka intelektualna blokada. Wtedy w cerkwiach 90% obrazów sakralnych, jak byśmy to nazwali, i co dzisiaj też jest dominujące ilościowo, to było takie, jak ja to tak nazywam – słodko kwaśne malarstwo realistyczne, sentymentalne, o niemieckiej proweniencji, które w XIX wieku stało się głównym stylem malarskim na Rusi i w Rosji i de facto wyparło ikonę. I Nowosielski był jednym z pierwszych, który tę całą niewiedzę usuwał i wprowadzał rzeczywiste pojęcie, co to jest ikona. (…)

Ja pamiętam wypowiedź Jerzego Nowosielskiego, że ikona to po prostu obraz.

ŁH: Tak, bo nasze pojęcie o ikonie tak naprawdę pochodzi w teoretycznej i pewnej ideologicznej formule dopiero z XX wieku, bo to dopiero wtedy odkryto na nowo tę starą ikonę, zaczęto odnajdywać w niej coś niezwykłego. To dopiero czas, kiedy dokonano renowacji ikony Trójcy Świętej Rublowa, czasy ojca Pawła Florenckiego. Trzeba zdać sobie sprawę, że to byli ludzie, którzy dopiero to odkrywali, a sami jeszcze tkwili w romantycznym, dziewiętnastowiecznym pojęciu ikony. I Nowosielski był chyba jednym z pierwszych. Tak naprawdę, pomimo tego, że żył i tworzył w daleko powojennych czasach, był jednym z pierwszych, którzy dokonali weryfikacji w pojmowaniu ikony. Na przykład jeśli chodzi o jej pewną sztuczną sakralizację.

Ikona jest być może najświętszą sztuką, ale pewne teologizowanie ikony, tłumaczenie np. w kluczu symbolicznym jest swego rodzaju błędem, dlatego że to wszystko po prostu nie istniało w czasach, kiedy ikona była sztuką dominującą.

Nowosielski to wszystko przewertował i miało to wpływ na jego rezultat twórczy. On nie był osobą, która maluje z powodów takich, że kolor czerwony coś tam oznacza, ale dlatego, że on w sposób malarski czuł całą formę i język plastyczny ikony. Język, który gdzieś tam wtórnie tłumaczy nam, co jakie elementy oznaczają. (…)

Czy najpierw spotkał Pan teologa, czytając książki na przykład, czy najpierw widział Pan ikony?

Robert Czyżewski: To dla mnie dosyć trudne pytanie, bo na poziomie estetycznym jestem tradycjonalistą i historykiem dziewiętnastego wieku. W konsekwencji w sposób naturalny zwracam się w kierunku sztuki dosyć tradycyjnej, ale powiem szczerze, że w sztuce Nowosielskiego, najpierw w tej części artystycznej, urzekły mnie dwie rzeczy absolutnie fundamentalne.

Nowosielski prowadzi stały dialog z tradycją, i to dialog poważny. To nie jest odrzucanie tradycji ze wstrętem i manifestacja surowości, ale kompozycja dialogu. I to widać. To nie jest sztuka współczesna, która kłóci się z tradycją. To jest dobra współpraca, czerpanie z niej.

Ale jest druga rzecz, dosyć silnie z tym związana. Współczesny artysta bardzo często jest elitarny, a jeśli nawet tworzy coś dla widza bardziej masowego, czy to będzie jakaś grafika, czy właśnie sztuka sakralna, to jest to zupełnie oderwane od jego działalności artystycznej. Nowosielski cały czas utrzymywał swój styl i był zmuszany do dialogu z wiernymi w kościołach, w których były jego dzieła. I dla niego był to dialog czasami dosyć bolesny, ale traktował wiernych zawsze poważnie. To nie było tak, że mówiąc kolokwialnie, robił gdzieś w kościele jakąś chałturę, a dla elity malował coś innego.

Mieliśmy w Kijowie wystawę. To była wystawa w pewnym sensie informacyjna, ale bogato zdobiona ikonami. I widać było kobiety w chustach, które czytały i przyglądały się tym ikonom. I myślę, że Nowosielskiemu o to chodziło. A więc gdybym miał te moje wrażenia artystyczne podsumować, to powiedziałbym: pozytywny dialog z tradycją i otwarcie na masowego odbiorcę przez sztukę sakralną. Ale przyznam, że dla mnie najciekawszy jest Nowosielski-teolog.

Uważam, że jest jednym z oryginalniejszych teologów. Niektórzy twierdzą, że jego teologiczna wizja zahacza prawie o herezję, ale nie jest to wizja antyteologiczna, tylko głębokie dostrzeżenie w chrześcijaństwie potężnego potencjału intelektualno-egzystencjalnego.

Chyba to drugie nawet jest ważniejsze w jego przypadku, bo on cały czas widzi chrześcijaństwo z perspektywy siebie, konkretnego człowieka. Nie czuję się na siłach mówić o teologii Nowosielskiego. Zresztą nie ma systematycznego jej wykładu, pojawiają się tylko jakieś fragmenty jego teologii. Ale ten Nowosielski jako teolog w pewnym sensie jest ciekawie ilustrowany jego sztuką – tak bym to powiedział. A jego sztuka chwilami, jak np. w cerkwi w Lourdes we Francji, jest niemalże mroczno prowokacyjna, jako człowieka grzesznego. To jest oczywiście fascynujące. (…)

Ale chciałbym przejść do tematów, które dla mnie są szczególnie ważne, bo kilka osób w Polsce mówiło mi, żeby z Nowosielskiego nie robić na siłę Ukraińca. Kwestia narodowości Nowosielskiego jest dosyć istotna. Wydaje mi się, że on swoimi życiowymi wyborami był do pewnego stopnia ponadnarodowy, w pozytywnym sensie tego słowa. Zakładając, że człowiek wchodzi na pewien poziom teologiczny, można powiedzieć, że podziały narodowe przestają go interesować z perspektywy niebiańskiej. Nowosielski miał korzenie częściowo ukraińskie, jego ojciec był Łemkiem i chciał mu tę ukraińskość przekazać, podczas gdy matka była Polką i katoliczką.

I jeżeli zakładać, że w człowieku to nieświadome dominuje, to w Nowosielskim oba te światy, polski i ukraiński, galicyjskie, były obecne. Został na terenie Polski, wychował się w polskim środowisku, prawdopodobnie myślał również po polsku, a jednak wybrał dla siebie ostatecznie świat wschodni. Jest jednym chyba z ostatnich przedstawicieli wspólnego świata, którego już nie ma: przenikającego się światła polsko-ukraińskiego.

To był kilkusetkilometrowy pas wspólnego zamieszkania. To wszystko zniknęło po drugiej wojnie światowej, przesiedlono półtora miliona ludzi. Rzadko o tym pamiętamy i rzadko ta liczba się pojawia. Mniej więcej po połowie Polaków i Ukraińców zostało wyrzuconych ze swoich domów. Znikła ta przestrzeń spotkania Wschodu z Zachodem.

I być może Nowosielski ze swoją biografią jest ostatnim przedstawicielem tego spotkania polsko ukraińskiego, jakie miało miejsce przez setki lat. Ja na niego patrzę z tej perspektywy i dlatego on jest dobrym ambasadorem Polski na Ukrainie, ambasadorem polskiej kultury, znowu może jednym z wielu, ale na poziomie malarskim.

A przecież tych malarzy, którzy mogą reprezentować Polskę na Ukrainie, jest sporo, Kossakowie na przykład czy Siemiradzki. Ale właśnie Nowosielski, wydaje mi się, jest świetnym reprezentantem tego spotkania Wschodu z Zachodem. (…)

O pierwsze spotkanie z Jerzym Nowosielskim pytam teraz Panią Krystynę Czerni, autorkę rewelacyjnej biografii malarza.

Krystyna Czerni: W Krakowie wszyscy się trochę znamy. Nowosielski był niejako osobą publiczną, więc bywał widywany na wernisażach i miał różne spotkania, a ja studiowałam historię sztuki. Ponieważ trafiłam pod skrzydła profesora Porębskiego, potem profesora Krakowskiego, był silny Zakład Sztuki Nowoczesnej, to siłą rzeczy moje zainteresowania poszły w tamtym kierunku. (…)

Drugą osobą, która sprzyjała tej mojej fascynacji, był duszpasterz, ojciec Jan Andrzej Kłoczowski, dominikanin, który był – też nie wszyscy wiedzą – historykiem sztuki, prawie z doktoratem. (…) Dostałam od niego pierwsze wydanie Rozmów Nowosielskiego z Podgórcem. To była dla mnie niesamowita lektura. Do tej pory mam ten egzemplarz. Oni mówili tak nieszablonowo, tak ciekawe rzeczy. Ja wtedy zrozumiałam z tego jedną trzecią, gdyby mi ktoś powiedział, że będę redagować rozszerzoną drugą wersję tych rozmów, to bym nie uwierzyła.

Te dwa drogowskazy sprawiły, że dla mnie zawsze Nowosielski był bardziej motywującym teologiem niż malarzem, który ma zainteresowania jakieś takie ezoteryczne, religijne, dziwne. Więc zawsze, zawsze ten background, taki teologiczno-religijny, był w jego odbiorze jego sztuki dla mnie bardzo istotny. No a potem przyszła pora na osobiste spotkania i trochę na prośbę profesora Porębskiego robiłam różne wywiady z Nowosielskim. (…)

Michał Janocha: (…) Gdy chodzi o Nowosielskiego jako teologa, to przede wszystkim trzeba powiedzieć to, co może dla katolików jest nieoczywiste, że teologia nie jest dyscypliną akademicką uprawianą za biurkiem, chociaż oczywiście ma również ten wymiar. Nowosielski nie był teologiem w takim znaczeniu. Kościół wschodni ma widzenie teologii całościowe. Teologia jest przede wszystkim tym, o czym mówi. Źródłosłów tego terminu jest życiem, Słowem Bożym i w tym znaczeniu Nowosielski był teologiem par excellence, chociaż nie był akademikiem.

Zmarły papież Benedykt był profesorem teologii, ale myślę, że również to widzenie było mu bliskie, bo teologia jest przede wszystkim doświadczeniem. I w tej perspektywie trzeba widzieć Nowosielskiego. To według mnie jeden z najciekawszych prawosławnych teologów w Polsce, na pewno absolutnie niekonwencjonalny, wychodzący naprzód, bardzo często kontrowersyjny, ale nie bojący się podstawowych kwestii i podstawowych pytań, których my w teologii bardzo często nie lubimy sobie stawiać.

Podobno Jerzy Nowosielski przez 10 lat był ateistą…

MB: Ja się uśmiecham, bo też przeżywałem, chyba jak każdy, takie okresy. Ale nie byłem w stanie wytrwać 10 lat w niewierze. To też było duże doświadczenie, a niewątpliwie powrót nastąpił dzięki Nowosielskiemu i dzięki księdzu Zwingerowi. (…)

Pani Krystyno: dlaczego Nietoperz w świątyni? Czy nietoperzem jest właśnie Jerzy Nowosielski?

KC: To jest cytat, który zawdzięczam Tadeuszowi Różewiczowi. Książkę zawdzięczam, nie tylko tytuł. Jeździłam do Tadeusza Różewicza rozmawiać o Nowosielskim. Najpierw dostałam od niego korespondencję, którą udało się wydać kilka lat przed napisaniem biografii. I tam były tak istotne przemyślenia i spory, że jeździłam potem i drążyłam te tematy. Tak naprawdę widzeniu Różewicza – czułemu, ale też bardzo przenikliwemu – swojego przyjaciela zawdzięczam bardzo wiele w spojrzeniu na tę postać. Różewicz napisał bardzo piękny tekst notatki do Nowosielskiego, gdzie starał się jak w pigułce nazwać to, co czuje, patrząc na jego sztukę. I tam właśnie napisał, że czuje, że Nowosielski jest rozdarty. Rozdarty nie tyle na powierzchni obrazu, co w swojej świadomości poza tym obrazem. I że czasem przypomina anioła, a czasem nietoperza, który wisi gdzieś w zapajęczonych piwnicznych zakamarkach świątyni. I ten obraz wydał mi się bardzo trafny.

Nietoperz i anioł. My wszyscy mamy w sobie takie pęknięcie, pewnie będące skutkiem grzechu pierworodnego. Ale Różewicz to wyczuł w Nowosielskim i bardzo pięknie poetycko nazwał. A ja starałam się także to jego wewnętrzne pęknięcie pokazać w książce.

I jeszcze tylko powiem, że paradoksalnie, mimo iż jestem historykiem sztuki, i na mnie największe wrażenie robi myśl Nowosielskiego. Czytajcie Nowosielskiego! Ja bardzo wiele mu zawdzięczam, także w rozwoju duchowym.

Niesamowita suwerenność myśli, odwaga, wiara. Czytajcie Nowosielskiego!

Cała debata Konrada Mędrzeckiego, Michała Boguckiego, Łukasza Hajduczeni, Krystyny Czerni, bpa Michała Janochy i Ryszarda Czyżewskiego w stulecie urodzin Jerzego Nowosielskiego, pt. „Prorok, anioł i nietoperz”, znajduje się na s. 32–36 lutowego „Kuriera WNET” nr 104/2023.

 


  • Lutowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Debata Konrada Mędrzeckiego, Michała Boguckiego, Łukasza Hajduczeni, Krystyny Czerni, bpa Michała Janochy i Ryszarda Czyżewskiego w stulecie urodzin Jerzego Nowosielskiego, pt. „Prorok, anioł i nietoperz”, na s. 32–33 lutowego „Kuriera WNET” nr 104/2023

Niezwykła kolekcja fotografii wigilijnych z pierwszej połowy ubiegłego wieku / Marcin Niewalda, „Kurier WNET” 103/2023

Przekazujemy sobie przepisy na makowce czy karpia, ale z pamięci unikają szczegóły, np. sposób wykonania świątecznych ozdób, przystrojenia stołu, ubiór świąteczny. Lukę tę mogą zapełnić fotografie.

Marcin Niewalda

Chyba w każdej rodzinie, a szczególnie o korzeniach kresowych, pamięć o tradycji świątecznej w okresie Bożego Narodzenia jest bardzo ważna. Wielu z nas ma przed oczami bacie i ciocie, których życie na ziemi zakończyło się już, a które przygotowywały potrawy przekazane im przez ich własne babcie. Przy okazji świąt starsze osoby opowiadały ze łzą w oku, „jak to dawniej bywało”. To najcieplejsze ze wszystkich świąt zawsze łączyło nie tylko rodziny, ale też pokolenia i epoki.

O ile jednak przekazujemy sobie starodawne przepisy na makowce czy karpia w galarecie, opowiadamy wydarzenia z wieczerzy wigilijnej czy Pasterki, to z czasem z pamięci umykają takie szczegóły, o których się rzadko wspomina, np. sposób wykonania świątecznych ozdób, przystrojenia stołu, ubiór świąteczny. Lukę tę mogą zapełnić fotografie przedwojenne, które dopełniają obrazu i pozwalają lepiej wczuć się w świat, który odszedł.

Widać na nich np. świeczki i sposób ich rozmieszczenia na choince, ilość ozdób i sposób ich mocowania; mundury, odświętne stroje, rodziny, które zgromadziły się w szerokim gronie, prezenty, niezwykłe szopki, dzieci przebrane za anioły, świąteczne obrusy. Co ciekawe, widać też, że przed wojną nie było jeszcze powszechnego zwyczaju wstrzemięźliwości od alkoholu przy wigilijnym stole.

Zdjęcia są niekiedy niewyraźne, mają wiele skaz wynikających ze starości i świadczących o kolejach ich losu. Warto zauważyć, że prawie nie zachowały się zdjęcia wigilijne z dworów ziemiańskich sprzed 1900 roku. Pomimo wagi święta, często nie robiono przy tej okazji zdjęć, traktując tę uroczystość jako prywatną. W prasie jednak pojawiały się rysunki i o tym warto będzie opowiedzieć może przy kolejnej Wigilii.

Dodać należy jeszcze jedną istotną kwestię. Nie jest prawdą, że stawianie choinki jest zwyczajem niemieckim lub skandynawskim, zaadaptowanym w Polsce. Drzewkami przystrajano domy czy kaplice w kościołach w Polsce już w średniowieczu, i to nie tylko z okazji Bożego Narodzenia. Jednak – co jest wiedzą powszechnie nieznaną – rzadko używano w tym celu świerków, gdyż po prostu nie rosły one na większości terenów polskich. Świerk rozpowszechniony został na naszych ziemiach dopiero przez zaborców, którzy niszczyli rodzime lasy i wprowadzali tu szybkorosnące drzewa.

Świerki oryginalnie rosły w Prusach czy w województwie bełskim (skąd np. pozyskiwano maszty dla okrętów), ale nie było ich choćby w Tatrach. Dlatego w czasie Wigilii stawiano w kącie np. brzózki, oczywiście bez liści, lub sosenki czy inne małe drzewka. Symbolizowały one drzewo życia. Dekorowano je jabłkami, orzechami, kolorowymi ozdobami ze słomy. Na znak pochodzenia „z Nieba” często zawieszano takie drzewko u sufitu.

Jednak we wspomnianych rejonach również w średniowieczu stosowano świerki – zielone w zimie.

Unikalna kolekcja przedwojennych zdjęć wigilijnych jest gromadzona przez Fundację Odtworzeniową Dziedzictwa Narodowego, portal Genealogia Polaków. Artykuł sfinansowany przez Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, ze środków Program Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030.

Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Niezwykła kolekcja fotografii wigilijnych” znajduje się na s. 20 styczniowego „Kuriera WNET” nr 103/2023.

 


  • Styczniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Niezwykła kolekcja fotografii wigilijnych” na s. 20 styczniowego „Kuriera WNET” nr 103/2023

Dla ogółu Łemkowie są tożsami z ludnością ukraińską. Ukraińcy zaś uważali ich za grupę regionalną, posługującą się gwarą

Pielgrzymka na Świętą Górę Jawor |Fot. s. Katarzyna Purska USJK

W drugiej połowie XIX wieku sąsiedzi – Bojkowie nazwali ich Łemkami. „Łemka” to jest przezwisko, które wzięło się stąd, że ponoć nadużywali w mowie potocznej wyrażenia „łem” – „lecz, jeno, tylko”.

Tekst i zdjęcia s. Katarzyna Purska USJK

Pielgrzymka Łemków ku Świętej Górze Jawor

Był rok 1925. Dzień, w którym katolicy obchodzą święto Narodzenia Maryi Panny. Cztery młode Łemkinie wybrały się do rzymskokatolickiego sanktuarium maryjnego w Gaboltovie – wsi położonej u stóp góry Busov. Obecnie wieś Geboltova znajduje się już poza polską granicą, po stronie słowackiej. Kobiety przekroczyły granicę nielegalnie, więc wracały do domu nocą, aby uniknąć spotkania ze strażą graniczną. Zdarzyło się jednak, że po przejściu na polską stronę nagle ujrzały światłość. Przekonane, że jest to straż graniczna, w popłochu wróciły do Wysowej. Wkrótce – jak głosi miejscowa tradycja – kobiety ponownie ujrzały jasność w tym samym miejscu, a według relacji jednej z nich, Klafirii Demiańczyk, ukazała się jej Matka Boża. Wieść o tym wydarzeniu wywołała ogromne poruszenie wśród mieszkańców Wysowej i okolicznych wiosek.

Opisane tu wydarzenia dokonały się na terytorium zamieszkałym przez Łemków, czyli na Łemkowszczyźnie, jak nazywają tę ziemię Polacy, rdzenni mieszkańcy zaś nazywają ją Łemkowyną. Obszar Łemkowyny obejmuje północą i południową stronę Karpat. Aktualnie rozciąga się ona na terenie Polski i Słowacji.

W czasach, kiedy miały miejsce opisane tu wydarzenia, odrodzona po zaborach Polska graniczyła z Czechosłowacją. Po rozpadzie cesarstwa austro-węgierskiego granice międzypaństwowe stały się sztywne i były pilnie strzeżone, a więc rozdzieliły społeczność Łemków. Mimo to ludzie z okolic Wysowej coraz tłumniej przybywali na miejsce, gdzie według relacji kobiet ukazała się Matka Boża.(…)

Pielgrzymki Łemków na „Świętą Górę Jawor” zostały wznowione w 2015 r. i po dziś dzień gromadzą Łemków spośród mieszkańców Polski i Słowacji. Co roku przewodnik tych pielgrzymek, o. Grzegorz – młody duchowny greckokatolicki, zmienia trasę pielgrzymki. Jednego roku Łemkowie pielgrzymują wraz z nim do sanktuarium od strony polskiej, a w następnym – od strony słowackiej.

W lipcu tego roku również ja wzięłam w niej udział. (…) Podczas wędrowania po górach Beskidu Niskiego zawsze na czele kroczył mężczyzna dźwigający wielki, drewniany, trójramienny krzyż. Tuż za nim lub obok niego szły dwie osoby niosące święte ikony kapłanów – błogosławionych męczenników komunizmu. Jedna ikona przedstawiała biskupa preszowskiego, bł. Pawła Gojdicia OSBM. Duchowny ten zmarł w szpitalu więziennym w roku 1960. Na drugiej został uwidoczniony bł. Wasyl Hopko – biskup pomocniczy unickiej diecezji w Proszowie. Zostali aresztowani w roku 1950, w czasie, gdy władze komunistyczne w ramach tzw. akcji P przystąpiły do likwidacji Kościoła greckokatolickiego w Czechosłowacji .

Obaj biskupi mogli odzyskać wolność, ale jedynie za cenę przejścia na prawosławie, i obaj okazali się niezłomni. W 1951 r., po trwającym wiele miesięcy śledztwie, bp Wasyl Hopko otrzymał wyrok 15 lat więzienia, a bp Paweł Gojdić został skazany na dożywocie. Biskup Hopko przebywał w więzieniu do 1968 r. Żył na wolności jedynie 10 lat. Kiedy zmarł w roku 1976, lekarze podczas sekcji zwłok stwierdzili w jego kościach dużą ilość arszeniku. Widocznie musiał być przez dłuższy czas nim podtruwany, najprawdopodobniej podczas uwięzienia.

Historia obu męczenników pokazuje ich wiarę i po trosze wyjaśnia też kwestię wyznawanej przez Łemków religii. Należą oni do kręgu chrześcijaństwa wschodniego, choć reprezentują dwa różne wyznania.

W zdecydowanej większości Łemkowie przynależą do Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Mniejsza ich część pozostała wierna Kościołowi Katolickiemu Obrządku Bizantyńsko-Ukraińskiego. Wyznanie greckokatolickie (unickie) na terenie Rzeczpospolitej bierze swój początek w 1596 r. od unii brzeskiej, na mocy której ludność prawosławna, która uznała zwierzchnią władzę papieża, zachowała jednocześnie obrządek bizantyjski. Po południowej stronie Karpat dokonało się podobnie, z tą różnicą, że unia została zawarta dopiero w roku 1692, w miejscowości Munkacz.

Kościół greckokatolicki przez kolejne wieki stał się Kościołem męczeńskim, z wrogością traktowany przez prawosławnych, przez Rosjan, a często nierozumiany i traktowany z wyższością przez rzymskich katolików. Dlatego też poprzez kolejne lata aż do dzisiaj nie wykształciła się jedna wspólnota religijna wśród Łemków, a nawet dochodziło na tym tle do wielu konfliktów. Tym bardziej, że okoliczności historyczne zmuszały ich do kolejnych wyborów religijnych. Niezależnie od tych podziałów, na płaszczyźnie religijnej łączy ich wiara w Jezusa Chrystusa, Cerkiew i to, co oni sami nazywają „swojskością religijną”. (…)

Sądzę, że przypadkowi przechodnie na ulicy, zapytani o Łemków, nie będą potrafili udzielić odpowiedzi na pytanie, kim oni są. Dla ogółu, podobnie jak przed laty dla władzy komunistycznej, Łemkowie są tożsami z ludnością ukraińską. Zresztą i sami Ukraińcy uważali ich zawsze za grupę regionalną, posługującą się gwarą. Czy nadal tak uważają?

Tymczasem Łemkowie są całkiem odrębną mniejszością etniczną, przynależną do kręgu tzw. Karpatorusinów, czyli Rusinów karpackich. Aż do XIX w. nazywali samych siebie Rusinami lub Rusnakami. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku zostali nazwani Łemkami, a co zabawne – „Łemka” to jest przezwisko, które nadali im sąsiedzi – Bojkowie. Wzięło się ono stąd, że ponoć nadużywali w mowie potocznej wyrażenia „łem”, które oznacza „lecz, jeno, tylko”. Nazwa ta przyjęła się wśród galicyjskich Łemków dopiero w latach trzydziestych XX w., na terenie Słowacji zaś była używana jedynie sporadycznie.

Tak więc ze względu na nazwę można by rzec, że Łemkowie pojawili się na ziemiach polskich dopiero w XIX w. Wiemy jednak, że na terenie Karpat mieszkali już od XV w., przybyli zaś tam z terenu Bałkanów. Wśród pierwszej grupy osadników zwanych Wołochami byli Słowianie z południa, Arumuni i Albańczycy. Wiek później połączyli się z nimi Rusini. Zatem owi osiedleńcy w Karpatach stanowili konglomerat różnych ludów, które obcując ze sobą, wytworzyły wspólną kulturę pastersko-rolną.

Istnieje jeszcze inna teoria, która mówi, że Łemkowie wywodzą się od prowadzących nomadyczny styl życia trackich pasterzy albo że pierwotnie było to plemię tzw. Białorusinów. Ostatecznie więc nie wiemy z całą pewnością, skąd się wzięli ani co ich zmusiło do wędrówki grzbietami Karpat z południa na północ ku zachodowi oraz osiedlenia się na ziemiach polskich i na słowackim Spiszu.

Niezależnie od sporu o pochodzenie i nazwę, trzeba przyznać, że ów lud żyjący pomiędzy Odrą a Bugiem zachował oryginalną kulturę: język, obyczaje, sztukę i folklor. Co więcej, wytworzył własne piśmiennictwo, które pojawiło się już w XVI wieku. Na ziemiach polskich Łemkowie zamieszkiwali w zwartych skupiskach, a ich liczba przed II wojną światową wynosiła ponad 100 tysięcy. Obecnie, według spisu ludności z 2011 roku, przynależność do tej mniejszości etnicznej zadeklarowało jedynie 9641 obywateli polskich.

Kontakty Łemków z Polakami pierwotnie miały charakter administracyjno-gospodarczy i odbywały się w zasadzie bezkolizyjnie. Nie stały tu na przeszkodzie ani odrębność kultury materialnej, ani religia, ani też odrębne zwyczaje. Jednakże na Łemkowszczyźnie dużo ważniejsze okazały się różnice w poczuciu przynależności, jako że tam szczególnie ujawniły się wpływy Rosji, Polski i Austrii.

W konsekwencji ścierania się tych wpływów doszło do podziału wśród Łemków na trzy grupy i trzy orientacje: staroruską, ukraińską i rusofilską. Pierwsza z tych orientacji opowiadała się za lojalizmem wobec Austrii, druga – odwoływała się do tradycji kozackiej, trzecia zaś zorientowana była na związek z Rosją. Podział ten jest wciąż aktualny i odnoszę wrażenie, że najsilniej przejawia się on między orientacją rusińską a proukraińską.

Podziały między Łemkami są przyczyną niekiedy ogromnych wzajemnych napięć. Pytanie: dlaczego? Otóż w drugiej połowie XIX wieku doszło na terenie Galicji do nasilonej aktywności ukraińskiego ruchu narodowego, zwłaszcza wówczas, gdy 1 listopada 1918 r. została utworzona Zachodnioukraińska Republika Ludowa. Wydarzenie to zmusiło tę ludność do samookreślenia i wzbudziło w niej świadomość przynależności do wspólnoty narodowej.

Najpierw wyrazem tej samoświadomości było utworzenie ruchu o charakterze językowo-kulturowym, potem zaś narodził się ruch o charakterze politycznym, dążący do jedności państwowej ze wszystkimi wschodnimi Słowianami. Miał on być przeciwwagą dla polonizacji tych terenów i zdecydowanie przeciwstawiał się narodowemu nurtowi ukraińskiemu. W drugiej połowie XIX wieku ziemie rusińskie – Ruś Preszowska, Zakarpacka i Łemkowyna – jawiły się Ukraińcom jako ich terytoria etnicznie, które według ich mniemania powinny trafić pod skrzydła rodzącego się państwa ukraińskiego.

Niewątpliwie przekonanie to zaistniało pod wpływem polityki austriackiej, która w ten sposób rozgrywała swoje interesy mocarstwowe, że stwarzała sytuacje konfliktowe pomiędzy podległymi sobie narodowościami.

Nurt ukraiński nie znalazł szerokiego posłuchu wśród Łemków ani też żadne z działań Ukraińców na tych ziemiach nie przyniosły oczekiwanego skutku. Wzbudziły natomiast wśród nich poważne dyskusje dotyczące przyszłości „ruskich ziem”. W ich rezultacie 5 grudnia 1918 r. we wsi Florynka doszło do powstania Łemkowskiej Ruskiej Republiki Ludowej, która głosiła odrębność i ścisłe związki początkowo z Rosją, a kiedy okazało się to niemożliwe, z Czechosłowacją. (…)

Zakończenie II wojny światowej nie oznaczało ustania walk partyzanckich, które przebiegały krwawo i były szczególnie zacięte na terenach południowo-wschodniej Polski. Toczyły się one pomiędzy Ukraińską Powstańczą Armią a Ludowym Wojskiem Polskim oraz podziemiem niepodległościowym. Celem UPA było stworzenie z tej części terenów Polski własnego państwa ukraińskiego. Nacjonaliści ukraińscy chcieli również w ten sposób zapobiec akcji tzw. repatriacji na tereny ZSRR. Palenie wsi i terroryzowanie Polaków stało się w tym czasie przerażającą codziennością

Skutki tej codzienności okazały się tragiczne dla społeczności Łemków. Spowodowały bowiem dwie zakrojone na szeroką skalę akcje przesiedleńcze. Pierwsza z tych akcji rozpoczęła się jeszcze podczas wojny. 9 września 1944 r. zostało zawarte porozumienie pomiędzy PKWN a rządem USRR o wzajemnej wymianie ludności.

Na mocy tego porozumienia, w latach 1944–46 zostało wywiezionych z Polski blisko 483 tys. „Ukraińców i Rusinów”, a wśród nich co najmniej 70 tys. Łemków. Pozostało ich w Polsce jeszcze ok. 25–40 tys., ale ci z kolei w roku 1947 r. zostali wysiedleni ze swoich rdzennych ziem podczas tzw. Akcji Wisła. (…)

Przez cały okres komunizmu Łemkowie byli poddawani represjom i prześladowaniom, z których najbardziej dla nich bolesne było to, że nie chciano uznać ich odrębności etnicznej. Winą za swoje krzywdy i cierpienia obarczają do dzisiaj nie tyle rząd komunistyczny i partię, co zwykłych Polaków. Odniosłam wrażenie, że współcześni Łemkowie polscy zasadniczo różnią się od niezwykle serdecznych, otwartych i gościnnych Łemków ze Słowacji. Ci drudzy znają relację o bezwzględnych Polakach, którzy zawłaszczyli im ziemie i zabrali ich gospodarstwa.

Jaka jest prawda? Próbowałam jej dociec, poszukując jej w dostępnych mi dokumentach i świadectwach. Z lekcji historii pamiętałam jedynie, że energicznie przeprowadzona przez władze komunistyczne akcja była wymierzona przede wszystkim w Ukraińców, którzy stanowili bazę dla formowania się band UPA i że Łemkowie podzielili los ludności ukraińskiej. Zostali wówczas przesiedleni z pasa południowo-wschodniego wraz z Ukraińcami. Z samego tylko terenu Bieszczad wysiedlono wówczas 140 tysięcy osób. Zetknęłam się z opinią polskich świadków, że przymusowe przesiedlenie na zachód było koniecznym środkiem, za pomocą którego zostało wiele istnień ludzkich zostało uratowanych od niechybnej śmierci. (…)

Jak już wspominałam, ludność łemkowska była podzielona. Część Łemków niewątpliwie popierała antypolskie ataki ze strony Ukraińców, a nawet brała w nich czynny udział. Dzięki Akcji Wisła zostały wprawdzie rozbite oddziały UPA, ale jednocześnie dokonała się wielka krzywda, która dotknęła ludzi często w żaden sposób niezwiązanych z działalnością ukraińskiej partyzantki.

Trzeba mieć na względzie również to, jak ogromne były jej koszty społeczne. Spowodowała wyludnienie części obszarów Roztocza, Pogórza Przemyskiego, Bieszczad i Beskidu Niskiego. Zostały spalone wioski, niektóre z nich całkowicie zniknęły z powierzchni ziemi, a wraz z nimi zniszczono bezpowrotnie dziedzictwo kulturowe tych regionów.

Do pełnego obrazu brakuje jeszcze danych dotyczących identyfikacji etnicznej Łemków. W trakcie narodowego spisu powszechnego ludności i mieszkań z 2011 r. jedynie 283 osoby należące do mniejszości łemkowskiej zadeklarowały także przynależność do narodu ukraińskiego. Z kolei spośród mniejszości ukraińskiej deklarację przynależności do grupy etnicznej Łemków złożyło 801 osób.

A zatem zdecydowana większość Łemków deklaruje, że nie identyfikuje się z narodem ukraińskim. (…)

Cały artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Pielgrzymka Łemków ku Świętej Górze Jawor” znajduje się na s. 12 grudniowego „Kuriera WNET” nr 102/2022.

 


  • Grudniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Pielgrzymka Łemków ku Świętej Górze Jawor” na s. 12 grudniowego „Kuriera WNET” nr 102/2022

Studio Lwów 02.11.2022: Po dwóch latach nieobecności „Przystanek Historia – Lwów” powrócił do Lwowa

dr Jacek Magdoń, IPN i Artur Żak, fot. Mariana Nimyłowycz-Żak

dr Jacek Magdoń, IPN i Artur Żak, fot. Mariana Nimyłowycz-Żak

Ten edukacyjny projekt odbywa się we Lwowie od ponad 4 lat. Pandemia i inwazja rosyjska przerwała zajęcia popularyzujące polską historię na dwa lata.

Na przełomie października i listopada inicjatywa ponownie zjawiła się w rozkładzie polskich wydarzeń we Lwowie. Przystanek Historia odbył się dla młodzieży z polskich szkół nr 10 i 24 we Lwowie, Katolickiego Uniwersytetu Trzeciego wieku. Zajęcia prowadził dr Jacek Magdoń, edukator z rzeszowskiego oddziału IPN:

„Przystanek Historia we Lwowie ruszył w 2018 roku. Stacjonarne „przystanki” dobrze zafunkcjonowały w szkołach z polskim językiem nauczania i na uniwersytecie trzeciego wieku, ale też w innych miastach obwodu lwowskiego – tam, gdzie są Polacy, którzy o historii Polski chcą wiedzieć więcej.”

Artur Żak, koordynator projektu:

„Koncepcja jest bardzo prosta, jeżeli jest jakieś środowisko, które chce nas zaprosić, to edukatorzy z Instytutu Pamięci Narodowej przyjeżdżają w dane miejsce. Są to wykłady, wystawy, gry terenowe. Lwowska odsłona Przystanku Historia pierwotnie miała mieć charakter zajęć odbywanych na żywo. Nowym rozwiązaniem na czas pandemii jest radiowa edycja – „Przystanek Lwów w Radiu”.

Relacje z tych wydarzeń przygotował Wojciech Jankowski.

 

Artur Żak z Cmentarza Janowskiego we Lwowie, relacjonuje uroczystości Święta Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych i akcję rozstawiania zniczy na tej starej lwowskiej nekropolii.

 

Wysłuchaj całej audycji już teraz!

Program Wschodni 05.11.22– „Dobrze wiecie co to znaczy zapach śmierci, nie śmierci naturalnej, tylko zabitego człowieka”

Taraka, fot. z archiwum zespołu

Taraka, fot. z archiwum zespołu

Powiedział gość audycji, Karol Kus, lider zespołu Taraka, twórca jednego z hymnów Majdanu „Podaj rękę Ukrainie”.

Karol Kus, w przejmującym wywiadzie z gospodarzami Programu Wschodniego, Pawłem Bobołowiczem i Wojciechem Jankowskim, opowiada o swojej współpracy artystycznej z artystami z Ukrainy, ale także zaangażowaniu w pomoc Ukrainie, od Rewolucji Godności. Zespół Taraka składa się z muzyków z Polski i z Ukrainy. Po 24 lutego, Dmytro wiolonczelista zespołu zginął w walkach z rosyjskim najeźdźcą.

Karol Kus:

„Przez te wszystkie lata ukraińskich muzyków, którzy współpracowali z zespołem przewinęło się naprawdę dziesiątki. Niestety już jednego z nas nie ma, nie mamy wiolonczelisty. Wiem też, że kilkoro członków, tych ludzi, którzy współpracowali z nami, w tej chwili jest na froncie i nie wiem jaki będzie bilans końcowy. Strasznie to na początku przeżywaliśmy, ale to też wzmogło w nas złość. To co czuliśmy, ta złość, wzmogła w nas intensywną pracę, organiczną, o której wam wspominałem.”.

Gościem specjalnym w studiu przy Krakowskim Przedmieściu, była Helena Mazurek, która pomimo bardzo młodego wieku, aktywnie pomaga ogarniętej wojenną pożogą Ukrainie i jak mało kto jest poinformowana o tym co się dzieje kraju za wschodnią granicą Rzeczpospolitej Polskiej.

Hela opowiedziała prowadzącym o swoje akcji, a także o tym jak się zrodziła chęć pomocy:

„Tak jak zawsze rodzice mnie zapytali, co chcę dostać na urodziny i po prostu doszłam do wniosku, że nic materialnego o co mogłabym poprosić, nie sprawi mi w tym roku dużo radości, więc nie będę na siłę niczego wymyślała. Później po przemyśleniu sprawy wpadłam na taki pomysł, że po prostu poproszę moich rodziców i najbliższą rodzinę, o pieniądze, które przeznaczę później na pomoc Ukrainie.”.

Hanna Mazurek, fot.: Wojciech Jankowski
Helena Mazurek, fot.: Wojciech Jankowski

Artur Żak powtórzył nadawany od kilku dni apel o pomoc dla drużyny kompanii rozpoznawczej 80. Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej ze Lwowa, która niezwłocznie potrzebuje samochód terenowy. W ostatnim miesiącu stracili 3 pojazdy. Działania oddziałów rozpoznawczych są przeprowadzane na daleko wysuniętych pozycjach, często na tyłach wroga i mobilność ma tu priorytetowe znaczenie, między innymi przy ewakuacji rannych z pola walki. Niestety zasoby materialne brygady nie są wstanie sprostać potrzebom tego pododdziału. Dowódca drużyny, kadrowy żołnierz desantu, od 2014 roku walczy z rosyjskim najeźdźcą i łatwiej wymienić miejsca bojów, w których nie brał udziału.

Żołnierze potrzebują pięcioosobowy samochód terenowy, raczej starszego typu, z napędem 4X4 i silnikiem diesla.

Wszystkich tych, którzy mogą pomóc prosimy o kontakt pod poniższy adres e-mail:

ukraina@wnet.fm

Słuchacze Radia Wnet nie raz już dokonali cudów, więc i tu wierzymy w Państwa zaangażowanie.

Bóg zapłać za Wasze dobre serca!

Jak w każdym Programie Wschodnim, Olga Siemaszko, szefowa Białoruskiej Redakcji Radia Wnet, prezentuje białoruskie podsumowanie tygodnia.

Na koniec audycji Paweł Bobołowicz i Wojciech Jankowski, przenieśli się do swojej niedanej wyprawy mikołajowsko-odesskiej i wyemitowali poruszający wywiad z ks. Piotrem Kalinowskim, który miał swoją parafię tuż przy strefie okupowanej przez Rosjan jeszcze w 2014 roku. 24 lutego 2022 r. jego parafia była jednym z pierwszych miejsc, które padło ofiarą Rosjan, podczas tego pełnowymiarowego wtargnięcia.

Ks. Piotr Kalinowski:

„W tym czasie wyjechałem na chrzest mojego kuzyna. Dojechałem do domu około 3 nad rane, a od 5 polskiego czasu rozległy się telefony. Od tej pory już nie spałem. Nie spałem przez cały tydzień…Myślałem, że wojny nie będzie. Oni tam siedzą, ale chyba wszystko będzie dobrze, więc ze spokojnym sumieniem wyjechałem i później nie mogłem w to uwierzyć. Parafianie przysyłali fotografie z tych miejsc, w których ja tak naprawdę dzień wcześniej byłem i gdzieś już pierwszego dnia w okolicach dwunastej były powieszone rosyjskie flagi, było rosyjskie wojsko i rosyjski sprzęt wojenny. Dla mnie to jest po prostu jakbym oglądał jakiś film z czasów drugiej wojny światowej… Moi znajomi, którzy kupowali mi kamizelki kuloodporne, bo Piotrek jeździ tam gdzie jest niebezpieczne, ja zawsze oddaję. Z Panem Bogiem umówiłem się, mamy taką nie zapisaną umowę: Panie Boże ja wszystko co mi będą dawali do swojej ochrony, będę oddawał, ale to robisz tak, żeby do mnie nie strzelali.”.

ks. Piotr Kalinowski, fot.: Wojciech Jankowski
ks. Piotr Kalinowski, fot.: Wojciech Jankowski

Wysłuchaj całej audycji już teraz!

Raport z Kijowa 03.11.2022: na wojnie zginął śp. Marian Matusz, Polak pochodzący spod lwowskich Mościsk

Płyta na Cmentarzu Obrońców Lwowa - 5 Nieznanych Bohaterów, poległych w walkach na Persenkówce, fot. Mariana Nimyłowycz-Żak

Płyta na Cmentarzu Obrońców Lwowa - 5 Nieznanych Bohaterów, poległych w walkach na Persenkówce, fot. Mariana Nimyłowycz-Żak

Po dwóch tygodniach poszukiwań udało się odnaleźć ciało Mariana Matusza i sprowadzić do jego rodzinnych Mościsk, gdzie w środę powitały go tłumy mieszkańców.

Polak, Marian Matusz w pierwszych dniach pełnowymiarowej inwazji zgłosił się na ochotnika i wstąpił do Zbrojnych Sił Ukrainy. W ciężkich walkach zginął, a dziś z honorami wojskowymi spocznie na ziemi mościskiej. Msza żałobna odbędzie się dziś, 3 listopada, w jego rodzimej parafii, w kościele pw. Narodzenia św. Jana Chrzciciela w Mościskach.

Cześć Jego Pamięci!

 

Artur Żak i Wojciech Jankowski rozmawiają o Uroczystościach Wszystkich Świętych na Cmentarzu Obrońców Lwowa, na Cmentarzu Łyczakowskim.

Rozmowa Artura Żaka z Pawłem Gębalskim, prezesem Stowarzyszenia ochotniczej straży pożarnej grupy ratownictwa specjalistycznego „Strażacy Wspólnie Przeciw Białaczce”, który wraz ze swoimi towarzyszami przybył na Ukrainę, aby świadczyć pomoc.

Paweł Gębalski:

„Bierzemy udział w akcjach ratowniczo gaśniczych, ale nasz statut mówi też o dbaniu o historię polskiego oręża. 1 listopada dla nas to szczególna data. Nie mogło nas tu nie być, nie mogło być inaczej, patrząc na to co się dzieje od 24 lutego w Ukrainie, jak wybuchła wojna. Zresztą mamy też swoją grupę, która na stałe, 24 godziny na dobę jest na przejściu granicznym w Krościenku, niemalże od trzeciego dnia wybuchu wojny. Więc widzimy co się dzieje, jakie ta wojna niesie zniszczenia, ból i cierpienie. Więc też zdawaliśmy sobie sprawę, że 1 listopada, to jest ta data, kiedy tej młodzieży, tych osób, którzy pomagają tutaj przy grobach żołnierzy, naszych bohaterów, którzy walczyli o Lwów, może być mniej… Jeszcze przed wojną zaczęliśmy współpracę ze starostwem Kamieńca Podolskiego, ze strażą pożarną i ze szkołą mundurową. Zaczęło się to kilka lat temu, kiedy zorganizowaliśmy paczkę dla Kresowiaków na Święto Strażaka. Była to wielkanocna paczka w czasie pandemii, bo doszły do nas sygnały, że ciężko jest się przedostać przez granicę z jakimikolwiek darami dla naszych Kresowiaków, więc od telefonu do telefonu i udało się zorganizować ścieżkę mundurową… Po wybuchu wojny w Ukrainie, od 24 lutego byliśmy już kilkukrotnie z misją humanitarną, gdzie kilka tirów żeśmy wysłali, przywieźliśmy samochód straży pożarnej, ale też korzystając z naszej wiedzy jaką posiadamy, szkolimy z tego co jest ważne na polu walki, czyli przede wszystkim jak ogarnąć siebie z zakresu pierwszej pomocy. Jeździliśmy do Kamieńca Podolskiego i dalszym ciągu planujemy wyjazdy, żeby przeszkolić jak największą ilość osób. Nie tylko służby mundurowe, straż pożarną, policję, regularne wojsko, ale także szkolimy wszystkich tych, którzy mają chęć pomocy nie tylko sobie, ale też osobom, które będą tego potrzebowały.”

Paweł Gębalski, fot. Konstanty Pyż
Paweł Gębalski, fot. Konstanty Pyż

 

Na koniec uroczystości Konsul Generalny RP we Lwowie, Eliza Dzwonkiewicz, podziękowała wszystkim zgromadzonym:

„Przychodzimy tutaj, żeby dać świadectwo i żeby podziękować wszystkim członkom naszych rodzin, którzy odeszli już do Pana. Tym wszystkim poprzednim pokoleniom Polaków, którzy służyli Panu Bogu, służyli Polsce i którzy przygotowywali dla nas to miejsce, tutaj na ziemi, żeby żyło się nam dobrze i nikt tego nie jest w stanie zniszczyć… Dziękuję wszystkim za obecność, za to że mogliśmy spacerować dzisiaj po cmentarzu, że pewnie spotkamy się tu jeszcze wieczorem. Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy. Jeszcze nasza wiara nie umarła, póki my tu będziemy.”.

Eliza Dzwonkiewicz/ Fot. Piotr Mateusz Bobołowicz

 

Artur Żak ogłosił apel o pomoc dla drużyny kompanii rozpoznawczej 80. brygady desantowo szturmowej ze Lwowa, która niezwłocznie potrzebuje samochód terenowy. W ostatnim miesiącu stracili 3 pojazdy. Działania oddziałów rozpoznawczych są przeprowadzane na daleko wysuniętych pozycjach, często na tyłach wroga i mobilność ma tu priorytetowe znaczenie, miedzy innymi przy ewakuacji rannych z pola walki. Niestety zasoby materialne brygady nie są wstanie sprostać potrzebom tego pododdziału. Dowódca drużyny, kadrowy żołnierz desantu, od 2014 roku walczy z rosyjskim najeźdźcą i łatwiej wymienić miejsca bojów, w których nie brał udziału.

Żołnierze potrzebują pięcioosobowy samochód terenowy, raczej starszego typu, z napędem 4X4 i silnikiem diesla.

Wszystkich tych, którzy mogą pomóc prosimy o kontakt pod poniższy adres e-mail:

ukraina@wnet.fm

Słuchacze Radia Wnet nie raz już dokonali cudów, więc i tu wierzymy w Państwa zaangażowanie.

Bóg zapłać za Wasze dobre serca!

80.Samodzielna Brygada Desantowo-Szturmowa we Lwowie
80.Samodzielna Brygada Desantowo-Szturmowa we Lwowie

 

Wojciech Jankowski i Artur Żak prezentują skrót najnowszych wiadomości z walczącej Ukrainy, które przygotowała Daria Gordijko:

 

  • Rosjanie zaatakowali obwód dniepropietrowski przy pomocy systemów artylerii rakietowej BM-21 „Grad”, ciężkiej artylerii i amunicji krążącej. Uszkodzona została infrastruktura energetyczna i wodociągowa w Krzywym Rogu.
  • Rosjanie trzykrotnie ostrzelali Charków. Uderzyli w budynek administracji. Obecnie brak informacji o rannych lub zabitych.
  • W wyniku ostrzału Zaporoska Elektrownia Jądrowa została całkowicie pozbawiona energii. W tym trybie paliwa do generatorów podtrzymujących pracę bloków energetycznych wystarczy maksymalnie na 15 dni.
  • Zełeński omówił z Erdoganem „porozumienie zbożowe” oraz uwolnienie jeńców wojennych i więźniów politycznych.
  • 2 listopada Rosja wystrzeliła pociski przez szlaki „korytarza zbożowego”. „Rosyjski samolot wystrzelił pociski samosterujące w pobliżu Wyspy Wężowej i faktycznie przeleciały przez trasy „korytarza zbożowego”, powiedział Zełeński.
  • Moskwa wróciła do realizacji „umowy zbożowej”, w której udział zawiesiła po ataku na okręty Floty Czarnomorskiej. Rosja ogłosiła, że otrzymała „pisemne gwarancje od Ukrainy dotyczące niewykorzystania korytarza humanitarnego do działań wojennych”.
  • Ukraińskie MSZ zdementowało oświadczenie Putina o „gwarancjach” Ukrainy w sprawie „umowy zbożowej”
  • Na Ukrainie zginęło już ponad 1400 rosyjskich oficerów.
  • Rada Bezpieczeństwa ONZ nie zaakceptowała rezolucji Rosji w sprawie „dochodzenia w sprawie działań wojskowo-biologicznych” Ukrainy i Stanów Zjednoczonych. Za rezolucją głosowały tylko Federacja Rosyjska i Chiny.
  • Rano w okupowanym Melitopolu doszło do wybuchu – poinformował mer Iwan Fiodorow. Według wstępnych danych przejęty przez Rosjan zakład „Refma”, będący jedną z głównych kwater okupantów, został częściowo zniszczony.
  • Stany Zjednoczone oskarżyły Koreę Północną o potajemne dostarczanie Rosji pocisków artyleryjskich na wojnę z Ukrainą. Korea północna zaprzecza zarzutom.

 

Cała audycja pod poniższym linkiem:

 

Serdecznie zachęcamy do słuchania „Raportu z Kijowa” na falach Radia Wnet, o 9:30 w każdy poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek.

Ks. Wojciech Stasiewicz: Żyjemy z dnia na dzień. Budzimy się i cieszymy się, że przeżyliśmy kolejną dobę

Pomnik Tarasa Szewczenki w Charkowie [fot. Unsplash]

Dyrektor Caritas w Charkowie przekazuje najświeższe wieści ze strefy wojny.

Gościem Jaśminy Nowak jest polski ksiądz – misjonarz w Charkowie. Opowiada nam, jak wygląda życie codzienne w jednym z największych (kiedyś) miast Ukrainy.

W tej chwili ataki rakietowe skierowane są w ważne obiekty – elektrownie, wodociągi, ale też np. misje humanitarne. Częste są przerwy w dostawie prądu. Staramy się pomóc mieszkańcom, np. rozdając małe piecyki, które dają ciepło, ale też pozwalają zagrzać wodę lub ugotować posiłek.

– mówi ksiądz Stasiewicz.

Wielu z nas chciałoby pomóc ukraińskim cywilom. Wielu z nich nadal zostało w mieście i potrzebują pomocy materialnej. Co możecie przekazać polskim organizacjom humanitarnym na Wschodzie? O tym też można usłyszeć w rozmowie.

W Charkowie jest nadal wielu cywili. Są tam całe rodziny z dziećmi. Ludzie najbardziej nas pytają o lekarstwa (na przeziębienie, na choroby serca itd.), pytają nas o obuwie, proszą nas o artykuły spożywcze. Pytają nas też o świeczki i latarki.

Kapłan dodaje, że wbrew pozorom ludność nadal się przemieszcza, a tereny w pobliżu frontu wcale nie są wyludnione:

We wrześniu faktycznie część ludzi wróciła, ale wobec ostatnich ataków lotniczych wielu ludzi ponownie uciekło. Żyjemy z dnia na dzień. Budzimy się i cieszymy się, że przeżyliśmy kolejną dobę.

Więcej usłyszycie w audycji.

[ARP]

Posłuchaj:

Czytaj również:

Ks. Stasiewicz: 95 proc. pomocy humanitarnej jaką otrzymujemy w Charkowie pochodzi z Polski

Piotr Ćwik: Być może rosyjscy ambasadorzy zostali w Europie jako furtka do rozmów pokojowych

Featured Video Play Icon

Zastępca Szefa Kancelarii Prezydenta RP odpowiada na kluczowe pytania: Czy Rosja powinna być w Radzie Bezpieczeństwa ONZ? Czy Zachód powinien zasiąść do stołu negocjacyjnego z Rosją?

Rosja atakiem rakietowym na cele cywilne w największych miastach Ukrainy rozpoczęła swoją kontrofensywę na ukraińskim „Jugo-Wostoku”. Prezydenci Ukrainy i Polski odbyli z tego powodu pilną rozmowę, w trakcie której omówiono kolejne posunięcia Władimira Putina. Ale wkrótce odbędzie się też spotkanie grupy V4. Problemem dla polskiego rządu jest dwuznaczna postawa Węgier. Jak przekonać Orbana do bardziej proukraińskiego stanowiska? – nad tym głowi się niejeden polski polityk.

Rozwiązaniem jest dialog. Oto, co trzeba nieustannie realizować. Powinniśmy przekonywać że poparcie dla Ukrainy to jedyna słuszna droga. Nie da się ukryć, że są pewne rozbieżności między Polską, Czechami, Słowacją a Węgrami. Ale łączą nas również kwestie związane z pozyskaniem funduszy unijnych czy punkt widzenia na kontakty z Komisją Europejską.

– mówi Piotr Ćwik.

Politycy rozmawiali, a tymczasem lud Warszawy ruszył na protest pod ambasadą Rosji. Protestujący nieśli transparenty: „Rosja – państwem terrorystycznym” i „Dajcie Ukrainie więcej broni”. Nasi dziennikarze – Jaśmina Nowak i Piotr Bobołowicz – byli tam i zrobili piękną fotorelację. Obejrzyjcie!

Warszawa – Protest przed rosyjską ambasadą

Wojna na wschodzie Europy to również egzamin dla ONZ. Wszelkie rezolucje potępiające tą wojnę są blokowane przez Rosję, która ma stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Padają pytania: co Rosja i Chiny robią w tej Radzie? Co robią u nas ich ambasadorzy? Na te pytania odpowiada nasz gość:

Z Pałacu Prezydenckiego płynie przekaz, że Rosję powinno się izolować na arenie międzynarodowej, docelowo – także w ONZ. […] Nie zerwaliśmy stosunków dyplomatycznych z Rosją, ale Rosja zna nasze stanowisko w sprawie tej wojny. W wielu krajach zostali ambasadorzy rosyjscy, być może jako furtka do ewentualnych rozmów pokojowych.

To wszystko i jeszcze więcej – w rozmowie!

[ARP]

Posłuchaj:

Czytaj też:

Ryszard Czarnecki: Rosja gra na zmęczenie państw zachodnich

Andrzej Poczobut trafi przed sąd!

Więziony od półtora roku przez reżim Aleksandra Łukaszenki dziennikarz i działacz Związku Polaków na Białorusi ma w ciągu 2 miesięcy trafić przed sąd obwodowy na Białorusi.

Jak podaje Polska Agencja Prasowa, informację przekazał w liście z więzienia sam osadzony. List upubliczniło w internecie białoruskie Centrum Praw Człowieka „Wiasna”. Poczobut został aresztowany w 2021 r. za – jak twierdzi białoruska prokuratura – za „podsycanie wrogości” i „nawoływanie do sankcji na Białoruś”. Razem z nim aresztowano między innymi Andżelikę Borys., szefową Związku Polaków na Białorusi (nieuznawanego przez białoruskie władze, ale uznawanego przez władze polskie).

Warto dodać, że nie jest to pierwszy pobyt w więzieniu dziennikarza. Był już aresztowany z podobnych przyczyn („zniesławienie prezydenta”) w 2011 i 2012.

Według doniesień medialnych, Andrzej Poczobut nie obawia się o swoje życie:

Nie mam złudzeń co do wyniku procesu, spokojnie przyjmę wyrok i ze spokojnym sumieniem pójdę do łagru. Cóż, taki mój los. Od zawsze wiedziałem, że jeśli takie czasy przyjdą na Białoruś, to pójdę do więzienia. Nie myliłem się.

Dziennikarz dodaje też, że:

… w więzieniu jest dużo ciekawych ludzi, z którymi można porozmawiać.

[ARP]

Czytaj też:

Rozmowy białoruskiej opozycji w Wilnie. Olga Siemaszko mówi o założeniach rządu tymczasowego