Stemkowski u Bobołowicza: Władze Tarnopola chcą przywrócić mu przedwojenny blask. Mieszkańcy nie są do tego przekonani

– Tarnopol w ciągu ostatnich lat zmienia swoje oblicze z radzieckiego na galicyjskie. Niestety, mieszkańcy nie zawsze czują się z tym komfortowo – mówi Władysław Stemkowski, gość Pawła Bobołowicza.

 

 

Paweł Bobołowicz, korespondent Radia WNET na Ukrainie, w ramach letniej trasy Ukraiński Zwiad WNET zatrzymał się w Tarnopolu. Miejscowość ta założona została w 1540 r. jako miasto prywatne przez Jana Amora Tarnowskiego herbu Leliwa i status ten utrzymała do połowy XIX w. Tarnopol wielokrotnie zmieniał swoją przynależność państwową – początkowo położony był w województwie ruskim Korony Królestwa Polskiego. Po I rozbiorze Rzeczypospolitej z 1772 r. znalazł się na terytorium zaboru austriackiego, a przez krótki czas (w latach 1809-1815) był częścią zaboru rosyjskiego. Po I wojnie światowej miasto włączone zostało do utworzonej w 1918 r. Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, a po jej upadku w lipcu 1919 r. na powrót wróciło do Rzeczypospolitej i stało się stolicą województwa tarnopolskiego. Od sierpnia 1945 r. do 1991 r. natomiast Tarnopol znajdował się w granicach ZSRR na terytorium Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

O współczesności miasta mówi z kolei gość Pawła Bobołowicza, wiceprezydent Tarnopola Władysław Stemkowski. Opowiada on o trwających już kilka lat pracach, których celem jest zmiana architektonicznego oblicza miasta z radzieckiego na przedwojenne. Niestety, nie wszystkie działania tego rodzaju spotykają się z przychylnością mieszkańców. Władze nieustannie starają się znaleźć złoty środek pomiędzy ich komfortem a uczynieniem z Tarnopola miasta atrakcyjnego dla turystów.

Stemkowski gorąco zaprasza do odwiedzenia miejscowości. Zwraca uwagę, że Tarnopol jest pierwszym pod względem bezpieczeństwa i czystości powietrza miastem wojewódzkim na Ukrainie.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.

#ukrainskizwiadWNET

Jerzy Wójcicki o dziejach Winnicy: Od unii lubelskiej do „operacji polskiej” NKWD

Winnica i Unia Lubelska, cmentarz ofiar akcji polskiej NKWD. Paweł Bobołowicz kontynuuje ukraiński zwiad WNET. Jego rozmówcą jest Jerzy Wójcicki.

Paweł Bobołowicz jest już w Winnicy na Ukrainie. W tym sercu wschodniego Podola jest z naszym korespondentem Jerzy Wójcicki, redaktor naczelny „Słowa Polskiego”. Gość Bobołowicza mówi o historii Winnicy za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów oraz rozbiorów i II Rzeczypospolitej. Miasto było wpierw częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, by na sejmie lubelskim 1569 r. zostać włączone do Korony Królestwa Polskiego. Od 1596 r. stanowiło ono stolicę nieformalne centrum województwa bracławskiego. W 1640 r. król Władysław IV Waza odnowił prawo magdeburskie Winnicy.

Będąc w Winnicy, pamiętajmy o tamtych wydarzeniach, o tym cmentarzu. Zapalmy więc w tym parku znicz.

Redaktorzy są w winnickim parku, pod którym znajduje się stary polski cmentarz. W latach 1937–1938 NKWD rozstrzelało i pochowało na terenie obecnego Centralnego Parku Miejskiego ponad 9000 osób, których groby ekshumowali Niemcy w 1943 roku, powołując przy tym międzynarodową komisję do wyjaśnienia zbrodni. Mord był wykonany w związku z tzw. operacją polską NKWD, której realizatorem był ówczesny komisarza ludowy bezpieki Nikołaj Jeżow. Jej celem było pozbycie się (zwłaszcza z  terenów przygranicznych) ludności uznawanej za niepewną. 1 listopada mieszkańcy tego ukraińskiego miasta zawsze stawiają znicze na terenie parku.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!


K.T./A.P.

Bobołowicz: Większość ukraińskich deputowanych nie była dotychczas związanych z polityką

„Sługa Narodu bardzo często odcina się od starych elit politycznych” – Paweł Bobołowicz o szkoleniu, zorganizowanym przez Kijowską Szkołę Ekonomiki.

 


Od 29 lipca do 4 sierpnia w uzdrowiskowej miejscowości Truskawiec w obwodzie lwowskim nowowybrani deputowani Sługi Narodu, partii, z której również wywodzi się prezydent Zełenski, przeszli specjalne szkolenie organizowane przez Kijowską Szkołę Ekonomiki.

Nowi deputowani ze Sługi Narodu przez tydzień uczyli się w uzdrowiskowej miejscowości Truskawiec. Deputowani brali udział w szkoleniu, organizowanym przed Kijowską Szkołę Ekonomiki, która jest strukturą prywatną posiadającą swoich wybranych wykładowców i specjalistów. Wśród szkoleniowców znalazły się osoby doświadczone, z długoletnim stażem politycznym, jak chociażby Wiktor Pynzenyk – mówi rozmówca „Poranka WNET”.

Warto podkreślić, że żaden z nowowybranych deputowanych Sługi Narodu dotychczas nie pełnił funkcji politycznej, ale ukraińskie media wymieniają kilka znanych na Ukrainie osób, wśród nich: sportowiec Żan Bełenjuk, Jurij Korjawczenkow z 95 kwartału — kabaretu, w którym występował i był producentem Wołodymyr Zełenski oraz Ołeksandr Tkaczenko — dyrektor generalny medialohdingu 1+1 należacego do oligarhy Ihora Kołomojskiego.

Truskawiec to doskonale znane uzdrowisko, które także w okresie międzywojennym rozwijało się bardzo prężnie. Pijalnia wód mineralnych na czele ze słynną „naftusią” jest tym, czym Truskawiec może pochwalić się na tle innych uzdrowisk. Początków uzdrowiska można szukać na początku 1835 roku. Jak dodaje korespondent Radia WNET:

Do Polaków ta data i to miejsce ma nico inne znaczenie, gdyż w roku 1931 ukraińscy nacjonaliści w Truskawcu zastrzelili polskiego polityka, posła i działacza – Tadeusza Hołówkę, który był wielkim zwolennikiem współpracy polsko – ukraińskiej

M.N.

Bobołowicz: W Korosteniu doszło do wydarzeń określanych mianem największych tego typu działań kawalerii w XX wieku

Paweł Bobołowicz zwiedzając Korosteń, opowiada o walkach Korpusu Jazdy płk. Juliusza Rómmla w październiku 1920 roku. W ramach tych działań Polacy wzięli do niewoli 4 tysiące jeńców.

 

Paweł Bobołowicz kontynuuje swoją korespondencję z podróży w ramach akcji Ukraiński Zwiad WNET. Dziś znajduje się on w Kijowie, jednak cofa się do historii z miasta Korosteń, w którym był wczoraj:

Korosteń jest historyczną stolicą Drewlan. Miasto było jedną z siedzib tego wschodniosłowiańskiego plemienia i walczyło z kniaziami kijowskimi, w tym z Igorem Rurykowiczem.

O samym Korosteniu Paweł Bobołowicz rozmawiał z  Andrijem Ochrimczukiem, pasjonatem historii oraz sekretarzem urzędu miasta Korosteń. Mówił on, iż jest wiele wydarzeń historycznych związanych z tym miastem. Jego dewizą, która zapisana jest również w herbie: „Nie zgorzeje w płomieniach”. Oznacza to, że Korosteń wytrzymał kilka takich najazdów i podpaleń, które w pełni go niszczyły, jednak miasto za każdym razem było odbudowywane.

Jak kontynuuje swoją historię, w X wieku trwał konflikt pomiędzy Drewlanami, Polanami i Olgą o pierwszeństwo wśród państwowotwórczych organizmów. Wygrała Olga i zwyciężyła nad Drewlanami, wykorzystując podstęp i różne gry polityczne. Korosteń spłonął, spłonęła siedziba kniazia, ale z czasem miasto się odbudowało.

Paweł Bobołowicz uzupełnia historie opowiedzianą przez Andrieja Ochrimczuka. Olga, by spalić Korosteń, miała wykorzystać podstęp. Za odstąpienie od oblężenia poprosiła o symboliczną daninę: po parze gołębi (według innych opowieści wróbli) z każdego domu:

Gdy otrzymała ptaki, poleciła przywiązać do nich płonąca słomę. Ptaki powróciły do gospodarstw i miasto spłonęło. Tak Olga pomściła śmierć swojego męża Igora, syna Ruryka. Olga, była babką Włodzimierza Wielkiego – chrzciciela Rusi.

Korespondent Radia WNET na Ukrainie przeskakuje w wydarzeniach historycznych tego miasta o 10 wieków do przodu, kiedy to w 1920 roku polskie wojsko dokonało zagonu na Korosteń:

Były to walki Korpusu Jazdy płk Juliusza Rómmla w październiku 1920. Wydarzenie określane jest mianem największych tego typu działań kawalerii w XX wieku. Polacy wzięli do niewoli 4 tys. jeńców. Zdobyto 14 dział, 60 ckm-ów, ponadto zniszczono 3 pociągi pancerne, zdobyto składy żywności i amunicji. Był to jeden z ostatnich epizodów wojny z bolszewikami w 1920 roku.

Paweł Bobołowicz podsumowując tę historię, mówi także o skutkach tego wydarzenia. Była to budowa linii fortecznej. Jak dodaje, w Korosteniu w przestrzeni publicznej, informacji na temat wydarzeń z 1920 roku na próżno można szukać.

Fot. Domena Publiczna

#ukrainskizwiadWNET

Bobołowicz: Dla Rosjan przedwojenne sowieckie bunkry mają nadal wartość militarną

Jak wyglądały polskie i sowieckie umocnienia po obu stronach przedwojennej granicy? Czym się wyróżnia bunkier w Korosteniu? Paweł Bobołowicz kontynuuje ukraiński zwiad WNET.

Paweł Bobołowicz jest w Korosteniu, gdzie w latach 1931-38 zbudowany został bunkier stanowiący część sowieckich umocnień na granicy z II RP.

Żołnierze walecznie bronili tych bunkrów.

Korespondent wspomina swoją niedawną wizytę po polskiej stronie przedwojennej granicy, gdzie mógł się przyjrzeć umocnieniom polskim w miejscowościach Tynne i Sarny. Opowiada o bohaterskiej walce oddziałów KOP dowodzonych przez ppor. Jana Bołbotta, które stawiały czoło sowieckiej agresji we wrześniu 1939 r., choć były nieliczne i pozbawione części uzbrojenia.

Sowieci mieli obsesję związaną z atakiem polskiej kawalerii.

Sergiej Heramijowicz oprowadzał dziennikarza po teraz muzealnym, a niegdyś wojskowym obiekcie. Wejścia do bunkru strzegły drzwi, które miały chronić przed szturmem lub atakami gazowymi. Dla ochrony przed gazem stworzono specjalny korytarz, gdzie żołnierze nim trafieni mogli się zdezynfekować. Przewodnik zwrócił uwagę na rozwinięty system kanalizacyjny bunkru. Obiekt zachował się w dobrym stanie, gdyż kiedy Niemcy zajęli te ziemie, to zamurowali drzwi do niego.

Nie daj, żeby znowu pojawili się na tych terenach, bo każdy obiekt muzealny ma dla nich nadal wartość militarną.

Do niedawna bunkier był jedną z dwóch wyjątkowych atrakcji muzealnych na Ukrainie, będących dawniej tajnymi obiektami wojskowymi. Obecnie jest jedynym, gdyż stocznia remontowa dla atomowych okrętów podwodnych w Bałakławie na Krymie, po przyłączeniu Półwyspu do Federacji Rosyjskiej, na powrót stała się obiektem tajnym. Jak komentuje Bobołowicz, fakt, że obecnie Rosjanie nie chcą wydać Ukraińcom planów bunkra w Korosteniu, świadczy o tym, że również ten obiekt traktują jako tajny.

Korosteń jest znany z funkcjonującej tutaj przez lata fabryki porcelany.

Odpowiadając na pytanie o różnice między polską a sowiecką stroną przedwojennej granicy, korespondent stwierdza, że przez lata się one w znacznej mierze zatarły. Jeśli jednak pogrzebać trochę głębiej można znaleźć tu dziedzictwo I Rzeczypospolitej, czego przykładem jest znana w czasach sowieckich fabryka porcelany w Korosteniu, która założona została jeszcze przed rozbiorami.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Bobołowicz: Polacy są na Żytomierszczyźnie od wieków

Z czego słynie Korosteń i jak działa tutaj rzymskokatolicka parafia? Paweł Bobołowicz kontynuuje ukraiński zwiad WNET.

Paweł Bobołowicz jest obecnie w Korosteniu na Ukrainie. W „Poranku WNET” rozmawia z Wołodymyrem Wyhiwskim, zastępcą mera miasta. Mieszkańcy Korostenia żyją głównie dzięki wydobywaniu granitu i przetwarzaniu drewna. Miasto od 15 lat współpracuje z Polską. Partnerami miasta są Kraśnik i Police.  Mer przekazuje pozdrowienia dla polskich partnerów, a także przypomina, że prawo magdeburskie nadał miastu król Polski Zygmunt III Waza. W Korosteniu, od 11 lat odbywa się coroczny międzynarodowy festiwal placków ziemniaczanych, który przyciąga turystów z zagranicy. Ta ukraińska miejscowość słynie z tej kartoflanej potrawy, której jakość potwierdza nasz ukraiński korespondent.

Ciekawostką jest, że w Korosteniu nigdy nie było kościoła rzymskokatolickiego.

Dziennikarz rozmawia także z proboszczem parafii bł. Honorata Koźmińskiego w Korosteniu ks. Witalijem Kwapiszem. Jak mówi kapłan, pierwszą rzymskokatolicką świątynię wybudowano w mieście dopiero w latach 90., ale wspólnota rozwija się dynamicznie. Działają kółka różańcowe, franciszkanie świeccy, organizowane są pielgrzymki. Wśród wiernych są zarówno starsi mieszkańcy polskiego pochodzenia, jak i młodzi, którzy przybyli tutaj do pracy. Jak mówi proboszcz, „myślę, że uda się tutaj coś zrobić”. Paweł Bobołowicz dodaje, że Polacy są na Żytomierszczyźnie od wieków.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Bobołowicz: Tynne to polskie Termopile. Polscy żołnierze przez 4 dni bohatersko walczyli tutaj z Armią Czerwoną

Na miejscu nie znajduje się żadna informacja o toczących się tam walkach i śmierci polskich żołnierzy. Sowiecka propaganda wmówiła mieszkańcom, że Polacy walczyli tu z Niemcami.


Paweł Bobołowicz podsumowuje swój pierwszy tydzień zwiedzania Polesia w ramach korespondencji Ukraińskiego zwiadu WNET. Przez pierwsze przejechane 1000 kilometrów, korespondent Radia WNET odwiedził m.in. Somine, Łuków-Maciejów, Włodzimierz, Kowel, Kamień Koszysrki, Lublieszów, oraz okolice Tynnego.

Dzisiaj Paweł Bobołowicz  jest w Korosteniu. Jest to 63 tysięczna miejscowość, położone nad rzeką Uż – jest to prawy dopływ Prypeci:

W mieście, w granitowej skale (18 metrów granitu i 20 metrów ziemi) znajdował się zapasowy punkt dowodzenia Armią Czerwoną, z 30 pokojami, wśród których znajdował się również gabinet, który był przygotowany dla samego Stalina. Przed II wojną światową Korosteń lezął po sowieckiej stronie granicy, a do Polski było stąd 60 km.

Po drodze do Korostenia, na parkingu pod Manewiczami nasz korespondent spotkał grupę motocyklistów z Polski, z którymi udało mu się przeprowadzić spontaniczny wywiad. Dowiedzieliśmy się z niego, że napotkani motocykliści od 10 lat pędzą jednośladami przez głównie białoruskie i ukraińskie bezdroża. Uwielbiają również jeździć dzikimi szosami. W rozmowie z Bobołowiczem mówią, że nie ma żadnych napięć między Ukraińcami a Polakami. Nasi sąsiedzi miło ich witają i pozdrawiają.

Następnie Paweł Bobołowicz pojechał zwiedzić Bunkry Korpusu Ochrony Pogranicza w Tynnem. To tam stoczył heroiczną walkę ppor. Jan Bołbott, broniąc Polskiej granicy na rzece Słucz, przed sowieckim agresorem. Sama bitwa nazywana jest Polskimi Termopilami:

Od 17 września 1939, po agresji ZSRR na Polskę, przez cztery dni walczył z Armią Czerwoną. Zginął 20 września 1939 w wysadzonym bunkrze w okolicach wsi Tynne. Bołbott do samego końca miał z bunkra kontakt radiowy z dowództwem. I przed śmiercią, w chwili ostatecznego natarcia, powiedział „przekażcie mojej żonie, że myśląc Ojczyzna, myślałem także o Niej”.

Na miejscu nie znajduje się żadna informacja o toczących się tam walkach i śmierci polskich żołnierzy. Historii nie znają też okoliczni mieszkańcy, którzy uważają, że bunkry były bombardowane przez Niemców. Jest to kłamstwo historyczne, które jak zauważa Bobołowicz — było upowszechniane przez Sowietów na tych terenach. Polacy z Niemcami w tym miejscu nie walczyli:

Ta pamięć nie obudzi się i nie będzie zgodna z faktami historycznymi, jeśli tu nie pojawi się upamiętnienie tych wydarzeń. Powinny znajdować się tu informacje o walkach Polaków z Bolszewikami. To miejsce trzeba zobaczyc i upamiętnić, pamiętając o bohaterkich Polakach walczących po 17 września z sowietami.

Więcej zdjęć z tego niezwykłego miejsca znajdą państwo na profilu Pawła Bobołowicza:

#ukrainskizwiadwnet

P.B. / K.T. / A.M.K.

Paweł Bobołowicz: Gdyby nie rodzina pani Lucyny Kawałko, Kościół Świętego Michała Archanioła przestałby istnieć

Po 1944 r. Kościół w Kamieńcu Koszyrskim został rozgrabiony i przekształcony w całkowicie inny obiekt. Wtedy na tych terenach przestało bić polskie serce.

Paweł Bobołowicz w ramach Ukraińskiego Zwiadu WNET wizytuje dziś w Kamieniu Koszyrskim, w którym znajduje się wybudowany w XVII wieku przez Adama Aleksandra Sanguszkę kościół i klasztor dominikanów:

Co ciekawe ojciec Adama – Grzegorz Sanguszko, był wielkim orędownikiem prawosławia i na tym terenie fundował cerkwie prawosławne

Historia budynków była mocno zawiła, najpierw Moskalski zaborca zlikwidował klasztor, a później kościół jeszcze długo służył długo wiernym. W 1944 roku przez wydarzenia, które na tych terenach spowodowały, że przestało bić polskie serce, kościół w Kamieniu Koszyrskim przestał pełnić swoją funkcję. Kościół Świętego Michała Archanioła został zmieniony na całkowicie inny obiekt:

Dzisiaj dobrym aniołem tej świątyni jest pani  Lucyna Kawałko

Pani Lucyna wspomina czasy, kiedy Kościół został rozgrabiony, a następie przerobiony na cukiernię i piekarnię:

Pieczono tam chleb, a później go sprzedawano.

Przez około 2,5 roku Msze Święte odbywały się w domu pani Lucyny. Później, po 1993 r. zdecydowano, że obok starej świątyni zostanie wybudowany nowy Kościół. Odbudowano również dawną kaplicę:

To zasługa pani Lucyny i jej męża.

Niestety, jak dodaje Paweł Bobołowicz, dziś nowy kościół wciąż pozostaje pusty. Na Mszy Świętej nigdy nie ma zbyt wielu wiernych. Jeżeli chodzi o stary kościół, został on oddany w ręce regionalnego muzeum:

Dziś jest szansa, że będzie to obiekt muzealny, do którego powróci wiele przedmiotów. Dziś jest szansa,że ten piękny obiekt przetrwa, ale w postaci zmienionej. Miejmy nadzieje, że uda cię przywrócić choć część jego dawnego blasku.

Paweł Bobołowicz przyznaje, że te tereny są dla niego bardzo ważne, gdyż stąd pochodzi jego rodzina. W tym kościele chrzczony był jego ojciec:

Gdy patrze na te miejsca, myślę też o historii rodzinnej.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K./M.K.

Bobołowicz: Moja rodzina w ciągu jednej nocy musiała uciekać z Kamienia Koszyrskiego. Po Niemcach mogła im zagrozić UPA

– Moja rodzina musiała uciekać z Kamienia Koszyrskiego w 1944 r., kiedy to wieś opuścili Niemcy, a nie wkroczyli jeszcze Sowieci. Wtedy mogła zagrozić im zagrozić rzeź UPA – mówi Paweł Bobołowicz.

 

 

Paweł Bobołowicz, korespondent Radia WNET na Ukrainie, kontynuuje swoją letnią trasę Ukraiński Zwiad WNET. Tym razem na redakcyjnym motorze wybrał się on do Kamienia Koszyrskiego. W latach międzywojennych miasto przechodziło z województwa wołyńskiego do poleskiego, by po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę w 1991 r. znaleźć się w województwie wołyńskim w granicach tego państwa. Kamień Koszyrski położony jest 30 kilometrów od granicy z Białorusią i przepływa przez niego rzeczka Cyr.

Z miastem tym nasz korespondent związany jest osobiście – to tutaj bowiem w 1935 r. urodził się jego ojciec. Do dziś stoi tam dom rodzinny zbudowany w 1939 r., a swego czasu w samym centrum znajdował się duży hotel i restauracja Bobołowiczów. Los nie okazał się jednak dla rodziny korespondenta łaskawy – w 1944 r. musiała ona opuścić Kamień Koszyrski. Wtedy bowiem wyszli z niego Niemcy i istniało duże zagrożenie wkroczenia Ukraińskiej Powstańczej Armii, które mogło skończyć się rzezią. W związku z tym Polacy w ciągu jednej nocy opuścili miasto.

W drugiej części rozmowy Paweł Bobołowicz przeprowadził wywiad z Natalią Pas, dyrektorką Muzeum Krajoznawczego w Kamieniu Koszyrskim. Opowiada ona o średniowiecznej historii tego miasta.

#ukraińskizwiadWnet

A.K.

Bobołowicz: Zaborcy myśleli, że we Włodzimierzu Wołyńskim ukryto polskie insygnia królewskie. Szukali ich też bolszewicy

– Zaborcy w XIX w. wysłali do Włodzimierza Wołyńskiego komisję w celu znalezienia polskich insygniów królewskich. Co ciekawe, w 1920 r. wrócili tam po nie bolszewicy – mówi Paweł Bobołowicz.

 

 

Paweł Bobołowicz, korespondent Radia WNET na Ukrainie, kontynuuje „Ukraiński zwiad WNET”, w ramach którego zwiedza to państwo na redakcyjnym motorze. Dziś zdaje on relację z Włodzimierza Wołyńskiego znajdującego się tuż przy granicy z Polską. Jest to bardzo stare miasto – pierwsza historyczna wzmianka na jego temat pochodzi z 988 r. Było ono stolicą Księstwa Włodzimierskiego – powstałego w 1154 r. na skutek podziału Księstwa Wołyńskiego księstwa ruskiego. W 1160 r. w mieście tym pojawił się Sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Obiekt sakralny zbudowany został w stylu staroruskim i jest prawdopodobnie najbliżej położoną od Warszawy budowlą w tym stylu. Z Włodzimierza Wołyńskiego w 1241 r. rozpoczął się również najazd mongolski na Polskę.

W 1569 r. na mocy unii lubelskiej powołującej do życia Rzeczpospolitą Obojga Narodów miasto znalazło się w granicach Korony Królestwa Polskiego. W czasie rozbiorów Włodzimierz Wołyński wyjątkowo przeszkadzał rosyjskiemu zaborcy. Chcąc doprowadzić do wyludnienia miasta, pozamykał on znajdujące się tam szkoły. Operacja ta spełniła pokładane w niej oczekiwania, a Włodzimierz Wołyński coraz bardziej podupadał. Rosjanie sądzili ponadto, że w mieście tym znajdowały się polskie insygnia królewskie. W XIX w. do Kościoła pw. św. Anny i Joachima wysłali w tym celu nawet specjalną komisję. Kosztowności nie zostały jednak znalezione. W 1920 r. na ich poszukiwania wyruszyli także bolszewicy.

W czasach międzywojnia natomiast miasto odrodziło się i zostało stolicą powiatu włodzimierskiego. Dużą zasługę miała w tym ulokowana we Włodzimierzu Wołyńskim szkoła podchorążych i rezerwa artylerii.

#ukraińskizwiadWnet

A.K.