Czarnogóra zdobyta, reprezentacja na autostradzie do Rosji. Ważne zwycięstwo w walce o awans na przyszłoroczny Mundial

Reprezentacja Polski w piłce nożnej 2:1 pokonała Czarnogórę w meczu eliminacji Mistrzostw Świata w Rosji. Podopieczni Adama Nawałki powiększyli przewagę nad grupowymi rywalami do sześciu punktów.

Od dawna podkreślano, że wyjazdowy mecz w Podgoricy może okazać się kluczowym dla awansu na przyszłoroczne MŚ starciem. Mierzyły się w końcu dwie najlepsze dotąd drużyny eliminacyjnej Grupy E, a zwycięstwo biało-czerwonych mogło otworzyć im autostradę do Rosji.

Czarnogórcy odgrażali się, że na własnym terenie nie pozwolą Polakom na zbyt wiele i że naszym reprezentantom nie będzie łatwo o punkty. Jak się okazało, nie były to słowa rzucane na wiatr. Przez ponad 90 minut Robert Lewandowski i spółka musieli walczyć o każdy centymetr boiska i choć mieli widoczną przewagę w posiadaniu piłki, to rzadko stwarzali zagrożenie dla bramki rywali.

Jednak to właśnie dzięki geniuszowi „Lewego” wyszli na prowadzenie. Nasz kapitan popisał się wspaniałym uderzeniem z rzutu wolnego, przy którym bramkarz wiceliderów naszej grupy nie miał najmniejszych szans.

Cieszę się, że udało się strzelić z rzutu wolnego, bo w reprezentacji dawno nie zdobyliśmy bramki w ten sposób – powiedział tuż po spotkaniu napastnik Bayernu Monachium. – Czymś nowym zaskoczyliśmy przeciwnika i mam nadzieję, że w kolejnych meczach będzie podobnie – skwitował.

I choć rywale postawili się Polakom, szarpali i wreszcie wyrównali, to w końcówce równie znakomitym co jego kolega z zespołu kunsztem wykazał się Łukasz Piszczek, znakomitym lobem zdobywając gola na wagę trzech punktów. – Dokładnie wiedziałem, co chcę zrobić – przyznał obrońca Borussii Dortmund. – Przeszło mi przez myśl, że jeśli bramkarz wyjdzie, to będę go chciał przelobować i to na szczęście się udało.

Komplet punktów wywalczony na obcym terenie okazał się ogromnie cenny w kontekście naszej sytuacji w Grupie E. Jednocześnie bowiem inni nasi rywale – Rumuni i Duńczycy – bezbramkowo zremisowali w bezpośrednim pojedynku. Dzięki takiemu obrotowi spraw wyszliśmy na sześciopunktowe prowadzenie w stawce mamy sporą szansę, by awans wywalczyć jako pierwsza drużyna w Europie. W żadnej z pozostałych grup lider nie ma bowiem aż takiej przewagi nad drugą ekipą. Emocje studzi jednak nieco nasz bramkarz Łukaksz Fabiański: – Nie jesteśmy jeszcze na mundialu. To dobra zaliczka, natomiast mamy świadomość tego, że jest jeszcze pięć meczów do końca i trzeba zrobić wszystko, żeby zakończyć je takim wynikiem, który pozwoli nam awansować na mundial – skomentował golkiper, na co dzień broniący barw angielskiego Swansea City.

Kolejne spotkanie eliminacyjne Polacy rozegrają 10 czerwca z Rumunią na Stadionie Narodowym. Potem przyjdzie czas na wrześniowe pojedynki z Danią (wyjazd) i Kazachstanem (u siebie) oraz kończące eliminacje, październikowe starcia z Armenią (wyjazd) oraz Czarnogórą (u siebie).

Najlepszy sezon w historii polskich skoków narciarskich. Polacy zawsze na podium jako drużyna, ostatecznie zwyciężyli

Dobiegł końca sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich. Polacy po raz pierwszy zwyciężyli w klasyfikacji Pucharu Narodów. Kamil Stoch drugi – zakończył zmagania za plecami Stefana Krafta.

Do podwójnego szczęścia było naprawdę blisko. W Planicy nasza ekipa przypieczętowała historyczne drużynowe zwycięstwo, ale Kamil Stoch nie zdołał dogonić swojego największego rywala i to Kraft sięgnął po Kryształową Kulę.

Mimo wszystko jeszcze nigdy nie było tak dobrze. Wreszcie to Polacy rozdają karty w skokach narciarskich. W sobotę kwartet składający się ze Stocha, Dawida Kubackiego, Macieja Kota i Piotra Żyły trzecim miejscem w konkursie drużynowym na słynnej Letalnicy właściwie zagwarantował sobie bezpieczną przewagę nad Austrią i Niemcami. W niedzielę rywale straty już nie odrobili i puchar w pełni zasłużenie powędrował w ręce skoczków znad Wisły.

Po drodze podopieczni Stefana Horngachera ani razu w konkursach drużynowych nie dali zepchnąć się z podium, a na Mistrzostwach Świata w Lahti sięgnęli po złoto.

Kompletnie nie spodziewałem się tego, że ten sezon będzie dla nas tak dobry – przyznał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” trener naszej kadry – Myślałem o walce o trzecie miejsce, a o zwycięstwie nawet nie marzyłem – dodał.

Nieco mniej powodów do świętowania ma po kończącym sezon weekendzie w Planicy Kamil Stoch. Jeszcze w piątek skoczek z Zębu tracił do Austriaka Krafta zaledwie 31 punktów, co w perspektywie dwóch konkursów indywidualnych dawało spore nadzieje na odwrócenie losów klasyfikacji indywidualnej PŚ. Nasz podwójny mistrz olimpijski z Soczi dwukrotnie jednak zajął 5 miejsce, a lider cyklu wygrał zarówno w piątek, jak i w niedzielę.

Pomimo pechowej końcówki sezonu, nasz najlepszy zawodnik nie wydawał się w niedzielę załamany drugim miejscem w „generalce”: – Nie ma we mnie żalu. Oczywiście, że chciałbym wygrać, ale nie można mieć wszystkiego. Stefan zdecydowanie sobie na to zasłużył – wyznał. – Ten sezon był dla mnie i dla całej drużyny wspaniały i uważam, że powinienem się z niego cieszyć.

Dla polskich skoków sezon 2016/17 był historyczny również pod względem długości lotów. Zawodnicy Horngachera trzykrotnie poprawiali rekord kraju. Najpierw Piotr Żyła na skoczni mamuciej w Vikersund dwa razy przesunął granicę (243 metry i 245,5 metra), a w sobotę Stoch przekroczył magiczną barierę ćwierć kilometra, skacząc 251,5 metra. Do rekordu świata Krafta zabrakło zaledwie dwóch metrów.

W czołówce klasyfikacji generalnej PŚ zaroiło się od biało-czerwonych. Poza drugim Stochem, na piątej pozycji sezon zakończył Maciej Kot, a jedenasty był Piotr Żyła. Dawid Kubacki finiszował na 19 lokacie, a nasi pozostali skoczkowie uplasowali się na dalszych miejscach. Tylko Polacy mają dwóch reprezentantów w czołowej piątce rankingu. – Mamy jeszcze spore rezerwy, więc może być lepiej w przyszłości – ocenił Kot. – Cały czas mamy nad czym pracować. I tę pracę rozpoczniemy już niebawem – zapowiedział.

Po tygodniu wolnego nasi skoczkowie wrócą do treningów pod czujnym okiem Horngachera, by przygotować się do letniego cyklu zawodów. Potem przyjdzie czas na sezon olimpijski. W lutym 2018 roku w południowokoreańskim Pjongczangu odbędą się zimowe igrzyska. – Jestem spokojny o postawę naszych zawodników – zapewnił Adam Małysz, który w tym sezonie był stale przy kadrze. – Radzą sobie z presją. Będziemy się jeszcze cieszyć.
Klasyfikacja generalna Pucharu Świata w skokach narciarskich 2016/17:

1. Stefan Kraft (Austria) – 1665 punktów

2. Kamil Stoch (Polska) – 1524 punkty

3. Daniel Andre Tande (Norwegia) – 1202 punkty

4. Andreas Wellinger (Niemcy) – 1161 punktów

5. Maciej Kot (Polska) – 985 punktów

6. Domen Prevc (Słowenia) – 963 punkty

7. Michael Hayboeck (Austria) – 814 punktów

8. Markus Eisenbichler (Niemcy) – 807 punktów

9. Peter Prevc (Słowenia) – 716 punktów

10. Manuel Fettner (Austria) – 703 punkty

11. Piotr Żyła (Polska) – 634 punkty

19. Dawid Kubacki (Polska) – 345 punktów

31. Jan Ziobro (Polska) – 122 punkty

32. Stefan Hula (Polska) – 110 punktów

62. Aleksander Zniszczoł (Polska) – 9 punktów

65. Klemens Murańka (Polska) – 4 punkty

 

Klasyfikacja generalna Pucharu Narodów w skokach narciarskich 2016/17:

1. Polska – 5833 punkty

2. Austria – 5586 punktów

3. Niemcy – 5513 punktów

4. Norwegia – 4415 punktów

5. Słowenia – 3713 punktów

6. Japonia – 1555 punktów

7. Czechy – 1029 punktów

8. Rosja – 741 punktów

 

 

Renesans formy Kamila Stocha. W piątek i niedzielę w Planicy rozegra się ostateczna bitwa o Kryształową Kulę

Kamil Stoch wygrał kończące turniej Raw Air zawody w Vikersund. Polak zmniejszył dzięki temu stratę do lidera Pucharu Świata, Stefana Krafta. Za tydzień w Planicy poznamy zdobywcę Kryształowej Kuli.

Rywalizacja w Pucharze Świata weszła w decydującą fazę. W sobotnim konkursie drużynowym na Vikersundbakken Polacy zajęli drugie miejsce, a w niedzielę znakomitą formą błysnął Stoch, deklasując rywali i zwiększając swoje szanse na tryumf w klasyfikacji generalnej PŚ.

Eksperymentalny, organizowany po raz pierwszy w historii turniej Raw Air przebiegał w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Odwołany konkurs w Lillehammer, przekładane serie, groźne podmuchy wiatru w locie, z trudem ratowane skoki – w tym roku jak nigdy loty narciarskie kojarzą się z naprawdę ekstremalnymi przeżyciami.

Inauguracyjną edycję turnieju wygrał Kraft, pierwszy w dwóch z trzech odbytych konkursów indywidualnych. W niedzielę to jednak Stoch rozdawał karty.

W zawodach, podczas których jego największy rywal ustanowił nowy rekord świata w lotach (243,5 metra), skoczek z Zębu zdeklasował konkurencję, oddając dwa równe, dalekie skoki i ostatecznie wyprzedzając „nieśmiertelnego” Japończyka Noriakiego Kasai.

W finałowej serii Kraft miał poważne kłopoty w powietrzu i cudem uratował skok, który zagwarantował mu tylko piąte miejsce.

Dzięki wczorajszemu zwycięstwu lider naszej kadry umocnił się na drugiej pozycji w klasyfikacji Pucharu Świata i zmniejszył przewagę Krafta do zaledwie 31 punktów. Udało mu się to idealnym momencie – w najbliższy piątek i niedzielę w Planicy skoczkowie zaprezentują się indywidualnie  po raz ostatni w sezonie i to tam okaże się, który z dwóch znakomitych zawodników sięgnie po główną nagrodę. Do zdobycia jest wciąż 200 punktów.

Podczas gdy Stoch będzie walczył o końcowe zwycięstwo w „generalce”, drużynowo Polacy nie muszą się zbytnio obawiać konkurencji. Biało-czerwoni wciąż prowadzą w Pucharze Narodów, a przewaga nad drugimi Austriakami sięga niemal trzystu punktów.

Jeśli w sobotnim konkursie drużynowym Stoch, Żyła, Kot i Kubacki nie ugną się pod presją, odniosą historyczne zespołowe zwycięstwo. A latać potrafią. Na mamucie w Vikersund rekord Polski w locie dwukrotnie (!) poprawił Żyła, a swoje rekordy życiowe wyśrubowali też Kot i Stoch.

Historyczne zwycięstwo Polaka w kolarstwie! Michał Kwiatkowski był pierwszy w słynnym wyścigu Mediolan-San Remo

Polski kolarz szosowy Michał Kwiatkowski zwyciężył w słynnym wyścigu Mediolan-San Remo. Zawodnik drużyny Team Sky wyprzedził obecnych gigantów kolarstwa: Petera Sagana i Juliana Alaphilippe’a.

Jeśli trafi się w tej imprezie na odpowiedni dzień, można być w grze o triumf – mówił jeszcze kilka dni temu Kwiatkowski w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Wczoraj trafił idealnie. Po wyczerpujących 291 kilometrach i piorunującym finiszu, jego plecy oglądali wielcy współczesnego kolarstwa szosowego.
„Geniusz z Polski”, „Niesamowita historia” – tak zagraniczne media opisują sukces Kwiatkowskiego, który został pierwszym polskim zwycięzcą tego wyścigu. Jego samego szczególnie ucieszył wygrany finisz z Saganem:

Kiedy dochodzi do pojedynków z Saganem, jestem pewnie w lepszej pozycji od większości kolarzy, bo rywalizowałem z nim od czasów juniorskich. Połowa peletonu myśli, że on jest z innej planety, ale ja głęboko wierzę, że można go pokonać – napisał po klasyku na swoim facebookowym profilu.

Popularny „Kwiato” miał we Włoszech sporo do udowodnienia. Kiedyś wycofywał się z klasyku z powodu złych warunków atmosferycznych, a w 2015 roku uległ tam poważnemu wypadkowi. Zdrowie uratował mu wtedy kask

Pamiętam moment, w którym leciałem na betonowy murek. Gdybym nie miał go wtedy na głowie, źle bym skończył. Naprawdę źle – wspomina.

Po zwycięstwie w jednym z pięciu najbardziej prestiżowych wyścigów kolarskich świata, przed Kwiatkowskim sezon pełen emocji i wyzwań. Kolejny przystanek to wiosenne klasyki w Ardenach, a po nich przyjdzie czas na słynne Tour de France i mistrzostwa świata w Norwegii, w których obok zawodnika Team Sky może też pojechać Rafał Majka i inni polscy kolarze.

Wszystko będzie zależeć od ilości punktów zgromadzonych przez nich w prestiżowej klasyfikacji UCI World Tour. Kwiatkowski właśnie awansował w rankingu z siedemnastej na drugą pozycję. Majka jest czterdziesty czwarty.

M.S.

Polacy przebojem zdobywają podium! Polska sobota na lekkoatletycznych mistrzostwach Europy. Mamy najwięcej medali!

Aż pięć medali wywalczyli w sobotę polscy lekkoatleci na halowych mistrzostwach Europy w Belgradzie. Złoto zdobyli Marcin Lewandowski i Konrad Bukowiecki. Polacy prowadzą w tabeli medalowej!

Do stolicy Serbii nasza reprezentacja leciała z wielkimi nadziejami. Mówiło się, że szanse na medale ma nawet połowa 33-osobowej ekipy. Przed ostatnim dniem zmagań wiemy już, że było na co czekać. Jak dotąd, Polacy nie mają sobie równych.

Już w piątek dominację w skoku o tyczce potwierdził Piotr Lisek. Zdecydowany faworyt do złotego krążka nie zawiódł i był najlepszy w niezwykle emocjonującym konkursie, pokonując Greka Konstandinosa Filippidisa. Trzeci był Paweł Wojciechowski, który przebojem wdarł się na podium.

Wczoraj oczy polskich kibiców zwrócone były przede wszystkim w kierunku Adama Kszczota (bieg na 800 metrów) i Sylwestra Bednarka (skok wzwyż). Obaj bez problemów zakwalifikowali się do finałowych konkursów, do których dojdzie dziś po południu.

O złoto w biegu na 1500 metrów miał powalczyć Marcin Lewandowski i nie zawiódł oczekiwań, o 0,74 sekundy wyprzedzając Szweda Kalle Berglunda i zapewniając sobie złoto. Wcześniej w finale konkursu pchnięcia kulą nie miał sobie równych Konrad Bukowiecki, który  zakończył zawody, poprawiając rekord kraju należący dotąd do Tomasza Majewskiego i zdobywając najcenniejszy krążek.

Jakby tego było mało, na medal spisali się też nasi biegacze. Srebro w rywalizacji na 400 metrów wybiegał Rafał Omelko, na ostatniej prostej przesuwając się z czwartego miejsca na drugie. Brąz przypadł za to w udziale Justynie Święty (400 metrów) i Sofii Ennaoui (1500 metrów). Dla obu Polek były to największe sukcesy w karierze.

Mistrzostwa w Belgradzie już są dla biało-czerwonych rekordowe. Po dwóch dniach rywalizacji nasza ekipa prowadzi w klasyfikacji medalowej z siedmioma krążkami. To najwięcej spośród wszystkich ekip. Wyprzedzamy Wielką Brytanię (trzy złota) i Niemców (po dwa złote, srebrne i brązowe medale). A to jeszcze nie koniec. Dziś liczymy na Kszczota i Bednarka, a także m.in. na  sprinterkę Ewę Swobodę i nasze męskie i żeńskie sztafety na 400 metrów.

Legia kończy przygodę z pucharami. „Zabrakło szczęścia i doświadczenia, bo byliśmy równorzędnym dla Ajaksu rywalem”

Legia Warszawa przegrała rewanżowy mecz 1/16 finału Ligi Europy z Ajaksem Amsterdam (0:1, 0:0 w pierwszym spotkaniu). Porażka w dwumeczu oznacza, że legioniści żegnają się z europejskimi pucharami.

Do Amsterdamu piłkarze Jacka Magiery lecieli z nadziejami na przełamanie złej passy polskich klubów w XXI wieku. W ciągu ostatnich kilkunastu lat żadna rodzima drużyna nie przeszła pierwszej rozgrywanej wiosną rundy pucharowej.

Po ubiegłotygodniowym, bezbramkowym remisie w Warszawie, stołeczni kibice mieli pełne prawo liczyć na awans do kolejnej fazy. Piłkarzom z Łazienkowskiej wystarczał bowiem bramkowy remis, by cieszyć się z sukcesu. Tymczasem to rywale na początku drugiej połowy ustalili wynik spotkania – strzegącego bramki polskiej ekipy Arkadiusza Malarza pokonał obrońca Ajaksu Nick Viergever, a wynik nie uległ już zmianie do ostatniego gwizdka.

Legioniści mieli jednak swoje szanse na zmianę oblicza dwumeczu. W samej końcówce spotkania bardzo bliski gola na wagę awansu był Tomas Necid, ale strzał Czecha w ostatniej chwili zablokował jeden z obrońców zespołu z Amsterdam Arena.

Bardzo szkoda, bo wszyscy chcieliśmy przejść tę pierwszą rundę – powiedział po meczu defensor mistrzów Polski Michał Pazdan. – Zabrakło nam trochę szczęścia i doświadczenia, bo byliśmy dla Ajaksu równorzędnym rywalem – dodał.

Na porażkę zdecydowanie zareagował Malarz, którego częściowo obarczono winą za stratę kluczowej bramki, twierdząc, że mógł zrobić nieco więcej. – Nie mam do siebie pretensji – stwierdził. – Na tyle wybiłem tę piłkę, na ile mogłem. Ja wiem, kiedy popełniam błąd, często potrafię się do niego przyznać, ale nie pozwolę, żeby ktoś zrobił ze mnie kozła ofiarnego.

Postawę swoich podopiecznych w rozgrywkach europejskich pozytywnie ocenił trener Magiera: – Zrobiliśmy kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o wizerunek polskiej piłki, i będziemy robić wszystko, aby było tak dalej – powiedział. – Często jedna sytuacja decyduje o tym, kto gra dalej, a kto nie. Dzisiaj kosztowało nas to awans, ale gratuluję chłopakom tego sezonu w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, bo pokazali, że można grać dobrze w piłkę jako polska drużyna – podkreślił.

Po zajęciu trzeciego miejsca w Grupie F Ligi Mistrzów i odpadnięciu w 1/16 finału Ligi Europy Legii pozostaje walka o mistrzostwo Polski. Tylko w przypadku końcowego tryumfu w lidze stołeczni piłkarze będą mieli szansę ponownego awansu do najbardziej elitarnych rozgrywek piłkarskich w Europie.

Gala prawdziwych piłkarskich mistrzów

W ubiegłą sobotę po raz 46. rozdano nagrody tygodnika „Piłka Nożna”. Najbardziej prestiżową piłkarską galę w naszym kraju zdominowali bohaterowie 2016 roku – reprezentanci Polski.

Coroczna uroczystość ukazującego się od 1956 roku tytułu przyciągnęła do centrum stolicy śmietankę polskiego świata piłkarskiego, ale też znanych i lubianych z innych dyscyplin sportu i dziedzin życia. Na gali nie mogło także zabraknąć Radia WNET, które z uwagą przyjrzało się jej kulisom.

Uwaga wszystkich zgromadzonych skupiała się oczywiście głównie na nominowanych do nagród. W tym roku statuetki przyznawano w dziewięciu kategoriach. Najważniejsze z nich to oczywiście Drużyna, Trener i Piłkarz Roku, ale – podobnie jak w poprzednich latach – znalazło się też miejsce dla kategorii Ligowiec, Pierwszoligowiec, Odkrycie, Obcokrajowiec, Wydarzenie i Piłkarka Roku.

Drużyną Roku kapituła „Piłki Nożnej” wybrała reprezentację Polski. Doceniony został również selekcjoner kadry narodowej Adam Nawałka, który otrzymał tytuł Trenera Roku. Najlepszym zawodnikiem polskiej ekstraklasy 2016 roku wybrano Michała Pazdana, a dominację kadrowiczów potwierdził Robert Lewandowski, po raz szósty z rzędu zgarniając statuetkę dla Piłkarza Roku. Gracz Bayernu Monachium nie był jednak obecny na uroczystości. Kilka godzin wcześniej rozgrywał mecz ligowy, w którym zdobył z resztą bramkę. W jego imieniu nagrodę odebrała mama.

Kiedy główna część gali dobiegła końca, goście tłumnie udali się na degustację specjalnie przygotowanych na tę okazję potraw. W kuluarach można było spotkać m.in. byłych selekcjonerów kadry narodowej – Pawła Janasa i Andrzeja Strejlaua. Ze statuetką brylował Michał Pazdan, który w tym roku był również nominowany do tytułu Piłkarza Roku. Ludzi związanych z Legią Warszawa było z resztą więcej, bo galę swoją obecnością uświetnili też obrońca Jakub Rzeźniczak i trener stołecznego klubu Jacek Magiera, który miał szansę na nagrodę w kategorii Trener Roku.

Zwyczaj przyznawania nagród „Piłki Nożnej” ma bardzo pokaźną tradycję. Tytuły Piłkarza, Trenera i Odkrycia Roku po raz pierwszy przyznano już w 1973 roku, ale gala jako uroczystość zaczęła  funkcjonować 19 lat później i nieprzerwanie cieszy się sporą popularnością. – Jesteśmy bardzo zadowoleni, że tylu nominowanych i nagrodzonych stawiło się dziś, by razem z nami podsumować miniony rok – powiedział nam redaktor tygodnika Paweł Gołaszewski – Niestety nie wszyscy mogli dotrzeć. Robert Lewandowski i Katarzyna Kiedrzynek (Piłkarka Roku – red.) rozgrywali swoje mecze, Konstantin Vassijlev (Obcokrajowiec Roku – red.) przebywa na zgrupowaniu, a Adam Nawałka jest świeżo po zabiegu.

Tytuł Piłkarki Roku przyznano w tym roku po raz drugi w historii, a nagrodę, podobnie jak w ubiegłym roku, zgarnęła bramkarka francuskiego Paris Saint Germain i reprezentacji Polski – Katarzyna Kiedrzynek. – W tym roku Kasia obroniła tytuł, więc można powiedzieć, że na razie tak jak nie wpuszcza goli do bramki PSG, tak nie dopuszcza nikogo innego do statuetki – zażartował Gołaszewski, który na scenie przekazał ją siostrze zawodniczki.

Za kulisami trafiliśmy też na nominowaną do tej nagrody Agnieszkę Winczo, napastniczkę kadry narodowej na codzień grającą w barwach niemieckiego BV Cloppenburg. – Na początku nie mogłam uwierzyć, że dostałam nominację, ale kiedy znajomi i rodzina zaczęli podsyłać mi zdjęcia z gazety, to bardzo się ucieszyłam, że w końcu ktoś mnie docenił – powiedziała i przyznała, że o kobiecym futbolu jest w Polsce coraz głośniej – Piłka kobieca powoli zaczyna wychodzić z cienia męskiej i coraz więcej mediów się nami interesuje. Wskazuje na to sam fakt, że na tak wielkiej gali znalazła się kategoria dla piłkarek.

Zabawa w hotelu Hilton trwała do wczesnych godzin porannych, a goście jeszcze przez długie godziny po zakończeniu oficjalnej części ceremonii okupowali parkiet, tańcząc do rytmu starszych i nowszych hitów. Dłużej na gali zabawili m.in. były reprezentant Polski, a prywatnie wujek Jakuba Błaszczykowskiego Jerzy Brzęczek czy Szymon Marciniak, najlepszy obecnie polski sędzia, który ma już też ogromne doświadczenie na arenie międzynarodowej.

Za rok dowiemy się, czy ktokolwiek będzie w stanie przełamać hegemonię Roberta Lewandowskiego i czy Adam Nawałka po raz kolejny zostawi konkurencję daleko w tyle. Jeśli kadrze narodowej uda się na jesieni awansować na Mistrzostwa Świata w Rosji, obaj panowie znów mogą zdystansować rywali w wyścigu po statuetki.

Śnijcie dalej rywale. Biało-czerwona zimowa stolica Polski

Głośna, przyodziana w narodowe barwy kolumna ludzi rozciągająca się od skoczni aż po Krupówki – taki krajobraz napotkaliśmy w niedzielę w Zakopanem przy okazji konkursu Pucharu Świata w skokach.

Na podtatrzańskiej skoczni stawiło się przeszło 23 tysiące kibiców, w ogromnej przewadze polskich. Na tym jednak nie koniec. Od podnóża Wielkiej Krokwi rozciągał się kilkudziesięciotysięczny, biało-czerwony tłum. Ogromną popularność skoków w naszym kraju widać było jak na dłoni.

Obowiązkowymi atrybutami każdego mającego zamiar pojawić się na skoczni były tradycyjnie szaliki, wszelakiej maści czapki i trąbki. Głośno było już od wczesnych godzin porannych, kiedy pierwsze fale sympatyków naszej drużyny zaczęły wylewać się na główną arterię miasta – Krupówki. Dominowały optymistyczne nastroje, bo przecież w sobotę polska drużyna zdobyła srebro w konkursie drużynowym. Ciężej było jedynie tym, którzy poprzedniego wieczoru zbyt intensywnie świętowali sukces podopiecznych Stefana Horngachera.

Trybuny skoczni im. Stanisława Marusarza wypełniły się jeszcze zanim skoczkowie przystąpili do serii próbnej. Atmosferę skutecznie podgrzewali spikerzy, z którymi kibice chętnie współpracowali, od samego początku konkursu tworząc wspólnie unikalną atmosferę zawodów w Zakopanem. Nie bez powodu każdego roku oficjele z FIS (Międzynarodowej Federacji Narciarskiej – red.) powtarzają, że konkursy w Zakopanem są organizacyjnym wzorem dla całej reszty kalendarza PŚ. Specjalna scena zlokalizowana u podnóża skoczni, występy artystów, profesjonalni spikerzy i przede wszystkim rekordowa ilość żywiołowo reagujących kibiców – to są wyróżniki zimowej stolicy Polski na tle całego świata skoków narciarskich.

Dla niemal każdego zawodnika z pięćdziesięciu, którzy oddawali w niedzielę swoje stoki, organizatorzy mieli przygotowaną specjalną piosenkę, która rozbrzmiewała, gdy ten znajdował się w powietrzu. To z resztą właśnie w Zakopanem po raz pierwszy zezwolono na wykorzystanie muzyki; z początku tylko pomiędzy skokami. To tam z chęcią wracają największe gwiazdy dyscypliny, bo kibice nie szczędzą dopingu nikomu. W tym roku powrócił Janne Ahonen, skakali Gregor Schlierenzauer i Simon Ammann. Wszyscy z uśmiechami na ustach (może poza Ahonenem, bo ten akurat słynie z kamiennego wyrazu twarzy).

Naprawdę niesamowicie robiło się jednak dopiero przy okazji prób Polaków. Wtedy podrywał się nagle ogłuszający huk tysięcy trąbek, a ziemia zdawała się drżeć pod nogami. Emocje sięgały zenitu zwłaszcza pod koniec drugiej serii, kiedy ważyły się losy konkursu indywidualnego. Po niemal perfekcyjnym skoku Kamila Stocha, pięciu jego bezpośrednich rywali musiało zaprezentować się gorzej, by to on został zwycięzcą. Utworem przewodnim ostatnich minut rywalizacji było „Dream On” zespołu Aerosmith, a podczas gdy przeciwnicy Polaka znajdowali się w powietrzu, spiker powtarzał wciąż: „Śnijcie dalej rywale, Kamil na prowadzeniu!”.

I faktycznie, przynajmniej do kolejnych zawodów w Willingen sny o zwycięstwie muszą odłożyć Richard Freitag, Andreas Wellinger, Michael Hayboeck, Markus Eisenbichler i Daniel-Andre Tande, bo to niesiony dopingiem tysięcy gardeł na skoczni i milionów przed telewizorami Stoch spełnił marzenie o kolejnym zwycięstwie na Wielkiej Krokwi. Euforię, jaka wybuchła na obiekcie po ogłoszeniu tryumfatora można było porównać chyba tylko do reakcji na zwycięską bramkę strzeloną przez piłkarza w ostatniej minucie meczu. I choć na ulicach Zakopanego po niedzielnym konkursie było już nieco spokojniej niż w sobotę, to wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że to miasto ma tylko jednego króla.

Zapraszamy do wysłuchania słów Kamila Stocha z konferencji prasowej po zawodach:

Elektryzujące zawody, Stoch królem Zakopanego!

Kamil Stoch zwyciężył w konkursie indywidualnym Pucharu Świata w Zakopanem. Polak po I serii zajmował 6. miejsce, ale drugim skokiem zdystansował rywali. Szósty był Piotr Żyła, a ósmy Dawid Kubacki.

Zakopane nie widziało jeszcze tak emocjonujących zawodów. Trzynasty po pierwszej serii Maciej Kot tracił do liderującego Richarda Freitaga zaledwie niecałe 11 punktów. Niezwykle rzadko się zdarza, by różnice pomiędzy poszczególnymi zawodnikami były tak znikome.

Tym bardziej zgromadzone na Wielkiej Krokwi 23 tysiące kibiców i kolejne dziesiątki tysięcy czekające za bramami skoczni liczyły na błysk geniuszu Kamila Stocha, który w pierwszej próbie osiągnął 130,5 metra, co zagwarantowało mu miejsce z dala od podium. Na szczęście liderujący wtedy Freitag, a także Andreas Wellinger i Michael Hayboeck w decydującej serii zawiedli jak na zawołanie, oddając skoki słabsze stylowo od Stocha. Nasz mistrz olimpijski z Soczi w gorszych warunkach pogodowych poszybował na 131. metr i uzyskał świetne noty od sędziów, o 1,6 punktu wyprzedzając Wellingera i wygrywając w Zakopanem po raz trzeci w karierze.

Powody do zadowolenia mogli też mieć pozostali Polacy, a szczególnie Dawid Kubacki, który przebojem wdarł się do pierwszej dziesiątki po dwóch solidnych, równych skokach i zajął 8. miejsce. Nieco słabiej niż w sobotnim konkursie drużynowym zaprezentował się Piotr Żyła, ale i tak wyskakał sobie 6. pozycję. Na 12. lokacie zawody ukończył Maciej Kot, który mógł być zdecydowanie wyżej, gdyby w drugiej próbie pofrunął równie daleko co w pierwszej. Niemal tuż za jego plecami, bo dwa miejsca niżej, konkurs zakończył fantastyczny w pierwszej serii Jan Ziobro. Najsłabiej spisał się Stefan Hula, zajmując 24. pozycję.

Dzięki niedzielnemu zwycięstwu Kamil Stoch umocnił się na pozycji lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Polak ucieka rywalom, a do Mistrzostw Świata w Lahti i końca sezonu pozostaje coraz mniej czasu. Niewykluczone więc, że poza wygraniem Turnieju Czterech Skoczni nasz najlepszy obecnie skoczek pokusi się także o Kryształową Kulę i będzie chciał powalczyć o mistrzostwo świata.

Zawody w Zakopanem obszerniej zrelacjonujemy w poniedziałkowym Poranku WNET i kolejnych materiałach na stronie.

Drużynowe srebro Polaków w Zakopanem!

Polscy skoczkowie narciarscy zajęli 2. miejsce w konkursie drużynowym Pucharu Świata w Zakopanem. Na Wielkiej Krokwi rzutem na taśmę wygrali Niemcy. Na niedzielę zaplanowano konkurs indywidualny.

Nasz kraj reprezentowało dziś pięcioro skoczków z ekipy Stefana Horngachera: Kamil Stoch, Piotr Żyła, Maciej Kot i Dawid Kubacki. Biało-czerwoni przystępowali do konkursu jako liderzy klasyfikacji Pucharu Narodów.

Już w serii próbnej gospodarze potwierdzili aspiracje do kolejnego zwycięstwa drużynowego. Najdalej z Polaków skoczył Żyła (131 metrów), a pół metra wcześniej wylądował Stoch. Pierwsza seria miała być potwierdzeniem dominacji naszej kadry i atakiem na drużynowe złoto na polskiej ziemi.

Swoją pierwszą próbę zepsuli jednak Kubacki i liderujący rankingowi Pucharu Świata Stoch i pomimo udanych lotów Żyły i Kota (kolejno 133,5 metra i 132,5 metra) podopieczni trenera Horngachera przed decydującym rozdaniem musieli uznać wyższość Niemców i Słoweńców, spośród których prawie na 138. metr poszybował odradzający się Peter Prevc.

Decydujące starcie na skoczni w Zakopanem rozegrało się jednak pomiędzy Polakami i Niemcami. Rewelacyjnie rozpoczął Żyła, powtarzając wyczyn Prevca z pierwszej serii, a swoje wyniki sprzed kilkudziesięciu minut poprawili też pozostali skoczkowie na czele ze Stochem, który dotknął zeskoku dopiero na 136. metrze i wyprowadził naszą ekipę na prowadzenie. Zagrozić mogli nam już tylko Niemcy i za sprawą skoku Richarda Freitaga, który wylądował półtora metra przed skoczkiem z Zębu, nasi zachodni sąsiedzi zwyciężyli rzutem na taśmę, z przewagą zaledwie 5,1 punktu.

W niedzielne popołudnie na Wielkiej Krokwi rozegrany zostanie konkurs indywidualny z udziałem naszych skoczków. Przypominamy, że pod skocznią w Zakopanem obecne będzie Radio WNET.