IV Śląskie Manewry ASG – III Rodzinny Piknik Militarny z okazji 100-lecia przyłączenia Śląska do Polski

Organizatorzy corocznego Rodzinnego Pikniku Militarnego zapraszają na sobotę 3 września do Świętochłowic na Płaskowyż Ajska i w Dolinę Lipinki. Zapewniają liczne atrakcje i niezapomniane przeżycia.

 

Triumf maltuzjanistów, którzy pragną wyzwolić Ziemię od człowieka? / Andrzej Jarczewski, „Kurier WNET” 98/2022

Początek tego roku przywitało 343 192 Polaków, urodzonych w roku 1947. Ich wnuków i prawnuków, urodzonych w roku 2021, jest zaledwie 325 067. Mamy mniej wnucząt niż ich 75-letnich dziadków z babciami!

Andrzej Jarczewski

Żyjemy dłużej, czyli błąd modelu

Tegoroczna tablica średniego dalszego trwania życia ucieszyła nowych emerytów i starych krytykantów ZUS-u. Ci pierwsi widzą wyższe emerytury, a ci drudzy otrzymali argument, by oskarżać rządzących o „mordowanie narodu”. Według tej tablicy – nowi emeryci mają niby żyć krócej niż ci, którzy przeszli na emeryturę w poprzednich latach. Cóż, mylą się i jedni, i drudzy… i trzeci.

Na początek krótkie rozwiązanie zagadki, prowadzące jednak do znacznie ciekawszego zagadnienia na końcu. Otóż algorytm, z którego korzysta ZUS w celach emerytalnych, uwzględnił teraz wszystkie osoby zmarłe w pandemicznych latach 2020–2021 na tle tych, którzy owe lata przeżyli. Tak działa – oparty na statystyce historycznej (i ustawie z 17 grudnia 1998 r.) – algorytm, który nie przewidział pandemii i nie wie, że dalsze życie nowych i starych emerytów nie zależy od liczby zmarłych w przeszłości, ale od nieznanych warunków w przyszłości i od czynników indywidualnych, a o tych wiemy, że premiują organizmy odporniejsze i silniejsze, zwycięskie w walce z koronawirusem i mniej zagrożone chorobami współistniejącymi.

Jeżeli więc wojna do nas nie zawita, jeżeli nie pojawi się znów ta lub inna pandemia, jeżeli świat się nie zawali – nowi emeryci będą żyć znacznie dłużej, niż to prorokuje ZUS-owski algorytm, przyjmujący milcząco, że ogólne przyczyny zgonów nie zmieniają się w czasie i przestrzeni. Jak zaraz zobaczymy, model ludności ustabilizowanej, na którym oparto ten algorytm, jest co do istoty błędny w warunkach polskich i w epoce dużych migracji. Z kolei poprawny jest emerytalny system kapitałowy, ale jedno nie pasuje do drugiego.

ALGORYTMY

Konstrukcję ZUS-owskiego algorytmu zrozumie każdy maturzysta, a nawet co zdolniejszy absolwent szkoły podstawowej. Wprawdzie stosowane w obliczeniach wzory wyglądają dość okazale i nie nadają się do publikacji w gazecie, ale zrobienie z tego programu komputerowego do budowy tablicy przeżywalności – to kwestia dosłownie kwadransa (tyle wymaga np. sporządzenie zamieszczonego tu wykresu). Rzecz jasna – pierwsza przymiarka i testowanie może zabrać nawet pół dniówki. Żądamy tylko biegłości w programowaniu. Trzeba też mieć przygotowane dane w odpowiednim formacie.

Najważniejsze jest jednak zrozumienie wyniku: że to, co otrzymaliśmy w postaci tablicy dalszego trwania życia, nic nie mówi o dalszym trwaniu życia! Jest wyłącznie rezultatem wyliczeń, dokonanych przez algorytm na wsadowych danych historycznych zgodnie z przyjętym modelem i milcząco dopuszczonymi konsekwencjami tego modelu.

Stare powiedzenie informatyków mówi, że „ze śmieci otrzymamy śmieci”. Jeżeli jednak dane są przygotowane i przetwarzane zgodnie z jakąś koncepcją, to wyniki odzwierciedlą zalety i wady tej koncepcji. Nic więcej! W szczególności – informatyka nigdy nie zapewnia, że wyniki komputerowych obliczeń mają jakikolwiek związek z rzeczywistością. Raz mają, raz nie mają, ale zależy to nie od komputera, lecz od trafności – zaszytego w algorytmach – modelu danego wycinka świata.

STRUKTURY WIEKU

Wyobraźmy sobie teraz dwie 40-milionowe populacje o odmiennych strukturach. Społeczność A niech składa się z 39 999 999 dzieci jednorocznych i jednego obywatela w wieku 100 lat. Społeczność B niech ma 39 999 999 stulatków i jedno niemowlę. Zastosujmy ZUS-owski algorytm do tych populacji przy założeniu, że wszystkie inne parametry są identyczne…

Zarzuci ktoś, że to przecież absurd, że takich społeczności nie ma na świecie. Zgoda, odpowiem, ale algorytm jest identyczny w każdym wypadku. Nigdzie nie podano granic stosowalności. Co więcej: wyniki służą porównywaniu jakości życia w różnych państwach. Społeczność A okaże się „gorsza”, bo tam żyje się niby krótko, a B – „lepsza”. OK, odłóżmy przykłady abstrakcyjne i przyjrzyjmy się rzeczywistym.

Oto mamy 26-milionową ludność państwa Niger. Połowa obywateli (50%) ma mniej niż 15 lat, a niecałe 3% przekroczyło 65 lat. Tak, to nie pomyłka: mediana wieku wynosi tam 15 lat; w Polsce – 41,7. Średnia dzietność w muzułmańskim Nigrze zbliża się do 7 (siedmioro dzieci na kobietę; pisałem o tym w zeszłorocznym raporcie demograficznym w kontekście konieczności pracy dzieci, „Kurier WNET”, lipiec 2021).

Dla odmiany sprawdźmy, jak to wygląda w krajach naprawdę bogatych. W Japonii dzieci poniżej 15 lat jest zaledwie 12%, za to 65-latków i starszych – prawie 30%. Z kolei w Szwecji ustawowy wiek przechodzenia na emeryturę mężczyzn i kobiet(!) wynosi 67 lat. Zatrudnianie dzieci do lat 15 jest tam przestępstwem, a w Nigrze – ratunkiem przed śmiercią głodową. Nie można jednym modelem sensownie obsłużyć mocno różniących się społeczności.

POLSKI PORTRET DEMOGRAFICZNY

Omawiany algorytm, choć matematycznie poprawny, ujawnił błąd swego modelu na przykładzie polskiej, strasznie zdeformowanej struktury wiekowej. Spójrzmy na rysunek: akurat teraz w wiek umierania masywnie wchodzi powojenny wyż, do którego należy piszący (jeszcze) te słowa. Z GUS-owskich algorytmów wynika, że w Polsce umiera się obecnie średnio w wieku 76–77 lat (kobiety nieco ponad 80, mężczyźni – ok. 72).

Wykres pokazuje, że pierwszego dnia roku 2022 żyło w Polsce 210 681 osób urodzonych w roku 1945, ale rocznik 1946 jest już o połowę liczniejszy: 302 339! Ci pierwsi mają dziś 77 lat, a ci drudzy 76 (średni wiek umierania w Polsce). Jak to się ma do modelu ludności ustabilizowanej? Ano nijak. Ten model zawodzi przy tak drastycznych skokach. Daje wyniki „skaczące”, nadające się do dowolnych dezinterpretacji.

Następny rocznik. Początek tego roku przywitało 343 192 obywateli polskich, urodzonych w roku 1947. Ale łączna liczba ich wnuków i prawnuków, urodzonych w roku 2021, wynosi zaledwie 325 067. Mamy więc mniej wnucząt niż ich 75-letnich dziadków z babciami! Ale to jeszcze nic.

Patrzmy na nieubłagane trendy: przez dobre 10 lat seniorów nadal będzie przybywać, a dzieci ubywać przez lat co najmniej… aż strach podać termin. Jeżeli nie zmieni się maltuzjańska cywilizacja depopulacyjna, dzieci będzie ubywać już stale, aż któregoś dnia urodzi się ostatnia Polka (nadal aktualny wykres tej prognozy pokazałem w „Kurierze WNET” z sierpnia 2018).

WIELOKROTNE ECHA

W demografii nic nie dzieje się natychmiast. Procesy nasilają się i zanikają nie z roku na rok, ale z pokolenia na pokolenie. Skutki tych procesów można z dużą dokładnością przewidywać w perspektywie niemal stulecia. Tak jest np. z naprzemiennie występującymi w Polsce niżami i wyżami. Druga wojna światowa poczyniła milionowe wyrwy w naszej strukturze ludnościowej. Przez kilkanaście następnych lat naród jakoś kompensował straty, ale to zostało nagle przerwane ustawą aborcyjną z roku 1956.

Pomijam w tym artykule wszelkie kwestie moralne na rzecz arytmetyki.

Rok 1956 łączy się w naszej zbiorowej pamięci z „odwilżą”. Po dekadzie komunizmu stalinowskiego – ówczes­ne władze PRL faktycznie poluzowały represyjną politykę na wielu płaszczyznach. Elementem „odwilży” była m.in. ta ustawa, która jednak gwałtownie przyśpieszyła naturalne wyczerpanie wyżowego potencjału. Kilkanaście lat później liczba aborcji dorównywała liczbie porodów, co spowodowało do dziś widoczne skutki na prezentowanym tu wykresie.

Przypomniana ustawa była pierwszym znaczącym elementem bezmyślnej, procyklicznej polityki ludnościowej władz PRL, a później – niestety – również III RP. Różne elementy tej polityki omawiałem na tych łamach w poprzednich raportach, więc teraz tylko wyrażę ogólny wniosek: należy łagodzić i rozmywać kolejne fale. Przy odpowiedzialnej polityce tragiczne skutki wojny zanikną również w strukturze demograficznej. Ale… po kilku pokoleniach. Nie za rok czy dwa.

Demograficzne fale i echa są zjawiskiem niekorzystnym pod wieloma względami. Destabilizują strukturę społeczną i są niezmiernie kosztowne. Oczywisty przykład to losy przedszkolaków. W jednym pokoleniu brakuje dla nich placówek wychowawczych, a w następnym trzeba likwidować w każdym mieście mnóstwo niepotrzebnych przedszkoli (musiałem to robić jako odpowiedzialny za te sprawy wiceprezydent miasta). To samo dotyczy szkół, również wyższych, zwłaszcza prywatnych, które po okresie rozwoju ilościowego weszły już w epokę głębokiego regresu. Padają jedna po drugiej i tego procesu nie ma czym ani kim zatrzymać.

ZMIANA MODELU

Za którymś razem – po kolejnym niżu – wyż nie nadejdzie. A to dlatego, że na te nasze lokalne polskie fale nakładają się światowe megatrendy kulturowe, w tym jeden, szczególnie interesujący, choć lekceważony zarówno przez demografów, jak i przez polityków. Otóż początek XX wieku przyniósł nowe środki przekazu kultury: kino i radio. Powierzchowne skutki znamy; zjawiska głębsze wymagają badania struktury własnościowej biznesu.

Kino rozwijało się w epoce, gdy wielki kapitał związany był z przemysłem, handlem, bankami i nadal ziemią. Przemysłowcy oczywiście wyzyskiwali robotników, ale w interesie gospodarki była maksymalizacja pracy o charakterze wytwórczym i to w warunkach spokoju społecznego. Tego paradygmatu nie zmieniały nawet największe wojny. Państwa, w których było dużo pracy, zyskiwały na znaczeniu, a te, które z powodów demograficznych, ekonomicznych, ideologicznych lub z lenistwa dysponowały relatywnie mniejszą sumą pracy, powoli traciły pozycję.

Odnotujmy świeże dane z Unii Europejskiej: najdłużej w ciągu swojego życia pracują mieszkańcy Niderlandów i Szwecji (ponad 42 lata), a Rumuni, Włosi i Grecy – o 10 lat krócej. Polacy – 34,3 roku, czyli poniżej średniej dla Unii (35 lat). Taki komunikat sugeruje, że Polacy i Rumuni to lenie, a Holendrzy i Szwedzi – pracusie.

Tu znów pojawia się kwestia modelu. Gdyby w różnych krajach pojęcie „rok pracy” znaczyło to samo, porównanie byłoby sensowne. Okazuje się jednak, że w Niderlandach oznacza to w praktyce 1399 godzin pracy, w Polsce 1766 (teoretycznie rok 2022 ma mieć w Polsce 2008 godzin roboczych, ale do obliczeń przyjąłem dane rzeczywiste z roku 2021, uwzględniające różne okoliczności).

W ciągu całego zawodowego życia przeciętny Holender pracuje 59 038 godzin, a Polak – 60 574. Polacy faktycznie pracują dłużej, ale tu i tam przepisy stale się zmieniają, więc za dokładność obliczeń głowy nie dam. Wiem tylko, że nie jesteśmy leniami! Mamy inny model pracy i lokujemy się w innym punkcie łańcucha marż.

Podobne obliczenia trzeba wykonać, gdy ktoś proponuje zmianę modelu. Ot, skróćmy sobie tydzień pracy o 20% (z 5 dni na 4). Jednak – żeby to nie odbyło się kosztem zmniejszenia produktu narodowego o 20% – musimy, pozostając w tym samym punkcie łańcucha marż, odpowiednio wydłużyć lata pracy. Osiągniemy wtedy standard niderlandzki: wystarczy opóźnić emerytury o 7 lat i – hokus pokus – gotowe!

Kolejnym populistom podaję na tacy jeszcze lepsze pomysły. Dlaczego skracać tydzień pracy tylko do czterech dni. Przecież możemy pracować trzy, dwa, a nawet jeden dzień w tygodniu! Wystarczy wtedy podnieść wiek emerytalny o… 171 lat i arytmetycznie wszystko się zgodzi. Oczywiście – pod warunkiem, że przyjmiemy model człowieka nieśmiertelnego, co – jak prorokuje Harari – ma się niebawem spełnić.

REWOLUCJA CZASU WOLNEGO

Początek wieku XXI przyniósł zaskakującą rewolucję kapitałową. Nagle w rankingu największych przedsiębiorstw zachodniego świata pojawiły się firmy medialne, oferujące usługi niematerialne, a wśród najbogatszych ludzi na świecie znajdujemy właścicieli firm internetowych i zależnych od internetu. To dopełniło rewolucji rozpoczętej w Hollywood.

Zjawiska dominujące w cywilizacjach XXI wieku widzieliśmy i dawniej, ale raczej na marginesie. Nawet najwięksi twórcy kultury żyli w biedzie; tylko niektórym udawało się po wielu latach mordęgi osiągać wyższe dochody, uzależnione zresztą od kaprysu władców, wielkich posiadaczy ziemskich, bankowych czy przemysłowych. Dziś realną szansę na wielkie pieniądze mają bardzo młodzi influencerzy. Zarabiają na osobistej popularności i nie potrzebują łaski mecenasów sztuki. Ale te zarobki zawdzięczają koncernom internetowym. Szybko dowiadują się z własnej praktyki, co przynosi największe zyski i tę przestrzeń per fas et nefas powiększają, nie oglądając się na stare dekalogi, których zresztą już się ich nie uczy.

To zjawisko wykiełkowało ponad sto lat temu, gdy raczkujący biznes kinowy okazał się bardziej rentowny niż stalownie i górnictwo. Był też nieskończenie bezpieczniejszy, bo nigdzie nie wybuchały rewolucje kinomaniaków, a strajki i rozruchy robotnicze zdarzają się co chwila. Powoli zmieniał się paradygmat całej cywilizacji. Interesom przedsiębiorców medialnych nie służyła już maksymalizacja pracy w jakimś kraju, ale… maksymalizacja czasu wolnego. Głównym adresatem twórców kultury przestał być światek bogatych snobów.

Kapitał przemysłowy stracił przywództwo, bo nie mógł szybko uwolnić się od fabrycznych murów i zainwestować w media. To wymagało istnienia kapitału „luźnego”, niezwiązanego z ziemią i wszelką produkcją (tego nadal Polakom brak). Należało tylko na kinowych fotelach, a później przed mniejszymi ekranami posadzić wielomilionową klasę średnią i niższą, w tym zwłaszcza młodzież i dzieci, których cywilizacyjna rola od tego czasu zmienia się diametralnie. Interesy biznesu hollywoodzkiego i naśladowczego zbiegły się ze szczerymi pragnieniami marksistów, którzy wprawdzie nadal atakowali biznes przemysłowy i bankowy, ale w pełni poddali się władzy kapitału medialnego. Tego wszak Marks nie kazał niszczyć.

Na tym przykładzie widzimy zresztą, ile są dziś warte wnioski Adama Smitha czy Karola Marksa. Jeżeli nawet w społeczeństwach rolniczych, przemysłowych czy handlowych dominowały procesy, które oni opisywali, to w epoce kapitału medialnego – takich społeczeństw już nie ma.

Ten model został zamieniony na nowszy, monopolizujący zarówno dystrybucję kapitału, jak i dystrybucję prestiżu. Zamieniając czas na przestrzeń, można powiedzieć, że marksiści i liberałowie przykładają model opracowany w Nigrze do… Japonii. I dziwią się, że to takie mądre, a nie działa.

NEUTRALIZACJA BUNTU

Posiadacze kapitału (cokolwiek nim w danej epoce było) „zawsze” sprawowali władzę, a biedota próbowała się buntować albo organizować politycznie do walki o udział we władzy. W wieku XXI ten paradygmat w krajach zamożnych niezauważalnie zanika. Najbogatsi ludzie na świecie, czyli szefowie wielkich korporacji medialnych, nie mają już naturalnych wrogów. Nikt się nie buntuje przeciwko coraz doskonalszym serialom i wyprzedzającym fantazję usługom internetowym! Polityczne rozgrywki odbywają się na bocznym boisku i nie zagrażają mediom, od których są uzależnione. Bezsilnie przyglądają się temu na całym świecie ministrowie finansów i zarządzany przez nich aparat podatkowy.

Nowe sposoby sumowania drobnych transferów w gigantyczne zyski nie mieszczą się w starych taryfikatorach podatkowych, a nowych długo nie wprowadzano z powodów, które coraz lepiej rozumiemy. Politycy korzystają ze starych modeli ekonomicznych!

Jedni – przejęci ideologią liberalną – nie regulowali rynku, co zawsze prowadzi do monopolizacji; inni, np. marksiści, zajęci byli „wyzwalaniem” kolejnych mniejszości z takiej czy innej opresji (odnotujmy, że rosyjska „operacja specjalna” na Ukrainie przebiega pod hasłem „denazyfikacji”, czyli wyzwolenia Ukrainy spod władzy Ukraińców).

Liberałów i socjalistów pogodzili, wręcz zjednoczyli i sobie podporządkowali wyznawcy ideologii maltuzjańskiej, którzy pragną wyzwolić Ziemię od człowieka. I właśnie ta ideologia – wtłaczana wszelkimi narzędziami kapitału medialnego – kształtuje dziś demografię Europy i Ameryki Północnej, a nawet Japonii i Chin. Narody, które uwierzą Malthusowi, zanikną.

Pomijam teraz ocenę moralną omawianych zjawisk. Próbuję jedynie dostrzec i nazwać obiektywne przyczyny wielu nowych skutków. Władcy internetu – by użyć kategorii Pierre’a Bourdieu – skumulowali kapitał ekonomiczny, społeczny, kulturowy i symboliczny. Świat nie wie, jak się przed tym bronić, bo politycy wciąż wierzą w przestarzałe, przeżarte rdzą ideologii modele rzeczownikowe. Mój wniosek: budujmy modele czasownikowe! Realizuję to w książkach, o których tym razem już nic nie napiszę, bo strona się… skończyła.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Żyjemy dłużej, czyli błąd modelu” znajduje się na s. 7 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Żyjemy dłużej, czyli błąd modelu” na s. 7 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022

Mam nadzieję, że tym skandalicznym festiwalem zajmie się prokuratura / Jolanta Hajdasz, „Kurier WNET” 97/2020

Protest Centrum Życia i Rodziny przed kinem Muranów w Warszawie, gdzie odbywał się festiwal filmów pornograficznych

Jest naukowo dowiedzione, że pornografia niszczy pewne obszary mózgu, działa dokładnie tak jak alkohol czy narkotyki, a oglądanie takich obrazów prowadzi do trwałych zmian neuronalnych.

Jolanta Hajdasz

Moralne barbarzyństwo

Chciałabym zwrócić dziś uwagę na istotną w mojej ocenie sprawę sprzeciwu wobec publicznej prezentacji pornografii, z jaką mieliśmy do czynienia w Warszawie za sprawą zorganizowanego w kinie Muranów pierwszego w naszym kraju festiwalu filmów pornograficznych. Organizatorzy nazwali go, co prawda, „festiwalem post-pornograficznym”, ale nie wolno mieć złudzeń, iż to jedynie słowny zabieg, mający dać swoiste alibi tym, którzy po prostu promują deprawację i obsceniczność, szukając w niej nieistniejących wartości, a maskując zło w najczystszej postaci, jaką ona ze sobą niesie.

Skandal i moralne barbarzyństwo to jedyne słowa, którymi można określić to działanie; nazywanie go „pseudoartystycznym” jest eufemizmem, który w tym wypadku nie oddaje istoty sprawy.

Dlatego chciałabym pogratulować i podziękować Pawłowi Ozdobie, prezesowi katolickiej organizacji Centrum Życia i Rodziny, która nagłośniła tę sprawę i zorganizowała publiczny protest przeciwko jawnej i publicznej promocji pornografii, przeciwko tej deprawacji i perwersji seksualnej. Media mainstreamowe nazwały ich oczywiście „fundamentalistami” i „katolickimi radykałami”, ponieważ nie można było nie zauważyć protestu – w dniu otwarcia pseudofestiwalu przed kinem organizatorzy protestu i wspierające ich osoby wspólnie odmówiły różaniec i litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko czystości. Zorganizowano również petycję do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego o powstrzymanie finansowania Kina Muranów i firmy Gutek Film z pieniędzy publicznych; przedsiębiorca otrzymał np. wsparcie finansowe w ramach programu rządowego z Polskiego Funduszu Rozwoju i wielokrotnie jego działania wspierał Polski Instytut Sztuki Filmowej. Pod petycją podpisało się ponad 10 tysięcy osób.

Głos sprzeciwu przeciwko organizatorom takich przedsięwzięć jak festiwal filmów pornograficznych jest ogromnie ważny bez względu na to, czy odpowiada nam stylistyka protestu. Wielokrotnie wśród katolików spotkałam się z opiniami, że myślą dokładnie tak samo jak modlący się na kolanach z różańcem w ręku na ulicy ludzie, ale nie chcą brać udziału w zgromadzeniu tego typu, bo to wygląda jakby modlący się byli niezrównoważeni emocjonalnie.

Chcę więc jasno powiedzieć, że taka postawa jest błędem i trzeba znaleźć w sobie odwagę do działania publicznego. W dzisiejszym świecie zdominowanym przez media trzeba działać błyskawicznie, chcąc zareagować na czas, a sama petycja w sieci zginie w morzu różnego rodzaju protestów i apeli, których dziesiątki trafiają do naszych skrzynek mailowych i naszych aplikacji każdego dnia. Wielki szacunek i wdzięczność dla Centrum Życia i Rodziny, które wzięło na siebie organizacyjny ciężar tego naprawdę ogromnie ważnego protestu.

Piszę o tym festiwalu, jakby był jakimś małym pokazem kilku filmów w jednym kinie. A to przecież było wydarzenie zorganizowane z ogromnym rozmachem.

Były to dziesiątki projekcji filmów, obudowane specyficznymi warsztatami promującymi wszelkie formy dewiacji i kontaktów seksualnych.

Dziś programy te znikają z Internetu i zapewne nie znajdziemy już łatwo informacji na ten temat, nie zobaczymy, ile kosztowały bilety na seanse i bilety umożliwiające udział w szkoleniach i warsztatach. Wydarzenia te są jednak z pogranicza działań przestępczych, pornografia, póki co, jest na szczęście zakazana, więc mam nadzieję, że z urzędu tym skandalicznym festiwalem zajmie się prokuratura.

Filmowy przemysł pornograficzny jest patologią na całym świecie, dotyka i niszczy psychikę nie tylko odbiorców, ale przede wszystkim twórców, aktorów i kobiety aktorki, bardzo często młode osoby nie zdające sobie sprawy z tego, w czym biorą udział i dlaczego. Mówiąc wprost – dorabianie ideologii do promocji skrajnie niebezpiecznych wzorów i postaw jest wyjątkowo szkodliwe. I oczywiście nie chodzi tylko o rozrywkę i zarabianie na niej pieniędzy.

Organizatorzy tego festiwalu filmów pornograficznych wyszli z założenia, że obecnie patriarchalny model społeczeństwa uniemożliwia jego rozwój. Dlatego konieczne jest upowszechnienie wśród opinii publicznej tego, że „pornografia może być czymś dobrym i akceptowalnym”, a by to przeprowadzić, najpierw trzeba zszokować opinię publiczną tak bardzo, aby w zasadzie obezwładnić ją swoimi postulatami i nie dopuścić do żadnej reakcji i odpowiedzi, a potem wszyscy się do tego przyzwyczają i będzie za późno na negację. Tak jest i w tym przypadku.

Jest naukowo dowiedzione, że pornografia niszczy pewne obszary mózgu, działa dokładnie tak jak alkohol czy narkotyki, a oglądanie takich obrazów prowadzi do trwałych zmian neuronalnych. Co więcej, pornografia silnie uzależnia i upośledza kontrolę zachowań seksualnych, a także wyzwala agresję. Ostatecznie kształtuje postawy negujące wartość rodziny i małżeństwa, często promuje proaborcyjne postawy i bezdzietność.

Pornografia stała się wielkim tematem tabu we współczesnym świecie. Coraz rzadziej mówi się o niej jak o przestępstwie, które ma swoje ofiary i tych, którzy na nich żerują. Festiwale kojarzą się, póki co, z czymś pozytywnym, udział w nich jest dla twórców i odbiorców swego rodzaju nobilitacją, więc organizowanie takich przedsięwzięć, jak festiwal filmów post-pornograficznych w Warszawie, idealnie wpisuje się w postawę wspierania czegoś skrajnie niemoralnego i szkodliwego. Warto pamiętać, że są filmy, które można oglądać jedynie z zamkniętymi oczami.

Post Pxrn Film Festival Warsaw (pisowna oryginalna) to pierwszy w Polsce festiwal filmów postpornograficznych. Odbył się w dniach 7–12 czerwca br. w Warszawie. Miejscem pokazów filmów było kino Muranów. W programie festiwalu znalazło się 250 filmów (długo- i krótkometrażowych), według organizatorów imprezy „podejmujących temat cielesności i seksualności na wiele różnych sposobów”. Festiwalowi towarzyszyło szereg warsztatów (większość darmowych, były też biletowane, cena 100 zł/wejście). Ich tematy to m.in przyjemność jako realizacja praw, budowanie tożsamości w kontrze do heteronormy, otwarcie na dotyk i bliskość, niestandardowe techniki seksualne, przekraczanie i rozumienie naszych wewnętrznych tabu, oswajanie transpłciowości, savoir-vivre wobec osób transpłciowych i niebinarnych, warsztaty dla mężczyzn i osób z doświadczeniem funkcjonowania jako facet pt. „Męska czułość”, czyli warsztaty z dotyku i bycia z innymi mężczyznami, czy „Grzeczna już byłam” – warsztaty i promocja książki promowane jako „erotyczna burzy mózgów (i cipki!) [pisownia i interpunkcja oryginalna] wokół kwestii: „Czyje jest kobiece ciało?”, „Ten świat potrzebuje kobiecych orgazmów!”, „Zakochaj się w swojej cipce!”, „Koniec zawstydzania kobiet za sprawianie sobie przyjemności!”.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Moralne barbarzyństwo” znajduje się na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Moralne barbarzyństwo” na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Polak walczący w Anglii o opiekę nad córką: instytucje brytyjskie sprzyjają niszczeniu więzi rodzinnych

W Wielkiej Brytanii nie mam żadnych szans, tak jak inni biali, silni mężczyźni, którzy podobnie jak ja nagle, z dnia na dzień, po fałszywych oskarżeniach realnie tracą prawo do swoich dzieci.

Aleksandra Tabaczyńska

Walczę o kontakt z córką. Moim marzeniem jest powrót na stałe do Polski, bo Anglia nie jest dobrym miejscem na wychowywanie dzieci. Pragnę, by córka była wychowywana zgodnie z kulturą słowiańską, chrześcijańską, a nie neutralną multikulti, która nie ma żadnych korzeni i w moim pojęciu jest systemem neutralizowania, wręcz niszczenia osobowości.

Pragnę przejąć opiekę nad dzieckiem, bo żona w mojej ocenie źle ją sprawuje. Od naszego rozstania, czyli od dwóch lat, ma już trzeciego partnera. Pomimo to nie jest moim celem ograniczanie kontaktów dziecka z matką, bo wiem, jak ważne jest mieć oboje rodziców.

Moje relacje rodzinne mogą wydawać się pogmatwane, ale życie bywa skomplikowane. Nie byłoby tej krzywdy, tej rozpaczy, gdyby obojgu rodzicom zależało na dobru dziecka i na sobie nawzajem. Niestety ofiarą problemów dorosłych stała się moja córka, a ja w swojej bezradności wobec brytyjskiego prawa pukam do drzwi wielu instytucji w Anglii i w Polsce, głęboko wierząc, że uda mi się uratować własne dziecko. (…)

Dzięki temu, że jestem w związku formalnym z matką dziecka, wpisano mnie do aktu urodzenia. Córka ma paszport polski, polski dowód osobisty, zarejestrowana jest u lekarza w Polsce, a nawet zapisana do przedszkola. Zameldowana jest również w Polsce, ponieważ mam w Polsce własne mieszkanie i mam dokąd wracać.

W związku z brexitem Polacy pracujący i uczący się na terenie Wielkiej Brytanii często mają dwa obywatelstwa, ja również; córka ma obywatelstwo polskie i filipińskie, a żona tylko filipińskie. Chciała otrzymać kartę stałego pobytu, ale osoby spoza Unii Europejskiej bardzo długo na nią czekają.

Krytyczny dzień

W Anglii zachowanie żony diametralnie się zmieniło. To były czasy covidu, obcięto nam zarobki o połowę. Pracowałem też w domu. Chętnie opiekowałem się dzieckiem, chodziłem na plac zabaw, spacery. W mojej ocenie mieliśmy wszystko, co jest potrzebne, choć bez zbytku. Żona miała pretensje, że za mało zarabiam, zaczęła straszyć, że mała nie jest moim dzieckiem, domagała się pieniędzy za urodzenie dziecka. Pretensje narastały. 31 lipca 2020 roku doszło do poważnej kłótni między nami. Mieszkaliśmy w Leicester, był zakaz wychodzenia z domów, zarabiałem tyle, że mogłem utrzymać dom. Rozpoczęła się przepychanka słowna między nami. Córka zaczęła płakać, moja żona nie reagowała. Poprosiłem, żeby zajęła się małą, a ja poszedłem po zabawki dla niej. Gdy wróciłem, żona nagle mnie uderzyła. Potem drugi raz. Wszystko w obecności dziecka. Dosłownie wydrapała mi skórę – mam na to obdukcję. Byłem bardzo mocno pokaleczony. Zadzwoniłem na policję, że potrzebuję pomocy, a moja żona zrobiła to samo. Do tego strasznie zaczęła krzyczeć i uderzać w ścianę, choć mnie już nie było w pokoju – uciekłem na górę. Pamiętam tylko płaczącą córkę, do której nie mogłem podejść ze względu na rozjuszoną matkę. Wtedy widziałem ją ostatni raz. (…)

Moja żona powieliła schemat. Zresztą jest to typowe zachowanie filipińskich kobiet. Wykorzystują mężczyzn z Europy Zachodniej, między innymi Polaków, i gromadzą majątki, szantażując ojców swoich dzieci. Są nawet strony internetowe, które informują, jak opuścić faceta w Anglii, skorzystać ze środków finansowych przeznaczonych dla samotnych matek i wejść w system dla ofiar przemocy (Victim Abuse).

To pozwala tym kobietom zostać w Anglii, pobierać zasiłki i czekać na status emigrantki. Gdy ten status osiągną, mogą sprowadzić kogoś ze swojej rodziny. Moja żona, która nigdy nie pracowała w Anglii, nie płaciła żadnych podatków, po tym zdarzeniu dostała darmowego prawnika, mieszkanie z wyposażeniem, pieniądze i pełną opiekę medyczną dla siebie i córki.

Nie mam żadnego wyroku, nie odebrano mi praw rodzicielskich, a jednak moja żona zdołała w majestacie prawa zabronić mi spotykania się z córką. Ma już trzeciego partnera w ciągu dwóch lat. A ja muszę się godzić na to, że córka jest zmuszona przyzwyczajać się do kolejnych „wujków”. Obecny sposób życia żony jest, w mojej ocenie, a także w ogólnie przyjętym systemie wartości, niemoralny. I chodzi mi wyłącznie o dziecko, które nie ma zapewnionej stabilizacji emocjonalnej, a przecież ma ojca. Jak wszystkie te doświadczenia, brutalne pozbawienie rodzica, przełożą się na jej dorosłość?

Moja żona korzysta na tej sytuacji finansowo. Tu nie ma żadnej miłości, jest cyniczne wykorzystanie dziecka i mnie.

Jednego syna zostawiła na Filipinach pod opieką swoich rodziców i zabroniła mu spotykać się z ojcem, ojcem drugiego dziecka jestem ja i mnie również odgrodziła, ale już na terenie Anglii. Być może pojawi się i trzecie, którego ojcem będzie obywatel Wielkiej Brytanii, a ona dostanie paszport brytyjski, o który jej tak naprawdę chodzi.

Moje obserwacje

Mówię to z własnego doświadczenia: instytucje brytyjskie sprzyjają niszczeniu więzi rodzinnych. W założeniu mają chronić rodzinę, ale pojętą specyficznie, bo ojców się poniża i terroryzuje. Przeciętnie zarabiający ojciec nie jest w stanie wynająć takiego prawnika, który zapewniłby mu choć szansę na podjęcie walki o dziecko. Przecież żeby zapoznać się ze sprawą i dokumentacją taką jak moja, potrzeba przynajmniej 20 godzin. Przeciętnie zarabiającego w Anglii Polaka stać na opłacenie zaledwie trzech godzin. Osobiście znam ojców, którzy potracili całe majątki, walcząc o prawo do spotkań ze swoimi dziećmi. Znam takich, którzy stali się bezdomnymi, bo angielskie instytucje wyrzuciły ich z domu, zostawiając w nim matkę z dzieckiem. Tu chodzi przecież o życie. Życie nie tylko dziecka, ale także rodzica i całą przyszłość rodziny.

Przed brexitem nas straszono, że jeśli nie przyjmiemy brytyjskich paszportów lub tzw. statusu osiedleńca, obojętnie jak długo tu mieszkamy, to stąd wylatujemy. I nie liczą się nasze dotychczasowe paszporty, świadectwa, certyfikaty. Ludzie podporządkowali się i w tym momencie stali się niewolnikami.

Konsulat i ambasada, jeśli chodzi o dzieci, są w mojej ocenie kompletnie bezradne. Chińskiego czy rosyjskiego dziecka angielski system nie ruszy, ale jeśli chodzi o Polaków, to nie mają żadnych przeszkód.

Jedynymi osobami, na które rodzice w moim położeniu mogą liczyć, są polscy ministrowie Michał Wójcik i Sebastian Kaleta. I tu chciałbym wyrazić wdzięczność i podziękowanie obu Panom. Są oni ostatnią nadzieją ojców walczących o swoje dzieci na terenie Anglii. (…)

Wśród tutejszych kobiet modna jest trójka dzieci z trzema facetami, najlepiej z trzech różnych kontynentów. Tutaj ludzie nie stawiają na edukację, nie stawiają na rodzinę, na spacery z dzieckiem. Najlepiej pracuj, w weekend wypij i zabaw się z kilkoma dziewczynami, a dzieckiem, które może się przecież urodzić po takich zabawach, też się nie przejmuj. Odwiedzisz je w sobotę lub niedzielę, jeśli ci pozwolą.

Rafał M., 42 lata, wykształcenie wyższe, przez wiele lat czynnie uprawiający sport (zapasy, bieganie oraz siłownia), jest ojcem pozbawionym od dwóch lat kontaktu z obecnie czteroletnią córką. Pracuje w bibliotece na terenie Anglii. Redakcja zapoznała się dokumentacją opisanej sytuacji.

Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Oczami ojca” znajduje się na s. 8 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 96/2022.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Oczami ojca” na s. 8 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 96/2022