Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Sześć dni, które zmieniły świat. Wojna sześciodniowa 1967 roku. Koszmar Ben Guriona – Naser i panarabizm. Część I

fot. moshe pridan

Rankiem 5 czerwca 1967 roku izraelskie lotnictwo zniszczyło egipskie siły powietrzne. Następnie ten sam los spotkał Syrię, Jordanię i Irak. Już 1. dnia wojny świat arabski został rzucony na kolana.

Część I – Koszmar Ben Guriona

Hucznie obchodzona w mediach związanych z Syjonem 50 rocznica wojny tzw. sześciodniowej w dalszym ciągu dostatecznie nie wyjaśnia, dlaczego Izrael rzucił się na swoich arabskich sąsiadów. – Chcieli nas zniszczyć, to zaatakowaliśmy pierwsi – grzmią komentarze od 50 lat serwowane przy różnych okolicznościach. Bez wątpienia, decydentom izraelskiej machiny wojennej należy się pochwała, że wybrali najlepszy dla siebie czas do pobicia nieprzyjaciela na jego własnym terytorium. Oczywiście przez lata wyszło dostatecznie dużo materiałów obalających mit Dawida bijącego Goliata w 1967. Kto tu był naprawdę Goliatem, pokazuje historia od 1917 roku do dnia dzisiejszego. Co więcej, wszystko to, co obecnie się dzieje na Bliskim Wschodzie i w świecie muzułmańskim, jest pokłosiem wojny z 1948 r., czego potwierdzeniem na kolejne dekady była właśnie wojna 1967 roku.

Dawid Ben Gurion był wielkim mężem stanu. Miejmy nadzieję, że kiedyś doczekamy się podobnego kalibru polityka także i nad Wisłą. Niemniej „stary” – jak mówiono o nim za plecami – uczynił też kilka błędów. Chyba największy z nich to brak jednoznacznej decyzji, co robić z ludnością arabską w zajmowanej przez wojska żydowskie Palestynie w trakcie wojny 1948-49. Itzhak Rabin, szef sztabu armii izraelskiej w czerwcu 1967, twórca tego sukcesu, a następnie polityk, który za uścisk dłoni z Jaserem Arafatem został zastrzelony, wspominał w pamiętnikach, że Ben Gurion w trakcie pierwszej wojny arabsko-izraelskiej kiwnięciem ręki oznajmiał swoim oficerom, czy ludność danego miasta/wsi palestyńskiej wypędzić, czy pozostawić w spokoju. Zastrzeżeniem objęte zostały wsie druzyjskie i chrześcijańskie obszary w Galilei – żeby świata chrześcijańskiego nie nastawiać wrogo wobec Izraela.

Nieczęsta dla polityka tego formatu chwiejność zaowocowała tym, że powstał problem uchodźców palestyńskich, którzy w przeciwieństwie do obecnej fali imigrantów z regionu, nie chcą w swojej masie się przesiedlać. Wręcz przeciwnie. Palestyńscy uchodźcy marzą o powrocie do siebie. Jednak po przegranej przez Arabów wojnie w latach 1948-49, na terenach nowo utworzonego państwa Izrael (a więc 78% Mandatowej Palestyny) pozostało około 100 tys. Arabów, którzy przez blisko 70 lat rozmnożyli się do trwożącej Kneset liczby ponad 1,2 mln. Ben Gurion słusznie przewidywał, że Izrael zniknie, jeśli ludność żydowska i arabska zrówna się liczbowo na obszarze pomiędzy rzeką Jordan i Morzem Śródziemnym. Wedle rozbieżnych szacunków, ma to nastąpić po 2020 roku.

Jednak tuż po wygranej wojnie tzw. o niepodległość Dawid Ben Gurion miał nie lada dylemat. Państwo jest, ale na jak długo? Być może doświadczenie Żydów z Polski wskazywało na potrzebę schronienia się pod skrzydła jednego z dwóch rywalizujących ze sobą mocarstw – USA lub ZSRR. W trakcie I wojny arabsko-izraelskiej to Stalin oraz sowiecka broń wraz z żydowskimi oficerami z Armii Czerwonej umożliwiły triumf nad sąsiadami. Triumf nad bardzo słabymi sąsiadami, bowiem zarówno Egipt, Syria, Irak, Liban i Transjordania dopiero wychodziły z okresu postkolonialnego i swoim potencjałem nie mogły się równać z Izraelem. Armia w świecie arabskim była od parady i wewnętrznych zamachów stanu, a w Izraelu – od wojny z Arabami.

Niemniej Ben Gurion musiał się za kimś opowiedzieć. Żydzi radzieccy dysponowali potężnym wpływem w Sowietach, ale byli biedni. Żydzi amerykańscy byli bogaci i wpływowi na całym „wolnym świecie”, niemniej pozostawali sceptyczni wobec kibuców i całej lewicowej doktryny ideologicznej, wokół której zbudowano nowe państwo.

– Izraelska agencja wywiadowcza Mossad będzie przekazywała Amerykanom informacje zebrane przez Żydów w Sowietach i w Bloku Wschodnim – zaproponował pierwszy premier Izraela na jakimś nieformalnym spotkaniu w Nowym Jorku zaraz po tym, jak opadł kurz wojenny. Propozycja została przyjęta – do nowo powstałego państwa zaczęły iść pokaźne środki finansowe zebrane przez Żydów amerykańskich, a Waszyngton zaczął cenić informacje dostarczane przez Mossad o tym, co się dzieje za „żelazną kurtyną”.

Jednak oficjalnie Amerykanie utrzymali embargo na materiały wojskowe dla Izraela, przymykali natomiast oko na to, że ich nowy przyjaciel był bardzo zainteresowany informacjami o amerykańskim przemyśle zbrojeniowym i nowoczesnych technologiach. No cóż, sojuszników szpieguje się tak samo, albo nawet i bardziej niż nieprzyjaciół.

W 1952 roku w wyniku zamachu stanu w Egipcie obalony zostaje nieudolny król Farouk, a do władzy doszedł charyzmatyczny Gamel Abdel Naser. Naser przeraził Ben Guriona i cały aparat kierujący państwem żydowskim. Największym koszmarem Ben Guriona było to, że świat arabski będzie miał swojego Kemala Ataturka, a Naser takim właśnie człowiekiem mógł być. Zdawał sobie sprawę z tego, że Bliskiemu Wschodowi wojna z Izraelem jest niepotrzebna. Można się dogadać – wy Semici, my Semici. A wrogiem dla całego regionu jest europejski imperializm, sowiecki bezbożny komunizm i amerykański kapitalizm.

Naser chciał iść śladem jordańskiego króla Abdullaha, który paktował z Rothschildami odnośnie do przymierza semickiego. Wy jesteście od Izraela, a my od Izmaela, nawet nasze religie niewiele się różnią w codziennej praktyce i w wizji świata. Niemniej, kiedy upadła możliwość powstania Izraela z bratnim Izmaelem, wyciągnięta ręka Nasera została odtrącona przez Tel-Awiw.

Naser, chociaż wojskowy, modernizator i żarliwy muzułmanin w jednym, widział, że zamiast kosztownych zbrojeń świat arabski potrzebuje inwestycji w przemysł, gospodarkę, musi stworzyć podwaliny pod nowoczesne społeczeństwo, które byłoby zdolne do uzyskania podmiotowej, a nie przedmiotowej pozycji międzynarodowej. Egipski prezydent chciał, żeby obszar Lewantu i Afryki Północnej tak jak w starożytności stał się integralną częścią świata zachodniego, do czego i tak geografia determinowała.

Wojna z Izraelem wzmacniała wojskowych, którzy szybko stali się agenturą reprezentującą obce interesy. Co więcej, świat arabski, zamiast podjąć pracę organiczną, został wepchnięty w dyskurs demagogii, co utrudniało stworzenie nowoczesnego społeczeństwa. Naser chciał z tym skończyć. Jednak agresja Anglii, Francji i Izraela na Kanał Sueski w 1956 roku przekreśliła jego wizjonerskie projekty, pomimo niewątpliwego triumfu politycznego, jakim była rejterada napastników na skutek amerykańsko-sowieckiej dyplomatycznej interwencji.

Po wojnie sueskiej Naser stał się niekwestionowanym przywódcą świata arabskiego. Z opinią egipskiego prezydenta liczyły się gabinety i bazary w Damaszku, Trypolisie, Bagdadzie czy Ammanie. Egipt podjął się szeregu inwestycji (m.in. budowy tamy w Assuanie), które miały temu starożytnemu obszarowi przywrócić dawną chwałę. A nie było to zadanie proste.

Większość mieszkańców Egiptu mieszkała na skromnych morgach wzdłuż Nilu, a ich tryb i sposób życia niewiele się różnił od tego z czasów faraonów. Najbardziej prestiżowa uczelnia kairska Al-Aznar uczyła Koranu i sunny, a nie geometrii i elektroniki. Egipska bawełna szła do Włoch, gdzie szyto ekskluzywne koszule i garnitury. A jeśli miast półproduktu rolniczego Egipt zacznie samodzielnie wytwarzać tekstylia?

Ta wizja przeraziła Izrael, który sam na przełomie lat 50. i 60. stworzył na pustyni Negew kompleks „tekstylny” w Dimonie. Oczywiście do Dimony przez lata nie dojechały żadne transporty bawełny, lnu czy jedwabiu, a każdy samolot latający nad obiektem był automatycznie zestrzeliwany. Egipt, Irak, Syria państwami nowoczesnymi? Nigdy! Niech się lepiej uczą Koranu niż geometrii.

Co więcej, doktryny panarabskie zagrażały planom dezintegracji świata arabskiego, nad czym pieczołowicie pracował Izrael. Najlepszym przykładem tego była armia syryjska w trakcie wojny 1948-49, w której sunniccy i druzyjscy rekruci nie chcieli służyć pod szyicko-chrześcijańską kadrą oficerską. Nawet jedno miasteczko druzyjskie w Galilei – Ein Al-Assad, zostało założone przez druzyjskich dezerterów z syryjskiej armii.

Panarabizm oficjalnie znosił podziały konfesyjne w świecie arabskim. W praktyce reprezentująca tę doktrynę partia Baath została zdominowana przez mniejszości terytorialne – w Iraku przez sunnitów i chrześcijan, a w Syrii przez szyitów i chrześcijan. Panarabizm zakładał gospodarczy socjalizm, modernizm, wspólnotę języka i kultury arabskiej, a także spychał religię na boczne miejsce. Było to niezwykle atrakcyjne dla mieszczan, inteligencji i młodzieży, która w panarabizmie odnajdowała szansę na dogonienie świata nowoczesnego i postępowego, wyjścia z zacofania oraz na pokonanie Izraela. Świat arabski powoli zaczął wychodzić z marazmu, zacofania i przyjmował kulturę europejską.

Zresztą, co w tym zdrożnego? Przecież podstawy tej kultury są tutaj, na Bliskim Wschodzie. Już nie tylko wschodni Bejrut, ale też Damaszek, Bagdad, Kair zaczęły żyć pełnią swawolnego życia. Najlepsze arabskie umysły garnęły się na nowo otwierane politechniki, szkoły handlowe, uczelnie medyczne, a nie, jak uprzednio, do medresy koranicznej. Z jednej strony socjalizm, a z drugiej nacjonalizm. Islam był gdzieś na peryferiach, na prowincji.

Panarabizm stał w sprzeczności z tym, co Dawid Ben Gurion obmyślił dla Bliskiego Wschodu. Mapa i przewaga ilościowa Arabów nad Żydami skazywała tych drugich na niechybną klęskę. – Możemy wygrać 100 wojen, ale jeśli przegramy 101., nas nie będzie – brzmi mądrość izraelska, którą uaktualniły nieudolne boje z szyickim Hezbollahem. Niemniej Ben Gurion opracował doktrynę, która niejako powstaje na naszych oczach.

Bliski Wschód trzeba rozparcelować na zantagonizowane kantony. Należy zawrzeć sojusz z Turcją, Persją i Etiopią, bo te kraje też obawiają się świata arabskiego, który musi zostać podzielony. Z Libanu należy uczynić państwo maronickie. Syrię rozbić na państewko druzyjskie, alawickie i sunnickie. Irak musi stracić Kurdystan oraz szyickie południe – tak knuł w swoim domu nieopodal telawiwskiego wybrzeża pierwszy premier Syjonu.

Do tego należy przypomnieć też poglądy tzw. rewizjonistów spod znaku Irgun i Beitara, a więc dzisiejszego Likudu, który chciałby naprawić błędy Ben Guriona z wojny 1948-49 oraz traktatu Sikess-Piccot z 1916 roku.

Rewizjoniści uważają, że Izrael powinien być po obu stronach Jordanu i sięgać do źródeł tej rzeki w Syrii. Co więcej, rzeką graniczną na północy państwa żydowskiego powinna być Litani w południowym Libanie. Linia ta de facto była utrzymywana do 2000 roku, czyli do czasu, aż niepojmujący dialektyki dziejowej Hezbollah wyparł armię izraelską z tego obszaru. Na południu, zdaniem rewizjonistów, Izrael miał kończyć się za miastem El-Arisz na Synaju i mieć pod swoją kontrolą Cieśninę Tirańską oraz górę Horeb. Cały obszar Izraela miałby zostać oczyszczony z ludności arabskiej, z wyjątkiem Druzów oraz kilku klanów beduińskich.

CDN.

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook