Improwizacja jest sposobem na uwolnienie się od przewidzianych sytuacji." z Tomaszem Żyrmontem rozmawia Sławek Orwat - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Improwizacja jest sposobem na uwolnienie się od przewidzianych sytuacji.” z Tomaszem Żyrmontem rozmawia Sławek Orwat

Granie w zespole pozawala uwolnić się od wszelkiej życiowej rutyny, a nieprzewidziane dialogi pomiędzy instrumentami mogą tworzyć sensowną lub też totalnie abstrakcyjną konwersację.

W wywiadzie, jaki udzieliłeś mi w lipcu 2013 roku dla warszawskiego JazzPressu powiedziałeś, że muzyka jest dla Ciebie sposobem wyrażania siebie i swoich emocji, a także formą kontaktu z ludźmi. Jednocześnie przyznałeś się również wtedy, że gdzieś w Tobie ciągle tkwi potrzeba odkrywania nowych przestrzeni. Czy pod szyldem fusion można jeszcze dziś odnaleźć nowe zakamarki muzycznej wyobraźni, czy też, aby ten efekt uzyskać, należy powoli sięgać do innych gatunków?

 

Od naszego wywiadu minęło faktycznie już 7 lat, a ta potrzeba, o której rozmawialiśmy oraz przestrzeń, jak to już na nią przystało, są chyba nieskończone. Podobnie jest z muzyką, którą można będzie zapewne eksplorować bardzo długo, a może nawet bez końca. W zakresie: harmonii, rytmu, nowych brzmień, ekspresji jest nadal mnóstwo możliwości. Improwizacja natomiast sprawia, że wszystko to jest tym bardziej niepowtarzalne. Fuzja stylów, bez wątpienia, pozwala na wyszukiwanie ciekawych wariantów, zakamarków i na jeszcze większą ekspansję wyobraźni.

 

W 2016 roku podczas rozmowy z Wojciechem Waglewskim stwierdziłem, że odkąd w muzyce progresywnej fusion zostało zastąpione art rockiem, to duch Mahavishnu Orchestra jakby opadł, na co Wojciech Waglewski odparł: „No tak, tylko że fusion wypuściło z siebie też bardzo dużo złych rzeczy i czas to potem zweryfikował. Mahavishnu była rewelacją, pierwsze płyty Milesa były świetne, ale potem już nie wszystko było tak udane. We fusion jest coś takiego, co zawsze mi przeszkadzało i do tej pory mi przeszkadza. Jest to muzyka, która z jednej strony zabija spontan i nieprzewidywalność muzyki rockowej, a z drugiej zabija finezję jazzu i dlatego nie zawsze mi się to połączenie podobało i dlatego wolę raczej muzykę mocno transową.” Jak skomentujesz tę opinię?

W każdym poszukiwaniu, rozwijaniu stylu gry, znajdzie się coś twórczego, pięknego, a czasem nieudanego lub przesadzonego. Przywołałeś tutaj wyjątkowe nazwiska i gwiazdy, więc ciężko tę opinię podważać, choć nie do końca się z nią zgadzam. Lepiej więc pozostawić ostateczną opinię krytykom muzycznym. Uważam, że wszystko w dobrym wydaniu nie umniejsza niczego pierwowzorom, lecz jest nową interpretacją, świeżym spojrzeniem na muzykę. Przykładem tego jest naprawdę wiele wyjątkowych i niezwykle finezyjnych fusionowych projektów. Z drugiej jednak strony niemożliwością chyba jest stworzenie czegoś bardziej lotnego, charakterystycznego od takich gwiazd, czy wręcz prekursorów pewnych gatunków.

Komponowanie – jak sam twierdzisz – pozwala utrwalić Ci jakąś myśl, wewnętrzny stan, etap w życiu, stworzyć inny kształt. Czy ostatnie lata to u Ciebie bardziej ilość czy jakość kompozycji, a może jedno i drugie? Czy po tylu latach komponowania można popaść w pułapkę przewidywalności i rutyny, czy przeciwnie – doświadczenie w tej dziedzinie pomaga w samodoskonaleniu?

Nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania, gdyż aż tak bardzo wnikliwie nie analizuję swojej twórczości. Moje kompozycje powstają zazwyczaj bardzo spontanicznie. Często wracam do pomysłu, fragmentu utworu, który rozpocząłem jakiś czas temu. Rzadko to jednak planuję. Najczęściej inspirujący moment lub kontakt z instrumentem wyzwala kompletnie nowe pomysły. Kompozycja odzwierciedla wewnętrzny stan, wywołany zewnętrznymi impulsami i wrażeniami. Można też na nią spojrzeć jak na kształt wypełniający formę lub zbiór muzycznej wiedzy i umiejętności.

Czy improwizacja, która leży przecież u podstaw jazzu, jest najlepszym antidotum na rutynę? Czy spontaniczne popisy solowe oraz nieprzewidziane dialogi pomiędzy instrumentalistami najpełniej pozwalają artyście wyrazić siebie i swoją wrażliwość, czy też istnieją jeszcze inne sposoby na uwolnienie się od utartych schematów?

Tak, improwizacja jest sposobem na uwolnienie się od przewidzianych sytuacji na scenie lub w studio. Podążając za przygotowaną aranżacją utworu, również pozostawia się dużo miejsca na spontaniczność, co również można uznać za antidotum na rutynę. W moim zespole każdy muzyk grając współtworzy całość i ma dużo wolności. Ale jest to przecież również improwizacja. Granie w zespole na pewno pozawala uwolnić się od wszelkiej życiowej rutyny. Faktycznie nieprzewidziane dialogi pomiędzy instrumentami mogą tworzyć sensowną lub też totalnie abstrakcyjną konwersację.

Londyn okazał się dla ciebie miastem bardzo otwartym, ale także i wymagającym. Po zakończeniu studiów muzycznych, podjąłeś decyzję, że przez jakiś czas tam zostaniesz i spróbujesz znaleźć swoje miejsce.  Jak po latach oceniasz swoją decyzję?

Wyjazd do Londynu był świetną decyzją. Jestem tutaj spełniony na płaszczyźnie muzycznej, jak również prywatnej. Jest to oczywiście wielka metropolia, która żyje swoim szybki tempem. Bywa bardzo wymagająca, mecząca, ale wypady poza miasto, czy podróże pozwalają odetchnąć. Realizowanie swoich innych hobby i wolny czas dla siebie pozwalają to wszystko dobrze zbalansować. Na dłuższych urlopach, szybko jednak tęsknię za adrenaliną życia tutaj oraz czekającymi możliwościami. Jest to miejsce, gdzie mogą połączyć się wszystkie drogi lub rozpocząć start w dowolnym kierunku.

Guildhall School of Music and Drama mieszcząca się w londyńskim Barbican Art Centre – jak sam kiedyś przyznałeś – pomogła Ci w dużym stopniu rozwinąć warsztat, a międzynarodowy klimat tej instytucji pomógł ci się otworzyć na nowe drogi artystyczne i wymienić doświadczeniami ze studentami z wielu krajów.  W jakim stopniu te doświadczenia pomogły Ci podczas powoływania do życia międzynarodowej formacji Groove Razors?

 

Niezły skok do przeszłości, gdyż było to już dwanaście lat temu. Studia w Guildhall School Of Music and Drama były uzupełnieniem mojego licencjatu z fortepianu jazzowego, który zrobiłem w Polsce na Akademii Muzycznej w Katowicach. Był to czas pracy nad umiejętnościami, nowym ciekawym repertuarem, a także czas integracji z fantastycznymi i bardzo zdolnymi artystami z całego świata. Jeden z utworów, który musiałem przygotować na zajęcia idealnie wkomponował się w materiał powstającego właśnie w tamtym czasie Groove Razors. Jak pamiętam za band wziąłem się mocno dopiero po zakończeniu programu studiów w Guildhall i ciężko mi uwierzyć, że minęła już ponad dekada od tamtej pory.

Groove Razors zaistniał w roku 2009 z inicjatywy twojej i Laurie Lowe’a.  Kim jest ten gentleman i jakie okoliczności skłoniły Was do takiego czynu?

Laurie jest świetnym i rozchwytywanym w Londynie perkusistą, a także bardzo ciekawym, zabawnym i opanowanym gościem. Jest zawsze mocno skoncentrowany na tym, co robi. Widzimy się często, nie tylko przy instrumentach na scenie. To chyba lekkość współpracy i fascynacja jazzem zmotywowały nas do założenia bandu. Gdy przedstawiłem Lauriemu moje kompozycje od razu z dużym wyczuciem wiedział, co grać.

W składzie Groove Razors w roku 2013 – kiedy rozmawialiśmy po raz pierwszy – grali: Alan Short – saksofon, Luca Boscagin – gitara, Lorenzo Bassignani – bass, Laurie Lowe – perkusja i Tomasz Żyrmont – klawisze. Często też zapraszaliście gości do współpracy na scenie i w studio. Byli to m.in.: Alex Hutchings, Francesco Mendolia, Adam Bałdych, Rick James, Dean Mongerio, Andrea Marongiu i Jono McNeil. Jak skład Twojej formacji prezentuje się dziś?

W ubiegłym roku świętowaliśmy dziesiątą rocznicę założenia zespołu. Z tej okazji przygotowaliśmy plakat i zapisaliśmy wszystkich, którzy z nami współpracowali. Lista muzyków okazała się zaskakująco długa. Wszyscy z nich należą do grupy rozpoznawalnych instrumentalistów na londyńskiej scenie muzycznej i musicalowej. Niektórzy z nich koncertują z gwiazdami nie tylko w UK, a inni odnoszą duże sukcesy solowe lub grając w różnorakich projektach. Od samego początku w składzie gra perkusista Laurie Lowe, saksofonista Alan Short, od kilku lat regularnie w składzie jest też gitarzysta Nik Svarc, który dojeżdża do nas z Leeds. Zmiennie na basie grają Kevin Glasgow i Chris Webb. W ubiegłym roku nawiązaliśmy również współpracę z perkusjonistą Matt Hodge. Natomiast skład, o którym wspomniałeś w pytaniu, to line up z czasów nagrania pierwszej naszej płyty.

Wasza muzyka porównywana jest w Polsce do brzmienia popularnego nad Wisłą zespołu String Connection. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem? Jacy Polscy muzycy wpłynęli mocno na Twoją twórczość? A może były to jedynie gwiazdy sceny amerykańskiej? 

 

Miło jest słyszeć, gdy jest się porównywanym do takich zespołów z naprawdę wyborowym składem. Dalsze szczegóły już lepiej pozostawić krytykom muzycznym. Polscy jazzmani niewątpliwie należą do czołówki na świecie. Na mnie wpłynęli mocno pianiści Wojciech Niedziela, Leszek Możdżer, Zbigniew Jakubek. Zespół Groove Razors i nasza muzyka bez wątpienia nawiązują do twórczości wybitnych muzyków z USA, takich jak Herbie Hancock, czy zespoł Yellowjackets. Każdy członek zespołu ma też swoich własnych muzycznych guru i inspiracje, co też oczywiście momentami może być słyszalne. Wśród gigantów fusion, którzy inspirują muzyków Groove Razors na pewno zaliczyć można też: Scotta Hendersona, Denisa Chambersa lub Michaela Breckera. Oczywiście sztuka nie polega na ich kopiowaniu. Każdy z członków mojego zespołu wnosi swoje emocje, finezję, więc każde najmniejsze porównanie do jakichkolwiek wybitnych muzyków z Polski lub amerykańskich legend jazzu zawsze uznajemy za komplement.

Wasz niedawno wydany album Spacetime  to zarazem druga płyta w waszym dorobku po debiutanckim krążku z roku 2010. Czym różnią się te dwa wydawnictwa i czy – idąc tym tokiem myślenia – następnego wydawnictwa można spodziewać się dopiero w 2030?

 

Pomimo szybko pędzącego czasu nadal czuję się młodym muzykiem i życzyłbym sobie, aby do 2030 powstało co najmniej kilka dobrych moich albumów, nie tylko Groove Razors, ale także różnych innych projektów. Skomponowałem już kilka kolejnych utworów, więc mam nadzieję, że wkrótce je zarejestruję. Jestem autorem wszystkich kompozycji na obu płytach Groove Razors. Oczywiście albumy różnią się koncepcją, brzmieniami, instrumentarium, czy też udziałem innych muzyków. Na pewno po wielu latach działalności, koncertowania, muzycznego doświadczenia gramy wszyscy dojrzalej, więc cały band też brzmi inaczej. Płyta Spacetime tworzy pewną historię, przekaz, mówi wiele o tym, co nas przenika. Space – jako harmonia, kompozycja, Time – jako rytm, ekspresja. To taki nasz uporządkowany chaos, pełen improwizacji, emocji i groovu

Podczas naszego spotkania w roku 2013 wyrażaliśmy ogromne nadzieje, że zbliżający się wówczas wasz pierwszy udział w London Jazz Festival może być da was „przepustką” do innych renomowanych imprez…

Tak, usłyszało o nas wówczas szersze grono odbiorców i promotorów muzycznych. Od tamtego wydarzenia wzięliśmy udział w wielu ciekawych imprezach w UK. Do najważniejszych zaliczam koncerty promowane przez firmę Yamaha.

 

Twoje życie sceniczne to nie tylko Groove Razors. To także znakomite Trio w składzie Tomasz Żyrmont – piano, Flavio Li Vigni – perkusja i Kuba Cywiński – kontrabas.  Byliście jedną z największych atrakcji, które miałem okazję podziwiać w roku 2014 podczas uroczystości 50-lecia londyńskiego POSK, a brawurowe wykony tematów: „Polskie drogi” Andrzeja Kurylewicza oraz „Sleep Safe and Warm” Krzysztofa Komedy z kultowego obrazu Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary” oczarowały widzów. Jak często występujecie w tym składzie?

Faktycznie była to pamiętna impreza. Trio jest moim drugim projektem autorskim. W poprzednich latach koncertowaliśmy znacznie częściej. Ten piękny repertuar, który przywołałeś, miał związek z okolicznościami koncertów, takimi właśnie jak wydarzenie w POSKu, koncert w Ambasadzie Polskiej, a także udział w międzynarodowym festiwalu w 2018 roku, gdy jako gość specjalny reprezentowaliśmy Polskę w ramach edycji Meets Poland na South Social Film Festival. Stąd wówczas polska tematyka. W repertuarze trio znajdują się także moje autorskie kompozycje jak również standardy jazzowe.

W naszym pierwszym wywiadzie sprzed 7 lat powiedziałeś następujące słowa: „Chciałbym kiedyś napisać muzykę do filmu lub spektaklu teatralnego, a także zagrać moją muzykę w różnych odległych częściach świata. Staram się otwierać na nowe muzyczne i życiowe wyzwania. Bardzo ważny jest balans i właściwy kierunek. Najważniejsze, aby realizując swoje muzyczne marzenia mieć nadal szerokie spojrzenie na życie”. Które z powyższych marzeń już zrealizowałaś? 

Pogląd na muzykę i marzenia nie zmieniły się i są nadal aktualne. Jeśli chodzi o muzykę filmową, to napisałem kilka kompozycji w takim kinematograficznym założeniu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jeden utwór super wpasowałby się w jakiś trzymający w napięciu amerykański kryminał. Niestety nie udało mi się trafić dotychczas to żadnej produkcji filmowej. Póki co spróbowałem raz swoich sił w muzyce do reklamy. Spełniłem już marzenia występu w USA, ale nadal marzy mi się bardzo koncert w Azji. Ostatnio odnotowaliśmy sporo nowych słuchaczy z Tajlandii, Chin i Japonii. Działa tam magia Londynu, wiec istnieje szansa na to, że spełnię to marzenie.

Jakie inne sukcesy odnotowałeś w ciągu ostatnich lat w Londynie?

Wielkim osiągnięciem dla mnie był mój występ przed światowej sławy pianistką Hiromi, koncert solowy Yamaha Silent Series, występ w Parlamencie Brytyjskim, wydanie płyty oraz koncert Groove Razors w Polsce w ubiegłym roku. Czuję się zawsze bardzo wyróżniony, gdy promuje mnie lub mój zespół Polski Instytut Kultury w Londynie. Duże zaangażowanie jako edukator jazz piano i rozwój swojej działalności Zyrmont Music, także sprawiają, że jestem tutaj spełniony.

Jak prezentuje się obecnie polskie środowisko jazzowe w Londynie? Czy od czasu mojego opuszczenia Wysp Brytyjskich dużo się zmieniło, czy też nadal można tam spotkać takie nazwiska jak Krzysztof Urbański, Monika Lidke, Dominika Zachman, Maciek Pysz, Leszek Kulaszewicz, Tomasz Bura, Agata Kubiak, Alice Zawadzki, Sabio Janiak czy Kuba Cywiński?

Londyn jest miastem pełnym zdolnej Polonii w tym naprawdę wielu artystów. Niektórzy z nich przeprowadzili się do innych krajów, a w międzyczasie pojawili się też nowi muzycy. Bardzo dobrze wspominam występ z saksofonistą Krzysztofem Urbańskim w znanym londyńskim Piano Bar na Soho. Było to naprawdę super granie w duecie. Z wieloma muzykami zdarza nam się spotkać na różnych koncertach lub w ramach jakiś imprez jak zaduszki, koncert kolęd, itp. Zawsze jest bardzo miło słyszeć o sukcesach, udanych koncertach i nowych płytach wszystkich Polaków mieszkających na Wyspie. Zdarzyło mi się też zapraszać muzyków na koncert w Londynie, którzy dotarli na giga bezpośrednio z Polski. Czasami też muzycy, kontaktują się ze mną pytając o możliwości, muzyczną scenę lub gdy potrzebują pianisty do akompaniowania.

 

Jesteś zdeklarowanym fanem klubów jazzowych. Gdzie najbardziej lubisz występować, a gdzie chciałbyś pokazać się po raz pierwszy? Jazz Club “Pod Filarami” w Gorzowie Wielkopolskim to twoja wczesna młodość i miejsce, w którym muzycznie wzrastałeś. Czy to także w jego murach poznałeś swoją towarzyszkę życia? 

 

Najprzyjemniej jest grać w miejscach, gdzie publiczność jest mocno osłuchana, z którą można nawiązać bliski kontakt. Samo miejsce, liczba słuchaczy nie jest tak istotna jak właśnie ich reakcje, interakcje i zbudowana wspólnie atmosfera. Oczywiście bardzo ważna jest akustyka klubu, dobry fortepian na miejscu oraz gościnność. Tak, jako Gorzowianin miałem ten przywilej, aby dorastać w środowisku wielu fantastycznych lokalnych muzyków, jak również gwiazd światowego formatu, które koncertowały w jazz klubie Pod Filarami. Fenomenem jest też Mała Akademi Jazzu, którą niejednemu młodemu człowiekowi otworzyła oczy na jazz. Szef klubu Bogusław Dziekański przywitał Groove Razors w ubiegłym roku naprawdę mistrzowsko. Moja partnerka Jagoda miała okazję właśnie wtedy usłyszeć mnie z zespołem po raz pierwszy.

 

Jak radzisz sobie jako artysta w czasie pandemii?

 

Noszę maseczkę kiedy trzeba, a słuchawki noszę ze sobą cały czas. A tak na poważnie, to w całym tym bałaganie postanowiłem znaleźć plusy i zachować dystans nie tylko socjalny, ale także do tego, na co nie mam wpływu, pamiętając że z chaosu często powstają fascynujące rzeczy. Na szczęście kryzys nie dotknął w Londynie edukacji muzycznej. Od wielu lat udzielam się także jako nauczyciel jazz piano. Na pewnym etapie wszystkie zajęcia z fortepianu prowadziłem po prostu online.

 

Jak często koncertujesz w Polsce i w jakim składzie?

W ubiegłym roku zagrałem solowy recital na fortepianie w gorzowskim teatrze, a rok wcześniej mieliśmy naprawdę udany wypad i koncert Groove Razors w Jazz Clubie Pod Filarami, o którym już wcześniej wspominałem. Liczę na to, że uda mi się w przyszłym roku pojawić ponownie  w Polsce z zespołem promując płytę Spacetime.

 

Jakie są Twoje plany na najbliższe miesiące? Czy wchodzi w grę powrót do Gorzowa, czy też tak bardzo już się zakorzeniłeś w Londynie, ze będzie ci trudno zostawić dorobek kilkunastu lat życia?

 

Londyn i Gorzów, poza Szczecinem, w którym mieszkałem 5 lat to miasta mojego życia. Brytyjska stolica zapewne przez jeszcze długi czas będzie moją bazą. Czuję się tutaj dobrze.  Nie planuję więc większych zmian, ale także niczego nie wykluczam. W pewnym sensie Londyn jest oknem na świat. Najważniejsze jest jednak, aby zawsze widok inspirował i cieszył, i żeby do wnętrza wpadało dużo światła. Wtedy wszystko będzie jasne.

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook