Zagi - Jestem szczera w tym co robię. Koncert i wywiad w Radio WNET [WIDEO] - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Zagi – Jestem szczera w tym co robię. Koncert i wywiad w Radio WNET [WIDEO]

Zagi / Fot. Materiał Artysty

Jestem teraz w takim momencie swojej kariery, że bardzo cenię sobie swobodę i niezależność. Przestałam wierzyć w kolejki donikąd, spełniam się muzycznie i konsekwentnie realizuję swoje wizje. 

– Dlaczego „Zagi” i od kiedy funkcjonujesz pod tym pseudonimem? 

– „Zagi” to moje szkolne przezwisko – zdrobnienie od „Zagłada”. Miałam mocny serw w siatkówce i koledzy z klasy zaczęli mnie tak żartobliwie nazywać. Później to się po prostu przyjęło i każdy tak na mnie wołał. Długo wzbraniałam się przed występowaniem pod własnym pseudonimem czy nazwiskiem, bo nie aspirowałam do bycia artystką solową, nawet nie przechodziły mi takie myśli przez głowę. Zawsze chciałam być częścią zespołu i podobał mi się taki stan rzeczy. Jednak moje ciągłe przeprowadzki powodowały trudności w utrzymaniu stałego składu. Te ciągłe dojazdy, zmiany i poszukiwania były wyczerpujące, w pewnym momencie okazało się, że ja i moje piosenki jesteśmy jedynymi stałymi w tym całym równaniu i potrzebowałam się jakoś nazwać, żeby poczuć, że mam w swoim życiu jakiś stabilny punkt odniesienia. Wtedy zdecydowałam się, że nie tylko prywatnie ale i muzycznie będę nazywać się „Zagi”. Miało to miejsce w 2011 roku. Od tamtej pory przez lata występowałam solo, bądź współpracowałam głównie z muzykami sesyjnymi – jeśli miałam taką wizję, czy potrzebę – aż w końcu udało mi się zbudować zespół – z czego jestem niesamowicie szczęśliwa.

– Co w twoim życiu było pierwsze: gitara czy wokal? 

– Wydaje mi się, że mogła to być gitara – bo grać na niej zaczęłam jak miałam kilka lat i szczerze mówiąc nawet nie pamiętam moich początków, bardziej znam je z opowieści – ale też nie pamiętam żebym kiedykolwiek śpiewała nie akompaniując sobie przy tym na gitarze. Więc odpowiem bezpiecznie, że chyba to i to. (śmiech)

– Swoje debiutanckie kompozycje napisałaś jeszcze w szkole podstawowej. Jak odkryłaś swój talent i skąd taka dojrzała potrzeba uzewnętrznienia w tak młodym wieku? 

– Tworzenie zawsze było dla mnie czymś bardzo interesującym i ciekawym, prawdopodobnie ze względu na to, że miałam takie wzorce – babcia jest artystką – rzeźbi, maluje obrazy, pisze wiersze. Gdy byłam dzieckiem, tato projektował meble, mama była i jest instruktorką gry na gitarze – więc skoro wszyscy dookoła mnie coś tworzyli, taka potrzeba obudziła się również we mnie. Faktycznie pierwsze piosenki zaczęłam pisać już w podstawówce, jednak chęć uzewnętrznienia się za ich pomocą najintensywniej dała o sobie znak kiedy moi rodzice się rozwodzili. Musiałam sama z tym wszystkim sobie radzić i muzyka mnie wtedy uratowała.

– Twoje piosenki są formą pamiętnika, w którym w niebanalny sposób opisujesz to, co w danej chwili czujesz. Czy pamiętnikarstwo nadal jest popularne w świecie blogów i plotkarskich portali? Kogo dziś jeszcze interesują przeżycia tak zwanych zwykłych ludzi w dobie wszechobecnego celebryckiego amoku? 

– Nie wiem jak to jest z portalami plotkarskimi, bo nie jestem ich odbiorcą, ale wydaje mi się, że ludzie dzięki temu, że znajdują w sieci twórców podobnych do nich samych, albo takich do których postaw aspirują – czują się mniej samotni, albo czują się zainspirowani do tego, żeby coś w swoim życiu zmienić na lepsze, czy po prostu chcą się zrelaksować się po ciężkim dniu w pracy przeglądając ciekawe profile na instagramie czy vlogi na YouTube. Poza tym wydaję mi się, że panuje teraz trochę taka moda na naturalność, więc nawet celebryci na swoich stronach pokazują się bardziej od tej codziennej niż katalogowej strony. Chyba ta era niedostępnych gwiazd owianych tajemnicą trochę minęła, takie odnoszę wrażenie.

– O twoich tekstach mówi się, że są szlachetne. Jaki w twoim zamyśle jest ich przekaz i czy wypływają one z twoich osobistych doświadczeń, czy z obserwacji? 

– Piszę o tym, co czuję, co widzę, co mnie boli, co cieszy. Muzyka ratuje mnie z opresji, układa w głowie fakty, pomaga się godzić z pewnymi sprawami, leczy rany – zarówno ta, którą tworzę jak i ta której słucham. Wierzę, że na świecie są ludzie, którzy czują podobnie, przeżyli podobne historie, mają podobną wrażliwość i chcą czuć, że ktoś ich rozumie, że nie są sami. Ja tego szukam w piosenkach, których słucham i wierzę, że moi słuchacze znajdują to w piosenkach które piszę.

– W branży muzycznej mówi się o tobie, że posiadasz bardzo wyrazistą i niezwykle energetyczną osobowość. Czy zgadzasz się z tą opinią i co jej autor według ciebie mógł mieć na myśli? 

– Myślę, że to może wynikać z tego, że jestem bardzo kreatywna i pozytywnie nastawiona do tego co robię – od lat wiele rzeczy ogarniam sama. Jestem swoim managerem, bookuję swoje koncerty, wymyślam scenografie, scenariusze do klipów, projektuję okładki płyt, nagrywam filmy na youtube, poza tym oczywiście piszę muzykę, teksty – nie tylko dla siebie ale i dla innych artystów, gram koncerty – te wszystkie role, wizje i pomysły w mojej głowie gotują się i kipią (śmiech), ale ja to uwielbiam. Często słyszę, że inspiruję i zarażam tą energią i chęcią działania. To bardzo miłe i czuję w tym pewnego rodzaju misję.

– Twój wyrazisty, emocjonalny wokal i wpadające w ucho melodie, które w połączeniu z energią, o której przed chwilą rozmawialiśmy… wszystko to musi oddziaływać na zespół wraz z którym prezentujesz swą twórczość publiczności. Przedstaw proszę pokrótce swoich muzyków i czy można powiedzieć, że podczas koncertu odczuwacie pomiędzy sobą coś, co powszechnie nazywamy chemią? 

– To, że trafiliśmy na siebie jest wynikiem wielu zbiegów okoliczności. Gumiś – czyli Michał Gumienny – perkusja – zagrał ze mną pierwszy koncert jakoś w 2018 roku i tak od zdania do zdania, od koncertu do koncertu złapaliśmy niesamowitą nić porozumienia. Gumiś jest jedynym z naszej czwórki wykształconym muzykiem właśnie w tym kierunku, ma niebywałe poczucie humoru, dzięki któremu na próbach zawsze jest pozytywna atmosfera. Z Michałem Patoletą – bass – poznałam się na koncercie w Worku Kości przez wspólnego znajomego – Jemelo. Okazało się, że gra w zespole z Filipem Lato, dla którego napisałam utwór na jego ostatni album. Kilka tygodni później zaprosiłam Pata na próbę i od tamtej pory każdy koncert graliśmy już razem – Pat jest najbardziej stonowany z nas wszystkich, jest samoukiem i ma niesamowitą wrażliwość muzyczną – jego styl grania bardzo do mnie trafia. Była nas więc trójka – ja, Gumiś i Pat – postanowiliśmy stworzyć razem zespół. W międzyczasie dostaliśmy się do półfinału przesłuchań na Pol’and’Rock Festival i poczuliśmy, że to dobry pretekst, by rozbudować zespół o dodatkową gitarę – by wzbogacić utwory aranżacyjnie i żeby była jeszcze większa energia na koncertach – w końcu walczyliśmy o to, by zagrać na legendarnym festiwalu! Wpadłam na szalony pomysł – ponieważ z Maćkiem Izdebskim, który był naszym basistą ratunkowym, gdy dla Pata pokrywały się terminy z koncertami Filipa – totalnie świetnie nam się razem grało i dogadywało, no i znał już nasz materiał na wylot – zaproponowałam, żeby wpadł na próbę tym razem nie z basem tylko z gitarą. O dziwo się zgodził i to był strzał w dziesiątkę. Zagraliśmy razem na najpiękniejszym festiwalu świata. To był pierwszy koncert Maćka w roli gitarzysty i nasz pierwszy koncert w oficjalnym, stałym składzie. Bardzo się cieszę, że jesteśmy nie tylko zespołem, ale też paczką przyjaciół. Czy jest chemia? Tak! Każdy z nas jest bardzo ważną częścią tego zespołu i chcę to pielęgnować. Wiele lat musiało minąć, zanim na siebie trafiliśmy. Lubię sobie myśleć, że właśnie tak miało być.

– Jakim słowem określiłabyś gatunek muzyki, jaki wykonujesz? 

– Zadałam to pytanie na mojej grupie na facebooku „Gang Zagi” i o dziwo nikt nie wymienił gatunku muzyki, natomiast padły słowa: „magiczna”, czy „emocjonalna”. Moim zdaniem gdyby obowiązywały jakieś szufladki to moja muzyka mogłaby się znaleźć w takiej z napisem alternatywny rock z elementami indie i popu. A jednym słowem? Chyba po prostu „Moja”.

– W dorobku posiadasz 3 EP-ki i 1 płytę długogrającą, zatytułowaną Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni, którą podobnie jak najnowszą EP-kę Drapacz Chmur wydałaś w renomowanej wytwórni Warner Music Poland. Czy tak silny w naszym kraju label gwarantuje artyście sukces komercyjny krążka i jak w ogóle oceniasz swoją współpracę z Warnerem? 

– Uważam, że nie ma takiej firmy, która mogłaby zagwarantować artyście, który znajduje się na początku swojej drogi sukces, bo to jest coś na co pracuje się całe życie, a nie coś, co można komuś obiecać. Poza tym dla każdego „sukces” ma inny wymiar. Na przykład dla mnie sukcesem jest fakt, że praktycznie cały nakład mojego albumu Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni sprzedał się na moich koncertach, które sama bookowałam. Współpraca z Warnerem jest przystankiem na mojej drodze, który zawsze robi ogromne wrażenie, ale na to, żeby ludzie przychodzili na moje koncerty – musiałam zapracować sama. Współpraca z wytwórnią nie gwarantuje tego, że możesz leżeć i pachnieć. Pracy nie jest mniej, wręcz przeciwnie. Myślę, że sukces to pojęcie subiektywne i jeśli się zdarzy – to jest on wynikiem naszych działań i nie ma znaczenia, czy jesteś artystą niezależnym, czy wydajesz swoje utwory we współpracy z renomowaną wytwórnią – bo jeśli Twoje piosenki podobają się słuchaczom – to dlatego, że trafiły w ich gust, a nie dlatego, że widnieje przy nich czyjeś logo.

– Jakie są wady i zalety wydania swej twórczości u płytowego potentata i nakładem niezależnym? 

– Jestem teraz w takim momencie swojej kariery, że bardzo cenię sobie swobodę i niezależność. Przestałam wierzyć w kolejki donikąd, spełniam się muzycznie i konsekwentnie realizuję swoje wizje. Co więcej – mam przy sobie ludzi, którzy chcą te wizje realizować razem ze mną. Czuję się z tym bardzo dobrze i na ten moment, dla mnie i z mojej perspektywy dostrzegam więcej plusów w byciu artyską niezależną.

– Jak udaje ci się godzić z Michałem Wrzosińskim sferę zawodową i życie osobiste i czy fakt tak bliskiej relacji z producentem swej muzyki, jaką jest małżeństwo, pomaga czy przeszkadza w obiektywnej ocenie dzieła, jakim jest płyta. 

– Z Michałem kolaborowaliśmy muzycznie długo zanim zostaliśmy parą i to muzyka nas połączyła. Poznaliśmy się gdy grałam na streecie w Warszawie. Michał zatrzymał się by mnie posłuchać i tak zaczęła się nasza znajomość. Często pomagamy sobie nawzajem w produkcji swoich utworów. Michał współprodukował np. moje 2 EPki Uke oraz Drapacz Chmur, uczestniczy też aktywnie w pracy nad moim nowym albumem. Uważam, że jest to coś wyjątkowego, że możemy dzielić tą samą pasję i się w niej spełniać. W naszym przypadku taka współpraca zdaje egzamin, choć czasem wióry lecą. (śmiech). Jeżeli natomiast chodzi o obiektywną ocenę już gotowego dzieła, to wydaje mi się, że od tego są słuchacze, a nie małżonek, tym bardziej jak ta druga osoba aktywnie uczestniczy w procesie powstawania płyty. Jak coś tworzysz, to ciężko spojrzeć na to obiektywnie.

– Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni to twój pierwszy i jak dotąd jedyny album długogrający. Płyta zawiera piosenki napisane na przestrzeni około 10 lat, opowiadające historie twojego życia, w których udział biorą ludzie, miejsca i sytuacje nie zawsze dla ciebie przyjemne, ale zawsze będące integralną częścią ciebie. Czy masz już materiał na drugi longplay i czym będzie się on różnił od debiutu? 

– Praca nad nowym albumem trwa. Na chwilę razem z nami poddał się kwarantannie – ale wróciliśmy już do pracy – część piosenek już się miksuje, kończymy dogrywać pozostałe partie instrumentów. Większość materiału udało nam się zarejestrować jeszcze w lutym, a w marcu nakręciliśmy teledysk do pierwszego singla. Jeszcze sporo pracy przed nami, ale już bliżej niż dalej! Nowy materiał jest energetyczny, trzyma w napięciu i jest dużo bardziej pogodny i ekspresyjny. Piosenki wzbudzają emocje nadziei, motywują do działania, ale są też w tym wszystkim wypełnione nostalgią. Dalej jest to alternatywny rock, ale w bardziej nowoczesnym wydaniu. Jestem niesamowicie podekscytowana i nie mogę doczekać się, by podzielić się w sieci i na koncertach nowym materiałem.

– Czy uważasz się za artystkę w pełni ukształtowaną i świadomą swej pozycji zawodowej, a jeśli nie, to czego brakuje ci do pełni szczęścia? 

– Myślę, że mój rozwój artystyczny będzie trwał całe moje życie. Z każdym albumem się zmieniam, wiem więcej, sięgam po nowe instrumenty i brzmienia, przeżywam inne historie. Jestem szczera w tym co robię i w tym, jakie emocje przekazuję w piosenkach. Cieszę się, że jestem tu gdzie jestem i z niecierpliwością czekam na to co przyniesie jutro.

 

Sławek Orwat

Artystka rozmawiała z Radiem WNET także w środę 17 czerwca, którego to wywiadu możesz posłuchać poniżej:


Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook