Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Od chrześcijańskiego Bejrutu do szyickiej stolicy Hezbollahu, Dahiyi – przemarsz Pawła Rakowskiego do serca Partii Boga

fot.pawel rakowski

Bejrut to nie jest miasto. To konglomerat różnych osiedli, położonych niekiedy w różnych strefach klimatycznych, różniących się kolorytem, wyznaniem, a przede wszystkim zamożnością.

25 maja w Libanie jest dniem wyjątkowym – to data obchodów rocznicy wycofania się wojsk izraelskich z południa tego kraju, okupowanego od 1978 roku. Wraz z wycofaniem się (czy raczej, zdaniem niektórych, bezładną rejteradą) izraelskich sołdatów upadła chrześcijańska Armia Południowego Libanu, ostatnia niemuzułmańska formacja zbrojna w tym kraju. Co więcej, tego roku na 25 maja przypada wigilia ramadanu i choć w Libanie przebywałem na chrześcijańskim przedmieściu wschodniego Bejrutu – Junyje, to dziennikarski obowiązek nakazywał mi jedno – podróż do serca Hezbollahu! A więc do bejruckiej dzielnicy Dahiya, zwanej też Shia, a pisanej Chiya.

Po kilku dniach spędzonych w kraju cedru, a nie cydru, jak wielu może mylnie uważać, zorientowałem się, że obecność szyickiej Partii Boga w Libanie jest niezauważalna. Gdzie oni są? – zastanawiałem się w Tyrze, 20 km od granicy z Izraelem, a więc na froncie chwilowo uciszonej wojny. Abuna Gajowy, nasz rodak mieszkający w Libanie 30 lat, w rozmowie na bazarze w Saidzie – biblijnym Sydonie – powiedział mi, że Hezbollahu nie widać, ale on jest, i to na tyle potężny i sprawny, że czasami nie wiadomo, co jest państwem libańskim, a co Hezbollahem. Przestrzegał mnie też przed nadmierną ciekawością:

– Możesz jechać do Dahiyi, ale żadnych zdjęć i nie wypytuj o nic nikogo. Ja już kilku dziennikarzy stamtąd wyciągałem. Jednemu zabrali aparat i telefon, później oczywiście mu oddali. Ale nie wiadomo, ile tam było pluskiew i innego oprogramowania szpiegującego. Oni mają technologię nawet lepszą niż Izrael. Głowy tam nie utną, ale mogą być duże problemy, których lepiej unikać. Jak tam pójdziesz, to zobaczysz, co to jest obserwacja. Ludzie dyskretnie, lub też nie, będą na ciebie patrzyli. Ktoś może zacząć cię wypytywać. I pamiętaj, nie wchodź w uliczki, gdzie są posterunki.

Podobnie o Dahiyi i Hezbollahu mówiła Iwona, Polka mieszkająca 20 lat w Libanie, mająca męża maronitę. Z jej perspektywy, a więc z ekskluzywnych maronickich przedmieść willowych, Dahiya nie stanowi żadnego wartego uwagi obiektu – bieda, smród, chaos i terroryści.

Nasuwało mi się jedno skojarzenie – z zachodnioeuropejskimi przedmieściami, strefami „no-go”, których chwalebnie nie znamy nad Wisłą. Iwona była nieprzychylnie nastawiona do Hezbollahu, tak jak większość maronitów. Entuzjazm wobec triumfu sprzed 11 lat wyparował. Iwona wspominała, że w trakcie wojny 2006 roku Izrael zniszczył jedynie mosty i lotnisko w Bejrucie. Cały arsenał poszedł na Dahiyę, aby ją zrównać z ziemią.

W czwartkowy poranek 25 maja, po nędznym hotelowym śniadaniu, złożonym z omletu, twarożku labanyje, kilku oliwkek i żałosnych plasterków pomidora i ogórka, wraz z pomyjami, które dyletant z kuchni nazywał kawą, postanowiłem udać się do Dahiyi. Bulos, portier, nie zdziwił się moją decyzją:

– Dla mnie jako chrześcijanina pójście do Dahiyi jest bezpiecznie. O wiele bardziej niż wyjazd do Tripolisu; tam jest Daesh, wiesz o tym? Moja matka jeździ do centrum handlowego do Dahiyi i nigdy nie było problemów. Tyle że tam cię będą obserwować. Ludzie się będą na ciebie gapić. Ale jeśli ci to nie przeszkadza, to jedź. O, i żadnych zdjęć! Nie wchodź też w boczne alejki – informował mnie mój imiennik.

Po chwili przyjechał taryfiarz Eli, brat księdza Nadera, który promuje w Libanie kult św. Jana Pawła II. Promuje na tyle skutecznie, że nie wiem, czy w Libanie wiedzą o tym, że jest już inny papież – może wiedzą i dlatego o nim milczą?

Taksówki w Libanie to nie wielkopaństwo. To konieczność. Publicznego transportu (tak jak służby zdrowia, szkół, spółek skarbu państwa – oprócz kasyna) w Libanie nie ma. Są busiki, z reguły wożące syryjskich robotników (tak – tu uchodźcy muszą pracować, a i tak po wojnie zostaną „wykopani” do siebie), jednak one wloką się niemiłosiernie, a po drugie, nie ma żadnych przystanków – szoferowi trzeba powiedzieć, kiedy się chce wyjść, o ile się wie.

Jedziemy z Elim do Bejrutu. Podskórnie czuję, że nie zgodzi się na kurs do Dahiyi, a więc jedziemy pod Muzeum Narodowe (chrześcijański Bejrut), nie utykając wcale w wielkich korkach. Przed dojazdem do celu pytam Elego, czy nie może skręcić do Dahiyi. Przerażony szofer krzyczy po francusku, że nie, i dodaje łamanym angielskim, że tam jest problem, duży problem. Po czym rozemocjonowany stwierdza, żebym tam nie szedł i że tam może być wielkie „boom” i że trzeba mieć paszport.

Nic to. Płacę Elemu za kurs topniejącymi w zatrważającym tempie dolarami i siadam na chwilę w kafejce na wprost muzeum. Może to jest ostatnia placówka, gdzie można kupić zimne piwo – zastanawiam się, pałaszując lahmajoun – tzw. pizzę ormiańską – i popijając ją zimną colą.

Jest przed 10 rano, a słoneczko podkręca niemiłosiernie swoje grzejniki. Przed muzeum skwerek, trawnik i chodnik. Cieszy to po surowej Junyje. Wchodzę do muzeum w celu uzyskania darmowej mapy miasta i zatrzymuję się przy suwenirach. W tym kraju znalezienie takiego ustrojstwa to niełatwa sprawa. Ale wszystko drogie! – myślę sobie, przeglądając jakieś plastiki, chorągiewki i inne badziewie.

– Skąd jesteś? – pyta mnie ekspedientka, urodziwa, loczkowana blondynka po czterdziestce, z wielkim krzyżem w obfitym miejscu. – Polska! Jaki to wspaniały kraj! – stwierdza. –Byłam dwa razy w Polsce! Piękni ludzie. Zielonoocy, wysocy, postawni. Bardzo mi się Polska podoba. – A mnie Liban – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – tylko są problemy z lotami tutaj. – No tak, a ile płaciłeś za bilet? – 300 USD. Jej reakcja, że to tanio, przypomniała mi o tym, że funkcjonujemy w innych obszarach płatniczych i w innej rzeczywistości ekonomicznej.

Zapytałem, jak dojść do Dahiyi, która powinna się zacząć zaraz za muzeum. Kobieta nie rozumiała, o co pytam. Kiedy powiedziałem magiczne w tym kraju słowo „Hezbollah”, speszona pokierowała mnie w przeciwną stronę, w kierunku Morza Śródziemnego – idź tam, my, chrześcijanie, chodzimy tam – zaznaczyła.

Zbyt wcześnie na przygody, więc posłuchałem miłej nieznajomej i poszedłem wzdłuż tzw. zielonej linii do centrum miasta. Dlaczego zielonej? Bo pas ziemi, dzielący chrześcijański i muzułmański Bejrut, porósł bujną roślinnością, kiedy to od 1976 do 1991 roku stanowił żelazną kurtynę libańskiej wojny domowej.

A któż tu nie wojował? Oficjalnie zaczęło się po zamachu na Kemala Jumbulatta, lidera druzyjskiego, kiedy to maronici, mający dość Palestyńczyków, wzięli się z nimi za łby. Palestyńczyków zaczęły popierać sunnickie frakcje panarabskie i komunizujące. Maronici przywołali na pomoc Hafeza Al-Asada, który w ogóle nie uznawał odrębności Libanu od Syrii. Po czym nastąpiła zmiana sojuszy. Lider pewnej frakcji maronickiej, tzw. Falangi, skumał się z Żydami, którzy od początku Izraela są zainteresowani w podziale Bliskiego Wschodu na małe, wiecznie zantagonizowane kantony, i przywołał – niczym Hieronim Radziejowski – nowe mocarstwo na libański grunt.

Czołgi Ariela Szarona wjechały do Bejrutu w 1982 roku, przegnały Jasira Arafata i załatwiły Baszirowi prezydenturę, która trwała trzy tygodnie, ponieważ „nieznani sprawcy” wysadzili libańskiego prezydenta w powietrze. I powstał ambaras. W Libanie Izrael wojował z Palestyńczykami i armią syryjską (która została w kraju do 2005 roku). Druzowie zaczęli boksować się z maronitami w Szouf. Następca Baszira, jego brat Amin, wycofał się z sojuszu z Żydami.

W szyickich enklawach w Dolinie Bekaa i tzw. Jabal Amal na południu kraju pojawili się irańscy krzewiciele rewolucji ajatollaha Chomeiniego. Libańska wojna domowa w drugiej połowie lat 80. zamieniła się w absurdalną jatkę wszystkich ze wszystkimi – szyicki Amal wojował z Hezbollahem, Druzowie – klan Jumbulatt z klanem Arslan, maronici z prawosławnymi, nacjonaliści z komunistami, sunnici z szyitami, chrześcijanie z Druzami… a innym razem z szyitami w sojuszu z Druzami.

Bałagan i chaos absolutny, w którym już nikt nie wiedział, co, po co i o co wojuje. Grunt, że w podzielonym Bejrucie raz w tygodniu pojawiała się furgonetka z dolarami jako żołdem dla wojaków. Koniec wojny nastąpił w 1991 roku dzięki mediacjom Saudów, którzy szczodrze opłacili pokój. Ale mieli w tym swój interes. Liban, a szczególnie chrześcijańskie enklawy stały się dla obywateli Zatoki Perskiej kasynami, burdelami i wszelakimi innym zakazanymi u nich przybytkami. Może stąd ta drożyzna?

Znalazłem się w końcu na chodniku i nie musiałem maszerować ulicą wzdłuż pomyj i śmieci. Niskie, niekiedy bardzo zadbane domki stały czasem obok ruder, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Właściciele niektórych posesji zostali zabici lub uciekli i teraz toczą się jałowe sprawy spadkowe. Mijam cmentarz żydowski i w sumie już nie wiem, po której stronie miasta byłem. Raz był kościół, innym razem meczet. Ale przestrzeń zadbana, z śródziemnomorskim sznytem w nowobogackim wydaniu.

Docieram do wielkiego meczetu. Nosi on imię Rafika Haririego, bowiem obok niego ten libański premier został wysadzony w powietrze w 2005 roku. Hariri zasłużył się wielce dla kraju. Odbudował go, czyniąc przy okazji z siebie i swoich synów multimilarderów, ale to Bliski Wschód i jest to zrozumiałe.

Dziś premierem jest syn Rafika, Saad. Ważne, żeby wojny nie było, a gruzy zamieniły się znowu w domy i kawiarnie.

Co ciekawe, odbudowa Bejrutu była wzorowana na odbudowie Warszawy. Libańscy architekci przyjechali do naszej stolicy i konsultowali się z jeszcze żyjącymi polskimi notablami, którzy radzili, jak przywrócić miasto do życia. Oczywiście Bejrut powstał na nowo przy pomocy nie sowietów, lecz Saudów. I to widać. Tylko czy ktoś tutaj mieszka? Miałem wrażenie, że centrum finansowe, administracyjne i gospodarcze tego kraju jest wyludnione, tak jakby po godzinach pracy ludzie wracali do swoich dzielnic, które Allah im przypisał.

Przechadzam się po reprezentacyjnych uliczkach. Taki Berlin Zachodni. Kelnerki przy kawiarniach uśmiechają się i zapraszają do wejścia. Kraj pięknych ludzi, naprawdę. Ale bez natręctwa i targowania. Nie masz kasy? To przyjdź, jak będziesz ją miał! Takie to oczywiste.

Pod skromnym budynkiem parlamentu stoi wojsko, jest kościół i jakaś miejscowa wycieczka szkolna. Dziatwa na widok bladej twarzy krzyczy „Welcome to Lebanon!”, wedle instrukcji zakonnika. Pośród bachorów są też dziewczynki w czadorach. Lepiej, żeby nasi nadwiślańscy pieniacze od islamu tego nie widzieli, bo jeszcze głowy mogłyby ich rozboleć. Człowiek jest tylko człowiekiem, a jest miejsce i czas pokoju, jak i wojny.

Armia stoi pod parlamentem nie tylko, żeby strzec majestatu państwa przed zbirami salafickimi wałęsającym się bezkarnie po okolicy, ale przed własnymi grażdanami. Libańczycy, niezależnie od konfesji, poglądów czy zapatrywań, zgodnie ogłosili, że powywieszają cały parlament, jeśli ten w końcu nie uzgodni ordynacji wyborczej do i tak opóźnionych wyborów parlamentarnych. Samego prezydenta – Michela Aouna – wybrano z trzyletnią zwłoką! Wstyd, hańba, kompromitacja; co na to trybunały i komisję światowe?

Co więcej, libańscy parlamentarzyści rozważali przyznanie sobie dożywotnich pensji za służbę narodowi! Syn wspomnianego Baszira, Nadim, od 2009 roku zasiadający w parlamencie, publicznie stwierdził, że w młodości nienawidził skorumpowanych polityków, ale sam stał się jednym z nich, jak dorósł. Tylko z czego ci politycy kradną?

Największym posiadaczem ziemskim w Libanie jest Kościół maronicki. Kraj nie ma ropy i gazu (tzn. ma w Morzu Śródziemnym, traf chciał, że przy granicy z Izraelem, i złoża są jeszcze niewydobywalne), aparat państwowy jest niewielki, ponieważ praktycznie państwa nie ma. Surowców eksportowych poza wyśmienitą żywnością oraz ludnością brak. Są jedynie banki, a w nich pokaźne, jedne z największych na świecie zapasy złota.

Zmęczyło mnie słońce i marsze. Krajobraz monotonny. Banki, banki, banki, kawiarnia, luksusowe sklepy, samochody. Zajrzałem na chwilę do kawiarni, gdzie na pięcie zawróciłem, widząc cennik. Cola 4 dolce? Kawa 3? Chociaż tam, gdzie mieszkałem, o wiele taniej nie było.

Usadowiłem się w pobliżu jakichś apartamentowców, które dawały cień. Przeglądam mapę i w sumie wiem, że jestem między morzem a „zieloną linią”, ale to za mało. Pytam jakichś miejscowych przechodniów. Jeden nie mówi po angielsku, inny trzyma mapę i małpim wzorkiem patrzy na nią do góry nogami, a kolejny tradycyjnie mi mówi, żebym szedł prosto i w pewnym miejscu skręcił w prawo. Co robić? Busików, które wożą Syryjczyków, w tej elitarnej dzielnicy nie ma. Zostają taksówki. Po sekundzie zajeżdża z klaksonem do mnie pierwszy taryfiarz. – Dahiya, Shia – mówię mu. Zdziwiony taryfiarz mówi „la” – nie i odjeżdża. To samo drugi, trzeci i czwarty. Piąty, jak usłyszał tę nazwę, miał jakby obłęd w oczach.

Szóstego biorę fortelem – do Muzeum Narodowego proszę! Wsiadam i w zawijasach miejskich, których nie sposób spamiętać, dostaję się pod muzeum. Taksiarz za dopłatą 5 dolarów wjedzie do Dahiyi, ale tylko pod galerię handlową. Miast 15 dolarów, to koszt 20. Witamy w Bejrucie! Do tego kraju bez budżetu się nie przyjeżdża.

Taryfiarz, maronita, nie był zdziwiony tym, że wielu nie chce jeździć do Dahiyi. – Dzisiaj jest święto – tłumaczy. Tu w każdej chwili może Izrael zacząć bombardować. Zgodnie z umową przywiózł mnie pod centrum handlowe, które niczym nie różniło się od tych w naszych miastach. No, może nie było działu spożywczego i elektronicznego, za to więcej jubilerów, złotników, dywanów i potężne wesołe miasteczko dla dzieci. A dzieci szyici mają tyle, ile Allah da, a więc z reguły bardzo dużo.

Przespacerowałem się po tej galerii i zorientowałem się, że ludzie się na mnie patrzą. U jubilera udawałem zainteresowanego krzyżykami maronickimi. Trzeba sobie tworzyć legendę. Jakby co – przyjechałem do Dahiyi, bo mi w hotelu powiedzieli, że tu jest taniej i można zrobić zakupy. Zresztą chrześcijanie z szyitami żyją teraz bardzo zgodnie, w przyjaźni i w sojuszu. Co oczywiście nie jest trwałe, jak wszystko w tym regionie.

Z centrum handlowego skierowałem się na wschód i szedłem główną wielkomiejską arterią. 6-, 7-piętrowe bloki, obdrapane, na każdym balkonie suszy się garderoba, kalesony i pieluchy. Dużo pieluch. Tam, gdzie życie, są pieluchy, inaczej mogiła.

Mężczyźni leniwie siedzieli wzdłuż swoich kramików z asortymentem wszelakim. Kobiety – o dziwo – nie wszystkie opatulone zgodnie ze zwyczajem i tradycją, chociaż o krótkich spódnicach mowy być nie może. Pierwsze kilka metrów tej sławetnej Dahiyi wygląda ubogo, ale normalnie. Ludzie się gapią, ale to chyba naturalny odruch. Nie jest to wielkomiejski i bogaty chrześcijański Bejrut.

Zachodzę do cukierni i biorę pieroga oblepionego polewą cukrową, baklawę i kokosowe ciasteczko. Obsługa miła i cena znośna. U sąsiada kupiłem kawę i zasiadłem do przekąski. Ten Hezbollah nie taki straszny, myślę sobie, zerkając na okolicę. Nad moją głową spogląda brodaty grubas w czapeczce z daszkiem – Imad Mughniyeh. Chociaż co my, świat zewnętrzny, o nich wiemy? Nic lub same brednie.

Nie wiadomo, kiedy Hezbollah powstał, chociaż jego narodziny należy łączyć z przybyciem około 1000 irańskich Strażników Rewolucji do Doliny Bekaa w 1982 roku. Szyici mieli już wówczas swoją strukturę – Amal, ale Teheran zabiegał o stworzenie organizacji sobie lojalnej i zgodnej z ideą rewolucji islamskiej ajatollaha Chomeiniego.

Świat dowiedział się o nowym graczu na libańskiej i bliskowschodniej szachownicy w 1983 roku – zamachowcy-samobójcy z nieznanej z imienia organizacji wjechali ciężarówkami nafaszerowanymi ładunkami wybuchowymi w amerykańskie i francuskie koszary, ambasady, a także w izraelską kwaterę główną w okupowanym Tyrze. Tysiące ofiar śmiertelnych, a świat zapoznał się z koncepcją, że w imię Allaha człowiek jest w stanie poświęcić swoje życie, aby zabijać wrogów.

Hezbollah oficjalnie nie przyznaje się do tych zamachów, chociaż wszelkie ślady jawne (m.in. wypłacane renty dla rodzin zamachowców) i niejawne wskazują właśnie, że to była ich robota, a dokładnie Imada Mougniyeha, do 11 września 2001 roku najbardziej poszukiwanego terrorysty na świecie.

Mougniyeh zadziałał jeszcze kilkakrotnie – w Argentynie wysadził izraelską ambasadę i centrum żydowskie, w Arabii Saudyjskiej skutecznie raził żołnierzy amerykańskich oraz był jednym z ojców zwycięskiej wojny z Izraelem w 2006 roku. Został zabity przez „nieznanych” sprawców w Damaszku w 2008 roku, co też mogło być przygotowaniem do koszmaru, na który ten biedny kraj został skazany.

W latach 80. Hezbollah przeżywał swoją „naiwną młodość”, jak to określają eksperci bliskowschodni. Parał się porwaniami cudzoziemców, wojował z konkurencyjnym Amalem, Palestyńczykami, Druzami, maronitami. Na okupowanym przez Izrael południu sukcesywnie przeprowadzał rajdy na posterunki wojskowe i zamachy samobójcze na konwoje.

W 1992 roku Izraelczycy metodą „targeting killing” zlikwidowali przywódcę Hezbollahu Abbasa Musawiego. Sukces okazał się klęską. Na miejsce Musawiego powołany został Hassan Nasrallah, zdaniem wielu komentatorów najwybitniejszy przywódca arabski od czasów Nasera, chociaż słyszy się też porównania do Mohammeda Alego czy nawet Saladyna.

Nasrallah zreformował organizację do machiny niemalże idealnej. Stwierdził, że Hezbollah nie jest od tego, aby szerzyć islamską rewolucję. On jako szyita osobiście bardzo by chciał, aby taki ustrój zapanował, ale to obecnie w Libanie jest niemożliwe. Za Nasrallaha Hezbollah stał się organizacją mającą jeden cel – wyzwolenie południowego Libanu, niezależnie od konfesji ludzi tam żyjących (większości szyitów, ale też maronitów i Druzów). Hezbollah miast ideologii Chomeiniego zaczął promować libański patriotyzm, a więc twór abstrakcyjny dla większości mieszkańców kraju. Nie będziemy walczyć z Amalem, maronitami czy Druzami, grzmiał lider Partii Boga, naszym wrogiem – wszystkich muzułmanów i Arabów – jest Izrael i wspierająca go Ameryka, chociaż tę zwalczamy jedynie za jej politykę, a nie za sam fakt, że istnieje.

Taktyka wojskowa Partii Boga (ponieważ jest też skrzydło polityczne, biznesowe i charytatywne) od objęcia sterów przez Nasrallaha uległa zmianie. Zredukowano szkodliwe wizerunkowo zamachy samobójcze. Awangardą frakcji militarnej stali się doskonale wyszkoleni i wyposażeni żołnierze z klanów szyickich. Zdrada jednego z nich oznacza hańbę dla całego klanu – najlepszy kontrwywiad. Żołnierze Partii Boga muszą być żonaci, albowiem żonaty w kulturze arabskiej uchodzi za osobę poważną, odpowiedzialną. Rzecznik Hezbollahu Naim Qassim w jednym z nielicznych wywiadów powiedział:

– Wzrastaliśmy w latach 70. i 80., obserwując Palestyńczyków, którzy stracili swój kraj. Chcieli żyć po zachodniemu, pili alkohol, zażywali narkotyki, nie żyli moralnie, gwałcili kobiety. Kiedy Izrael ich zaatakował, nie byli dla nich żadnym przeciwnikiem. To nas nauczyło, że tylko droga islamska jest skuteczna nie tylko do życia, ale też do obrony swojego kraju.

W maju 2000 roku Izrael wycofał się z Libanu. Taktyka Partii Boga, która stała się niezniszczalna na własnym terenie, okazała się skuteczna. Domniemane szlaki narkotykowe, kradzież żyznych gleb i wody oraz testowanie najnowocześniejszej technologii wojskowej stały się nieopłacalne dla Żydów w związku z tym, że co kilka dni musieli pokazywać zdjęcia kolejnych zabitych rekrutów.

Nasrallah w chwili triumfu już szykował się na przyszłość. Kazał bojówkom Hezbollahu otoczyć maronickie wsie i miasteczka, żeby nie doszło do pogromów – duża część maronitów wspierała Izrael i służyła w kolaboranckiej Armii Południowego Libanu. Nie! – grzmiał lider Partii Boga – kto jest winny, tego skaże sąd niepodległego Libanu. My zrobiliśmy swoje. Ale walka nie ustała – dodał w przemówieniu dla telewizji Hezbollahu Al Manar. – Musimy wyzwolić Farmy Shebaa, a także nigdy nie zapomnimy krzywdy siedmiu szyickich wsi zniszczonych w Palestynie. I przede wszystkim, nasza walka nie skończy się, aż Palestyna i Jerozolima wróci do świata islamu.

Z cukierni mknę dalej na wschód. Niebo się chmurzy. Anomalia pogodowa w krainie, w której od maja do października nie znają deszczu (w Bejrucie i wzdłuż pasa nadmorskiego, albowiem w Libanie są góry, na których cały rok leży śnieg). Mijam tabuny otyłych bab opatulonych rodem z irackiego Nadżafu. Po kilkupasmowej drodze mkną pojazdy, dużo skuterów. Jak dotąd jest spokój i żaden to obszar „no–go”. Miejscowe shebab nie zaczepia, nie wypytuje, chociaż widać co po niektórych mocarną i umięśnioną sylwetkę. Hezbollah w swoich szkołach dba o kondycję fizyczną (i stawia na technologię, o polityce historycznej to jeszcze nie wiedzą). Od żłobka do nagrobka. Klan, mafia, sekta. Wyjścia z Hezbollahu nie ma. W nim są wszyscy i nikt, albowiem rodziny poległych bojowników z reguły dowiadują się, że ich syn/mąż/ojciec był w oddziałach bojowych, wraz z listem kondolencyjnym z partii i czekiem z odszkodowaniem. Chociaż od wojny w Syrii nawet i czeki potrafią nie przychodzić. Tak dużo szahidów, a taka niska cena perskiej ropy.

Mijam pierwsze wejście w uliczkę obarykadowaną posterunkiem wojskowym. Kto od czego chroni? Hezbollah od świata czy świat od Hezbollahu? Zresztą – na jakim żołdzie są przyglądający mi się żołnierze armii libańskiej? Tym oficjalnym czy nieoficjalnym? Więcej pytań niż odpowiedzi. Zerkam nieśmiało w oddzieloną przestrzeń, w której po oczach bije bieda i zbyt duże zasłony pilnie strzegące domowej intymności.

Rozglądam się po okolicy – może jedna lub dwie żółte chorągiewki. Żadnych portretów, zdjęć, bilbordów. Nic. Idę dalej i trafiam na szereg serwisów samochodowych. Normalna sprawa. Tych ludzi nie stać, tak jak maronitów, na dwa lub więcej aut – jedno do boksowania się za dnia, a drugie, ekskluzywne, do szpanu w nocy. Mijając szereg tych zakładów, skojarzyłem sobie, gdzie w Warszawie za okupacji magazynowano broń – ano w takich przybytkach. W końcu to i to jest metal, a w Dahiyi może on być potrzebny bardzo rychło, kiedy salafici lub Izraelczycy zrobią rajd. Już kilku z ISIS wysadziło się w tej dzielnicy.

Maszeruję dalej Dahiyą i widzę rozwalone budynki, niekiedy bez ścian, ze śladami po kulach. Z której wojny? Nie wiadomo – tyle ich było. W sklepie zoologicznym uśmiechnięty facet pijący herbatę z miętą trzyma w klatkach gołębie, papugi, ale też kota i psa. Dziwne to. Pies w muzułmańskiej części miasta? Przecież muzułmanie psów nie lubią i znęcają się nad nimi.

Nierówno rozlany asfalt prowadzi mnie przez okolicę, w której w nocy nie chciałbym się znaleźć. Kolejny posterunek, a pewną panią w czerwonej bluzce i dżinsach to już trzeci raz zobaczyłem. Czyli jednak jest porządek, pomimo zewnętrznego chaosu. Cały czas czuję czyjś wzrok na swym spieczonym u Charbela karku. Być może lepiej tak niż w rzekomym „cywilizowanym” świecie, gdzie bliźni wadzi i nikt go nie jest ciekawy.

Zatrzymałem się na rozstaju dróg. Za mną była najprawdopodobniej uliczka Amalu – zielone flagi tej partii oraz portrety Musy As-Sadra, zaginionego imama, który w 1978 roku wsiadł do samolotu w Rzymie, ale nie wysiadł w libijskiej stolicy, Trypolisie. Nie wiadomo, co się z nim stało. Dla szyitów zniknął.

Po upadku Kadafiego specjalna komisja udała się na poszukiwania, czy w jakichś czeluściach i lochach nie znajduje się blisko 90-letni As-Sadr lub jakiś ślad po nim. Nic nie znaleziono. To już nie pierwszy ich znikający imam. A nazwisko As-Sadr powinno być też znane nad Wisłą, albowiem krewniak Musy, Muqtada, był hersztem szyickiej insurekcji w Iraku w trakcie amerykańskiej okupacji.

Otwieram mapę, na której widzę Dahiyę vel Shia, vel Chia. Ta dzielnica jest nieopisana na żadnej mapie. Nie ma nazw ulic (zresztą jak prawie wszędzie w Libanie) ani rozrysowanych konturów i układu ulic. Nie ma takiej potrzeby. Tu każdy jest swój. Każdy wie o każdym wszystko. Każdy jest jakimś Abu i każdy ma jakiegoś Abu.

Stoję z tą mapą, a po chwili zagaduje mnie wesoły facet z dobrym angielskim akcentem – Potrzebujesz pomocy? – pyta. – Tak, chciałbym wiedzieć, czy to jest droga na lotnisko – mówię, dumny ze swego sprytu, albowiem droga z lotniska do Junyje prowadzi przez Dahiyę. Facet sprawnie wyjaśnia, gdzie i jak mam iść oraz jaki busik dla uchodźców złapać.

Z boku zauważyłem, tradycyjnie bardzo zadbany, kościół maronicki – Tu są same pogrzeby. Tu maronici już nie mieszkają, przenieśli się do lepszych dzielnic – stwierdza nieznajomy z uśmiechem, który nie wiadomo, czy był szczery. Wyznawcy Alego, a szczególnie ich dalsze, ismailickie odnogi, to urodzeni kłamcy, ale nie można na to się boczyć.

– Dlaczego do lepszych dzielnic? – spytałem naiwnie, sądząc, że może czegoś ciekawego się dowiem. – A chciałbyś tutaj mieszkać? – odparł ironicznie. – To biedna okolica i może być zawsze wielkie „boom”, to się przenieśli – tłumaczył racjonalnie. – A dlaczego ty się nie przeniesiesz? – Ja jestem szyitą i to jest moje miejsce.

Korzystając z niewielkiego ruchu drogowego, przeszedłem na drugą stronę jezdni. Oczywiście nie było żadnych pasów ani świateł. Po przejściu skrzyżowania znalazłem się w lepszej, bogatszej części Dahiyi. Szklane wieżowce, atrakcyjne witryny sklepowe, jednym słowem – nowoczesność. Czasami gdzieś pojawia się zdjęcie szejka Fadl Allaha, jednego z przywódców Hezbollahu, który dystansował się od ruchu.

Moją uwagę przykuł ekskluzywny golibroda. Wszak panowie z Hezbollahu to nie włochaci jak małpy wieśniacy w białych toyotach spod znaku ISIS czy Al-Kaidy! Szyici mają wyglądać schludnie, elegancko i godnie, takie ongiś wydano dyrektywy partyjne. Jednak idąc w głąb tego obszaru bogactwa, poczułem zmęczenie. Równać się to z Bejrutem Wschodnim nie może i nie po to tutaj przyjechałem. Pierwotnie wyobrażałem sobie Dahiyę jako skrzyżowanie Strefy Gazy z jakimś obozem dla uchodźców. A ja tu nawet nie widziałem zdjęcia Nasrallaha! Co jest?

Usiadłem w nowoczesnej kawiarence, która oferowała też wyszukane desery. Wow! Jest wi–fi, i to całkiem sprawne. Zamówiłem sok wyciskany z melona i przeglądam pierwszy raz od kilku dni internet. Jednak szybko to wyłączyłem. Mimo wszystko nawet ta bogata część Dahiyi jest ciekawsza niż ta cała mediokracja internetów. Sprawy pilne i ważne wydają się błahe i durne na prawdziwym odcinku tej wojny światowej.

Po chwili dosiada się do mnie menedżer tego przybytku – Mohammed. Dobry angielski, broda schludnie przycięta trymerem, koszula długa. Oczywiście bez krawata – ten, jako że ma krzyż, jest uznawany za symbol chrześcijański i zakazany wśród szyitów. Prosta rozmowa z uśmiechem na ustach. Już tyle razy to przeżywałem, ale zawsze miło rozmawiać z kimś, kto ma coś ciekawego do powiedzenia.

Chwalę Liban – szczerze, choć są ułomności (brak internetu czy chodników – bo ludzie nie chodzą, tylko jedzą). Mohammed pochodzi z południa, sławetnego Jabal Amal, który w Izraelu budzi przerażenie. Z moich bliskowschodnich pobytów i obserwacji wynika, że Żydzi lekceważą te wszystkie Al-Kaidy, Hamasy, Al-Nusry. Strach ich ogarnia na dźwięk słowa Iran i właśnie Hezbollah.

Nieroztropnie przyznaję się, że kiedyś chciałbym pojechać do Jezzine, Majnoun. Mohammed promienieje, słysząc komplementy o swoich rodzinnych stronach. Takie to piękne! Pomimo że los (obowiązek partyjny?) popchnął tego trzydziestokilkuletniego faceta do stolicy, to jednak dla niego rodzinna wieś to El Dorado. Zresztą nie spotkałem się jeszcze z kimkolwiek na Bliskim Wschodzie, kto nie byłby dumny ze swojej „małej ojczyzny”.

A w Polsce? Ilu jest przyjezdnych do „wielkiego miasta”, co po godzinie zapominają, skąd są? Obrzydliwe! Siła tkwi w regionalności, co wykazała Partia Boga w trakcie wojny 2006 roku, kiedy to najnowocześniejsza armia świata była bezradna wobec lokalnych oddziałów doskonale znających swój teren. Na co wam te czołgi, wozy pancerne, skoro my je zniszczymy w wąwozach? Czemu przychodzicie do naszych wsi, skoro i tak ich nie zdobędziecie, choć przygraniczny Bint Jibel był trzy razy szturmowany, a na gruzach miasteczka komandosi walczyli niekiedy na noże?

Mohammed taktycznie poszedł po gratisowe ciastko dla mnie, a ja się zastanawiałem, czy nie wygłupiłem się za bardzo z tym wymienianiem miejscowości w Jabal Amal. To tak jakby Murzyn w Warszawie chciał wiedzieć, jak jest w Radomiu czy Grudziądzu. Dostałem pierożki z twarożkiem o migdałowym posmaku. Merci, mówię, bo szukran tu mówią tylko Syryjczycy. Podarunek spełnił swoją powinność – trzeba mówić o sobie, jednak nie chwalę się tym, że jestem dziennikarzem. Po co?

Po chwili częstuję Mohammeda papierosem, odmawia. Dobry muzułmanin nie pali, a papierosy są jedyną naprawdę tanią rzeczą w tym kraju – 2 dolary za paczkę. Pytam mojego rozmówcę, gdzie powinna być parada, skoro dzisiaj jest święto? Mówi, że u niego na południu; tutaj w Dahiyi, nic nie ma. Dlaczego? Bo trzeba pracować, odpowiada pragmatycznie, co tylko pokazuje, jak Hezbollah traktuje historię – pamiętać, ale nią nie żyć, albowiem walka trwa i jej koniec jest daleki.

Po odpoczynku udałem się na skrzyżowanie przy kościele, na granicę pomiędzy nędzą i bogactwem Dahiyi. Oczywiście tylko na głównej ulicy. Po drodze widziałem dwóch panów w mundurach (które kojarzyłem ze zdjęć) jadących na skuterach. Uśmiechnięci, pewni siebie. Tak, bo człowiek kompetentny groźną miną czy bufonadą nie nadrabia braków.

W telefonie żadnych zdjęć. Chociaż ten zakaz wydaje mi się tylko skutecznym kontrwywiadem obywatelskim, o którym u nas mówi tylko Rafał Brzeski. I tak satelity, a być może Google to wszystko dokładnie namierzył i wymierzył. Ale robienie zdjęć jest czytelnym sygnałem do reakcji, tak żeby komuś z miejscowych nie zarzucono braku czujności. A po co szukać wrażeń?

Wsiadam do busika wypełnionego syryjskimi uchodźcami. Mężczyźni brudni, styrani, bezmyślni, o pustych wyrazach twarzy. Być może dla przeżycia muszą wysyłać swoje żony i córki na żebry lub do sprzedawania swoich ciał w chrześcijańskich enklawach.

Nie taka ta Dahiya straszna, myślę sobie w spokoju, kiedy przez brudną szybę dostrzegłem jakąś katolicką szkołę po przejechaniu serpentyn autostradowych. To, że tu nie ma ISIS, jest zasługą w dużej mierze Hezbollahu. A więc na tym „odcinku” to szyici są dobrzy, chociaż „cywilizowany” świat, miast zwalczać sponsorów i organizatorów salafickiego barbarzyństwa, wskazuje na Iran i ich sojuszników jako światowe zagrożenie. Albo jest to głupota, albo celowe działanie, myślę sobie, stojąc w korku obok banku rodem z Arabii Saudyjskiej.

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook