"Non possumus" apb. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego / s. Katarzyna Purska USJK, "Wielkopolski Kurier WNET" 83/2021 - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

„Non possumus” apb. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego / s. Katarzyna Purska USJK, „Wielkopolski Kurier WNET” 83/2021

Izba Pamięci św. Zygmunta Felińskiego w Pałacyku Bogusławskiego w Warszawie | Fot. A. Grycuk, CC A-S 3.0, Wikipedia

„Jeśliby ktoś was namawiał do czynu, którego popełnić się nie godzi bez uchybienia prawom Bożym i Kościoła, odpowiadajcie: non possumus”. On pierwszy wypowiedział słynne pasterskie „non possumus”.

s. Katarzyna Purska SJK

Pasterz granitowej wiary

„Kościół to najdroższy skarb mój, to cel mojego życia, to jedyne kochanie moje na ziemi”. Te wyjęte z pamiętnika słowa zaskakują dziś i zastanawiają wielu, także katolików, którzy ze swobodną pewnością siebie krytykują Kościół katolicki, a w nim zwłaszcza kapłanów, i próbują go reformować. Autorem ich jest właśnie kapłan i pasterz Archidiecezji Warszawskiej – abp Zygmunt Szczęsny Feliński. Ten, którego szereg lat później bp Michał Godlewski nazwał „Człowiekiem granitowej wiary”.

Co wiemy o nim dzisiaj? Może to, że w 2002 r. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a Benedykt XVI – świętym (w 2009 r.)? A może i to, że jako metropolita Warszawy podczas powstania styczniowego został skazany przez cara na zesłanie? Niewiele osób wie, gdzie spoczywa. Niewielu też zatrzymuje się na modlitwie przy jego relikwiach. Tymczasem podczas otwarcia w 1965 r. jego procesu beatyfikacyjnego kard. Stefan Wyszyński powiedział o nim: „To był cud miłości, najwspanialsza potęga ducha człowieka, który się nie załamał, chociaż miałby do tego prawo, przechodząc przez tak wyjątkową drogę”. Zapomniany święty Pasterz Kościoła Warszawskiego. A jednak pozostawił trwały ślad na swej wyjątkowej, choć trudnej drodze.

Zygmunt Szczęsny Feliński urodził się 1 listopada 1822 r. w Wojutynie koło Łucka w drobnoszlacheckiej rodzinie. Był jednym z sześciorga dzieci Gerarda i Ewy z Wendorffów. Jego stryjem był Alojzy Feliński – wieloletni dyrektor Liceum Krzemienieckiego i profesor literatury oraz autor utworu pt. Pieśń narodowa za pomyślność króla (1816), napisanego na cześć Aleksandra I, który to wiersz w przyszłości zyskał popularność jako hymn Boże, coś Polskę. Ojciec Zygmunta, Gerard Feliński, pełnił funkcje prepozyta sądu grodzkiego i z tego powodu stale przebywał poza domem, w Żytomierzu. Ponieważ mało czasu spędzał z rodziną, odpowiedzialność za prowadzenie gospodarstwa i wychowanie dzieci spoczęła na barkach jego żony Ewy. Dlatego to właśnie matka odegrała w życiu przyszłego arcybiskupa szczególną i decydującą rolę. Była pobożną, wymagająca, czasem surową, ale niezwykle mądrą matką.

Nigdy nie wzbudzała w swoich dzieciach próżnej ambicji ani też ducha rywalizacji. Za to wymagała od nich wierności Prawu Bożemu i życia zgodnego z prawdą. Szczególną wagę przywiązywała do ich prawdomówności i wdrażała do pracy and charakterem. Dzieci obdarzały ją czcią i zaufaniem. Jej opinia i ocena stanowiła dla nich punkt odniesienia w wyborach moralnych, nawet już potem, gdy byli dorośli.

Zygmunt Szczęsny był podobno dzieckiem ruchliwym i żywiołowym. Jak wspominali domownicy: „serdeczną wesołością wszystkich rozpromieniał”. Niestety radosne dzieciństwo nie trwało długo. Wybuch powstania 1830 r. zmusił rodzinę do opuszczenia Wojutyna i skazał matkę z gromadką dzieci na tułaczkę, a potem – na internowanie w Galicji. Po upadku powstania listopadowego rodzina połączyła się wprawdzie, ale na krótko, gdyż Gerard dotarł do niej już ciężko chory. Zmarł 10 stycznia 1833 r. Szczęsny miał wtedy zaledwie 11 lat. Niedługo później (1838 r.) jego matka została brutalnie rozdzielona ze swymi nieletnimi wówczas dziećmi i zesłana na Sybir za udział w spisku Szymona Konarskiego. Wychowaniem ich zajęli się obcy ludzie.

Opiekę nad Szczęsnym przejął bogaty ziemianin z Podola – Zenon Brzozowski. Dzięki jego finansowej pomocy, Zygmunt Szczęsny mógł po ukończeniu szkoły średniej podjąć wyższe studia na wydziale matematycznym Uniwersytetu Moskiewskiego. Po ich ukończeniu w 1844 r. jeszcze przez rok kształcił się, aż do uzyskania rangi urzędniczej. Po studiach, posłuszny życzeniu opiekuna zatrzymał się w Sokołówce. Został tam zatrudniony przez Zenona Brzozowskiego jako sekretarz i wychowawca jego dzieci. Ponieważ były jeszcze małe, po dwóch latach udał się na dalsze studia do Paryża, aby lepiej przygotować się do roli nauczyciela. Był wzorowym studentem i z pasją pogłębiał swoje wykształcenie, słuchając wykładów na Sorbonie i Collège de France. Listy polecające, które dali mu państwo Brzozowscy, a także jego urok osobisty sprawiły, że otwarły się przed nim salony, na których poznał wybitnych polityków i literatów, a wśród nich – ks. Adama Czartoryskiego i Juliusza Słowackiego. Z tym drugim połączyła go prawdziwie dozgonna przyjaźń. Mówiono wówczas o nim: „Człowiek wiele obiecujący. Wykształcony i kształcący się pilnie i pracowicie, a bystro pojmujący każdą rzecz”.

Pobyt w Paryżu przerwała wieść o wybuchu powstania wielkopolskiego. Jak mocno był zaangażowany w sprawę narodową, świadczą słowa, które zamieścił w swoim pamiętniku: „Uczucie patriotyczne tak dalece górowało nad wszystkimi innymi, nawet nad uczuciem religijnym, że nie pojmowałem szczęścia dla siebie, póki ojczyzna moja jęczała w kajdanach”. Wiosną 1848 r. wraz z kilkoma innymi polskimi emigrantami pośpieszył z pomocą walczącym. Wkrótce potem został ranny w bitwie pod Miłosławiem i wobec upadku powstania wielkopolskiego, w poczuciu klęski powrócił do Paryża. Tam przez dłuższy czas pozostawał bez środków do życia, bez pracy, cierpiał głód. W tym trudnym dla niego doświadczeniu przyszedł mu z pomocą jego wierny przyjaciel – Juliusz Słowacki.

Niedługo potem ponownie wezwał go Zenon Brzozowski, aby zajął się opieką nad jego dziećmi. Kiedy wiosną 1849 r. znowu wrócił do Paryża, jego przyjaciel kończył właśnie życie. Juliusz skonał na jego rękach. Szczęsny głęboko przeżył tę śmierć. Popadł w apatię i depresję.

Zastanawiał się nad sensem swego życia i nad sensem walki narodowo-wyzwoleńczej. Doszedł do wniosku, że patriotyzm polegający na walce orężnej jest jałowy, a czasem szkodliwy i że „bez błogosławieństwa Bożego zwycięstwa nie otrzymamy. Otrzymamy je natomiast przez pracę nad sobą i przez pracę nad wyrugowaniem wad narodowych”. Jednocześnie uświadomił sobie, że „katolicyzm bronił nas dotąd od zniemczenia lub zmoskwiczenia”.

Pojawiła się w nim myśl, czy Polska nie potrzebuje innej pracy i ofiary, aniżeli śmierci na polu bitwy. Tak zaczęła dojrzewać w nim myśl o oddaniu się na służbę Bogu w kapłaństwie.

W 1851 r. rozpoczął studia w Seminarium Duchownym w Żytomierzu. Po roku, decyzją władz kościelnych wysłany został do Akademii Duchownej w Petersburgu, gdzie w roku 1855, a więc wcześniej niż przewidywał tok studiów seminaryjnych, otrzymał święcenia kapłańskie. Z tej okazji napisał w swoim pamiętniku: „Co do mnie – nie chcę mieć żadnej woli własnej co do oznaczania miejsca i środków, jakimi mam służyć Panu Bogu”. Po 30 latach kapłaństwa napisał zaś tak: „Nic mi się nie zdaje ważnym ani pożądanym prócz tego, co Pan chce. (…) Pragnąc tylko woli Bożej, każdą decyzję przyjmę spokojnie”.

Pierwszą placówką duszpasterską, na którą go skierowano, była dominikańska parafia św. Katarzyny w Petersburgu. Prócz obowiązków duszpasterskich, pełnił tam również funkcję nauczyciela w szkole parafialnej. Był kapłanem niezwykle wrażliwym na ludzką biedę, a zwłaszcza na los sierot. Dlatego założył tam, w Petersburgu, żeńskie zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodzina Maryi, którego charyzmatem była opieka nad sierotami.

W 1857 r. został mianowany ojcem duchownym studentów Akademii Duchownej, a trzy lata później powierzono mu obowiązki profesora filozofii. Klerycy zapamiętali mocno nauki, które im wówczas dawał: „Posłuszeństwo wobec biskupów jest naszą najmocniejszą bronią. Dlatego nie powinniśmy robić niczego bez ich woli, nawet gdyby czyny ich wymagały nagany”. (…)

Jesteśmy obowiązani być posłuszni jakiejkolwiek władzy, bo daje ją Bóg, ale w sprawach sumienia nie należy nikogo słuchać, chyba że papieża”. (…) Obowiązkiem księdza nie jest zgoda na spiski. Bez względu na konsekwencje”. Myślę, że niejeden Polak, a może i niejeden kapłan obruszyłby się, słysząc takie poglądy. Tymczasem on je wyrażał, gdy w kraju panował rosyjski terror i coraz mocniej wzrastało napięcie rewolucyjne.

W roku 1861 pełniący obowiązki namiestnika hrabia Karol Lambert ogłosił stan wojenny. W następnym dniu wojsko carskie siłą usunęło i aresztowało mężczyzn śpiewających patriotyczne pieśni z dwóch świątyń warszawskich – z katedry św. Jana i kościoła bernardynów (obecnie kościół św. Anny na Krakowskim Przedmieściu). Administrujący archidiecezją warszawską ks. prałat Antoni Białobrzeski na znak protestu przeciw dokonanej profanacji świątyń nakazał zamknąć wszystkie kościoły w stolicy. Zapewne znamy to wydarzenie ze słynnej grafiki Artura Grottgera.

Wobec atmosfery społecznego wrzenia wybuch powstania narodowego stawał się dla władz rosyjskich realną groźbą. Pod koniec listopada 1861 r. zaniepokojony tym car Aleksander II wezwał do Petersburga margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, aby ten zdał mu sprawę z panującej w Królestwie sytuacji i aby doradził mu, jak rozwiązać spór z duchowieństwem katolickim. Car doskonale wiedział, że w razie wybuchu powstania duchowieństwo katolickie stanie po stronie wiernych. Powstał więc pomysł, aby mianować nowym metropolitą warszawskim kapłana lojalnego wobec władz carskich, który otworzy zamknięte kościoły i wyciszy rewolucyjne wrzenie.

Car Aleksander postawił jednak warunki, jakie musi spełniać kandydat na metropolitę w Warszawie: nie może to być zakonnik ani duchowny pochodzący z Królestwa Polskiego. W tej sytuacji grono kandydatów do pełnienia tej funkcji siłą rzeczy zostało zawężone, więc margrabia Wielopolski zaproponował kandydaturę Felińskiego. Kandydatura ks. Felińskiego zdawała się rokować spełnienie pokładanych w niej nadziei: „Władzy narzuconej nie możemy lubić, lecz powinniśmy jej ulegać, ponieważ obie władze (tj. ta wybrana i ta narzucona) pochodzą od Boga, z tą tylko różnicą, że pierwsza z nich dawana jest nam przez Boga z Jego miłości do nas, dla naszego dobra i opieki, druga zaś za Bożym przyzwoleniem jako kara” – pouczał jako ojciec duchowny kleryków.

O jego nominacji przesądziła reakcja samego papieża – Piusa IX, który na wieść o kandydaturze Felińskiego na metropolitę Warszawy miał się wyrazić: „Choć raz przecież zaproponowała nam Rosja takiego kandydata, na którym żaden zarzut nie ciąży, a zewsząd same tylko pochwały odbiera”.

Dla samego zaś ks. Zygmunta Szczęsnego nominacja ta była wielkim zaskoczeniem. Pomimo to ją przyjął, gdyż uznał, że skoro jej nie pragnął ani o nią nie zabiegał – jest wolą Bożą. Trudno powiedzieć, na ile był wtedy świadom, że była uwarunkowana politycznie i z jakimi trudnościami przyjdzie mu się mierzyć.

Od 1856 r. Archidiecezją Warszawską zarządzał abp Antoni Melchior Fijałkowski, który zasłynął jako niezłomny obrońca praw Kościoła i krzewiciel ducha narodowego wśród wiernych. Był on autorem odważnego protestu w odpowiedzi na krwawe stłumienie przez rosyjskie wojsko manifestacji, która odbyła się 27 lutego 1861 r. na placu Zamkowym. Ten sam arcybiskup przewodniczył w nabożeństwie pogrzebowym za poległych w tym dniu, a potem mocą jego decyzji została wprowadzona w całym kraju żałoba narodowa i to za jego przyzwoleniem wierni w kościołach śpiewali pieśni patriotyczne. Jego pogrzeb, który odbył się w dniu 10 października 1861 r., przerodził się wielką manifestacją narodową. Feliński miał zostać jego następcą.

W przeddzień uroczystej konsekracji, która się miała odbyć 26 stycznia 1862 r., został przyjęty przez cara na audiencji, podczas której Aleksander II jasno przedstawił swoje oczekiwania wobec niego jako przyszłego zwierzchnika Kościoła katolickiego w Królestwie Polskim. Monarcha liczył na to, że Szczęsny Feliński swoimi działaniami osłabi nastroje rewolucyjne i zdoła zapobiec wybuchowi powstania.

Biskup Nominat wprawdzie obiecał, że postara się nie dopuścić do wybuchu rewolucji w Królestwie Polskim, ale jednocześnie zastrzegł: „Jeśliby jednak naród w szale zapamiętania nie uwzględnił mych przedstawień i ściągnął na siebie groźne następstwa represji, przede wszystkim spełnię obowiązki pasterza i podzielę dolę ludu mego, chociażbym sam stał się swych nieszczęść sprawcą”.

W latach 1861–1862 krystalizowały się programy dwóch stronnictw politycznych, zwanych potocznie białymi i czerwonymi, które tworzyły dwa środowiska – ziemiańskie i burżuazyjne. Oba chciały walczyć o niepodległość, ale innymi drogami. Biali stawiali sobie za cel dążenie do niepodległości drogą pokojową, obliczoną na stopniowe ustępstwa caratu. Czerwoni zaś chcieli odzyskać niepodległość w wyniku zbrojnego powstania połączonego z radykalną reformą agrarną.

Obawiając się ewentualnego porozumienia między oboma stronnictwami, car zdecydował się dać pewne koncesje Królestwu Polskiemu, np. przywrócił Radę Stanu (był to organ doradczy w zakresie ustawodawstwa, budżetu i samorządu), a funkcję dyrektora Komisji Rządowej ds. Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (dalej – KRWR i OP) powierzył margrabiemu Aleksandrowi Wielopolskiemu. Połowiczne reformy monarchy rosyjskiego były niewystarczające dla środowiska białych, a tym bardziej – dla czerwonych. Zygmunt Feliński był jak najdalej od akceptacji idei rewolucji, gdyż jeszcze w Petersburgu nabrał przekonania, że trzeba współpracować z rządem, ale tylko o tyle, o ile to będzie dla dobra Kościoła i Ojczyzny. Nie zamierzał też angażować się w spory partyjne ani też wyraźnie opowiadać się po stronie któregokolwiek stronnictwa w kraju.

Po otrzymaniu sakry biskupiej tylko kilka dni pozostał w Petersburgu i przez Częstochowę wyruszył do Warszawy. Po drodze zatrzymał się dłużej na Jasnej Górze i tam odprawił swoją pierwszą na ziemiach polskich Mszę św. Do Warszawy przybył późnym wieczorem 9 lutego 1862 r. W zasadzie nikt go tam nie powitał. Nazajutrz spotkał się z przedstawicielami duchowieństwa, którym przedstawił swój program działania. Zapowiedział przede wszystkim rekoncyliację i otwarcie dwóch sprofanowanych świątyń oraz pozostałych kościołów warszawskich. Zaznaczył, że jest to zgodne z życzeniem Stolicy Apostolskiej. Osobiście był przekonany o słuszności tej decyzji. Stwierdził bowiem, że zamknięcie kościołów doprowadziło do „zobojętnienie ludności Warszawy wobec spraw Bożych i własnego zbawienia”.

Na spotkaniu z duchowieństwem przedstawił racje dla przywrócenia sprawowania liturgii w kościołach. Jednocześnie zwrócił się do księży z prośbą, aby wierni podczas nabożeństw zaprzestali śpiewania pieśni i hymnów patriotycznych i nie prowokowali w ten sposób Moskali do przemocy. Części duchowieństwa nie spodobał się program metropolity, a zwłaszcza jego stwierdzenie, że nie będzie ulegał żadnym kompromisom. Tymczasem abp Feliński miał silne poczucie powinności i posłuszeństwa sumieniu. Nie rozumieli tego i nie przyjmowali ani duchowni, ani lud Warszawy.

W ich oczach był człowiekiem cara, zdrajcą i karierowiczem. Nie przekonywały ich deklaracje, które złożył w swoim w liście pasterskim: „Polakiem jestem i Polakiem umrzeć pragnę (…) prawdziwa miłość Ojczyzny nie polega szumnych demonstracjach, ale na sumiennej i wytrwałej pracy dla dobra kraju”. „Nie najmitą i karierowiczem, ale był Pasterzem, jakiego nie widziała Polska” –powiedział o nim bp Michał Godlewski.

Rekoncyliacji katedry św. Jana dokonał sam metropolita w dniu 13 lutego 1862 r. Wygłosił wówczas homilię, podczas której powiedział: „Proszę was przeto i zaklinam, zaniechajcie patriotycznych śpiewów po kościołach, a powróćcie do zwykłego trybu modlitwy, boć to, co w zamian otrzymać mamy, godne jest tej ofiary (…). Wierzę niezachwianie w sprawiedliwe rządy Opatrzności, która wcześniej czy później dosięgnie zawsze winnego. Starajmy się tak postępować, abyśmy nie byli winnym”. W odruchu gniewu i buntu wierni nie chcieli uklęknąć, kiedy udzielał im błogosławieństwa.

Przez pierwsze miesiące urzędowania Feliński starał się zajmować postawę neutralną. Usiłował w ten sposób nie dopuścić do wybuchu postania. W ten jednak sposób nie zadowolił władz carskich ani też nie zyskał szacunku wiernych. W połowie lutego 1862 r. otrzymał nominację na członka Rady Stanu. Jak sam pisał: „przez co zostałem nie tylko kościelnym, lecz i państwowym dygnitarzem”. Mimo że był obdarzony dużym poczuciem humoru, przeżywał bardzo boleśnie sytuację, w której się znalazł. Grozą napawały go zarówno prowokujące działania stronnictwa czerwonych, jak i nasilający się terror policyjny. Aresztowano ludzi często z błahych powodów, np. za żałobny strój czy za noszenie pierścionka z orzełkiem. 21 lutego 1862 r. opisał to w liście do kanclerza – księcia Gonczarowa – w którym prosił o złagodzenie stanu wyjątkowego. Próbował interweniować też u carskiego namiestnika Lüdersa. Podobnie bez spodziewanych skutków.

W liście z 22 lutego do swojego przyjaciela jeszcze z czasów petersburskich, ks. Wincentego Majewskiego, napisał: „kilkanaście dni spędzonych w Warszawie wydają mi się wiekiem”. Ubolewał nad postawą duchowieństwa, które poza nielicznymi wyjątkami nie darzyło go zaufaniem. Narzekał również na uciążliwą dla niego ochronę wojska i policji carskiej, obecnej w świątyniach nawet podczas nabożeństw, które celebrował. Nasilone w maju represje wywołały kolejne i coraz ostrzejsze protesty arcybiskupa skierowane do namiestnika.

Ostatecznie cesarz zadecydował, że policja ma odstąpić od kościołów, ale jednocześnie zaczął poprzez swoich urzędników wyrażać coraz większe niezadowolenie z postawy abp Felińskiego. Zarzucał mu m.in., że ujawnił duchowieństwu Archidiecezji Warszawskiej list papieski z marca 1862 roku, a także, że poparł odezwę unitów do braci obrządku łacińskiego, w której błagali o opiekę nad nimi i o wstawienie się za nimi u papieża.

W tej sytuacji arcybiskup zaczął się przekonywać, że jego postawa neutralności, a nawet pewnej lojalności w stosunku do caratu traci sens. Dlatego zaczął zajmować wobec władz coraz bardziej nieprzejednane stanowisko. Odrzucił m.in. odezwę generał-gubernatora warszawskiego, Mikołaja Kryżanowskiego, zabraniającą iluminacji figur Matki Boskiej oraz przypominającą zakaz śpiewania pieśni niedozwolonych.

Wysłał do niego pisemną odpowiedź, w której wyraził nadzieję, że tego typu rozkazów władze nie będą mu przekazywały. Namiestnik był zaskoczony nieoczekiwaną zmianą postawą Metropolity, czemu dał wyraz w liście do ministra spraw wewnętrznych Rosji, Piotra Wałujewa: „Feliński jaskrawo się zmienił (…) zdaje się już zupełnie zapomniał o instrukcji Najjaśniejszego Pana” – napisał. Kiedy dokonała się zmiana na stanowisku namiestnika i został nim wielki książę Konstanty, znowu, choć na krótko, arcybiskup Feliński dał wiarę obietnicy władz, że wprowadzi szeroką autonomię Królestwa Polskiego i dlatego wspierał poczynania nowego namiestnika, co ponownie naraziło go na ostrą krytykę stronnictwa czerwonych i oskarżenie o „służalstwo”.

Perspektywa wybuchu powstania była nieunikniona i Feliński zdawał sobie z tego sprawę. O jego stosunku do powstania mówi ciekawa relacja jednego z księży warszawskich: „Arcybiskup (…) pragnie niepodległości kraju, ale uważa, że trzeba przede wszystkim wzmocnić wewnętrzny organizm, aby chwila wyswobodzenia (…) nie zastała nas nie przygotowanych (…) nie potępia tych, co wierzą w godziwość powstania. Praktycznie tylko uważa je za zgubne” (ACR, Polonia, 1863; s. 131). Władze też wiedziały o tym, że Feliński ich nie poprze. A jednak w liście do Aleksandra II książę Konstanty pisze o nim:

„Wielki posłuch osiągnął u duchownych, a osiągnął to bez jakiegokolwiek rozgłosu, skandalu, a jedynie poprzez swoje nieskazitelne życie i prawy charakter. Jest zrozumiałe, że nie jest łubiany, boją się go, lecz jest szanowany. Dlatego też powinniśmy go chronić, nie kompromitować, aby zawsze było wiadome, że jest człowiekiem niezależnym, a nie »zausznikiem« rządu”.

Faktycznie abp Feliński zdyscyplinował duchowieństwo, wpłynął na jego zaangażowanie duszpasterskie, zmobilizował do kształcenia i formacji, ale jednocześnie zakazał księżom wstępowania do tajnych stowarzyszeń, zaś w okólniku z 13 października 1862 r. przestrzegał ich przed niebezpiecznymi dla kraju konsekwencjami pobudzania wiernych do walki i prowokowania Rosji. Nieposłusznych księży, takich jak np. ks. Karola Mikoszewskiego z parafii św. Aleksandra, przenosił do wiejskich parafii, z dala od Warszawy.

Wiadomość o wybuchu powstania styczniowego przyjął boleśnie:

„Ze łzami błagałem, zaklinałem moich wiernych, aby przez miłość do Ojczyzny nie narażali jej na nowe cierpienia (…) jedno wiem tylko, że tych, których mi Bóg powierzył, nie opuszczę, choć się ode mnie odwracają (…) Jeśli nie da się oddalić gromów, w godzinie próby będę tam, gdzie będzie moja trzoda – pisał do ks. Majewskiego.

Jednocześnie w innym świetle zaczął postrzegać dotychczasowe wydarzenia. Pierwsze symptomy zmian w jego postawie można było zaobserwować już w okresie tuż przedpowstaniowym. Przeszedł do otwartej opozycji, gdy rząd wydał okólnik, którym zezwalał chłopom chwytać powstańców i przekazywać ich w ręce Rosjan. Oznaczało to bowiem generowanie takich zajść, jakie miały miejsce w Galicji w 1846 r. Wydaje się, że jako hierarcha Kościoła nie mógł przystąpić do powstania. Musiał liczyć się ze stanowiskiem Stolicy Apostolskiej, która patrzyła na nie, zwłaszcza początkowo, jako na rewolucję. Arcybiskup był przekonany, iż powstanie zakończy się klęską i cierpieniem narodu.

Mimo to, gdy ważyły się losy kraju, pozostał z narodem. Dlatego podjął próbę interwencji w sprawie wspomnianego okólnika rządowego, najpierw u Wielopolskiego, a kiedy ten nie zareagował, a nawet odmówił spotkania, na znak protestu złożył rezygnację z członkostwa w Radzie Stanu. Napisał też list, w którym zwrócił się bezpośrednio do cesarza:

„Polska nie zadowoli się autonomią administracyjną, potrzebuje ona życia politycznego. Najjaśniejszy Panie! Ujmuj silną dłonią sprawy Polski, uczyń Polski naród niepodległy, połączony z Rosją jedynie tylko węzłem Twej dostojnej dynastii”. W odpowiedzi wielki książę Konstanty w ostrych słowach skarcił Metropolitę.

Ostatecznie jego los został przesądzony, gdy list do cara został zamieszczony na łamach paryskiego „Monitora” i kiedy w konsekwencji pojawiła się nota rządu francuskiego, w której domagano się od Aleksandra II większych ustępstw na rzecz Królestwa Polskiego. Car uznał to posunięcie abpa Felińskiego za akt jawnej niesubordynacji i w liście skierowanym do namiestnika rozważał zastosowanie wobec niego dalszych represji. Niedługo potem doszło do kolejnego starcia arcybiskupa z władzami. Przyczyną bezpośrednią było ignorowanie zakazu organizowania procesji na zewnątrz z okazji uroczystości kościelnych. Zarówno on sam, jak i proboszczowie warszawscy prowadził takie procesje. Za nieposłuszeństwo księża byli aresztowani na 48 godzin, a wobec arcybiskupa władze zastosowały areszt domowy, także przez dwa dni.

Ostatni konflikt z rządem wynikł z powodu powieszenia 12 czerwca na stoku Cytadeli w Warszawie odzianego w habit kapucyna – o. Agrypina Konarskiego. Jeszcze w tym samym dniu abp Feliński złożył ostry protest, w którym dał wyraz swemu oburzeniu z powodu skazania kapłana na tak haniebną karę w szacie duchownej i zażądał wydania zwłok bohaterskiego powstańca. Został internowany 14 czerwca i wezwany na rozmowę do cesarza. Zanim opuścił Warszawę, wyznaczył księży, którzy mieli go zastępować podczas jego nieobecności. Następnie wezwał swoich kapłanów. Podczas pożegnalnego spotkania powiedział do nich:

„Strzeżcie praw Kościoła świętego, pilnujcie gorliwie tej świętej wiary naszej; przeciwnościami nie zrażajcie się (…) Jeśliby ktoś z was namawiał do takiego czynu, którego popełnić się nie godzi bez uchybienia prawom Bożym i prawom Kościoła, odpowiadajcie każdemu: non possumus” (ze wspomnień ks. S. Prawdzickiego, s. 73). Tak, to właśnie on był pierwszym, który wypowiedział słynne pasterskie „non possumus”, a dopiero po nim powtórzył je Kardynał Tysiąclecia.

Opuszczając diecezję, pozostawił w niej dużo dobrych zmian: przeprowadził reformę w seminarium duchownym, zatroszczył się o formację alumnów. Wprowadził jako obowiązkowe doroczne rekolekcje dla księży. Często wizytował swoje parafie, sam odprawiał w nich nabożeństwa, pisał listy i wydawał okólniki, i wprowadził na stałe nabożeństwa majowe w parafiach. Troszczył się o oświatę wśród ludu: wprowadził nauczanie katechizmu, zakładał szkółki i propagował czytelnictwo. Odwiedzał szpitale, ochronki i uczelnie.

Po wyjeździe z Warszawy nie został dowieziony bezpośrednio do Petersburga, lecz jak zdecydował car – przewieziono go do Gatczyna, gdzie przez trzy tygodnie przebywał pod strażą. Aleksander II oczekiwał, że Feliński zmieni swoją postawę i ukorzy się przed nim. Tymczasem niezłomny arcybiskup przedstawił na piśmie swoje credo polityczne. Oto jego fragment: „Nie jest zbrodnią kochać swój naród, bo to jest uczucie wrodzone, jak miłość dziecka do matki. Nie jest winą Polaków, że jako naród mają wspaniałą i bogatą przeszłość historyczną, dążymy w każdym pokoleniu do wolności i niepodległości. Losy narodów są w ręku Boga i jeśli w zamiarach Bożych godzina wyzwolenia dla Polski wybiła, car nie zdoła pokrzyżować planów Boga”.

Po takim patriotycznym wyznaniu dalszy los arcybiskupa był przesądzony. W piśmie z 21 czerwca monarcha poinformował namiestnika o swojej decyzji zesłania Felińskiego do Jarosławia nad Wołgą. W Jarosławiu cieszył się względną swobodą. Mógł poruszać się po mieście i prywatnie w domu odprawiać msze św., ale bez udziału wiernych. Nie zawsze otrzymywał pensję wyznaczoną mu przez władze, więc żył we franciszkańskim ubóstwie. Tym bardziej, że starał się nieść pomoc skazańcom, którzy żyli w wielkiej biedzie.

Na początku kwietnia 1864 r. decyzją Aleksandra II arcybiskupa Felińskiego poinformowano korespondencyjnie, że odsunięty został od zarządzania Archidiecezją Warszawską. Papież Pius IX ogłosił, że dekret cara uznaje za nieważny. W ten sposób konflikt arcybiskupa z rządem stał się sporem pomiędzy Stolicą Apostolską a gabinetem petersburskim.

Na wygnaniu przeżył 20 lat, aż do roku 1883, kiedy to nowy car – Aleksander III, z okazji swojej koronacji – pozwolił Zygmuntowi Szczęsnemu Felińskiemu opuścić miejsce skazania. Postawił mu jednak warunek: nie mógł wrócić do Królestwa Polskiego ani do Warszawy. Zaraz po zwolnieniu udał do Rzymu na spotkanie z papieżem, wówczas już – Leonem XIII. Po drodze odwiedził Lwów i Kraków, gdzie był podejmowany owacyjnie przez wzruszonych rodaków.

Na widok męczennika papież zszedł z tronu i podszedł, aby go przywitać: „W Watykanie takiego doznałem przyjęcia, że wynagrodziło mi ono z lichwą dwudziestoletnie wygnanie” – napisał w liście do bp Pawła Rzewuskiego (1883 r.). 26 marca papież Leon XIII przeniósł abp Felińskiego na tytularną stolicę Tarsu, choć nie zażądał od niego formalnej rezygnacji z funkcji arcybiskupa Warszawy. Zresztą sam Feliński już wcześniej zgłosił swoją gotowość ustąpienia, o ile Stolica Apostolska uzna ten krok za pożyteczny dla Kościoła. Został więc biskupem bez diecezji.

Pomimo starości i choroby, nosił wciąż w sobie młodzieńczy zapał i entuzjazm. Dlatego nie zrezygnował z planów duszpasterskich, które tworzył podczas długich spacerów w czasie pobytu w Jarosławiu. Marzył wówczas, że gdy skończy się wygnanie, wyjedzie za granicę i pismami swymi będzie służył Kościołowi, pomimo że – jak wyznał w liście do swego brata, ks. Juliana – zawsze doznawał z tego powodu surowej krytyki (list z roku 1884).

Wspólnie z ks. Julianem rozważał projekt założenia nowej gałęzi Zmartwychwstańców. Zarzucił jednak ten pomysł pod wpływem listu, który otrzymał od kard. Mieczysława Ledóchowskiego.

W odpowiedzi, napisał do kardynała: „Pokusa mi nawet nie przyjdzie, aby wdawać się w sprawę, której nie życzy sobie Ten, którego głos (…) do śmierci uważać nie przestanę za nieomylną wskazówkę woli Bożej w (…) sprawach tyczących Kościoła” (Dźwinaczka, 1884 r.) Ponieważ planował podjąć działalność duszpasterską w Czerniowcach, zakupił tam dom. Zaangażował się też gorąco w sprawę utworzenia w Rzymie kolegium dla unitów i zabiegał o poparcie założonej w tym celu fundacji. Istniała niewątpliwie taka potrzeba, bo w ramach represji popowstaniowych w roku 1875 doszło do likwidacji Kościoła unickiego w Królestwie i władze carskie zaczęły niszczyć parafie unickie.

Niestety pojawiły się tak duże trudności, że musiał zrezygnować ze wszystkich swych zamiarów i planów. Przygnieciony chorobą i starością, przyjął zaproszenie hr. Heleny Koziebrodzkiej. Zamieszkał w jej dworku w Dźwinaczce – wiosce położonej w widłach Dniestru i Zbrucza. Przez kolejne lata był duszpasterzem miejscowej ludności. Organizował dla niej misje, prowadził rekolekcje, głosił kazania, długie godziny spędzał w konfesjonale, szerzył cześć Najświętszej Maryi Panny. Założył też szkołę w Dźwinaczce, w której uczyły Siostry Rodziny Maryi – zgromadzenie, którego był założycielem i które sprowadził po to, aby pomagało mu w posłudze wśród ubogich mieszkańców. Prócz tego ulokował w Łomnie zakład naukowo-wychowawczy dla niezamożnych dziewcząt.

W ostatnich latach swego życia zajął się również działalnością edytorską i pisarską oraz rozpoczął budowę kościoła. Niekiedy, korzystając z zaproszeń, przybywał na różne uroczystości kościelne. 4 maja 1890 r skorzystał z zaproszenia, aby w katedrze lwowskiej wygłosić orędzie do narodu.

Przypomniał w nim akt ślubów Jana Kazimierza i ostrzegł naród, aby nad tym doniosłym aktem „nie zostało zamknięte wieko trumny i nie pogrzebał wcale tej ziemskiej i nadziemskiej karty dziejów Polski w skarbcu swoich wspomnień (…) Śluby Jana Kazimierza nie giną. Nie dopełnione przez przeszłość, zwracają się ku pokoleniom obecnym (…) bo naród wciąż żyje, więc ślub narodowy tak długo ten naród obowiązuje w sumieniu, dopóki spełnionym nie zostanie”.

Zmarł 17 września 1895 w pałacu biskupa Jana Puzyny w Krakowie. Jego pogrzeb odbył się 20 września na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Po kilku dniach, na prośbę hr. Koziebrodzkiej, przewieziono trumnę do Dźwinaczki, gdzie spoczęła na miejscowym cmentarzu. Niedługo później została przewieziona do Warszawy. Najpierw czasowo umieszczono ją w kościele św. Krzyża, a następnie, 14 kwietnia 1921 r., uroczyście spoczęła w podziemiach Archikatedry św. Jana. Było to dokładnie 100 lat temu. Po beatyfikacji w roku 2003 relikwie abp Felińskiego jeszcze raz zostały przeniesione do Kaplicy Literackiej w Archikatedrze.

Kard. Stefan Wyszyński w 1965 r. podczas otwarcia procesu beatyfikacyjnego tak podsumował życie św. Zygmunta Felińskiego: „Idźcie do katedry, zejdźcie do podziemi, pochylcie swoje głowy u jego sarkofagu, a zobaczycie: tam leży człowiek, o którym mówiono, że przegrał, a oto jest… Zwycięzcą” (Rzym, 1972).

Przegrał życie, bo było pasmem porażek i nieszczęść, ale jest Zwycięzcą, bo pozostał niezłomnie wierny Bogu i Kościołowi, i prawdzie. Jest Zwycięzcą, bo cichą i pokorną służbą człowiekowi więcej powiedział o świętości Kościoła i godności kapłaństwa niż niejeden brylujący w mediach i kościołach katolik.

Nawet jeśli nie zgodzimy się z poglądami, które głosił, to warto wsłuchać się w nie z uwagą, bo prawością życia wskazał nam standardy życia społecznego i politycznego. Niektóre z tych jego wypowiedzi wydają się być znów aktualne i w tym duchu można je odczytywać.

Podczas pobytu na zesłaniu, w roku 1870, dotarły do niego wieści o głębokim kryzysie, w jakim znalazł się Kościół. Jedną z przyczyn tego kryzysu była kwestia nieomylności papieża. Abp Feliński w liście do bp. Wincentego Popiela tak skomentował tę sytuację: „Dziwne i ważne przeżywamy czasy. Wypadki obecne zapowiadać się zdają jakiś kataklizm w kościelnym, politycznym i społecznym życiu, którego rozmiarów nie tylko zmierzyć, ale i przewidzieć nawet niepodobne” (list z września 1870 r.).

„Głos Ojca św. zawsze uważałem i aż do śmierci uważać nie przestanę za nieomylną wskazówkę woli Bożej we wszystkich sprawach tyczących Kościoła” (list do kard. Ledóchowskiego, 26 grudnia 1884 r.).

„Jeżeli kiedy, to teraz z wiary nam żyć potrzeba; bo gdy z jednej strony moce ciemności wytężyły wszystkie siły swoje, by zgasić światło na ziemi, z drugiej strony zaś Synowie światłości szykują się pod chorągiew krzyża ze znakiem Baranka na czole, żadne stanowisko połowiczne lękliwych obronić już nie zdoła. Trzeba jawnie wygłosić godło swoje, trzeba je wypisać na rozwiniętym sztandarze, chociażby krwią własną…” (list do Róży z Łubieńskich Sobańskiej, rok 1870).

Artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Pasterz granitowej wiary” znajduje się na s. 4–5 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 83/2021.

 


  • Majowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Pasterz granitowej wiary” na s. 4–5 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 83/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook