Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Uchodźca to ten, kto w opresji uchodzi ze swego państwa do sąsiedniego. Póki co, Polska nie graniczy z Syrią czy Libanem

Fot. Ggia (CC A-S 4.0), Wikipedia

Czy można tworzyć umowy międzynarodowe na bazie braku stanu faktycznego danych tych, których te umowy dotyczą? Inaczej mówiąc, czy można budować zasiedlenie Europy na ludziach o nieznanej tożsamości?

Paweł Bortkiewicz TChr

O uchodźcach niepoprawnie

Problem migrantów jest problemem na wskroś złożonym. Nie ośmielam się myśleć, że podołam jego ocenie. Pragnę jedynie przedstawić niektóre swoje poszukiwania.

Każdego niemal dnia trafiam na problem uchodźców. Nie lubię tego słowa, ono jest w pewnym sensie bezwartościowe. Zwłaszcza w realiach obecnych debat. Mówienie o „relokacji uchodźców”, do czego nakłania się Polskę jest bezsensowne.

Uchodźcą jest ktoś, kto przekracza z racji opresji granice swego państwa i uchodzi do sąsiedniego. Nawet mimo marzeń o Międzymorzu, póki co, Polska nie graniczy z Syrią czy Libanem. Wolę zdecydowanie nazwę „nachodźca”, którą kiedyś w rozmowie zaproponował mój kolega, kapłan pracujący w południowej Anglii.

Świat

Problem nachodźców z krajów arabskich, muzułmańskich to problem ostatnich lat. Powszechnie wiążemy go ze sprawą tzw. „państwa islamskiego”, ISIS. Ten skrót oznacza Islamskie Państwo w Iraku i al-Szam. Określenie „al-Szam” odnosi się do terenów Syrii, Libanu oraz części Turcji i Jordanii. Wcześniej ta struktura terrorystyczna nie odnosiła się do al-Szam, stąd funkcjonowała nazwa ISI.

Próbuję wejrzeć nie tyle w historię ISIS, co czynniki, które zaważyły na tej historii.

Początki ISIS sięgają Iraku i skomplikowanej sytuacji po roku 2003. Wtedy, po pokonaniu Saddama Husajna, Ameryka zadecydowała o powołaniu nowego rządu, który miał modelowo skupiać przedstawicieli wszystkich frakcji: premierem miał być szyita, wicepremierem – sunnita, a prezydentem – Kurd.

Jednak zapis papierowy spotkał się z ambicjami żywego człowieka, szefa rządu. Z czasem Nuri Al-Maliki zaczął skupiać całą władzę w swoich rękach, tworząc między innymi aparat służb bezpieczeństwa, ale co ważniejsze – prosząc o pomoc Iran. Dla tego państwa faktycznie umożliwione wtedy podporządkowanie Iraku stało się szansą na nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Syrią i Libanem przeciw Arabii Saudyjskiej i Izraelowi.

Drugim czynnikiem była działalność grupy terrorystycznej Tawhid, założonej w Jordanii przez Abu Masaba az-Zarkawiego – weterana walki z Sowietami w Afganistanie. Zarkawi odsiedział 6 lat w więzieniu w Jordanii, po to, by zaraz po wyjściu na wolność dokonać zamachu na hotel Radisson w Ammanie. W 2004 r. Zarkawi złożył przysięgę wierności bin Ladenowi i przekształcił Tawhid w iracką Al-Kaidę.

Zakres jego terroru wzbudził protest, który doprowadził do wyparcia Zarkawiego przez Synów Iraku przy wsparciu USA. Było to traktowane jako modelowy przykład współpracy Amerykanów z Irakijczykami. Ale czy można było mówić o współpracy, gdy do władzy doszedł Obama?

Prezydent Ameryki szybko wycofał się z Iraku i pozostawił Malikiego samemu sobie, tylko pogłębił jego paranoję i poczucie zagrożenia. Jak stwierdzał jeden z amerykańskich generałów – ta strategia była bardzo na rękę Iranowi. Irańscy przywódcy na pewno mówili wtedy: „To nie do wiary, ale ten Obama wychodzi z Iraku i zostawia nam drzwi otwarte na oścież”.

Na scenie pojawia się tymczasem, wobec bierności Zachodu, kolejny terrorysta – w 2010 roku dowództwo nad odradzającym się ISI przejmuje Abu Bakr al-Baghdadi. Był on osadzony w 2005 roku w obozie w Bucca, który stanowił faktycznie obóz szkoleniowy dla terrorystów.

O tym, że czas ten spędził na niewiarygodnie wręcz skutecznym budowaniu swego autorytetu, świadczy fakt, że w niespełna rok po wyjściu z obozu został wybrany dowódcą odradzającego się ISI (głosowało na niego 9 na 11 członków Rady Szury). To on w niewiarygodnie brawurowych akcjach uwolnił w latach 2012–13 z więzień kilkuset terrorystów – zalążek armii ISIS.

Wreszcie ostatni bodaj element tej układanki – Syria za rządów Baszara Asada. Historia Syrii ostatnich kilkunastu lat to niezwykły dramat zmieniających się konfiguracji politycznych: w 2001 roku Syria jest nieoficjalnym sojusznikiem Stanów, w 2007 – wspiera Amerykę w walce z al-Baghdadim, ale jednocześnie Asad prowadzi podwójną grę, wspierając m.in Hezbollah i Hamas. Stany są zmuszone ogłosić sojusznika członkiem Osi Zła.

W 2013 roku dokonuje się rewolucja w Syrii i rodzą się nadzieje na obalenie Asada. Ale zamiast ustania rządów twardej ręki, wybuchają konflikty. W ciągu tego czasu Zachód miał kilka dogodnych okazji do interwencji. Na przykład, gdy Asad użył broni chemicznej do walki z własnymi obywatelami. Zamiast dokonać zmasowanych ataków z powietrza, poproszono o mediacje… Rosjan, sojuszników dyktatora.

Co z tego wynika? Złożoność sytuacji politycznej krajów islamskich, ich zdolność do zawierania sojuszy i brak istotowych różnic między szyitami i sunnitami, ekspansja ideologii islamu – to wszystko z jednej strony. A z drugiej – niezwykła łatwowierność, naiwność, głupota Zachodu.

Europa

Leży przede mną skan dokumentu „uchodźcy” afgańskiego. Skan oryginalnego dokumentu, na podstawie którego ten człowiek przekroczył granicę niemiecką i znalazł zamieszkanie w Niemczech, w ekskluzywnym domu – wspólnocie dla kilku „uchodźców” z Azji.

Właściwie są to dwa skany – wersja arabska i potwierdzona przez tłumacza wersja angielska. Spoglądam na rubryki tego dokumentu: imię i nazwisko, nazwisko ojca, nazwisko dziadka, miejsce urodzenia, data, religia, narodowość, zawód, płeć (gender), stan cywilny, liczba członków rodziny, język, wzrost, oczy, brwi, kolor skóry, kolor włosów, służba wojskowa (data rozpoczęcia i zakończenia), dla nomadów – miejsce przebywania wiosną, zimą, przynależność do plemienia, wódz plemienia (jeśli możliwe), numer dokumentu tożsamości. Większość tych rubryk jest pusta.

Całość, oprócz podpisu urzędnika państwowego, jest certyfikowana odciskiem palca „uchodźcy”. Nie wiem, czy jest bardziej lapidarny dokument umożliwiający obcemu wjazd do cudzego państwa.

Porównuję ten dokument choćby z takim, jaki jestem zobowiązany przedstawić jako ksiądz udający się z posługą duszpasterską do Niemiec czy Anglii. Jestem przepytywany o poświadczenie mojej niekaralności, o moje zachowania w zakresie postępowania z nieletnimi, o opinie mojego przełożonego.

Sam więc mechanizm prawny lokacji „uchodźcy” jest żenująco banalny. Zauważam, że nie ma tu słowa na temat jednego szczegółu – przyczyn przybycia do Europy. Żadnego wymogu odnośnie do perspektyw, celu przyjazdu. Nie ma żadnej deklaracji poświadczającej status osoby prześladowanej.

Na podstawie takich danych Europa zawarła konsensus, który, błyszcząc inteligencją, wyraził F. Timmermans przy okazji odwiedzin Adama Michnika w Polsce: Pacta sunt servanda.

Istotnie, ta łacińska zasada stwierdza, że osoba, która zawarła w sposób ważny umowę, musi się z niej wywiązać. Pytanie, które można postawić, dotyczy owej ważności i sposobów zawarcia. Czy można bowiem tworzyć umowy międzynarodowe na bazie braku stanu faktycznego danych tych, których te umowy dotyczą?

Inaczej mówiąc, czy można budować zasiedlenie Europy na ludziach o nieznanej tożsamości i zmuszać myślące państwa Unii do akceptacji tego stanu rzeczy? I – co jeszcze bardziej decydujące: czy presje polityczne mogą naruszać suwerenne decyzje rządów, demokratycznie wybranych? I czy można taki stan rzeczy nazwać praworządnością?

Kościół

Ostatnie lata i miesiące przynoszą wiele komentarzy zwolenników wpuszczania nachodźców do Europy i Polski, odwołujących się do „nauczania” papieża Franciszka. Dlaczego piszę „nauczanie” w cudzysłowie, odnosząc je do wypowiedzi Biskupa Rzymu? Wiem, że to, co wyrażam, jest dość kontrowersyjnym stwierdzeniem, dla niektórych wręcz obrazoburczym.

Zastanówmy się jednak nad tym, czy słowa św. Jana Pawła II o łupieżu („niech żyje łupież” wołał kiedyś, przedrzeźniając okrzyki tłumów), o kremówkach, o ekumenicznym kichnięciu – zaliczymy do nauczania? Czy każde papieskie słowo, zwłaszcza takie, które jest wypowiadane na pokładzie samolotu, do mediów, które często jest równoważnikiem zdania – może być uznane za nauczanie?

Wydaje mi się, że trzeba wyraźnie rozróżnić słowa, wypowiedzi czy gesty obecnego Biskupa Rzymu od nurtu nauczania Kościoła, który jest zawarty w wypowiedziach magisterialnych (Urzędu Nauczycielskiego Kościoła).

Przypomnę zatem słowa wielkiej katolickiej karty praw człowieka – encykliki Pacem in terris św. Jana XXIII: „Każdemu człowiekowi winno też przysługiwać nienaruszalne prawo pozostawania na obszarze swego własnego kraju lub też zmiany miejsca zamieszkania. A nawet – jeśli są do tego słuszne przyczyny – ma on prawo zwrócić się do innych państw z prośbą o zezwolenie mu na zamieszkanie w ich granicach. Fakt, że ktoś jest obywatelem określonego państwa, nie sprzeciwia się w niczym temu, że jest on również członkiem rodziny ludzkiej oraz obywatelem owej obejmującej wszystkich ludzi i wspólnej wszystkim społeczności” (PT 25).

Zwraca uwagę to, że prawu do zmiany miejsca zamieszkanie nie odpowiada symetryczny obowiązek państwa do przyjęcia migranta. Ponadto potencjalny migrant ma prawo zwrócić się o zezwolenie, ale nie ma prawa wdzierać się na terytorium obcego państwa.

I jeszcze słowa najbardziej ważne, bo z dokumentu o Europie. Św. Jan Paweł II podkreślał to, co wielu dzisiaj istotnie przywołuje: „Każdy musi przyczyniać się do rozwoju dojrzałej kultury otwartości, która ma na uwadze jednakową godność każdej osoby i należytą solidarność z najsłabszymi, domaga się uznania podstawowych praw każdego migranta”.

Jednak dodawał tekst, niemal całkowicie dzisiaj ignorowany przez „znawców” nauki papieskiej i kościelnej: „Do władz publicznych należy sprawowanie kontroli nad ruchami migracyjnymi, z uwzględnieniem wymogów dobra wspólnego. Przyjmowanie migrantów winno zawsze odbywać się w poszanowaniu prawa, a zatem, gdy to konieczne, towarzyszyć mu musi stanowcze tłumienie nadużyć” (Ecclesia in Europa, nr 101).

Tym samym „znawcom” przywołuję pod uwagę kolejny punkt tegoż dokumentu: „Należy również podjąć wysiłek znalezienia możliwych form autentycznej integracji imigrantów — przyjętych zgodnie z prawem — w środowisku społecznym i kulturowym różnych krajów europejskich”. Autentyczna integracja chyba nie da się pogodzić z respektowaniem szariatu? I tyle na temat nauczania papieskiego.

 

Artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „O uchodźcach niepoprawnie” znajduje się na s. 7 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „O uchodźcach niepoprawnie” na s. 7 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook