Dziki w polskich miastach to już nie pojedyncze incydenty, lecz masowy problem społeczny. Zwierzęta przestały migrować z lasów – nowe pokolenia rodzą się i wychowują w terenach zurbanizowanych. Samorządy alarmują, że sytuacja wymyka się spod kontroli, a mieszkańcy żyją w ciągłym strachu.
– Liczba dzików miejskich rośnie w tempie geometrycznym – ostrzegł Tomasz Laskus, starosta powiatu otwockiego. – Jedna locha potrafi mieć dwa mioty w roku, co daje od kilku do kilkunastu nowych warchlaków. W miastach te zwierzęta nie mają naturalnych wrogów i nie wracają już do obwodów łowieckich.
Miejskie dziki terroryzują mieszkańców
Problem dotyka najważniejszych sfer życia lokalnej społeczności. Do Starostwa Powiatowego w Otwocku każdego dnia wpływają dziesiątki próśb o interwencję. Zwierzęta rozrywają odpady, niszczą infrastrukturę i podchodzą pod domy. Najgorsze są jednak bezpośrednie konfrontacje z ludźmi.
– Jedna z mieszkanek musiała uciekać przed dzikiem do wiaty śmietnikowej i tam się zabarykadować – poinformował Tomasz Laskus. – Największe wrażenie zrobiła na mnie historia młodej matki, która całkowicie zrezygnowała ze spacerów z rocznym dzieckiem, bo pod jej domem biegała wataha licząca 20 dzików.





