Krok w bok i upadek ideologicznego dogmatu
Brukselska polityka klimatyczna jest trupem, wie to każdy, kto cokolwiek rozumie z ekonomii: ta czaszka się już nie uśmiechnie. To ogromne wyzwanie dla całej Unii – na przestrzeni ostatnich 20 lat Bruksela podniosła politykę klimatyczną do rangi religii panującej i fundamentu integracji europejskiej. Bolesny upadek tej czczej ideologii może doprowadzić do zawalenia się całego pieczołowicie rozbudowywanego gmachu europejskiej biurokracji. Muszę przyznać, że spodziewałem się szybkiego końca Ursuli von der Leyen po wyborze Friedricha Merza na kanclerza Niemiec. Ursula była protegowaną Angeli Merkel, a Merz chciał mocno zmienić kurs.
Do upadku von der Leyen jednak nie doszło. Prof. Grosse w wybitny sposób opisuje rozwój tej sytuacji: kiedy Merz zobaczył, że jest za słaby, aby wymusić zmianę kursu całej Europy, bynajmniej nie pogodził się z porażką. Znalazł lepsze, kreatywne rozwiązanie: ciężary polityki klimatycznej i okowy brukselskiej biurokracji paraliżować będą państwa słabsze i peryferyjne, podczas gdy Niemcy ruszą do przodu, realizując swoje interesy poza unijnymi strukturami. To proces, który może odesłać Unię, jaką znamy, na śmietnik historii – jednak w sposób szczególnie bolesny dla nas, a mniej dojmujący dla naszych zachodnich sąsiadów.
Arcykapłanka kultu i kreatywność Berlina
Polityka klimatyczna jest główną osią sporu między Merzem a von der Leyen. Merz widzi, że jedynym skutkiem absurdalnych obciążeń wymyślanych w Brukseli jest upadek niemieckiego przemysłu i jego wyprowadzka do Chin. Globalne emisje CO2 dynamicznie rosną i unijne polityki nie mają na to najmniejszego wpływu – gdyby więc o to chodziło, są to polityki całkowicie chybione i bezcelowe. Natomiast skutek, jakim jest odebranie Niemcom setek tysięcy miejsc pracy i osłabienie tamtejszych firm, jest bardzo realny, a jego skala – zatrważająca. Jednak von der Leyen stała się już arcykapłanką klimatycznego kultu i z tej roli wyjść nie może, nawet dla dobra Niemiec i choćby opuścił ją sam Bill Gates. A wielka masa urzędników i posłów Parlamentu Europejskiego stoi za nią murem, wiedząc, że wraz z końcem polityki klimatycznej czeka ich bezrobocie.
Na razie okazuje się, że Niemcy są w stanie to jakoś obejść. Kreatywność kanclerza pozwoliła znaleźć środki na dopłaty do energii dla przemysłu, które sprawiają, że koszt energii dla przedsiębiorstw energochłonnych jest w Niemczech obecnie nawet 2–3 razy niższy niż w Polsce. I tu pojawia się myśl: skoro polityka klimatyczna przygniata uboższe lub bardziej zadłużone państwa, takie jak Polska, Czechy czy Włochy, a Niemcy jak na razie potrafią sobie z nią kreatywnie poradzić – to może nie trzeba z tą von der Leyen aż tak zacięcie walczyć? Niemcy zyskują wewnątrz Unii przewagę relatywną i szansę na impuls do odbudowy swojego przemysłu. Pozbycie się polityki klimatycznej pozwoliłoby na gospodarcze odbicie całego kontynentu, ale skoro to niemożliwe, na razie niech odbiją się Niemcy – kosztem unijnych sąsiadów i konkurentów.



