Pamięć rodzinnej tragedii
Dla Krzesimira Dębskiego 11 lipca nie jest jedynie datą w kalendarzu. To dzień, który przypomina o tragedii jego rodziny i tysięcy Polaków zamordowanych podczas rzezi wołyńskiej.
– Ja się urodziłem szczęśliwie dziesięć lat po tych mordach. Wydaje się, że to było bardzo dawno, ale to jest tylko dziesięć lat. Przez wiele lat nie mieliśmy nawet grobów. W Zaduszki zapalaliśmy znicze obcym ludziom, bo nie mieliśmy gdzie zapalić ich swoim bliskim – wspomina kompozytor.

Spór o to, kto doprowadził do wznowienia ekshumacji polskich ofiar zbrodni wołyńskiej, nie ma nic wspólnego z rzeczywist…
Los dziadków pozostaje nieznany
Rodzina Dębskiego pochodzi z Kisielina na Wołyniu. To właśnie tam podczas wydarzeń z 11 lipca 1943 roku zginęli jego dziadkowie.
– To była ostatnia chwila życia moich dziadków. Nie było ich wtedy w kościele. Zostali uprowadzeni. Ich los do dziś pozostaje nieznany – mówi.





