Holandia od lat uchodzi za jeden z najbogatszych krajów Europy. Dochód na głowę (65 000 euro) jest o około 10 tysięcy euro wyższy niż w Niemczech, gospodarka rośnie, bezrobocie jest niskie. Na papierze – sielanka. W rzeczywistości – rośnie grupa ludzi, dla których codzienne życie staje się luksusem.
Statystyki kontra rzeczywistość
Henk de Graaf, ekspert zajmujący się obserwacją i analizą ubóstwa w Holandii, bezlitośnie obnaża rozbieżność między oficjalnymi danymi statystycznymi a codziennością 40 proc. holenderskich gospodarstw domowych, które mają poważne problemy finansowe. Statystyki pomijają kluczowy element kosztów życia. Inflacja ostatnich lat, zwłaszcza w zakresie żywności, energii i mieszkań, uderzyła najmocniej w tych, którzy wydawali się zabezpieczeni.
Najbardziej cierpią na tym gospodarstwa samotnie wychowujących rodziców, a jest to grupa mieszkańców Holandii, która dynamicznie rośnie. Dla nich wyższe rachunki za wynajem, energię i opiekę nad dziećmi oznaczają dramatyczny spadek standardu życia. Do tego dochodzi elastyczny rynek pracy, który w latach 90. uratował Holandię przed bezrobociem, a dziś pogłębia problemy, bo etaty na niepełny zakres godzin i inne formy jobsharingu prowadzą do niższych zarobków. Ludzie pracują po 20–30 godzin tygodniowo. Zarabiają mniej, a gdy ceny rosną, ich sytuacja staje się coraz bardziej krytyczna.
„Bijna armen” – nowi biedni
De Graaf wprowadza w swoim tekście pojęcie „bijna armen” (pol. „prawie biedni”), czyli ludzi pracujących i pozornie normalnie funkcjonujących, którzy jednak mogą sobie pozwolić na coraz mniej. Sport, wspólne wyjścia, zdrowe odżywianie, dodatkowe zajęcia dla dzieci – to wszystko staje się finansowo poza zasięgiem rosnącej części społeczeństwa.



