Podczas gdy oczy całego świata są zwrócone na amerykańskie Doliny Krzemowe i chińskie megaprojekty technologiczne, na Dalekim Wschodzie właśnie dochodzi do cichego przewrotu. Japonia, kojarzona dotychczas z ostrożnym podejściem do cyfrowej rewolucji, uruchomiła potężną machinę państwowo-prywatną.
Nie chodzi jednak o stworzenie kolejnego chatbota, który potrafi wygenerować zgrabny e-mail czy namalować cyfrowy obrazek. Cel Kraju Kwitnącej Wiśni jest znacznie bardziej fundamentalny i, dla wielu, wręcz przerażający.
Tokio zamierza tchnąć cyfrowy umysł w stalowe ciała maszyn i wysłać je na ulice, do szpitali oraz fabryk. To właśnie tam rozegra się bitwa o przyszłość japońskiej gospodarki.
Japoński gambit: Miliardy na „fizyczne AI”, a nie kolejne chatboty
Japonia doskonale rozumie, że przegrała pierwszy etap wyścigu o klasyczne, generatywne AI. Zamiast jednak ścigać się z OpenAI czy Google na ich własnym boisku, japońskie Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu (METI) postanowiło zmienić zasady gry.






