Teraz na antenie:
Radio Wnet
Gospodarka

Polskie miasta zostaną zalane? „Pompy będą musiały pracować w nieskończoność”

– Mamy do czynienia z bezrefleksyjnym podejściem urzędników, którzy dają zielone światło na niszczenie środowiska, a potem twierdzą, że wszystko jest w porządku – ostrzega prof. Mariusz Czop z AGH. Naukowiec bije na alarm i pokazuje, jak absurdalne decyzje doprowadzają do dramatów w Bolesławiu i Pilchowicach.
Polskie miasta zostaną zalane? „Pompy będą musiały pracować w nieskończoność”

Polskie miasta znajdą się pod wodą przez stare kopalnie? Fot. ilustracyjne

Pojezierze strachu w Bolesławiu

Zalane piwnice, pękające ściany domów, zapadliska połykające lasy i toksyczna woda wybijająca z ziemi niczym gejzery. To nie jest opis krajobrazu po uderzeniu potężnego tsunami, ale codzienność mieszkańców powiatu olkuskiego. Wszystko dzieje się w majestacie prawa, za cichym przyzwoleniem państwowych urzędników.

Likwidacja kopalni cynku i ołowiu w gminie Bolesław miała przebiec sprawnie i bezproblemowo. Prywatny przedsiębiorca otrzymał od państwa wszystkie niezbędne zgody na najtańszą metodę zamknięcia zakładu – samozatopienie. Po wyłączeniu gigantycznych pomp woda podziemna zaczęła błyskawicznie wracać na powierzchnię, niszcząc wszystko na swojej drodze.

– Sytuacja w gminie Bolesław jest po prostu katastrofalna – alarmuje prof. Mariusz Czop z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

– Moi koledzy dziennikarze mówią, że to katastrofa zgodna ze wszystkimi pozwoleniami – dodaje naukowiec.

Urzędnicy i likwidator kopalni przekonują mieszkańców, że powrót wody do pierwotnego poziomu to w pełni naturalny proces. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że doszło do rażących zaniedbań. Podziurawiony jak ser szwajcarski górotwór sprawił, że woda płynie zupełnie nowymi drogami, a brak wybudowanych kanałów odpływowych potęguje problem.

Szkody górnicze i podtopienia zagrażają już nie tylko gminie Bolesław, ale połowie powiatu olkuskiego, Bukownu, Kluczom, a nawet sąsiedniej Dąbrowie Górniczej i Jaworznu. Mieszkańcy kolejnych posesji ze strachem patrzą w przyszłość, bo tradycyjne metody walki z żywiołem tutaj nie zadziałają.

– Mamy do czynienia z permanentną potrzebą pompowania wody praktycznie do końca świata – ostrzega prof. Mariusz Czop.

Zatopiona obwodnica za miliony

Przed rozpoczęciem procesu zatapiania kopalni lokalne władze i inwestorzy roztaczali przed mieszkańcami wizję turystycznego raju. Obiecywano, że zalane wyrobiska odkrywkowe stworzą malownicze pojezierze olkuskie, które przyciągnie urlopowiczów i dorówna popularnością Mazurom. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna.

Zamiast piaszczystych plaż powstało „pojezierze strachu”. Powracająca woda jest silnie zanieczyszczona metalami ciężkimi i siarczanami, przez co wykazuje agresywne działanie niszczące beton. Największym absurdem okazały się jednak zalane lasy oraz nowo wybudowana infrastruktura drogowa.

– Pod lustrem wody stoją zatopione, gnijące drzewa, a obwodnica Bolesławia, na którą wydano 8 milionów złotych, zniknęła pod czterema metrami wody – opisuje prof. Czop.

Najpierw nową trasę pociurawiły głębokie zapadliska, a ostatecznie zalał ją toksyczny potop. Droga jest całkowicie nieprzejezdna i niszczeje z każdym dniem. Choć zmarnowano gigantyczne publiczne pieniądze, urzędnicy i projektanci unikają odpowiedzialności, przerzucając się pismami.

– Państwo umywa ręce, a ludzie zostali sami z problemem, bo urzędy odsyłają ich od Annasza do Kajfasza – denerwuje się ekspert z AGH.

Naukowiec podkreśla, że mieszkańcy Bolesławia, Lasek i Chudek potrzebują natychmiastowej, doraźnej pomocy finansowej i technicznej. Bez szybkiej interwencji rządu nie przetrwają kolejnej zimy w pękających, wilgotnych domach.

Ekologiczny horror w Pilchowicach

Okazuje się, że casus Bolesławia to nie odosobniony przypadek, a systemowa choroba tocząca cały kraj. Kolejna wielka katastrofa ekologiczna w Polsce rozegrała się na południowym zachodzie, w Sudetach. Ofiarą urzędniczego bezruchu i braku wyobraźni padła rzeka Bóbr w okolicach Jeleniej Góry.

Wszystko zaczęło się od koniecznego remontu zabytkowej, 62-metrowej zapory w Pilchowicach. Aby przeprowadzić prace techniczne, państwowy koncern musiał spuścić wodę ze zbiornika. Zamiast zrobić to powoli i odfiltrować nagromadzone przez dziesięciolecia osady organiczne, zrobiono to w najbardziej bezwzględny sposób.

– Otwarto dolne zasuwy i spuszczono wodę z tak potwornym impetem, że wraz z nią popłynął cały zalegający na dnie gnilny osad – tłumaczy prof. Mariusz Czop.

Skutki tej decyzji są porażające. Pozbawiony tlenu, toksyczny muł szczelnie pokrył koryto rzeki, wywołując potworny smród i natychmiastową śmierć organizmów wodnych. Krajobraz poniżej zapory przypomina cmentarzysko – woda niesie miliony martwych ryb, które zbierane są przez społeczników całymi wiadrami.

– Ryby ratowały się przed uduszeniem, dosłownie wspinając się po pionowych murach i betonowych ścianach – relacjonuje prof. Mariusz Czop.

Mimo ewidentnego kataklizmu ekologicznego, odpowiedzialny za remont państwowy koncern początkowo bagatelizował sprawę, twierdząc, że wszystkie prace prowadzone są zgodnie z procedurami i normami.

Systemowy paraliż i bezkarność

Zarówno dramat mieszkańców powiatu olkuskiego, jak i zniszczenie rzeki Bóbr pokazują tę samą, przerażającą prawdę o polskim systemie ochrony środowiska. Instytucje powołane do kontroli i wydawania pozwoleń działają bezrefleksyjnie, opierając się wyłącznie na papierowych deklaracjach inwestorów.

– To jest wspólny mianownik tych wszystkich katastrof, które dzieją się zgodnie z pozwoleniami – podsumowuje prof. Mariusz Czop.

W Polsce brakuje rzetelnej weryfikacji projektów przez niezależnych ekspertów. Urzędnicy podpisują decyzje za biurkami, nie analizując długofalowych konsekwencji dla ludzi i przyrody. Gdy dochodzi do tragedii, tarcza w postaci „zgodności z procedurami” chroni decydentów przed jakąkolwiek odpowiedzialnością karną czy finansową.

Społecznicy i naukowcy muszą jeździć do Warszawy, by na komisjach sejmowych walczyć o podstawowe prawa poszkodowanych obywateli. Bez natychmiastowej zmiany prawa i uszczelnienia systemu wydawania decyzji środowiskowych, kolejne „katastrofy z pozwoleniami” są tylko kwestią czasu.

WSPIERAJ NAS NA PATRONITE

Przeczytaj więcej

Bartoszewicz: Motyka decyduje, ile ma kosztować energia, a nam się wmawia, że to gospodarka rynkowa
Bartoszewicz: Motyka decyduje, ile ma kosztować energia, a nam się wmawia, że to gospodarka rynkowa
Wojskowe Centrum Doskonałości NATO ds. AI powstanie w Polsce? Pomysłodawczyni zdradza szczegóły
Wojskowe Centrum Doskonałości NATO ds. AI powstanie w Polsce? Pomysłodawczyni zdradza szczegóły
Tajne spotkanie w Pekinie i nagłe ultimatum dla Brukseli. „Łukaszenko dostał zielone światło”
Tajne spotkanie w Pekinie i nagłe ultimatum dla Brukseli. „Łukaszenko dostał zielone światło”