I to jest właśnie moment, który trzeba nazwać precyzyjnie: Europa dowiedziała się szerzej o rzezi Wołyńskiej i zbrodniach tych, których Ukraina wynosi na piedestały! Ta historia znów stała się politycznie aktywna. Od piątku 20 czerwca 2026, kiedy prezydent Nawrocki ogłosił, że odbiera Orła Białego Zełeńskiemu, zaczęła się nakręcać klasyczna spirala interpretacyjna. W przestrzeni medialnej pojawiła się narracja, że „Polska reaguje emocjonalnie” i „razi krótkowzrocznością” (Deutsche Welle), że „polska wrażliwość historyczna przeradza się w polityczny egoizm” (Financial Times), a nawet że „polskie elity reagują krótkowzrocznie i nadmiernie ostro na decyzje Ukrainy”, która broni się przed Rosją i buduje własną narrację tożsamościową.
Ten schemat wydaje się prosty, ale jest niebezpiecznie uproszczony, ponieważ całkowicie pomija genezę konfliktu i sprowadza wszystko do jednego punktu zapalnego. Recepcja prosta: zły polski prezydent, bo się obraża, i ani słowa o decyzji Zełeńskiego, bo Ukraińcy walczą z Rosją, czyli… mogą więcej i trzeba im wybaczać, jak niesfornemu młodszemu rodzeństwu. Ale czara goryczy się przelała.
Geneza, którą wszyscy pomijają, bo psuje wygodną narrację
W tej debacie niemal nikt nie wraca do początku. A początek nie znajduje się w Warszawie ani w europejskich komentarzach medialnych, lecz w decyzjach symbolicznych podejmowanych przez Ukrainę w ramach budowania własnej narracji historycznej.
Jednym z takich elementów jest konsekwentne przywracanie w przestrzeni publicznej nazw, symboli i odniesień do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. W ukraińskiej optyce są to elementy walki o niepodległość i oporu wobec Związku Sowieckiego. W polskiej pamięci są one jednak nierozerwalnie związane z tragedią ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.










