Teraz na antenie:
Radio Wnet
Polska

Kraków przed referendum. Co naprawdę złości mieszkańców?

Referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa nie bierze się z jednego sporu. Zdaniem Fundacji Wolność i Własność to efekt wielu lat narastającej frustracji, której katalizatorem stała się strefa czystego transportu.
Kraków przed referendum. Co naprawdę złości mieszkańców?

Kraków, fot. flickr.com/Jose A.

Referendum w Krakowie. Skąd bierze się gniew wobec władz miasta

Kraków szykuje się do referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. W publicznej debacie często sprowadza się ten spór do politycznej walki lub jednego konkretnego tematu, ale z rozmowy z Moniką Brzozowską-Pasieką, wiceprezes Fundacji Wolność i Własność, wyłania się obraz znacznie szerszy. W jej ocenie o narastającym buncie mieszkańców przesądziło kilka nakładających się na siebie zjawisk, a strefa czystego transportu stała się jedynie katalizatorem dużo głębszego problemu.

Rozmówczyni podkreśla, że fundacja zaczęła intensywnie zajmować się sprawami Krakowa dwa lata temu właśnie z powodu planów związanych ze strefą czystego transportu. Jej zdaniem był to moment, w którym wiele osób po raz pierwszy bardzo wyraźnie odczuło, że decyzje podejmowane przez miasto zaczynają bezpośrednio uderzać w ich codzienne życie. „Myślę, że ta idea strefy czystego transportu to był taki katalizator w ogóle do wszelkich zmian, również do kwestii referendum” — mówi.

Kraków przed referendum. Co naprawdę złości mieszkańców?
21.05.2026
32 min
Kraków przed referendum. Co naprawdę złości mieszkańców?

Prowadzący:

Strefa czystego transportu jako punkt zapalny

Monika Brzozowska-Pasieka przypomina, że od 1 stycznia 2026 roku strefa czystego transportu zaczęła obowiązywać i bardzo szybko okazało się, że budzi ogromne emocje. Problemem nie są według niej tylko same założenia ekologiczne, ale praktyczne skutki ich wdrożenia. Chodzi zarówno o mieszkańców spoza Krakowa, którzy pracują w mieście lub dojeżdżają tu w pilnych sprawach, jak i o część samych krakowian. „Okazało się, że jest to ogromny problem z bardzo wielu punktów widzenia” — mówi.

W rozmowie wybrzmiewa zarzut, że próby rozmowy z władzami miasta i udziału w konsultacjach społecznych nie przynosiły realnych efektów. „My próbowaliśmy wielokrotnie mediować, próbowaliśmy przedstawiać różne punkty widzenia, próbowaliśmy uczestniczyć w konsultacjach społecznych, ale to wszystko nic nie dawało” — podkreśla rozmówczyni. Jej zdaniem dopiero wtedy zaczął narastać realny gniew osób, które nagle zorientowały się, że wjazd do Krakowa staje się dla nich problemem nawet w sprawach podstawowych — takich jak dojazd do lekarza, do pracy czy związany z nagłą potrzebą rodzinną lub zawodową.

Nie tylko mieszkańcy Krakowa odczuli skutki zmian

Brzozowska-Pasieka zwraca uwagę, że jedna z najważniejszych grup dotkniętych nowymi regulacjami to mieszkańcy tzw. krakowskiego obwarzanka — osoby z Wieliczki, Skawiny, Dobczyc i innych okolicznych miejscowości, które na co dzień pracują lub funkcjonują w Krakowie. To ludzie, którzy często mają centrum życia zawodowego właśnie w mieście, ale formalnie nie są jego mieszkańcami. „To są osoby spoza Krakowa, czyli ten cały obwarzanek krakowski, ci ludzie, którzy tak naprawdę mieszkają w swoich miejscowościach, no a tutaj mają centrum swojego życia zawodowego” — wyjaśnia.

Jednocześnie zaznacza, że właśnie te osoby nie mogą wziąć udziału w referendum, choć to one nierzadko bardzo dotkliwie odczuwają skutki zmian. W jej opinii jednak ich niezadowolenie oddziałuje również na samych krakowian i tworzy szerszą atmosferę buntu.

Referendalna mobilizacja w Krakowie. „Miasto osuwa się w obszary absurdu”
Referendalna mobilizacja w Krakowie. „Miasto osuwa się w obszary absurdu”

– To nie jest akcja przeciwko jednej partii czy Donaldowi Tuskowi. To akcja ratunkowa dla Krakowa – mówił Jan Hoffman pr…

To nie tylko SCT. „To nie jest jedyna rzecz”

Rozmówczyni kilkakrotnie podkreśla, że strefa czystego transportu była ważnym impulsem, ale nie jedyną przyczyną obecnej sytuacji. Jej zdaniem problem ma charakter znacznie bardziej strukturalny i wynika z wieloletniego sposobu zarządzania Krakowem. „Strefa czystego transportu to był taki katalizator do zmiany. Natomiast to nie oznacza, że to jest jedyna rzecz, która samych mieszkańców niepokoi, denerwuje i sprawia, że chcieliby zmiany” — mówi.

W tym ujęciu referendum nie jest wyłącznie oceną ostatnich miesięcy czy nawet ostatnich dwóch lat. To również reakcja na lata narastających problemów: chaotycznej zabudowy, ograniczeń komunikacyjnych, rosnących kosztów życia w mieście i poczucia, że Kraków przestaje być miejscem przyjaznym do codziennego funkcjonowania.

Kraków wypycha mieszkańców poza swoje granice

Jednym z mocniejszych fragmentów rozmowy jest osobiste wyznanie Moniki Brzozowskiej-Pasieki, która sama nie może dziś wziąć udziału w referendum, bo wyprowadziła się poza Kraków. I jak mówi — nie stało się to przypadkiem, ale właśnie pod wpływem zmian zachodzących w mieście. „To były między innymi kwestie betonowania Krakowa, to były kwestie różnych ulic, które nagle stawały się jednokierunkowe. Kraków tak naprawdę trochę nas wypchnął do okolicznych miasteczek” — tłumaczy.

To ważna obserwacja, bo dobrze oddaje jedno z głównych napięć, jakie pojawiają się dziś wokół Krakowa. Miasto wciąż przyciąga ludzi do pracy, szkół i uczelni, ale jednocześnie część dotychczasowych mieszkańców decyduje się z niego wyprowadzić, nie tyle z powodu zmiany stylu życia, ile z powodu zbyt dużych utrudnień i kosztów codziennego funkcjonowania.

Czy referendum to polityka? „Ja bym tego tak nie oceniała”

W debacie wokół referendum często pojawia się zarzut, że to inicjatywa stricte polityczna. Brzozowska-Pasieka wyraźnie się od tego dystansuje. Jej zdaniem bunt wobec władz miasta obejmuje bardzo różne środowiska i nie da się go sprowadzić do jednej opcji politycznej. „Ja bym tego tak nie oceniała z punktu widzenia politycznego” — mówi.

Przywołuje przy tym ruch „Nie oddamy miasta”, z którego wyrasta jej fundacja. Jak podkreśla, gromadzi on bardzo różne grupy społeczne — zróżnicowane wiekowo, światopoglądowo i politycznie. Do organizacji zgłaszają się osoby o różnych poglądach, ale łączy je wspólne przekonanie, że miasto zaczęło funkcjonować w sposób sprzeczny z ich codziennymi potrzebami. „To są osoby naprawdę bardzo, bardzo różne, a jednak one idą również głosować na referendum” — zaznacza.

Młodzi mieszkańcy coraz bardziej zaangażowani

Rozmówczyni zauważa też ważną zmianę społeczną. Jej zdaniem Kraków przestaje być miastem, w którym sprawami samorządowymi interesują się głównie starsi mieszkańcy lub lokalne elity. Coraz częściej do działań społecznych i obywatelskich włączają się ludzie młodzi — studenci i osoby tuż po studiach. „Do nas coraz częściej przychodzą grupy osób bardzo młodych” — mówi.

Ten wzrost zaangażowania miała pokazać choćby sprawa rozpatrywana przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym. Brzozowska-Pasieka podkreśla, że zainteresowanie było tak duże, iż trzeba było zmieniać salę, a przed sądem odbywał się protest. W jej ocenie to dowód, że mieszkańcy coraz mocniej reagują wtedy, gdy miejskie decyzje zaczynają dotykać najbardziej podstawowych spraw — parkowania, dojazdu, możliwości poruszania się po mieście.

Transport miejski coraz droższy, a miasto nadal stoi w korkach

Kolejnym ważnym tematem rozmowy są koszty i jakość transportu zbiorowego. Rozmówczyni zwraca uwagę, że jednym z elementów niezadowolenia są bardzo wysokie ceny biletów. Podaje przykład krótkiego przejazdu komunikacją miejską za 4 zł i wskazuje, że dla wielu osób to realny problem, zwłaszcza jeśli słyszą jednocześnie, że powinny zrezygnować z samochodów.

W tej krytyce pobrzmiewa głębsza sprzeczność. Z jednej strony mieszkańcy słyszą wezwanie do przesiadki na transport zbiorowy, z drugiej — miasto ich zdaniem nie zapewnia takiej jakości ani takiej dostępności komunikacji, która uczyniłaby ten wybór wygodnym i opłacalnym. Do tego dochodzi kwestia permanentnych remontów i korków. Brzozowska-Pasieka mówi wprost: „Cały czas Kraków stoi po prostu w korkach”. I dodaje, że często jednoczesne remontowanie kilku głównych arterii sparaliżowuje ruch w całym mieście.

Betonowanie miasta i brak infrastruktury

W rozmowie bardzo mocno wybrzmiewa również zarzut dotyczący urbanistyki. Monika Brzozowska-Pasieka mówi o intensywnej zabudowie kolejnych terenów i o tym, że za nowymi inwestycjami nie nadąża infrastruktura. „Dołożono bloków, dołożono mieszkańców, natomiast zapomniano o tym, żeby na przykład udrożnić dzielnicę, żeby powstały ulice, żeby była cała infrastruktura związana z przedszkolami, żłobkami, szkołami” — wylicza.

To jeden z tych zarzutów, które wracają w wielu polskich miastach, ale w Krakowie — mieście z wyjątkowo dużą presją turystyczną, deweloperską i komunikacyjną — wybrzmiewa szczególnie mocno. Rozmówczyni wskazuje, że nie chodzi już o pojedyncze inwestycje, ale o całą logikę rozwoju miasta, w której potrzeby mieszkańców schodzą na dalszy plan.

„Mieszkańcy trochę przeszkadzają włodarzom miasta”

To właśnie to poczucie prowadzi do najmocniejszego sformułowania w całej rozmowie. Brzozowska-Pasieka mówi wprost: „Dzisiaj mamy wrażenie, że mieszkańcy trochę przeszkadzają włodarzom miasta i to jest coś, na co my się nie możemy zgodzić”.

To zdanie dobrze oddaje emocjonalny fundament referendum. W tej narracji nie chodzi tylko o konkretne uchwały, ceny czy zakazy, ale o wrażenie, że miasto przestaje być zarządzane dla ludzi, którzy w nim mieszkają, pracują i płacą podatki. A to w polityce lokalnej bywa jednym z najsilniejszych impulsów do zmiany.

Czy to już koniec „Krakówka”

W rozmowie pojawia się też ciekawy wątek kulturowy — pytanie o „Krakówek”, czyli pewien utrwalony obraz miasta, jego elit i stylu zarządzania. Brzozowska-Pasieka ocenia, że Kraków coraz bardziej zmieniają ludzie młodzi, którzy przyjeżdżają tu z różnych stron Polski na studia i do pracy. „Kraków jest takim miastem w tej chwili już trochę młodzieżowym” — mówi. Ale zaraz dodaje z ostrożnością: „Czy to jest koniec Krakówka? Nie wiem. Chyba po referendum zobaczymy”.

To jedna z bardziej interesujących myśli tej rozmowy, bo pokazuje, że referendum może być nie tylko lokalnym głosowaniem nad konkretnym prezydentem, ale także testem szerszej zmiany mentalnej w mieście.

„Nie oddamy miasta”

Na koniec rozmówczyni tłumaczy, dlaczego tak mocno angażuje się w działania społeczne. Jej odpowiedź jest prosta i bardzo konkretna: „Bo to jest nasze miasto, my tu mieszkamy, my tu mamy swoje rodziny, my tu mamy swoją pracę, my chcemy żyć po prostu tak, żeby nas nikt nie ograniczał”.

Dodaje, że nie chodzi o bunt przeciwko wszelkim opłatom czy obowiązkom, ale o zdrowy rozsądek i proporcje. Mieszkańcy chcą miasta racjonalnego, wygodnego do życia i urządzonego z myślą o nich, a nie wbrew nim. To właśnie w tym sensie hasło „Nie oddamy miasta” brzmi tu nie jak polityczny slogan, ale jak obywatelska deklaracja.

Autorzy:

Przeczytaj więcej

Zbrodnia Wołyńska. IPN odkrył szczątki Polaków w Hucie Pieniackiej!
Zbrodnia Wołyńska. IPN odkrył szczątki Polaków w Hucie Pieniackiej!
Adwokat dostał się w końcu do Kraskowskiego. „Jest pogryziony przez pluskwy, w jednych szortach od soboty”
Adwokat dostał się w końcu do Kraskowskiego. „Jest pogryziony przez pluskwy, w jednych szortach od soboty”
Pilarek: Wrzosek odjechał peron. Skieruję wniosek o ściganie dyscyplinarne
Pilarek: Wrzosek odjechał peron. Skieruję wniosek o ściganie dyscyplinarne