Wiosna w Paryżu i amerykańskie chóry gospel
U nas ciepło – zaczyna felieton Piotr Witt. Drzewa w liściach. Wczoraj mieliśmy 27 stopni Celsjusza. W świetle wiosennego słońca płoną paryskie kamienice. W okresie Wielkanocy do najpiękniejszego miasta świata zjeżdżają amerykańskie chóry, w tym roku liczniejsze niż zwykle. Gospel Dream, Gospel River, Gospel Hell – sto głosów śpiewało Ewangelię w katedrze amerykańskiej, w kościołach Saint-Sulpice i Świętej Trójcy, w kościele św. Marcina, śpiewało gospel w świątyni luterańskiej i w ogromnej hali Zénith.
Informuje o tym setki ogłoszeń rozplakatowanych w mieście. Przy wejściu do metra Madeleine w Wielką Sobotę widziałem młodego mężczyznę o ciemnej cerze, jak z ciekłością zdzierał te wszystkie plakaty. Młody likwidator ogłoszeń nie wie zapewne, że gospel, czyli Ewangelia, czyli dobra nowina, jest pieśnią czarnych niewolników, którzy na plantacjach amerykańskich szukali – jak on – pociechy w modlitwie i, aby poprawił ich los, błagali Boga zmartwychwstałego słowami Ewangelii ujętymi w pieśni. Zresztą, nawet gdyby o tym wiedział, niewiele by w to uwierzył. Wystarczy, że to amerykańskie, aby to nienawidzić.
W innych dzielnicach ujrzałem również świeże strefy afiszów. Jeżeli prezydent Trump pragnął rozniecić w świecie nienawiść do swego kraju, która od pewnego czasu nieco zaczęła przygasać, to mu się to udało więcej jak w stu procentach.



