Kardynał Ryś wzywa do pielgrzymek do synagog, bo widzi potrzebę dialogu. W świecie spolaryzowanym, gdzie słowo „inny” często zamienia się w „wróg”, Kościół potrzebuje ludzi odważnych, którzy potrafią wyjść poza własną bańkę. To nie tworzy jednak klimatu i zgody na relatywizm. To świadome przyjęcie faktu: istnieje druga tradycja, inna perspektywa czy punkt odniesienia. Spotkanie w synagodze nie zmienia fundamentu naszej wiary, ale pozwala nam go zrozumieć w kontekście, w którym żyli nasi przodkowie i wciąż żyją inni ludzie.
Jezus w oczach rabinów
Bo dialog bez fundamentu jest pusty. Ale fundament bez dialogu staje się betonowym murem zamykającym nas w niewiedzy i stereotypach. I właśnie o tym kardynał Ryś nam przypomina, że nasza siła tkwi w rozumieniu, w obecności i w świadomym spotkaniu z tym, co inne. Wszystko to piękne, wszak pod jednym warunkiem. Jakiego? Wzajemnego szacunku! I tutaj dochodzimy do sedna.
Oto pojawia się moment trudny, który niektórzy odbierają jako bardziej niż kontrowersyjny. Judaizm nie uznaje bowiem Jezusa za Mesjasza ani Syna Bożego. W tradycji rabinicznej Jezus jest postacią historyczną, nauczycielem i kaznodzieją, Jezus w tym ujęciu jest osobą, której nauki były w sporze z nauką żydowskich przywódców tamtego czasu. W Talmudzie pojawiają się wzmianki o „Yeszu”, które raczej komentują samą historię. Nie chodzi mi o nienawiść czy podziały, lecz o odmienny punkt widzenia: Jezus nie jest fundamentem judaizmu.






