Teraz na antenie:
Radio Wnet
Polska

Liban pod presją wojny. „Było niedobrze, jest źle i zapowiada się, że będzie gorzej”

– Izrael zapowiada krótką wojnę z Iranem, ale długą o Liban – relacjonuje Kazimierz Gajowy. W tle rośnie kryzys humanitarny, napięcia społeczne i ryzyko strefy buforowej na południu.
Liban pod presją wojny. „Było niedobrze, jest źle i zapowiada się, że będzie gorzej”

Libańskie dzieci, fot. Fundacja Fenicja

Posłuchaj całej rozmowy:

Kazimierz Gajowy (Studio Bejrut, Radio Wnet) mówi wprost: nagłówek „wojna o Iran” jest mylący, bo w praktyce region wchodzi w konflikt o znacznie szerszym zasięgu. Z perspektywy Bejrutu kluczowe pytanie brzmi inaczej – jak długo potrwa wojna o Liban i czy kraj utrzyma się w ryzach, kiedy presja militarna zacznie mieszać się z kryzysem humanitarnym i rosnącymi napięciami wewnątrz społeczeństwa.

W tej logice Liban staje się – jak opisuje korespondent – platformą, którą Izrael chce „wyłączyć” jako źródło zagrożenia rakietowego.

Wojna będzie krótko o Iran, a długo o Liban

– mówi Gajowy.

Partyzantka na południu i „mentalność zwycięzcy”

Gajowy zwraca uwagę, że ewentualna inwazja lądowa Izraela – choć zapowiadana – ma postępować ostrożnie. Powód jest prosty: południe Libanu to teren, gdzie Hezbollah działa w logice partyzanckiej. W tej wojnie nie chodzi tylko o starcie armii z armią, ale o setki małych „punktów oporu”, w których żołnierze mogą wpadać w zasadzki.

Każdy otwór w ziemi, każda mniejsza czy większa grota staje się pułapką dla żołnierzy izraelskich, dla czołgów

– podkreśla.

W jego opisie kluczowa jest też psychologia walki: bojownicy Hezbollahu mają funkcjonować w schemacie, w którym każda wersja wydarzeń może zostać przedstawiona jako zwycięstwo – albo przez męczeństwo, albo przez triumf.

Oni zawsze będą zwycięzcami – albo dostaną koronę męczeństwa, albo będą triumfować

– zaznacza.

Bilans ofiar i fala przesiedleńców

Najmocniejsza część relacji dotyczy tego, co dzieje się poza polem walki. Gajowy mówi o rosnącej liczbie ofiar i o skali migracji wewnętrznej, która zaczyna zmieniać Liban „od środka”. Podkreśla, że w najnowszych danych rządowych ma pojawić się pełniejszy obraz, ale już teraz – jak mówi – sytuacja jest dramatyczna.

Mamy przynajmniej 800 Libańczyków, którzy stracili życie. Wśród nich jest aż 80 dzieci

– mówi.

Mamy już milion zarejestrowanych uchodźców, a nawet troszkę więcej

– dodaje.

Aby unaocznić polskiemu odbiorcy skalę, sięga po prostą proporcję: „pomnóżmy to przez 10”. Wtedy – w jego porównaniu – mielibyśmy w Polsce kilka tysięcy zabitych i miliony ludzi przemieszczonych wewnątrz kraju.

Prosiłbym to wszystko pomnożyć przez 10 i tak to by wyglądało w Polsce

– podkreśla.

W tej perspektywie Gajowy mówi o scenariuszu, w którym najgorsze może dopiero nadejść: kiedy zaczną się realne braki podstawowych dóbr i energii, a państwo nie będzie w stanie stabilizować sytuacji.

Napięcia na północy. „Uciekinier” jako kozioł ofiarny

W relacji pojawia się kolejny, bardzo ważny wątek: napięcie między mieszkańcami północy a przybywającymi z południa. Gajowy mówi o rosnącym społecznym poczuciu, że „to oni sprowadzili wojnę” – i że ten gniew może szybko przełożyć się na przemoc.

Coraz częściej mieszkańcy północnego Libanu widzą w szyitach, w uciekinierach, powód tego zła, które tutaj jest

– mówi.

Opisuje incydent, w którym po uderzeniu w budynek – według relacji z potencjalną obecnością ludzi Hezbollahu – tłum miał zacząć niszczyć samochody kojarzone z jedną stroną konfliktu. Dla Gajowego to sygnał ostrzegawczy: wojenna presja zaczyna rozsadzać relacje między ludźmi.

Strefa buforowa i obawa przed „wejściem na zawsze”

W tym samym kontekście pada informacja o izraelskich zapowiedziach dotyczących strefy buforowej na południu. Gajowy mówi o obszarze rzędu 8–11% terytorium Libanu, z Tyrem włącznie, który miałby zostać oddany pod kontrolę Izraela jako element „zabezpieczenia” granicy.

Izrael zapowiedział, że z 8–11 proc. terytorium libańskiego ma się stać strefą buforową – zarządzaną przez Izrael

– relacjonuje.

Wskazuje przy tym, że libańska pamięć historyczna działa jak zimny prysznic: łatwo jest wpuścić obce wojsko, trudniej doprowadzić do jego wyjścia.

Liban wie ze swojej historii, że łatwo jest wpuścić obce wojsko na swoje terytorium, gorzej żeby kiedyś ono opuściło zajęte terytorium

– mówi.

„Opór” bez oporu. Rząd uderza w narrację Hezbollahu

Ciekawy jest też wątek wewnętrznej walki o język. Gajowy relacjonuje, że rząd libański ma zabronić używania określenia „opór” w odniesieniu do Hezbollahu. To nie jest tylko semantyka: to próba odebrania organizacji legitymizacji, którą przez lata budowała jako „obrońca kraju”.

Rząd zabronił używania słowa „opór” w odniesieniu do Hezbollahu

– zaznacza.

W tle pojawia się też większy cel: jeden ośrodek decyzyjny, jedna armia, jedno państwo – ale, jak mówi Gajowy, do tego Liban potrzebowałby silnego wsparcia i czasu, których może nie mieć.

Ilu bojowników ma Hezbollah? „Nie wyglądają”

Na pytanie o liczebność Hezbollahu Gajowy odpowiada ostrożnie: to zawsze szacunki. Mówi jednak o możliwej skali rzędu kilku tysięcy bojowników i podkreśla, że ich „codzienny wygląd” często nie zdradza roli.

Może dysponować jeszcze około trzema tysiącami bojowników. Oni nie wyglądają na bojowników

– mówi.

Przywołuje też epizod z Uniwersytetu Libańskiego w Bejrucie Południowym, gdzie w nalocie mieli zginąć naukowcy. W jego opisie to przykład „podwójnego życia” – wykładowcy za dnia, zaplecze technologiczne dla organizacji nocą.

W dzień wykładali chemię, a nocami tworzyli formuły, jak przetwarzać środki typu saletra amonowa

– podkreśla.

Lotnisko działa. „Nie przyjeżdżajcie do Libanu”

Mimo wojny lotnisko w Bejrucie – według relacji – działa, a narodowy przewoźnik utrzymuje połączenia. Gajowy mówi o bardzo drogich biletach i o tym, że dla części ludzi to jedyna realna „furtka” do wyjazdu.

Lotnisko w Bejrucie o dziwo działa

– mówi.

Jednocześnie formułuje jednoznaczne ostrzeżenie: to nie jest moment na przyjazd do Libanu, a osoby, które nie muszą tam być, powinny rozważyć wyjazd, póki jest to możliwe.

W żadnym wypadku nie jest to czas, żeby w ogóle się pojawiać w Libanie

– zaznacza.

Pomoc na miejscu. „To już nie chodzi o paczki”

Końcówka rozmowy schodzi na to, co dzieje się „na ziemi”: pomoc, kontakt z ludźmi, ratowanie codzienności. Gajowy podkreśla, że wsparcie nie kończy się na jednorazowych dostawach. Liczy się też sam fakt obecności i rozmowy, bo ludzie w kryzysie potrzebują poczucia, że ktoś widzi ich sytuację.

To już nie chodzi o paczki… kiedy ci ludzie widzą, że ktoś do nich przychodzi, to jest dla nich też taka odskocznia

– mówi.

Wspomina też o działaniach kierowanych do dzieci – by choć na chwilę odciągnąć je od wojny – i przypomina o społecznościach, które często „wypadają z kadru”, w tym o chrześcijanach w rejonach zagrożonych.

/ad

Przeczytaj więcej

Bańko: Prokuratura powinna się znaleźć w konstytucji
Bańko: Prokuratura powinna się znaleźć w konstytucji
Szpital Południowy. Piotr Semka: Kolejne nagrania mogą już nie szokować. „Ludzie się wyłączają”
Szpital Południowy. Piotr Semka: Kolejne nagrania mogą już nie szokować. „Ludzie się wyłączają”
Bryłka: Zełenski nie spodziewał się, że temat ludobójstwa na Wołyniu wywoła takie skutki
Bryłka: Zełenski nie spodziewał się, że temat ludobójstwa na Wołyniu wywoła takie skutki