Wczorajsza akcja była bardzo brutalna i przypominała sceny z roku 2013 i 2014. Trwała krótko – ocenił Paweł Bobołowicz, zaznaczając, że policja nie poinformowała uczestników o możliwości użycia siły czy o nielegalności zgromadzenia. Protestujący próbowali zatrzymać autobus, w którym znajdowały się osoby wyciągnięte z tłumu przez policję. Na szczęście akcja z wczoraj nie była kontynuowana i namiotowe miasteczko przed Radą Najwyższą Ukrainy nadal istnieje, a noc przebiegła spokojnie. Policja przedstawiła zadziwiające tłumaczenie całej akcji.
– Celem akcji było odebranie protestującym tarcz zabranych przez nich ukraińskim siłom prewencyjnym – powiedział Bobołowicz. – Przy okazji zabrano 11 działaczy, którzy zostali wywiezieni spod Rady Najwyższej do jednego z posterunków, skąd po interwencji opozycyjnych deputowanych zostali wypuszczeni.
Akcja wprowadziła wiele nerwowości i spowodowała, że cały protest, który miał się już ku końcowi, nabrał rozmachu, a liczba obecnych jeszcze uczestników z 200-300 osób urosła do tysiąca. Pojawili się tam również opozycyjni deputowani, którzy, mimo wzajemnych animozji, dołączyli do protestujących.
Prezydent Petro Poroszenko zbył milczeniem postulaty rozmów z manifestantami.



