Miasto Grzegorza z Sanoka, Jerzego Harasimowicza i jednego z największych polskich malarzy i grafików Zdzisława Beksińskiego. Wiesław Banach przyznał, że na popularyzację twórczości Beksińskiego, a co za tym idzie również Sanoka i Muzeum Historycznego, wpłynął zarówno film „Ostatnia taka rodzina”, jak i książka Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”.
– Mamy tutaj widzów, którzy już czytali książkę, widzieli film i specjalnie nie kochają muzeów ani nie chodzą na wystawy, ale przyjechali tutaj skonfrontować to, co zobaczyli, i nagle okazuje się, że ci niewrażliwi na sztukę ludzie wychodzą poruszeni z tego muzeum, jacyś inni – powiedział dyrektor muzeum. Przyznał, że na grobowcu rodziny Beksińskich cały czas stoją kwiaty i płoną znicze, jest też w Sanoku ścieżka „Śladami Beksińskich”.

fot.By Silar – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=23827313
Grafika komputerowa z okresu 2000-2005
– Będąc w Sanoku, trzeba być tutaj, na zamku, wchłonąć atmosferę tego miasta, przejść się jego ulicami – zwrócił uwagę Wiesław Banach, przypominając, że dla Tomasza Beksińskiego Sanok był miastem mitycznym, to „była Atlantyda, którą utracił, przenosząc się na studia”.
– Zdzisław Beksiński mówił, że natura go nie obchodzi, krajobraz go nie obchodzi. On tutaj trochę grał – ocenił Banach i przypomniał, że malarz jako młody człowiek, zjeździł te tereny, zjeździł Bieszczady. Wspominając swoją pierwszą wizytę u Beksińskiego po jego przeprowadzce do Warszawy, w okresie, kiedy budowano metro, powiedział, że sławny malarz zachwycał się, że u niego w mieszkaniu słychać „tylko traktory i młoty pneumatyczne, i jest to wspaniała muzyka”.
– Gdy Zdzisław zostaje już sam po śmierci żony Zosi, przeuroczej zresztą osoby, i potem po tragicznym samobójstwie Tomka, właściwie zdaje sobie sprawę, że jego miejsce docelowe, w którym powinien zostać, to Sanok – stwierdził Banach. Wspominał „wieczorny telefon” od Beksińskiego – malarz chciał, aby przyjechał jak najszybciej do niego do Warszawy, „bo ma sprawę do omówienia”.
– Ta „sprawa do omówienia” to była kwestia testamentu i był to dla mnie niesłychanie trudny moment – wyznaje Wiesław Banach, któremu Zdzisław Beksiński chciał przekazać całą swoją spuściznę. – Panie Zdzisławie, to jest niemożliwe, mówiłem, muzeum – zgoda, ale nie mnie. Na to Beksiński: „Wie pan, jak to jest, dziś pan jest dyrektorem, a jutro już nie, a potem te wszystkie obrazy spleśnieją gdzieś w magazynie w piwnicy”.




