Nawet jeśli wybrane przez nas albumy nie krzyczą i nie błyszczą marketingowym blichtrem (który szybko blaknie), oraz nie walczą o pierwsze miejsca na playlistach i zestawieniach sprzedaży, to są ważne i niosą kult aktu tworzenia!
Miejsca od 30. – 21. pokazują polską scenę żywą, różnorodną i pełną pasji. Obok młodych głosów stoją artyści doświadczeni, a między riffami i bitami coraz częściej słychać ciszę mocy metafor, tę najtrudniejszą, bo wymagającą skupienia. To muzyka do słuchania w absolutnej całości. Bez przewijania. Bez pośpiechu. Bez skrótów. Zaprawdę powiadam warto!
Tomasz Wybranowski
Tutaj do wysłuchani 2. część naszego zestawienia najwazniejszych polskich płyt roku 2025 Radia Wnet:
30. Loveworms – „Loveworms” [album]
Loveworms pojawiają się na scenie bez długiej rozbiegówki starych radiowych taśm, jak zespół, który od początku wie, po co gra i w jakim tempie chce biec. Choć formalnie to nowy skład, ich muzyka brzmi dojrzale i pewnie, jak gdyby te siedem utworów było naturalnym efektem lat grania, a nie debiutancką próbą.
Loveworms to świeżością wiosny brzmiący post-punkowy zespół z Gdańska, ze sznytem brexitcore’owym revivalem. Brexitcore to potoczne określenie na brytyjską nową falę post-punka z końca lat 2010roku. Jego cecgy to surowe brzmienie, motoryczno – hipnotyczny bas z czasami melorecytywnym wokalem z ironicznymi tekstami tyczącymi współczesności. Nazwa tego podgatunku ciążu do klimatu społeczno-politycznego po Brexicie, który można streścić jako zmęczenie rzeczywistością niż odnieść do ścisłego, kanonicznie zdefiniowanego gatunku.
Młodzieńcza energia Loveworms miesza się tu z doświadczeniem i charyzmą, a po krótkiej trasie po Polsce i entuzjastycznie przyjętym debiucie podczas Fląder Fest wygląda na to, że to zespół urodzony pod naprawdę dobrą gwiazdą.
Trójmiejski beton, wiatr od morza, chłód i przemysłowa szarość są tu nie tyle tłem, co paliwem dla dźwięku. Punk i post-punk spotykają się w wersji oszczędnej, surowej i bezkompromisowej, bliższej brytyjskiej wściekłości niż lokalnej nostalgii. Wokal Kat nie łagodzi przekazu, przeciwnie! Nadaje mu impet i nerw, który pcha utwory do przodu. Gitary Adama Piskorza i bas Mateusza „Vreena” Kunickiego pracują jak zwarta maszyna, a perkusja Miłosza Rusakowa trzyma wszystko w ryzach, bez zbędnych ozdobników.
To płyta krótka, ale gęsta. Nie znajdziemy na niej pustych przebiegów ani wypełniaczy. „Heartbeat” i „November” pokazują, że Loveworms potrafią łączyć chłód z emocją. Zespół nie próbuje wywracać świata, ale wyraźnie zaznacza swoją obecność. To materiał, który bardziej obiecuje niż podsumowuje. I bardzo dobrze! Ta historia dopiero się zaczyna.

AcidSitter nie grają psychodelii — oni ją praktykują, jak rytuał i podróż w jednym. „Escape from Egoland” to album-koncept, który prowadzi słuchacza przez kolejne etapy odrzucania ego, iluzji i współczesnych lęków. Polsko-japoński skład brzmi tu jak zespół idealnie zsynchronizowany w transie, gdzie każdy element ma swoje miejsce. Nagranie na taśmę nadaje całości organicznej chropowatości, a produkcja Macieja Cieślaka podkreśla puls i brud zamiast go wygładzać. To muzyka gęsta jak dym i lepka jak nocne myśli przewijane bez końca na ekranie.
Styl AcidSitter jest trudny do jednoznacznego zaszufladkowania, bo łączy w sobie tyle różnych inspiracji i brzmień, że klasyczne etykiety zawodzą. Ich muzyka oscyluje między psychodelią, garage rockiem, stoner punkiem i nowoczesnymi eksperymentami gitarowymi, tworząc coś mgielnie nieoczywistego. Ta mieszanka daje efekt zarówno energetyczny, jak i hipnotyczny, co sprawia, że każdy utwór jest nieprzewidywalną podróżą. Dzięki temu album „Escape from Egoland” AcidSitter brzmi niezwykle, jak gdyby był równocześnie znany i zupełnie obcy.
„Killegos Attack!” uderza jak nagły wybuch, „Doomscroller’s Blues” sączy się powoli, a „PSYCHOPOMP” brzmi jak fragment obrzędu wyjęty z czasu. Finałowe „Look at the Sun” zamyka album w mantrze oczyszczenia.
Skład naszych mistrzowskich psychodelicji znakomity: Filip Franczak, Rafał Klimczak, Tetsuya Nara i Tomek Głuc. Panowie tworzą międzynarodową, bo na światowym poziomie, urzekającą alchemię opartą na dyscyplinie i dzikim ogniu ze znakomitymi tekstami. Każdy z muzyków wnosi tu własną wrażliwość, ale podporządkowaną wspólnej wizji.
A propos tekstów, poniżej przetłumaczony przeze mnie fragment „PSYCHOPOMP”:
kiedy spadłeś z nieba
nie śmieliśmy chcieć nic więcej
bo nasze wewnętrzne dzieci właśnie umierały
twoje oczy były czarne
język nienaturalnie długi
wszystko, czego nam trzeba
to psychopomp
To obraz zmierzchu czasów spokoju świata, który znaliśmy a teraz stare obietnice wygasły, a zmiany geopolityczne przetaczają się przez ludzi jak obce żywioły. Dusza człowiecza błąka się między końcem a przejściem, szukając przewodnika, który przeprowadzi ją przez chaos ku czemuś jeszcze nienazwanemu. I to owe „nieznane” oswajają (ergo przywołują)
„Escape from Egoland” to płyta wymagająca, ale nagradzająca tych, którzy uważne słuchają. Manifest, który naprawdę działa. I mapa ucieczki, z której trudno zawrócić.
„Mechu 001” pojawia się bez hałasu, jak coś, co zawsze było w tle, tylko czekało na właściwy moment. Tomasz Wojciechowski, znany z Jezabel Jazz i całej alternatywnej historii polskiego rocka, nagrywa płytę skrajnie osobistą i świadomą. To solowy album, na którym artysta bierze na siebie wszystko: kompozycje, instrumenty, decyzje i metafory. Muzyka nie epatuje formą, lecz buduje klimat, w którym liczy się słowo i uważność.
Rock w różnym świetle dnia i nocy jest tu krajobrazem (a nie deklaracją) czasem surowym, czasem lirycznym. Utwory brzmią jak osobne opowieści nadawane z różnych częstotliwości podświadomości, która wykluje za chwilę człowieka świadomego siebie. „Ichneumon” otwiera album jak czujny tropiciel sensu, prowadząc słuchacza w głąb wydawnictwa. „Szept” czy „Nie ma się co bać” działają dyskretnie, ale długo rezonują.
Mechu stawia na melodyjne, gitarowe piosenki z rockowym sznytem — piękne melodie i elektryczna energia unoszą się tu swobodnie, nie przywiązane do żadnego gatunku. Każdy utwór to osobna opowieść, gdzie rockowe inspiracje podlane elektorniką łączą się z avant-popem i awangardową wrażliwością, tworząc przestrzeń nieoczywistą i eksperymentalną. To mieszanka melodyjności, artystycznej niezależności i awangardowego ryzyka, trudna do sklasyfikowania, ale niezwykle osobista w brzmieniu.
Finałowe „Tu mówi wasz Kapitan” zamyka całość jak ostatnie zdanie dobrej książki. To płyta, która nie spieszy się z puentą. Wojciechowski nie musi nic udowadniać i – może właśnie dlatego – ta płyta brzmi tak prawdziwie. „Mechu 001″ wynagradza cierpliwość. I zostaje na długo.
VIRGO tworzy przestrzeń dla tych, którzy czują się zmęczeni światem, ale nie chcą się z niego wycofać. „Szukajmy innych planet” to debiut, który stawia na emocję i spójność zamiast efektu. Jedenaście utworów układa się w podróż przez stany wewnętrzne: od tęsknoty po nadzieję. Muzyka balansuje między alternatywą, dream-popem a rockową wrażliwością, nie tracąc własnej tożsamości.
Virgo to zespół, który nie mieści się w żadnej jednej szufladce — ich muzyka płynie między alternatywą, rockiem i melancholijnym dream-popem. Na „Szukajmy innych planet” każdy utwór to osobna przestrzeń, w której gitary, pianino i syntezatory tworzą pejzaż ludzkich emocji.
Wokal Małgorzaty Grabowskiej unosi te dźwięki, sprawiając, że nostalgia miesza się z nadzieją, a tęsknota z pragnieniem ucieczki.
Tutaj do wysłuchania rozmowa z Małgorzatą Grabowską:
To muzyka, która potrafi jednocześnie wzruszać i wciągać w zupełnie inny świat. Każdy dźwięk tu ma swoje znaczenie, każda fraza jest przemyślana, a całość pulsuje subtelną, alternatywną wrażliwością. Virgo brzmi jak opowieść o duszy — znajomej, a jednak nieodgadnionej, pełnej światła i cienia, gotowej prowadzić słuchacza w inne światy.
Centralnym punktem albumu, że znowu się powtórzę, jest postać i głos Małgorzaty Grabowskiej. Głos czysty, osobisty, prowadzący narrację bez przesady. Jej wokal nie dominuje, lecz zaprasza do środka. Instrumentalne tło budowane przez Mateusza Wyzińskiego i Michała Oleńca jest oszczędne, ale pełne detali. „Przetrwam” i „Nie czekaj na śmierć” pokazują, że zespół potrafi mówić o trudnych sprawach bez patosu.
Tytułowy utwór brzmi jak manifest potrzeby zmiany, ale bez krzyku. To płyta, która nie narzuca interpretacji. VIRGO proponuje raczej wspólną przestrzeń do odczuwania. Debiut dojrzały, spokojny i autentyczny. I bardzo obiecujący.
IGO na albumie „12” prowadzi słuchaczy w emocje jak w głębokie lustro. Popowe brzmienia mieszają się tu z alternatywną wrażliwością, tworząc przestrzeń zarówno intymną, w której każdy bez problemu się odnajdzie. Jego teksty po polsku pulsują życiem. Chwilami szorstkie, czasem poetyckie, ale zawsze prawdziwe, jak szept, który następuje po krzyku. Produkcja nowoczesna, ale nie przytłacza, bowiem pozwala, by każdy dźwięk, melodia i fraza oddychały, prowadząc słuchacza przez kalejdoskop uczuć.
IGO balansuje między czułością a gniewem, pewnością a lękiem, wyciągając z popu to, co najludzkie i najbardziej nieoczywiste. Cała płyta brzmi jak podróż przez własne demony i marzenia, jak opowieść o duszy, która szuka, bada i nie boi się wnikać w ciemność, by odnaleźć światło.
„12” to album zbudowany z kontrastów, które nie walczą ze sobą, lecz współistnieją. Igor Walaszek – IGO nagrywa płytę emocjonalnie gęstą, ale pozbawioną nadmiaru. Ballady i taneczne pulsacje są tu jak różne pory dnia. Każda z nich ma swoje miejsce. Trzy instrumentalne „Impresje” porządkują narrację, pozwalając złapać oddech. Finałowy tryptyk „Geneza” cofa się do źródła, zamiast efektownie zamykać całość.
Tytuł „12” pozostaje otwarty: liczba, symbol, klucz do zmysłów i odczuć. „12 zmysłów” odwołuje się do myśli Steinera i dokładnie tak działa cały album: uruchamia więcej niż jedno pole wrażliwości.
Wspomniana myśl Rudolfa Steinera o dwunastu zmysłach nie jest tu intelektualną ozdobą, lecz kluczem do tej płyty: „12” działa jak zapis doświadczenia świata odbieranego nie tylko słuchem, ale całym, poszerzonym spektrum wrażliwości rozszerzając ją o muzyczną plazmę duszy.
Są tu piosenki radiowe i takie, które działają ciszej, ale głębiej. „Mumia” i „Pięścią w stół” pokazują siłę głosu i emocjonalną precyzję IGO. Skład twórczy oparty na duecie Walaszek–Jaworski oraz wsparciu m.in. Bartka Dziedzica i Kuby Galińskiego daje płycie spójność. Gościnne udziału Krzysztofa Zalewskiego i Odet są subtelnymi kontrapunktami, nie ozdobnikami. „12” nie próbuje być idealna. Jest uczciwa. I to jej największa siła.
„Wyjaśni się” to płyta o dorosłości rozumianej nie jako koniec marzeń, lecz jako moment, w którym przestaje się oszukiwać samego siebie. Każdy utwór jest innym odcieniem tej samej opowieści, od stacvji ironia po świadomy i oswojony już, ale jednak gorzki dystans. Po to, aby nagle niczym błyskawica zabrzmiała zaskakująca eksplozja afirmacji życia.
Patrycja Kosiarkiewicz patrzy na miłość, wolność i kłamstwa z uśmiechem kogoś, kto już wie, że nie wszystko trzeba wygrać.
Muzycznie album oddycha organicznie: rockowe DNA wciąż jest fundamentem, ale słychać tu podróże między Nashville a brytyjską alternatywą, tworzące osobliwy, własny – co niektórzy krytycy podnoszą – „Nashville grunge”. Elektronika ustępuje miejsca pracy zespołu, brzmieniu żywemu i niedoskonałemu w najlepszym sensie. Kosiarkiewicz śpiewa swobodnie, zmieniając rejestry i nastroje bez wysiłku, jakby mówiła, a nie wykonywała partię wokalną. Towarzyszący jej muzycy grają z wyczuciem, bez zbędnych popisów i technicznych cudeniek, z pełnym zrozumieniem emocji piosenek.
Wyróżnię trzy piosenki, które obok siebie na albumie tworzą pewną trylogię (2,3 i 4): tytułową „Wyjaśni się” – rozmowę z lustrem, gorzką i szczerą, która nie boi się odbić prawdy nawet wtedy, gdy boli; „Spadochron” , który unosi lekkością i odwagą skoku w nieznane. To hymn o miłości i wolności, w którym czas przestaje istnieć i „Amigo” co wieje pustynnym wiatrem szczerości, prowadząc przez zgiełk i cienie codzienności, jakby Patrycja sama była przewodniczką po duszy słuchacza.
„Wyjaśni się” brzmi jak moment, w którym Patrycja Kosiarkiewicz przestaje cokolwiek udowadniać, a zaczyna mówić własnym głosem najczyściej: z dystansem, humorem i odwagą sięgania tam, gdzie emocje nie są już pozą, lecz doświadczeniem. To album prawdziwy, pozbawiony póz i deklaracji. Płyta, która nie obiecuje, że „wszystko będzie dobrze”, ale daje coś cenniejszego: spokój wynikający z akceptacji.
Patrycja Kosiarkiewicz na „Wyjaśni się” maluje dźwiękami emocje, które wibrują między subtelnością a siłą, tworząc świat zarówno intymny, jak i uniwersalny. Jej wokal prowadzi przez opowieści o relacjach, tęsknocie i odkrywaniu siebie, balansując między czułością a zdecydowaniem. Cała płyta brzmi jak świadoma podróż przez emocjonalne pejzaże. Prawdziwa, nieoczywista i wciągająca.
Kapela Bożków wraca z płytą, która nie tyle się kręci, co wiruje, tak jak myśl o współczesności, wymykającej się prostym definicjom i odpowiedzi: jak to się skończy? Album „Neanderthalensis” to folk-rock progresywne ska po przejściach: dziki, ironiczny i poetycko niepokorny ze swoją charakterystyczną korzennością.
Kapelę Bożków tworzą Jacek Mokrzyński (trąbka, harmonijka), Wojtek Grzesiak (bas, wokal), Oskar Babiak (gitara) i Paweł Fadiejew (perkusja). To czterech muzyków oddychających jak jeden organizm. „Neanderthalensis” jest tu podróżą rozciągniętą od plejstocenu aż po współczesny czwartorzęd, gdzie pradawny puls spotyka się z neuronową plątaniną newrozy naszych czasów.
Kapela Bożków swobodnie łączy trąbkę, gitarę, pulsujący bas i perkusję w jeden organizm, który oddycha własnym rytmem. Muzyka raz mięknie i wciąga w trans, innym razem twardnieje, rozbijając formę na czynniki pierwsze. To album-podróż przez plejstocen, skalne miasta i jeziora, ale też przez neurony, pamięć i zbiorową niepewność ostatnich lat. Carl Jung byłby dumny!
Na albumie „Neanderthalensis” znajdą Państwo 10 nagrań. Ucieszył mnie fakt, że jeden z naszych przebojów z Listy Polskich Przebojów Wnet PolishChart redaktora – ojca dyrektora Sławka Orwata na niej się znalazł. To „Gdybyś była jeżem” to niezależny szlagier folk – ska, który buja i nie pozwala usiedzieć w bezruchu. I – dodam od siebie – niebanalne wyznanie miłosne!
Kapela Bożków operuje obrazem jak skalpelem: dżdżownice, bociany i ceramiczne błoto stają się symbolami świata próbującego zrozumieć samego siebie. Gościnny udział Dominiki Radwan dodaje nowej barwy, której nie da się nazwać, ale łatwo ją poczuć.
Z moich faworytów, obok wspomnianej już „Gdybyś była jeżem”, wymienię przepysznie lekko jazzujący „Spacer z Klahrem”, z rytmem który koresponduje ze standardem „Take Five” mistrza Brubecka, nagranie tytułowe, które otwiera cały zestaw, oraz
nieoczywisty „Piętakonika„, gdzie „piętakonika” i „pektatonika” spotkały się w studiu, jedna śmiała się „piętaaa!”, a druga odpowiadała „pek-taaa!”, i nagle cały świat zamienił się w koncert dziwacznych dźwięków, jak gdyby sam Wszechświat próbował zagrać na gitarze w rytmie kociaka tupiącego po strunach basu i gitary, drapiącego trąbkę.
To płyta, która nie boi się być dziwna i wymagająca. I właśnie dlatego działa tak długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Płyta mistrzowska Chłopaki!
„Kolor zielony” to debiut, który nie pyta o pozwolenie i nie prosi o uwagę — on ją bierze. CHRYJA łączy hip-hopową rytmikę z ciężarem gitar i energią nu metalu, przypominając, dlaczego kiedyś rock i elektronika chodziły ramię w ramię. Ten materiał ma w sobie radość grania, chaos i świadome nawiązania do czasów KNŻ, Flapjacka czy wczesnego Prodigy, ale bez muzealnego kurzu.
„Kolor zielony” nie jest tylko EP-ką, jakich wiele! To manifest młodej i bezkompromisowej polskiej sceny alternatywnej. Debiut z gatunku tych, które zapowiadają ciąg dalszy bez cienia wątpliwości.
„Argento” to płyta mroku dojrzałego, świadomego i pozbawionego potrzeby rewolucji. Closterkeller nagrywa album, który bardziej hipnotyzuje niż atakuje, budując napięcie z ciszy, brzmienia i niedopowiedzeń. Inspiracja kinem grozy Daria Argento jest tu wyczuwalna. To muzyka tajemnicza, zmysłowa i pełna cieni. Każdy utwór działa jak osobna miniatura nastroju, malowana inną temperaturą emocji, o czym za chwilę.
„Argento” Closterkeller nie wchodzi cicho, wchodzi jak srebrny piorun, który odbija się od ścian duszy. Dziesięć nagrań, każde z własnym oddechem, własnym tętniem, własną historią, a mimo to razem tworzą żywą tkankę światła i cienia. Wokal Anji Orthodox prowadzi jak przewodniczka po labiryncie snów, lęków i przemijania. Gitary tną powietrze, bas dudni jak serce zapadającegoo się w sobie mrocznego miasta, perkusja uderza jak puls nieco wampirycznej nocy, a klawisze i syntezatory budują mosty między melancholią a siłą. Produkcja nie wygładza krawędzi, nie próbuje ukryć kurzu, znoku, krwi ani potu — przeciwnie, podkreśla każdy twórczy impuls.
Trzon zespołu tworzą Anja Orthodox – cesarzowa polskiego gotyckiego grania (wokal, teksty), Krzysztof Najman (bas), Michał „Rollo” Rollinger (instrumenty klawiszowe) oraz Adam Najman (perkusja), wspierani przez gitarę Mariusza Kumali. To skład, który nie szuka nowej tożsamości. Closterkeller w tym wydaniu zdecydowanie pogłębia własny mrok, z pełną świadomością formy i emocji.
Anja Orthodox nie śpiewa. Ona prowadzi narrację, rysując światło i mrok głosem o niezmiennej sile wyrazu. Gitary i klawisze splatają się w gęstą, mglistą tkankę dźwięku. Produkcja stawia na organiczność i drobne niedoskonałości, które tylko wzmacniają klimat. „Argento” nie redefiniuje gotyckiego rocka. Ono pokazuje, że ten język wciąż potrafi mówić rzeczy ważne.
„Mój sen srebrny” wciąga jak mgła nad miastem, „Cień wilka” uderza jak podmuch w twarz, zaś gorycko piękne „Białe wino” jest krótkim oddechem między ciosami. Album balansuje na krawędzi gatunków. Jest gothic, rock, gotyk ze sznytem progresywności i dramatyczna ballada. W wszystko miesza się w gustownym starym kryształowym kielichu, nie pytając o pozwolenie tego, któ ma ten napój spożyć.
Każdy dźwięk, każde milczenie, każde echo jest tu znaczące. To płyta dla tych, którzy nie chcą być tylko słuchaczami, ale współuczestnikami rytuału. Szkoda, że Tomek Beksiński nie dożył premier dwóch ostatnich albumów Closterkeller…
„Polska Republika Tekturowa” to płyta, która nie owija w bawełnę i nie szuka kompromisu. Dariusz Dusza wraca jako bezlitosny kronikarz rzeczywistości, łącząc post-punk, rock’n’roll i punk w jedną, ostrą narrację. To album o kraju z tektury — kruchym, groteskowym i boleśnie prawdziwym.
„Polska Republika Tekturowa” to nie jest album, którego się tylko się słucha! On niewoli i porywa! To płyta, którą się
przeżywa, wciąga do serca i trzewi i przypala trochę masochistycznym palnikiem od środka.
Dwanaście utworów jak kanonada strzałów z post‑punkowej armaty. Krótkie, ostre i nie do odparcia! Wszystkie nagrania łączy surowość punk rocka, drapieżność post punka i rock’n’rollowy impet, jak gdyby wszystko rozlane zostało na jednym wielkim, stłuczonym rytmie.
Darek Dusza w aturażu Demonów nie wchodzi po cichu! On wbiega jak wicher i wyważa wielkie zamknięte drzwi naszego polskiego dobrostanu! Jego teksty sarkastyczne i krytyczne, rzucające się na rzeczywistość kojarzą mi się z młotem prawdy, rytmy, melodie, riffy i rymy tną jak noże nasze wyobrażenia o sobie i kraju w którym żyjemy (halo, przecież sami go tworzymy!!!), a wokal Pauliny Palecznej i muzyczna agresja całej ekipy tworzą klimat, jak gdyby każdy wers i dźwięk były wymierzony w chaos świata, który nas otacza. Tak jak w nagraniu „Offline”.
Teraz o składzie słów kilka. Dariusz Dusza otacza się Demonami z krwi i kości. To Paulina Paleczna (wokal), Doktor Maupa (perkusja) oraz Mateusz Trybulec (bas) tworzący z Nim zwartą, bezkompromisową i niezależną jednostkę muzyczną. To zespół, który za każdym razem wygrywa manifesty – czy to „Szubienica”, „Drugie dno”, „ZUO” czy nagranie tytułowe jest z post punkowym pazurem, rockową głośnością, szorstko i bez taryfy ulgowej, bo każda nuta ma tu znaczenie, tak jak i gobelin słów mistrza Darka.
To płyta, który nie pyta, czy jesteś gotowa / gotowy! Ona cię porywa Słuchaczko i wciąga Słuchaczu w swoją republikę kartonowej prawdy, gdzie nie ma komfortu, tylko intensywność i prawda bez ściemy i politycznej mowy – trawy! Teksty jak graffiti na betonowej ścianie, brzmienie jak pędzący japoński pociąg bez hamulców, energia zaś, jak dostojna burza, która przewraca stare mity o tym, jak ma brzmieć rock i punk. To DD & Demony!
Teksty gryzą, kłują i obnażają absurd codziennych polskich iluzji, bez moralizowania, za to z czarnym humorem. Niczym wielki Wyspiański, Dariusz Dusza swoimi metaforami krzyczy ku pobudce: „A to Polska właśnie A.D. 2025!” Brzmienie jest surowe, energetyczne i precyzyjne, jakby każdy riff miał jasno określony cel.
Demony grają jak zespół, który rozumie wagę słów i ich znaczeniowy ciężar. To nie bunt dla samego buntu, ale świadoma postawa artystyczna. Darek Dusza pokazuje, że post-punk to nie tylko estetyka, lecz sposób patrzenia na świat.
Album, który działa jak lustro, chociaż nie zawsze podoba się to, co w nim widać.
C.D.N.
Tomasz Wybranowski
Audycja prezentuje polską scenę muzyczną, zarówno w wydaniu współczesnym, jak i klasycznym. Tomasz Wybranowski zaprasza do programu zarówno debiutantów, jak i uznane gwiazdy, zarówno z Polski, jak i zagranicy. To przegląd nowych albumów, wydarzeń muzycznych oraz wywiadów z artystami, łączący recenzje i analizy z pasją do muzyki. Słuchacze mogą odkrywać zarówno popularne hity, jak i

Rok 2025 obfitował w piękne muzyczne spotkania, które nie tylko bawiły, dawały radość słuchaczom i z pewnością zostaną zapamiętane. Radio Wnet, to muzyka war...
Prowadzący:

To już dziesięć lat minęło i jedenaście edycji naszego zestawienia, a my wciąż słuchamy tak samo: uważnie, bez pośpiechu i bez tabel. Radio Wnet od 2015 roku...
Prowadzący:


Dubliński kwartet przez ponad czterdzieści lat swojego istnienia wpisał się złotymi zgłoskami w historii światowej muzyki rockowej. Godne podkreślenia jest t...
Prowadzący: