Ale według emocji. Bez gatunkowych szuflad, bo dobra muzyka nie potrzebuje metki. Ona po prostu zostaje.
Pierwsza część zestawienia – od miejsca 50 do 31 – to krajobraz różnorodny jak nocna trasa bez świateł i jazgotu dnia FM’ów. Są tu debiuty i powroty, nastrojowość i rozmach, metalowe katharsis i jazzowy szept. Muzyka środka nocy i wczesnego poranka. To albumy do słuchania poza algorytmem, poza modą, poza pośpiechem. Najlepsze!
Tak brzmi fragment roku 2025. Zapis myśli, emocji i spotkań z dźwiękiem, które nie chcą zniknąć. Zaczynamy…
Tomasz Wybranowski
Tutaj do wysłuchania pierwsza część opowieści o najlepszych polskich albumach roku 2025:
MEDIANA, czyli Diana Paterek, wraca z albumem instrumentalnym, który nie opowiada się po żadnej ze stron: ani klasyki, ani jazzu, ani ambientu. „Daydream” to płyta, w której wiolonczela staje się narratorem, perkusją, basem i głosem wewnętrznym jednocześnie. To muzyka improwizowana, ale precyzyjna, medytacyjna, momentami niemal filmowa.
W przeciwieństwie do mroczniejszego „Monologue”, tutaj dominują światło, senność i oddech. Każdy utwór brzmi jak osobny monolog – intymny, ale nie zamknięty. „Daydream” nie narzuca emocji, raczej je uruchamia. To album do słuchania w skupieniu, najlepiej w pojedynkę. MEDIANA pokazuje, że jej język artystyczny dojrzewa i rozszerza się. To zmierzchowa płyta, która zostaje na długo, nawet po pełni Księżyca.
Debiutancki album zespołu Intruzi to głos sprzeciwu wobec muzycznej nijakości. Na froncie stoi Kuba Kozłowski a grupa porusza się po obszarach rocka alternatywnego, bluesa i funku, nie udając nowoczesności na siłę. Tu liczy się sens i komunikat, a nie tylko forma.
Utwory takie jak „Karty na stół” czy „Tło” pokazują, że przebojowość nie musi oznaczać pustki i wyrobów muzo – podobnychwbitych w czas radiowej playki 2’10”. Słychać, że to początek drogi, nie wszystko jeszcze trafia idealnie w punkt, ale album „Człowieku…!” broni się szczerością i mówieniem prawdy. To album, który nie pozuje i nie udaje niczego, dlatego jest ważny.
Firefrost to krakowska formacja złożona z doświadczonych muzyków: Ryszard „Baca” Krupa (gitara), Roman „Hytry” Sas (gitara), Adam Szydło (bas), Paweł „Arnold” Czerwiński (perkusja) oraz Paweł Gazda na wokalu. „Comatose” to debiut, który od pierwszego riffu nie bierze jeńców. Heavy metal z elementami progresji służy tu nie popisowi, lecz opowieści.
Tytułowa „śpiączka” staje się metaforą uzależnień, depresji i społecznego odrętwienia. Utwory takie jak „Vertical Smile” czy „Morningstar” budują mroczny, ale spójny świat. Kulminacją jest „Massive Comatose” potężna niczym hutniczy piec, wielowątkowa kompozycja o autodestrukcji i schizofrenii. Firefrost pokazuje, że metal może być emocjonalny i refleksyjny, nie tracąc siły. To płyta, która boli – i o to w niej chodzi.
Tomasz „Miodu” Mioduszewski wraca pod szyldem Jamal w duecie produkcyjnym z Bartoszem BRK Kochankiem – i to słychać od pierwszych sekund. „Radio Jungle” jest hołdem dla brytyjskiej kultury soundsystemowej, bo korale UK garage, oddechy 2-step, uderzenia drum’n’bass, liquid i sporo klubowego pulsu mieszających się tu bez kompleksów.
Produkcyjnie to „Radio Jungle” to jedna z najmocniejszych i najzacniejszych płyt roku w Polsce.
Bas jest głęboki, selektywny, niosący utwory takie jak „P.O.K.A”, „Milimetry” czy „B.O.M.B.A”. Miodu wokalnie jest w znakomitej formie, swobodnie przechodzi między polskim (barokowym) toastem podrasowanym do naszych czasó, śpiewem i grime’owym flow. „Radio Jungle” brzmi, jakby Jamal naprawdę oddychał Londynem. To płyta klubowa, ale z sercem i magicznym dotykiem BRK.
Let See Thin wracają w składzie: Łukasz Woszczyński (wokal), Przemek Kaźmierski (perkusja), Michał Dziomdziora (bas), Paweł Wężyk (klawisze), Maciej Włodarczyk (gitary). „Machine Called Life” to album, który nie krzyczy, nie jest wulkanem dźwięków, ale łagodnie przyzywa zmierzch. Nowoczesny rock progresywny spotyka tu ducha lat 80. XX wieku i miejską melancholię współczesnego człowieka – everymana znanego z moralitetów.
Produkcja selektywna, z mocnym dołem i przestrzenią dla syntezatorów. Utwory takie jak „Story of My Life” czy „Sleeping on a Cloud” stawiają na klimat. Wokal celowo wtapia się w miks, stając się kolejną warstwą dźwięku. To płyta nocna, samochodowa, refleksyjna tkana przez muzyków z wielką konsekwencją. Let See Thin pokazują klasę kompozytorską i muzyczną dojrzałość. Maszyna działa! I nie zacina się ani na chwilę.

Sonbird wracają po ciszy czterema utworami i mówią nimi więcej niż niejeden pełny album. Dawid Podsiadło? Nie! Dawid Podsiadło??? NIE! To Dawid i Maciek z Sonbird. Dla mnie lepsi niż „Miałomiasteczkowy”. Dawid śpiewa, Maciek współtworzy brzmienie, a zespół brzmi dojrzalej niż kiedykolwiek.
„EP25” to alternatywa z sercem i słoneczną przestrzenią.
„Wyrwij mi serce” ma potencjał hymnu, „Slalom” pachnie porankiem, zaś „Mimo to” niesie tanecznym impulsem. Słychać większą odwagę ku elektronice i śmiałość aranżacyjną bez manifestów i spiny. To muzyka, która oddycha nieco latami 90. XX wieku. Krótka forma działa tu na korzyść wydawnictwa. Sonbird są dziś bliżej siebie i – dzięki temu – bliżej słuchacza.
Maja Orlikowska, działająca jako Mariyam, debiutuje albumem, który wymaga zanurzenia. „Seven Heavens” to siedem utworów, siedem stanów emocjonalnych i jedna spójna opowieść o leczeniu i kruchości. Artystka łączy neo-soul, elektronikę i filmową przestrzeń, unikając banału i klisz muzycznych wspomnień.
Produkcja jest organiczna, pełna detali: smyczki, gitary, analogowe ciepło masteringu. Wokal Mariyam prowadzi słuchacza spokojnie, ale stanowczo przez swoje siedem odmian nieba. Tu nie ma łatwych rozwiązań ani taniej afirmacji. To płyta o zgodzie na siebie, bez pudrowania ran. Emocje są surowe, prawdziwe, wciągające i pięknie odziane w melodie.
„Seven Heavens” zostaje po odsłuchu jak niedomknięte drzwi. Bardzo obiecujący początek drogi. Maja, czekam na dużą płytę!
Warszawski ROS debiutuje albumem symfoniczno-gotyckim w składzie: Dominika Reszko (wokal), Michał Sadowski (gitara prowadząca), Rafał Kiedyk (gitara rytmiczna), Grzegorz „Gregor” Jezierski (bas), Robert „Falon” Kulakowski (perkusja) i Rafał Sadkowski (klawisze). „Salvator” uderza rozmachem i emocją od pierwszych sekund.
Metal spotyka tu operowy mezzosopran, elektronikę i teatralną narrację.
Utwory takie jak „Quantum Leap”, „Armeria” czy „Mass Murder (116 111)” łączą ciężar z epicką dramaturgią. Największą siłą albumu jest wokal Dominiki, gdzie subtelność spotyka się monumentalnością. Momentami chciałoby się jeszcze ostrzejszego gitarowego pazura, ale emocjonalna szczerość rekompensuje wszystko. To metal z duszą i pytaniem o sens. Debiut mocny i bardzo wyrazisty. ROS pokazuje potencjał na coś naprawdę wielkiego w klasycznym symfonicznym metal światku.

Almadera, czyli Aleksandra Raczyńska, debiutuje płytą dojrzałą i skupioną. Towarzyszą jej znakomici muzycy: Sebastian Zawadzki (fortepian), Otso Kasperi Mielonen (kontrabas), Jesper Lørup Christensen (perkusja) i Johannes Käsbach (gitara). „Serenity” osadzona jest w jazzie, ale wykracza daleko poza jego ramy.
To muzyka ciszy, uważności i akceptacji. Projekt Almadera oswaja jazz i jego ścieżki dla zmęczonych i szarych dusz, co mają dość głównego nurtu i pompowanego blichtru. Głos Aleksandry Raczyńskiej jest ciepły, pozbawiony maniery, bardzo, ale to bardzo aksamitny. Łączy ową aksamitną miękkość z głębią pastelowych pragnień (to moja impresja), która zapada w pamięć już po pierwszym dźwięku. Teksty, współtworzone z Theą Podzimkovą, są poetyckie i niedosłowne, nieco zawieszone w pół kropli wiosennego deszczu. Z deszczem ta płyta do mnie mówi. Każdy dźwięk ma tu swoje miejsce. To album do słuchania w całości, bez pośpiechu.
Almadea nie zmienia świata. Ona zmienia perspektywę. A czasem dla utrapionych i zmęczonych to wystarczy.
Zespół Życie To Żart z Mysłowic debiutuje albumem mocno osadzonym w śląskiej wrażliwości. J. Bangs (wokal, gitara) prowadzi narrację pełną kruchości i codziennych emocji. Towarzyszą mu m.in. Mietall Waluś (Roman Waluś), Marcin Grzybek (bas), Łukasz Zając (perkusja), a producencko czuwają Marcin Bors i Mietall Waluś.
„O co ten płacz?” to płyta szeptana, melodyjna, momentami nostalgiczna. Słychać tu dziedzictwo Myslovitz czy Lenny Valentino, ale bez kopiowania. To raczej naturalna kontynuacja lokalnej wrażliwości i klisza wspomnień urodzonych gdzieś między latami 60. i 70. XX wieku. Grupa Życie To Żart nie chce rewolucji w muzyce. J. Bangs i ekipa chcą szczerości. I to im się udaje.
Paweł Sołtys wraca z zespołem Pablopavo i Ludziki do miejsc już znanych, ale oglądanych o innej porze dnia. „Lakuna 2” jest dopełnieniem, nie zaś powtórzeniem albumu sprzed roku („Kakuna”), który pogłębia pęknięcia rozpoczęte na pierwszej „Lakunie”.
Sołtys, poeta codzienności, znów wsłuchuje się w ciszę między zdaniami, w niedopowiedzenia i drobne gesty, które mówią więcej niż manifesty.
Muzycznie płyta bywa zaskakująco dynamiczna, momentami niemal taneczna, jak w singlu „Nikt nikomu nic”. Smutek i energia współistnieją tu naturalnie, bez konfliktu. Zespół, z tym charakterystycznym groove’em Ludzików, nie zaklina emocji w jednej tonacji.
To płyta o pustce, która ma twarz i konkretny adres – Polska, Warszawa, przełom 2024.2025. To opowieść o świecie, który niby wzrusza ramionami, puszcza do nas oko, ale wciąż boli. „Lakuna 2” nie stawia kropki, ale zostawia tym razem wielki średnik. I właśnie dlatego działa. Bo jest tak jeszcze strzęp nadziei!
Iwona Król, działająca jako Sujka, wraca z albumem najbardziej osobistym i najodważniejszym w swojej karierze. „2” to płyta zbudowana na kontrastach – ciszy i hałasie, intymności i gniewie, nostalgii lat 90. i współczesnym niepokoju. Gatunkowe etykiety zawodzą. Dlaczego? Bowiem na krążku indie pop spotyka alternative i post-grunge’ową surowość.
Od „Poza horyzontem” po „Chwile” artystka konsekwentnie buduje własny język emocji. Sujka nie boi się brudu, dysonansu i niewygodnych tematów. Druga część płyty jest ostrzejsza, bardziej bezpośrednia, niemal konfrontacyjna. To album dojrzewania i rozliczeń – z przeszłością, z własnymi wyborami, z obrazem siebie. Wokal Król prowadzi słuchacza pewnie, bez ozdobników. „2” wymaga skupienia, ale odpłaca się prawdą. To nie jest płyta na chwilę.
Debiutancki album zespołu Poezja Wysokiej Próby to muzyczna opowieść o codzienności zapisanej w drobnych szczegółach. Autorką tekstów i muzyki jest Daria Dunajska, której ciepły, emocjonalny głos prowadzi słuchacza przez świat nostalgii i wspomnień. Towarzyszą jej Marek Habryn (gitara), Grzegorz Grzanka (akordeon), Paweł Iwański (bas) i Cezary Grzanka (perkusja).
Instrumentarium buduje klimat pomiędzy piosenką literacką, subtelnym rockiem a retro-elegancją z domieszką tej wspomnieniowej dekadencji. Utwory z albumu „Wózek mleczarza” takie jak „Ukołysz” czy „Zatrzymany świat” pokazują wrażliwość zespołu na detal i nastrój. To płyta nagrana bez pośpiechu, w Studiu Progress przez Daniela Grzybowskiego, i to słychać.
„Wózek mleczarza” nie krzyczy tylko opowiada, nieco w Leśmianowskim stylu. O ludziach, miejscach i chwilach, które łatwo przeoczyć. Czasami za łatwo. To album dla uważnych.
Legenda polskiego metalu pokazuje się tu z zupełnie innej strony. Grzegorz Kupczyk rezygnuje z ciężaru na rzecz akustycznej intymności, nie tracąc przy tym siły głosu. „Zupełnie inna płyta” to zbiór reinterpretacji klasyki – od Iron Maiden po Skaldów.
Aranżacje przygotował Jan Musielak, a gitarowe partie wzbogacił Paweł Oziabło.
Mistrz Kupczyk śpiewa z dystansem i dojrzałością, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Nagrania powstały w WW Studio pod okiem Wiesława Wolnika.
Szczególnie udane są „The Trooper” klasyk z repertuaru Iron Maiden i „Smak ciszy” legendarnego Turbo w nowych, zaskakująco delikatnych odsłonach. To album-refleksja, nie manifest. Pokazuje, że doświadczenie potrafi wyciszyć, a nie tylko wzmocnić. Mistrz Kupczyk nie zmienia tożsamości, a jedynie perspektywę.
Czarny Bez gra muzykę, która bardziej przypomina obrzęd niż koncert. Drugi album zespołu „W blasku księżyca” to gęsta, mroczna podróż w głąb słowiańskiej mitologii i zbiorowej pamięci. Skład tworzą: Luba (śpiew), Nadar (perkusja), Ciechan (bas) oraz Widun (gitara, mandolina tenorowa, elektronika, teksty, produkcja).Metalowe riffy spotykają się tu z białym śpiewem i industrialnym pulsem.
Utwory przywołują nasze rodzime słowiańskie bóstwa, demony i ważne zdarzenia z naszej legendarnej, choć prawdziwej historii, ale i lęki starsze niż język. Szczególnie wyróżnia się „Noc w leście” – zaśpiewana w gwarze Gór Świętokrzyskich. To płyta nocna, wymagająca od słuchacza wiedzy, choć podstawowej o naszej zapomnianej zaprzeszłości. Polska i Polacy „nie zaczęli się” wszak w roku 966. To jeden z tych albumów muzycznych nieprzeznaczonych do jakiegokolwiek tła bytu i działań, bo to świętokradztwo!

Czarny Bez z Łubą. Fot. W. Różalski / good-MUSIC
Wokal Luby (na zdjęciu z zespołem) prowadzi słuchacza bez obietnicy bezpieczeństwa. Śpiew Luby nie jest tu ozdobą ani prowadzeniem melodii, to zdecydowanie przywołanie, głos wyciągnięty ze Słowiańskiej ziemi, z pamięci, z miejsc, gdzie słowo jeszcze nie było oddzielone od rytuału i rytmu Ziemi. Śpiewa nie chcąc się podobać, ale by przypomnieć. I właśnie w surowości tkwi jego siła i piękno!
„W blasku księżyca” jest współczesnym echem przeszłości, tego co z nas wyparto i my zapomnieliśmy. Czarny Bez przypomina i wybrzmiewa w sercach tkliwie i niepokojąco aktualnie.
Koniec Listopada nagrał album, który nie udaje, że wszystko jest w porządku. Czwarty album zespołu „Wycieczka poza symulację” to rockowa diagnoza współczesności – głośna, szorstka, bez niedomówień, ale i bez kompromisów. Zespół gra w składzie: Paweł Ulita (wokal, gitara), Grzegorz Hermanowicz (gitara), Tomasz Kopaczuk (bas) i Konrad Dymowski (perkusja).
Gitary tworzą zwartą ścianę dźwięku, a rytm nie pozwala wytchnąć, choć na moment. Teksty uderzają w temat baniek informacyjnych, rutyny i życia na autopilocie. Singiel „Shell shock” jest jednym z najmocniejszych punktów płyty, obok moich ulubionych „Reklamiarzy” z arcypieknym solo.
To album niewygodny, do którego sam robiłem kilka podejść, aby wysłuchać go w całości. Ale to zbiór piosenek bardziej niż potrzebny. Nie daje odpowiedzi co prawda, ale zadaje pytania. Te od których uciekamy… Koniec Listopada pokazuje, że rock wciąż może mówić językiem teraźniejszości i zaskakiwać muzycznie w anturażu gitar. I robi to bez cienia nostalgii ani oglądania się na nikogo!
Na tak mądre, głośne i bezkompromisowe płyty w czasach ponowoczesnego rozproszenia czeka się jak na zbawienie – długo i z nieufnością. „Wycieczka poza symulację” nie obiecuje ulgi, ale daje coś ważniejszego: uczciwe przebudzenie, nawet jeśli boli.
OUDEZIEL od pierwszych dźwięków deklaruje dojrzałość, która nie wynika z wieku, lecz z doświadczenia i świadomego wyboru drogi poza modą. Już sama nazwa projektu, która oznacza „starą duszę”, buduje narrację płyty w przestrzeni refleksji, spokoju i uważnego słuchania.
„The Finest Hour” to debiut, który nie zachowuje się jak debiut: zamiast niepewności jest tu pewność formy, zamiast popisu sążnistą opowieść. Osiem rozbudowanych kompozycji układa się w spójną, niemal filmową narrację, gdzie muzyka nie tyle brzmi i ilustruje, co przewodzi i prowadzi świadków tego zjawiska. Progresywny rock spotyka tu ambientową przestrzeń, a instrumentalne fragmenty oddychają jak pełnoprawni narratorzy.
Gościnne muzyczności Dereka Sheriniana, Justina Turka czy Renato Costy nie są ozdobą, lecz elementem większego planu, rozmową muzyków, którzy wiedzą, kiedy mówić, a kiedy milczeć. Produkcja i mastering podkreślają klarowność i głębię, nie odbierając muzyce organiczności.
„Sisyphus” pokazuje dramaturgiczną siłę zespołu, której nie powstydziłby się James Joyce, „Jeremy’s Promise” porusza dialogiem instrumentalistów, a „Castaway” daje chwilę światła i oddechu bez naruszania konstrukcji całości.
Finałowy „Moment” domyka album jak spokojny oddech po długiej wędrówce. To płyta, która nie zabiega o uwagę – ona ją zatrzymuje. „The Finest Hour” brzmi jak świadome wejście w własny czas twórczy. I wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek tej opowieści.
Kartky na „Muzyce końca świata” nie krzyczy – on mówi ciszej, ale celniej jak aktor rapsodyczny z greckiego teatru, albo cichy francuski bard. To album, który zamiast epatować emocją, pozwala jej powoli osiadać, jak jesienny zmierzch nad miastem. Metafora końca świata nie oznacza tu katastrofy, lecz przemianę: koniec pewnego etapu, pożegnanie z iluzją wiecznego lata.
Kartky pokazuje się jako artysta dojrzały, świadomy swojej drogi i gotowy zdjąć z siebie ciężar oczekiwań. Akustyczne aranżacje i oszczędne środki wyrazu kierują uwagę na słowo – a to od zawsze było jego najmocniejszą stroną. Teksty są intymne, melancholijne, chwilami niemal szeptane, jakby pisane bardziej do siebie niż do tłumu.
Kartky to właściwie Jakub Jankowski – artysta, który od lat porusza się na styku rapu, introspekcji i osobistej narracji, nie bojąc się zmiany formy ani tonu. Pod tym pseudonimem konsekwentnie buduje własny język emocji, coraz częściej wybierając ciszę i refleksję zamiast manifestu.
To rap, który przestaje być deklaracją przynależną gatunkowi, a staje się zapisem stanu ducha. „Muzyka końca świata” brzmi jak osobisty dziennik zamknięty w dźwiękach – nie wszystko tu jest dopowiedziane i właśnie dlatego działa. Kartky nie ucieka od smutku, ale też się w nim nie tapla. Jest obserwatorem własnych zmian. To płyta na moment zatrzymania, na koniec sezonu, na ciszę między jedną decyzją a następną. I być może jedna z jego najbardziej szczerych.
Szesnaście lat ciszy Bielizny nie było pustką – było wielkim nasiąkaniem. „Bagno” to powrót zespołu, który nie potrzebuje reanimacji mitu, bo sam mit wciąż żyje. To nie płyta nostalgiczna, lecz pamięciowo bolesna, czujna i aktualna aż do dyskomfortu i chęci rozbicia lustra, w który codziennie zerkamy.
Jarosław Janiszewski wciąż pozostaje jednym z najostrzejszych obserwatorów rzeczywistości, a jego teksty brzmią dziś równie niepokojąco jak dekady temu. Wojna, uchodźcy, przemoc, cynizm polityczny i prywatne pęknięcia splatają się w spójną, gęstą narrację. Muzycznie „Bagno” porusza się między post punkową i rockową prostotą a zimno falowym rozmachem, z wyraźnymi wpływami rytmów bałkańskich i bliskowschodnich.
To płyta, która nie płynie, ale grzęźnie, zapada się w nas – słuchaczach. Nigdy nie stoi jednak w miejscu. Re – worki starszych utworów nie są nostalgicznym gestem, lecz dialogiem z własną historią. „Bagno” słucha się jak rozdziałów książki, nie jak zbioru singli. To album wymagający uwagi i cierpliwości. I dokładnie dlatego jest tak potrzebny.
Trzon zespołu tworzą dziś postacie niemal symboliczne dla tej muzycznej mitycznej niemal historii: Jarosław „Doktor” Janiszewski (głos i słowo), Jarosław Figura i Krzysztof Stachura (gitary), Radovan Jacuniak (bas) oraz Andrzej „Mały” Jarmakowicz (perkusja). To skład, który brzmi jak zespół grający razem od lat 40 prawie. Bez rywalizacji, bez popisów, z pełną świadomością wspólnego języka i odpowiedzialności za każde słowo, i każdego słuchacza…

Myślałem, że już nigdy nie usłyszę nowej płyty Tymona, Olafa i spółki. A ty bardziej niż niespodziewanie i cuchutko dla fanów, wiosną 2024 roku nastąpiło małe koncertowe zmartwychwstanie Kurzych stópek i dziobków, podbite odpowiednim rozmachem i klimatem dzięki spektakularnym reedycjom „P.O.L.O.V.I.R.U.S-a” oraz „100 lat undergroundu”, wypuszczonym czujnym okiem (i uchem) gdyńskiej wytwórni S7.
„Uno Lovis Party” nie jest zwykłą płytą. To zdarzenie! To wydarzenie! Inni mieli Franka Zappę, a my mamy Kury, które nie nagrały tu zestawu piosenek, lecz dźwiękowy seans, w którym absurd, ironia i melancholia funkcjonują na równych prawach.
Album brzmi jak chaos, ale jest to chaos ludzi, którzy doskonale wiedzą, co robią. Rock, elektronika, jazz, groteska, pastisz i dużo szydery i ironii (niekoniecznie romantycznej) mieszają się tu bez hierarchii, tworząc własny, wewnętrznie spójny język.
Single działają jak portale. Każdy prowadzi w inną stronę, ale wszystkie wracają do tego samego punktu: wolności formy. „Teflonowy mózg”, „Memento amoris” czy „Wiosenny szał” balansują między żartem a zaskakującą trafnością obserwacji. Kury od lat rozbrajają powagę śmiechem, ale nigdy nie robią tego bezmyślnie. Skład zespołu i liczba gości tylko potęgują wrażenie kontrolowanego obłędu. Tu nic nie jest przypadkowe, choć wszystko brzmi jak improwizacja.
Kury to wciąż Tymon Tymański, Olaf Deriglasoff, Szymon Burnos i Alan Kapołka – żywioły, które spotykają się na scenie i w studiu, by rozmontować każdą oczywistość (w sposób mistrzowsko nieoczywisty). Do tego szerokie grono gości sprawia, że „Uno Lovis Party” brzmi jak kolektywna improwizacja ludzi, którzy wiedzą, kiedy pozwolić dźwiękowi wymknąć się spod kontroli. Tylko naszego Mazzola brak…
„Uno Lovis Party” to muzyka ludzi, którzy nie muszą już nic udowadniać. Dlatego mogą pozwolić sobie na wszystko. To anarchia z rytmem. I wolność, która naprawdę brzmi.
C.D.N.
Tomasz Wybranowski
Audycja prezentuje polską scenę muzyczną, zarówno w wydaniu współczesnym, jak i klasycznym. Tomasz Wybranowski zaprasza do programu zarówno debiutantów, jak i uznane gwiazdy, zarówno z Polski, jak i zagranicy. To przegląd nowych albumów, wydarzeń muzycznych oraz wywiadów z artystami, łączący recenzje i analizy z pasją do muzyki. Słuchacze mogą odkrywać zarówno popularne hity, jak i

Rok 2025 obfitował w piękne muzyczne spotkania, które nie tylko bawiły, dawały radość słuchaczom i z pewnością zostaną zapamiętane. Radio Wnet, to muzyka war...
Prowadzący:

Jedenaście edycji to już nie proste zestawienie. To kronika naszej polskiej i radiowej muzycznej wrażliwości. Od dekady w Radiu Wnet staramy się układać mapę...
Prowadzący:


Dubliński kwartet przez ponad czterdzieści lat swojego istnienia wpisał się złotymi zgłoskami w historii światowej muzyki rockowej. Godne podkreślenia jest t...
Prowadzący: