Autor ” Kopciuszka” Charles Perrault, byłby dumny, gdyby wiedział, że jego bohaterka, będzie żyła naprawdę. Może nam, w Polsce, łatwiej nawiązać do pięknej bajki o Pszczółce Mai, z niezapomnianą piosenką Zbigniewa Wodeckiego, ale Chwalińska, miała od początku, kolokwialnie mówiąc, ” przechlapane”, jak młoda dziewczyna ,poniewierana przez okrutną macochę, w znakomitej baśni.
Venus Williams, w studiu francuskiej telewizji, nazwała Polkę – Cinderella Story, jak nie zachwycić się tym porównaniem legendarnej tenisistki. Maja przyleciała do Paryża na kwalifikacje, tak sobie cichutko, w cieniu innych sław, pokonywała kolejne rywalki na mączce Roland Garros. Sama nie dowierzając, w to co własnie się dzieje. Gdzież tam, nikt nie wpuszczał Jej na początku, na wielką salę balową, na kort centralny Philippe Chatrier. A ona kroczek po kroczku, sama się tam zaprosiła. Wszyscy spoglądaliśmy na Igę, królową Paryża, która jednak osaczona przez własne problemy, odjechała za szybko, w siną dal. Maja Chwalińska, w tym czasie odprawiła jedną Chinkę, jedną Greczynkę, Francuzkę i dwie Rosjanki.
I wtedy przyjechał posłaniec Księcia i przymierzył pantofelek, który pasował Mai idealnie, a więc Niech żyle bal!
Maja Chwalińska wyglądała w sobotnie popołudnie pięknie, taka dumna i pewna siebie, otoczona przez własny dwór, w postaci trenerów i rodziny, ale jednak tak po ludzku, bardzo zmęczona.




