
Leszek Kraskowski, fot. youtube.com/

„Moi znajomi i rodzina nie są na to przygotowani. Nie da się do tego przyzwyczaić” – mówi Leszek Kraskowski. Znany dziennikarz śledczy opowiada o absurdalnej...
Prowadzący:
Leszek Kraskowski, znany dziennikarz śledczy i były dziennikarz „Super Expressu”, przeżył prawdziwy koszmar. Za wpis w mediach społecznościowych machina państwowa uruchomiła procedury, jakich nie powstydziłyby się służby w państwach autorytarnych. Zatrzymanie dziennikarza przez policję w Piasecznie to finał absurdalnej historii, która – według zapewnień sądu i relacji Kraskowskiego – miała być jedynie „oczywistą pomyłką pisarską”.
Wszystko zaczęło się od internetowego sporu z Janem Pińskim, publicystą kojarzonym jako, jak mówi Kraskowski, nieformalny rzecznik Romana Giertycha. Piński poczuł się głęboko urażony słowami Kraskowskiego, który podważał jego niezależność dziennikarską. W efekcie do sądu w Warszawie trafił prywatny akt oskarżenia o zniesławienie.
W tym samym czasie Leszek Kraskowski przebywał w Albanii, gdzie odpoczywał po wydarzeniach w kraju – kilka miesięcy wcześniej nieznani sprawcy ostrzelali śrutem jego samochód, a prokuratura szybko umorzyła śledztwo. Ponieważ dziennikarz fizycznie nie mógł odebrać korespondencji kierowanej na polski adres, jak sam twierdzi, oskarżyciel zaczął rozpowszechniać w sieci informacje, że reporter ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości.
– Jan Piński wypisywał w internetach, że ukrywam się przed prywatnym aktem oskarżenia od Giertycha i od niego. Ja na to nie reagowałem, bo to są zwykłe kocopoły – powiedział Kraskowski.
Sprawa przybrała jednak dramatyczny obrót, gdy sędzia wydał postanowienie o ogólnopolskim poszukiwaniu dziennikarza. Co kluczowe, celem tych działań nie było jedynie doręczenie dokumentów, ale wykonanie decyzji o tymczasowym aresztowaniu.
– Sędzia Krzysztof Ptasiewicz wydał postanowienie o tym żeby mnie poszukiwać w całej Polsce celem wykonania postanowienia o tymczasowym aresztowaniu – wyjaśnił Kraskowski.
Sytuacja stała się jeszcze bardziej zagadkowa, gdy w w aktach sprawy, jak sam twierdzi, zaczęła pojawiać się oficjalna korespondencja z zakładem karnym w Przytułach Starych. To właśnie tam przez pewien czas przebywał polityk Maciej Wąsik. Obecność tych pism w sprawie o rzekome zniesławienie wywołała u dziennikarza absolutne osłupienie.
Zaniepokojony Kraskowski osobiście udał się do sądu, aby wyjaśnić, dlaczego wymiar sprawiedliwości traktuje go jak groźnego przestępcę. Rozmowa z sędzią, jak sam relacjonuje, przewodniczącą drugiego wydziału karnego przyniosła zaskakujące tłumaczenie. Okazało się, że korespondencja z więzieniem trafiła do jego akt zupełnie przypadkowo.
Sama decyzja o areszcie, jak mówi w Radiu Wnet Kraskowski, również miała okazać się rażącym błędem proceduralnym. Przedstawiciele sądu tłumaczyli, że w sprawach z oskarżenia prywatnego nie stosuje się tymczasowego aresztowania, a całe zamieszanie to jedynie błąd w dokumentacji.
– Pani przewodnicząca wytłumaczyła mi, że to była pomyłka, oczywista pomyłka pisarska. Poprosiła sędziego Ptasiewicza, żeby to sprostował – zaznaczył Kraskowski.
Choć sędzia przewodnicząca obiecała natychmiastowe odkręcenie sprawy i wycofanie nakazów, machina policyjna nie zatrzymała się. Systemy informatyczne MSWiA wciąż wyświetlały dane dziennikarza na czerwono. Finał tej opieszałości rozegrał się na ulicach Piaseczna.
Kraskowski został zatrzymany przez patrol policji, który realizował wciąż aktywny w systemie nakaz aresztowania. Na szczęście, jak sam zaznacza, funkcjonariusze wykazali się profesjonalizmem i zdrowym rozsądkiem. Po wysłuchaniu wyjaśnień i podpisaniu oświadczeń o miejscu pobytu, dziennikarz został zwolniony.
– Policjanci pokazali mi swoje urządzenia, na których wyświetlałem się na czerwono jako poszukiwany do zatrzymania – dodał Kraskowski.
Dziennikarz śledczy nie zamierza zostawić tej sprawy bez odpowiedzi. Jego zdaniem działanie sędziego Ptasiewicza nie było przypadkowym potknięciem, ale celowym nadużyciem władzy. Kraskowski wprost wskazuje na sieć powiązań towarzysko-zawodowych, które jego zdaniem rzucają cień na bezstronność sędziego.
Chodzi o relacje, jak mówi Kraskowski, sędziego Ptasiewicza z mecenasem Jackiem Dubois – obrońcą Romana Giertycha w głośnej aferze spółki Polnord. Dziennikarz informuje, że zona mecenasa Dubois miała w przeszłości reprezentować sędziego Ptasiewicza w jednej z jego prywatnych spraw.
– Kasta przegięła na tyle, że ktoś musi im wreszcie powiedzieć dosyć. Wytaczam sędziemu sprawę o naruszenie dóbr osobistych – zadeklarował Kraskowski.
Niezależnie od prawnych batalii, cała ta absurdalna sytuacja uderzyła w codzienne życie dziennikarza. Społeczny odbiór informacji o tym, że ktoś jest poszukiwany przez policję, bywa bezlitosny. Ludzie podświadomie zakładają, że nikt nie jest ścigany listem gończym bez poważnego powodu.
Kraskowski opowiada o bolesnych sytuacjach towarzyskich, gdy z powodu obawy przed policją został wyproszony z domu przyjaciela przez jego małżonkę. Najbardziej dotkliwy jest jednak brak wiary ze strony najbliższych, którzy nie są w stanie pojąć, jak państwo może ścigać obywatela za jeden wpis w sieci.
– Moje dzieci nawet mi nie wierzą. Mówią: tato, ty się przyznaj, co ty takiego zrobiłeś? Przecież to niemożliwe, żeby policja cię szukała za to, że coś napisałeś – podsumował Kraskowski.