Świat znalazł się na nowym rozdrożu – te słowa Xi Jinpinga wyznaczają ton obecnej wizyty Donalda Trumpa w Chinach. Towarzyszy mu potężna delegacja amerykańskiego biznesu. Na korytarzach Zhongnanhai (kompleksu budynków rządowych w Pekinie) można spotkać szefów największych gigantów: Elona Muska (Tesla), Tima Cooka (Apple) czy – dołączonego w ostatniej chwili – Jensena Huanga z produkującej najnowocześniejsze chipy Nvidii.
– Wszyscy liczą na to, że coś tam pozałatwiają – komentuje na antenie Radia Wnet Radosław Pyffel. Jak zauważa ekspert, po zamkniętych spotkaniach amerykańska delegacja prezentowała typowy, optymistyczny „American style”, pokazując kciuki w górę, co ma symbolizować udane interesy. Jednak za fasadą uśmiechów toczy się brutalna, geopolityczna gra.
Karta tajwańska na stole. Czy USA „przehandlują” wyspę?
Podstawową zasadą chińskiej polityki jest ukrywanie prawdziwych intencji. Choć publicznie Donald Trump nie szczędzi Xi Jinpingowi pochwał, nazywając go „wielkim przywódcą”, obie strony mają swoje twarde cele do zrealizowania. Dla Pekinu kwestią absolutnie kluczową pozostaje powrót zbuntowanej prowincji do macierzy. W kontekście potencjalnego konfliktu o Tajwan, postawa amerykańskiego prezydenta budzi w regionie poważny niepokój.
– Na na pewno Xi będzie chciał Tajwanu – podkreśla ekspert Instytutu Sobieskiego. – Czy Trump rzeczywiście zgodzi się powstrzymać te „zbrojenia”? Były takie wypowiedzi, które bardzo zaniepokoiły wyspę, że Trump jest gotów do takich negocjacji.





