Teraz na antenie:
Radio Wnet
Gospodarka

Czy planeta nadal płonie, czy może już mniej… Kto zarabia na zielonej transformacji?

Czy planeta rzeczywiście nadal płonie, czy może ogień klimatycznego alarmizmu zaczyna przygasać? Adam Gniewecki pokazuje, jak wielkie deklaracje o ratowaniu świata zderzają się z rachunkiem za energię, przemysłem i interesami mocarstw.
Czy planeta nadal płonie, czy może już mniej… Kto zarabia na zielonej transformacji?

Klimat, ziemia i zielona energia, fot. ChatGPT

Gates łagodzi klimatyczną apokalipsę

Bill Gates, współzałożyciel Microsoft, filantrop i inwestor, postrzegany jako guru „wyznawców religii klimatycznej i jej bojowników”, a co najmniej znaczący sojusznik tych środowisk, od dawna deklarował, że za obecne zmiany klimatu, a w szczególności jego ocieplenie, odpowiada działalność człowieka. W 2021 r. w książce „How to Avoid a Climate Disaster” („Jak uniknąć katastrofy klimatycznej”) przedstawił plan “wyzerowania emisji” gazów cieplarnianych i ostrzegał, że bez radykalnych działań w tym kierunku grożą nam katastrofalne skutki. W tym okresie Gates posunął się do zalecania jednostkom m.in. ograniczenia konsumpcji i zmniejszenia własnego śladu węglowego, jako formy osobistego zaangażowania. Założyciel Microsoftu nawoływał bogate kraje do spełniania moralnego obowiązku dążenia do zerowej emisji netto i trzeba przyznać, że jednocześnie jego firma inwestowała w technologie zielonej energetyki.

W 2025 r. Gates, zaskakując wielu, przedstawił nowe, nieortodoksyjne stanowisko, znacznie obniżające dramatyczne, czasem histeryczne napięcie opanowujące wyznawców ideologii klimatycznej. Na blogu i w mediach stwierdził, że choć zmiany klimatu przyniosą „poważne konsekwencje, zwłaszcza dla najbiedniejszych krajów”, to nie doprowadzą do zagłady ludzkości. Obecnie, według Gatesa, błędem jest twierdzić, że kryzys klimatyczny oznacza koniec świata. Miliarder teraz rozsądnie sugeruje by zamiast skupiać się wyłącznie na redukcji emisji i temperaturze, traktować klimat w kontekście jakości życia, zdrowia, ubóstwa i rozwoju, czyli żeby priorytetem uczynić łagodzenie skutków zmian klimatu, a nie tylko samo ich powstrzymywanie. Według „nowej teorii” Billa Gatesa przesadny alarmizm prowadzi do nieefektywnego wydatkowania zasobów, które lepiej inwestować w poprawę warunków życia, opiekę zdrowotną oraz rozwój, niż w “katastroficzne scenariusze”.

Gates przestał prezentować klimatyczny „apokaliptyzm” jako centralny motyw swoich działań. Przed konferencją klimatyczną COP30 (od angielskiego Conference of the Parties – „Konferencja Stron” – coroczne spotkanie wszystkich państw, które podpisały Ramową Konwencję Narodów Zjednoczonych o Zmianach Klimatu, podczas konferencji, która odbyła w dniach 10–21 listopada 2025 r. w Brazylii), opublikował 17-stostronicowe memento, które liczni osłupiali i oburzeni naukowcy oraz wyznawcy religii klimatycznej skrytykowali za stworzenie, jak to nazwali – „fałszywej dychotomii” między walką z biedą a działaniami klimatycznymi. Wskazali, że choć zmiany klimatu same w sobie nie oznaczają natychmiastowego „końca świata”, ich skutki – fale upałów, powodzie, susze, ekstremalne zjawiska pogodowe – już teraz prowadzą do wzrostu cierpień, zwłaszcza na globalnym Południu. Krytycy „zreformowanych” poglądów klimatycznych Gatesa wyrażają obawy, że taka retoryka może być wykorzystana jako pretekst do opóźniania lub łagodzenia działań „chroniących klimat”. Twierdzenie twórcy Microsoft’u: jeśli „nie dojdzie do zagłady”, to może warto zrezygnować z ambitnych celów emisyjnych na rzecz rozwoju technologii czy adaptacji, jest zdaniem wielu niebezpiecznym precedensem. W skrócie: część, ta „lepsza”, naukowców i aktywiści klimatyczni dostrzegają w deklaracjach Gatesa próbę przewartościowania priorytetów, z obawą, że „ludzkie dobro” – o zgrozo – zostanie uznane za ważniejsze niż środowisko, a to już „pogląd całkiem wywrotowy”. Czy znany ze swoich, dotyczących losu ludzkości i jej planety, proroctw miliarder, guru i prorok religii klimatycznej widząc zmianę trendu z ideologicznego na racjonalny koniunkturalnie zmienił stanowisko, czy po prostu poszedł po rozum do głowy? Nie wiem. Ale uważam, że wolta Gatesa daje prawo do ostrożnego optymizmu.

Davos mówi już językiem energii

Na domiar złego, na tegorocznym World Economic Forum (WEF) w Davos, ku zaskoczeniu uczestników i obserwatorów, nie pojawił się założyciel i, nieprzerwanie od 54-ch lat, prezes Forum, Klaus Schwab, którego miejsce zajęli jako tymczasowi współprzewodniczący – „Interim Co-Chair”: dotychczasowy szef Kuratorium Forum, prezes największej na świecie, amerykańskiej korporacji inwestycyjnej – BlackRock Inc., Larry Fink oraz André Hoffmann szwajcarski przedsiębiorca, filantrop, ekolog i wiceprzewodniczący rady dyrektorów Roche Holding AG. Fink, otwierając obrady, zapowiedział m.in. powrót do energetyki węglowej, gazowej i atomowej gdyż okazuje się, że odnawialne źródła energii są zbyt niestabilne oraz za mało wydajne by sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu na energię konieczną do zasilania rozwijającej się techniki sztucznej inteligencji, robotyzacji i automatyzacji. I to pomimo, iż BlackRock i inne firmy inwestycyjne lokowały dotychczas poważne fundusze w odnawialne źródła energii.

Jakby i tego było mało, w dniu poprzedzającym otwarcie tegorocznego Forum amerykański sekretarz handlu USA, Howard Lutnick, (tak, ten sam Howard Lutnick, który w grudniu 2012 r. pojawił się na „wyspie Epsteina z żoną, czwórką dzieci i niańkami – bo właśnie przepływał jachtem w pobliżu) opublikował w „Financial Times” tekst, w którym zapowiedział, że amerykańska administracja jedzie do Davos, aby „burzyć status quo”. By nie być gołosłownym, podczas uroczystej kolacji dla uczestników Forum Lutnick ogłosił, że „globalizm zawiódł”, Net Zero (zerowa emisja netto – stan, w którym ilość emitowanych do atmosfery gazów cieplarnianych jest równoważona przez ich usuwanie lub pochłanianie) uzależniło Europę od Chin, a narody muszą kontrolować swój przemysł, energię i medycynę. Potem padło zdanie, które wstrząsnęło salą: „Dlaczego Europa miałaby zgodzić się na Net Zero, skoro nie produkuje nawet baterii?”. To było dokładnie to, czego uczestnicy WEF nie chcieli usłyszeć. Według „Financial Times”, amerykański polityk , podczas uroczystej kolacji, został wygwizdany , a sytuację musiał łagodzić nowy prezes WEF i od 40-tu lat prezes BlackRock Inc. – Larry Fink.

CO₂, pomiary i spór o skalę wpływu człowieka

Encyklopedyczna definicja przedstawia globalne ocieplenie jako wzrost średniej rocznej temperatury powierzchni Ziemi. W języku potocznym termin ten odnosi się też do innych skutków globalnej zmiany klimatu spowodowanych antropogeniczną (wywołaną działalnością człowieka) emisją gazów cieplarnianych od początku epoki przemysłowej. Pomiary temperatury powierzchni Ziemi (lądy i oceany) pokazują długoterminowy trend wzrostowy od wieku XIX. Według raportów IPCC (ang. Intergovernmental Panel on Climate Change czyli Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) i innych, merytorycznie zgodnych źródeł, średnia temperatura jest obecnie o ok. 1,1 °C (lub więcej, w zależności użytej bazy) wyższa niż w latach 1850-1900, często nazywanych okresem „przedindustrialnym”.

Jako jeden z głównych powodów wzrostu temperatury wymienia się wzrost emisji tzw. gazów cieplarnianych, których zwiększone stężenie w atmosferze nasila efekt cieplarniany, co sprawia, że atmosfera zatrzymuje więcej ciepła. Do najważniejszych z tych gazów zalicza się: 1. dwutlenek węgla (CO₂), który ma odpowiadać za około 70–80% wpływu człowieka na klimat; 2. metan (CH₄), 28–34 razy silniej „ocieplający” od CO₂, który ma odpowiadać za ok. 15–20% globalnego ocieplenia; 3. Podtlenek azotu (N₂O), ok. 300 razy silniej „ocieplający” niż CO₂, który ma odpowiadać za ok. 6% ocieplenia; 4. zaś para wodna to najsilniejszy naturalny gaz cieplarniany, który wzmacnia ocieplenie dzięki efektowi sprzężenia zwrotnego. Cieplej – więcej pary; więcej pary – cieplej; cieplej… itd. I tu w sposobie podania informacji widać, wcale nie tak niewinną manipulację. Raz mówi się (w przypadku CO₂) o udziale procentowym we wpływie człowieka na ocieplenie klimatu, a w innych przypadkach o udziale procentowym w globalnym ociepleniu. A kto tak naprawdę wie jaki jest, albo może być udział działalności ludzkiej w ociepleniu klimatu na Ziemi? O ile klimat ziemski rzeczywiście się ociepla. Niejasności i tzw. „kontrowersji” jest więcej. Na przykład sposób pomiaru temperatur w tysiącach punktów na Ziemi, czy ubytek ilości lodu w skali globalnej.

Głos sceptyków wobec alarmizmu

„Apelujemy o prowadzenie polityki klimatycznej w oparciu o realistyczną naukę, ekonomię i prawdziwą troskę o tych, którzy zostali poszkodowani przez kosztowne i niepotrzebne próby łagodzenia zmian klimatu”, napisało pod koniec września 2019 roku 500 naukowców w skierowanym do ONZ liście, apelując o opieranie polityki klimatycznej na nauce, a nie na ideologii. Ostrzegli ONZ, że aktualna polityka prowadzi do podkopania obecnego systemu ekonomicznego i naraża ludzi w wielu krajach na zagrożenie brakiem dostępu do, niezbędnej dziś do życia, elektryczności z pewnych i tanich źródeł. Podpisani pod listem wyrazili nadzieję na debatę w sprawie klimatycznego „alarmizmu” ponieważ, ich zdaniem, promowanie takich działań prowadzi do „krzywdzenia ludzi na poziomie emocjonalnym i ekonomicznym”. Sprawy klimatyczne to jeden z filarów ideologii zrównoważonego rozwoju i Agendy 2030 ONZ oraz jeden ze straszaków, mających nas przekonać o konieczności przebudowania dotychczasowego, mającego prowadzić do totalnej klęski, porządku świata.

Do najbardziej znanych amerykańskich sceptyków w sprawie zmian klimatu czy antropogenicznego źródła globalnego ocieplenia należą: Richard Lindzen (Massachusetts Institute of Technology, emerytowany profesor fizyki atmosfery) – twierdzi, że klimat jest mniej wrażliwy na wzrost ilości CO₂ niż podaje IPCC; Judith Curry (Georgia Institute of Technology, klimatolog) – zwraca uwagę na wysoką niepewność modeli klimatycznych, a wpływ człowieka, uznaje za przeszacowany; John Christy (University of Alabama in Huntsville, satelitarne pomiary temperatury) – twierdzi, że satelity nie pokazują ocieplenia zgodnego z modelami; Roy Spencer (UAH, współpracownik Christy’ego) – argumentuje, że naturalne zmiany oceaniczne mogą tłumaczyć ocieplenie; Willie Soon (Smithsonian Astrophysical Observatory) – twierdzi, że globalne ocieplenie wynika z cykli słonecznych.

W innych krajach, w tym w Polsce, sceptycznych naukowców też nie brakuje. Najbardziej znanym polskim sceptykiem był, zmarły w 2011 r., prof. Zbigniew Jaworowski, lekarz i badacz, który kwestionował naukowy konsensus nt. globalnego ocieplenia, twierdząc, że pomiary stężenia CO₂ w rdzeniach lodowych są błędne i że wzrost zawartości dwutlenku węgla w atmosferze nie jest główną przyczyną ocieplenia. Na czele listy, niewiernych klimatycznej ideologii, zachodnioeuropejskich uczonych znajdują się: Henrik Svensmark (Dania), Vincent Courtillot (Francja), Jan Veizer (Niemcy / Słowacja / Kanada), Antonino Zichichi i Franco Battaglia (Włochy), Fritz Vahrenholt (Niemcy), którzy podważają dominującą rolę CO₂, wskazują na niedoszacowanie wpływu czynników naturalnych i przeszacowanie roli człowieka, podkreślają rolę czynników geofizycznych, w tym zmian w promieniowaniu słonecznym oraz krytykują metody rekonstrukcji temperatur i modele klimatyczne. Poza tym, głoszą, iż przyszłe ocieplenie będzie znacznie słabsze, niż przewiduje IPCC i krytykują uprawianą obecnie politykę klimatyczną.

Dwutlenek węgla: problem czy surowiec?

Oskarżany o powodowanie zmian klimatycznych, CO₂ stanowi istotny surowiec wykorzystywany w wielu sektorach przemysłu i znajduje szerokie zastosowanie w gospodarce. W przemyśle spożywczym używa się go do produkcji napojów gazowanych oraz do pakowania żywności w atmosferze ochronnej, co wydłuża jej trwałość. W rolnictwie zwiększa wydajność upraw szklarniowych poprzez wspomaganie procesu fotosyntezy. Ponadto w przemyśle chemicznym stanowi surowiec do produkcji nawozów i innych związków chemicznych. Istotne znaczenie ma także w medycynie oraz w systemach przeciwpożarowych. Służące gospodarce CO₂ pochodzi głównie z przemysłu chemicznego, fermentacji, spalania paliw kopalnych (po wychwyceniu), w mniejszym stopniu ze źródeł naturalnych. Na przykład, CO₂ powstaje w procesie chemicznym lub fermentacyjnym, firma gazowa go wychwytuje i oczyszcza, a następnie sprzedaje w postaci sprężonego lub ciekłego gazu albo tzw. suchego lodu.

Często i słusznie podnosi się argument, że ziemska atmosfera zawiera objętościowo zaledwie około 0,04% – czyli 0,4 promila CO₂. Co oznacza ilość na poziomie domieszki śladowej, a na dodatek obecność tego gazu jest warunkiem istnienia życia na ziemi. Ale CO₂ jest nieodłącznym towarzyszem procesów spalania wciąż tak potrzebnych, a nawet koniecznych do produkcji energii, która jest wszak motorem oraz warunkiem rozwoju i postępu. I tu jest pies pochowany! Bronią ekologiczno-klimatyczną bardziej rozwinięci mogą powstrzymać rozwój rozwiniętych mniej. Zapobiec wyrastaniu konkurencji. Utrzymać dominację i jeszcze nieźle zarobić wciskając mniejszym „cudmaszyny” do czystej i taniej produkcji zielonej energii, taktownie milcząc w sprawie kosztów ekologicznych wytworzenia urządzeń takich jak wiatrak, panel słoneczny, albo mały akumulator o dużej pojemności elektrycznej. Że nie wspomnę o oczywistej oczywistości, iż energia zielona i tania to antonimy. A jeśli energia nie będzie jeszcze dość droga by puścić z torbami tych uboższych, a nawet i nieco, o zgrozo, samowolnie zamożniejszych, usadzi się ich ETS’ami, które służą kapitałowi spekulacyjnemu (czytaj bankom) do zarabiania sprawiedliwie im należnych kroci.

Zielony Ład i koszt europejskiej transformacji

Podstawą aktualnej polityki klimatycznej Unii Europejskiej jest European Green Deal, czyli transformacja gospodarki w kierunku neutralności klimatycznej i zrównoważonego rozwoju. UE stawia sobie za cel stanie się pierwszym „klimatycznie neutralnym” kontynentem na świecie. Ustawa European Climate Law wyznacza dwa kluczowe cele: redukcję emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 55% do 2030 r. (w stosunku do roku 1990) oraz osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 r. W okresie 2024-2025 UE zaproponowała i zaakceptowała, jako kolejny kamień milowy, redukcję emisji netto o 90% do 2040 r. (w porównaniu z rokiem 1990). To jest cel. Narzędzia do realizacji wymienionych zamysłów to głównie: zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii w miksie energetycznym – min. 42,5% do 2030 r.; handel uprawnieniami do emisji (ETS) – obowiązek kupowania przez firmy pozwoleń na emisje w celu ograniczenia tychże w kluczowych sektorach gospodarki; wprowadzenie granicznej opłaty węglowej (tzw. carbon border adjustment) – import towarów z krajów o mniej restrykcyjnych standardach emisyjnych będzie obłożony odpowiednią opłatą (cłem) co ma zapobiec „uciekaniu” emisji poza UE i chronić konkurencyjność europejskiego przemysłu.

W wyniku procesu legislacyjnego prowadzonego od początków 2024 r. do końca 2025 r., UE wyznaczyła sobie „nowy cel” zakładając obniżenie emisji CO₂ o 90% do 2040 r. Ma to ułatwić i uporządkować drogę do neutralności w roku 2050, ale wymaga karkołomnej transformacji gospodarczej, technologicznej i społecznej, a to oznacza gigantyczne nakłady, inwestycje, a także gotowość społeczeństw do ponoszenia poświęceń. Poświęceń? W imię czego? W imię dyskusyjnych i niepewnych teorii naukowych? W imię pogłębiania podziału między rozwiniętymi – bogatszymi i tymi na dorobku, którzy przy takich kosztach podstawowego surowca przemysłowego, jakim jest energia, już się raczej nie dorobią? I tak ani świat, ani sama Europa nie odczują europejskiej walki z dwutlenkiem węgla. Wkład krajów unijnych w światową produkcję CO₂ wynosi ok. 8%, a wiatry roznoszą go wszędzie. Np. „chiński CO₂” nad UE. Poza tym, jak Europa ma konkurować z USA, czy Chinami jeśli cena energii na starym kontynencie jest o 150% wyższa niż za oceanem? Firmy muszą kupować coraz droższe pozwolenia na emisję CO₂, co czyni koszty emisji tego gazu znaczącym rzeczywistym czynnikiem ekonomicznym.

Ideologia swoje a praktyka swoje. Wydobycie węgla na świecie wciąż rośnie. I tak, w skali rok do roku: w 2021 r. wzrosło o ok. 6,5%, w 2022 o ok. 7,8%, w 2023 o ok. 3%, a w roku 2024 o ok. 1,4%.

USA wracają do energetycznego realizmu

Podczas gdy Europa konsekwentnie brnie w samobójczą politykę klimatyczną i nie tylko klimatyczną, USA przetarły oczy i za pośrednictwem Donalda Trampa przywitały się ze zdrowym rozsądkiem, żeby nie napisać „z rozumem”. Podczas drugiej kadencji obecnego prezydenta USA polityka klimatyczna Ameryki opiera się na: promocji paliw kopalnych i deregulacji; wycofaniu się z międzynarodowych zobowiązań związanych z polityką klimatyczną; retoryce sceptycznej wobec poglądów części świata nauki w sprawie klimatu; osłabieniu wsparcia dla odnawialnych źródeł energii. W latach 2017–2021, podczas swojej pierwszej kadencji prezydent Trump dokonał jednej z najbardziej radykalnych zmian kursu w polityce klimatycznej i energetycznej USA od dekad. Jego administracja systematycznie wycofywała regulacje środowiskowe wprowadzone przez Baracka Obamę oraz znacząco zmieniała priorytety – od działań na rzecz redukcji emisji w stronę wspierania paliw kopalnych.

W 2017 r. Donald Trump ogłosił, że USA opuszczą globalne porozumienie klimatyczne (formalnie nastąpiło to w roku 2020) argumentując, że porozumienie „osłabia gospodarkę USA” i przynosi korzyści konkurentom, zwłaszcza Chinom. Zmiana była symboliczna i praktyczna, a USA stały się jedynym krajem na świecie poza układem. Promując paliwa kopalne, administracja Trumpa otwierała kolejne tereny federalne w celu prowadzenia wierceń oraz wydobycia ropy i gazu, łagodziła normy dotyczące metanu dla przemysłu naftowego i gazowego, czyniła starania w celu ożywienia energetyki węglowej. Podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa wycofano lub osłabiono ponad 100 przepisów środowiskowych, a sam prezydent podkreślał koncepcję „energy dominance” przewidującą dążenie do maksymalnego wydobycia i eksportu paliw kopalnych, rozwój LNG jako elementu geopolityki (m.in. wobec Europy) i zmniejszenie nacisku na OZE.

Pierwszą, niosącą poważne konsekwencje polityczne, decyzją prezydenta USA Joe Bidena był powrót do Porozumienia Paryskiego, czyli odwrócenie decyzji Donalda Trumpa z 2017 r., Następnie, prezydent Donald Trump, w pierwszym dniu swojej drugiej kadencji, zapowiedział ponowne wycofanie USA tego porozumienia i innych międzynarodowych mechanizmów współpracy klimatycznej. To nie jest zabawa w kotka i myszkę. Jeśli władze największej gospodarki i najpotężniejszego mocarstwa świata tak zmagają się o kształt swojej polityki energetycznej, to jest to dowód znaczenia politycznego i gospodarczego energii oraz sposobu jej pozyskiwania. To być albo nie być wielu państw.

Podczas gdy liczne rządy europejskie udają, że nie rozumieją wagi zagadnienia dalej uprawiając autosabotaż, Donald Trump konsekwentnie wspiera wydobycie paliw kopalnych i rozwój sektora tradycyjnej energetyki, promuje wydobycie ropy i gazu, organizując aukcje na nowe tereny wydobywcze oraz konsekwentnie znosi lub ogranicza regulacje proklimatyczne wdrożone za prezydentury Joe Bidena. „Jak zapowiedział, tak zrobił.” Niedawno prezydent USA oficjalnie ogłosił wycofanie Stanów Zjednoczonych z kluczowych elementów amerykańskiej i międzynarodowej polityki klimatycznej. Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze (Executive Order 14162) nakazujące wycofanie USA z Porozumienia Paryskiego o zmianie klimatu oraz związanego z nim zestawu międzynarodowych zobowiązań. Administracja Trumpa wycofała się też z szeregu międzynarodowych organizacji i traktatów związanych z polityką klimatyczną, w tym elementów ramowej konwencji klimatycznej (UNFCCC), Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) i innych instytucji promujących odnawialne źródła energii czy wspólną ocenę naukową. Skutkuje to usunięciem podstaw regulacji klimatycznych w USA oraz formalnym wycofaniem z globalnych porozumień klimatycznych. Nie jest to tylko retoryczna deklaracja, lecz formalny akt polityczny o szerokim znaczeniu.

Chiny budują wszystko naraz

Paradoksem chińskiej polityki energetycznej wydawać nam się może fakt, iż Państwo Środka realizuje jednocześnie największą na świecie ekspansję gospodarczą, buduje najwięcej elektrowni węglowych i rozwija największy program atomowy, w tym samym czasie wytwarzając najwięcej odnawialnych źródeł energii. Dla Chińczyków to nie sprzeczność, to strategia. Największa na świecie ekspansja gospodarcza wymaga wielkiej produkcji energii, dostarczanej w sposób ciągły i pewny. Hasło brzmi: „redukuj emisje bez ryzyka przerw w dostawach energii”. Bezpieczeństwo energetyczne ma absolutny priorytet. Chiny traktują energię jako element bezpieczeństwa państwa. Kluczowa zasada mówi, że: „Nie może zabraknąć prądu – nawet kosztem wysokich emisji”. To odróżnia politykę gospodarczą Pekinu od gospodarki UE, gdzie priorytetem jest dekarbonizacja „tu i teraz”. Oficjalnie chińskie władze przewidują szczyt emisji CO₂ jeszcze przed rokiem 2030, zaś osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2060 r. Droga do tych celów jest „stopniowa”, nie gwałtowna. Z jednej strony — deklaracje, z drugiej — silna zależność od węgla i energochłonność przemysłu. Węgiel pozostaje buforem stabilności i właśnie to paliwo dostarcza Chinom 55-60% energii elektrycznej. Państwo Środka jest największym producentem i konsumentem węgla na świecie. Sami produkując energię w sposób konwencjonalny, odnawialne źródła energii Chińczycy pozostawiają innym, bijąc wszelkie rekordy w produkcji i eksporcie OZE. Wartość chińskiego eksportu OZE, co obejmuje fotowoltaikę (dominująca część całej produkcji światowej), turbiny wiatrowe oraz baterie i pojazdy elektryczne w roku 2024 osiągnęła wartość ok. 177 mld USD. Chiny dostarczyły 39% turbin wiatrowych zainstalowanych poza ich terytorium i nawet 90% modułów fotowoltaicznych.

Zielona energia i rachunek globalnej gospodarki

Energia wiatrowa odpowiada obecnie za 7–9% światowej produkcji prądu i 2–3% globalnej energii pierwotnej, czyli energii zawartej w surowcach naturalnych, zanim zostanie ona przetworzona w formę użyteczną dla człowieka – na przykład: węgiel, ropa naftowa, gaz ziemny, promieniowanie słoneczne, wiatr, energia wodna (rzeki), biomasa, czy uran (dla energetyki jądrowej). Ludzkość zainwestowała już w energetykę wiatrową sumę rzędu kilku bilionów dolarów (można przyjąć, że ok. 3 bln USD) i aktualnie wydaje na nią 180–220 mld USD rocznie, co czyni ją jedną z największych technologii inwestycyjnych świata. Według raportu światowej Agencji Energii z roku 2024, globalne inwestycje roczne w elektrownie gazowe, węglowe i jądrowe wyniosły od 150 do 250 mld USD, a elektrownie tego rodzaju, czyli źródła stabilne, wytworzyły 65–70% globalnej energii elektrycznej. Ze słońca i z wiatru, czyli ze źródeł niestabilnych, ludzkość czerpie 13–15% energii elektrycznej. Jeśli świat miałby realizować utopijny unijny program redukcji emisji netto o 90% do 2040 r., to w okresie najbliższych 14-tu lat koszt takiej transformacji byłby niewyobrażalny, światowa gospodarka i przemysł ległyby w gruzach, a ludzkość cofnęłaby się do czasów świeczki i ogarka – i to jest wariant optymistyczny!

Nie byłoby łatwo skłonić eurokratów do przyznania się, że Unia choćby trochę wycofuje się z walki z globalnym ociepleniem, czyli z CO₂. Nadal deklarują „ambitne” cele, ale, nie wdając się w szczegóły, wykazują więcej elastyczności, dopuszczają pewne opóźnienia i częściowe „rozmycie” redukcji (offsety), a „globalne ocieplenie” zastępują „zmianami klimatu”. Bruksela twierdzi, że „twardo utrzymuje kierunek” przy „bardziej miękkim wykonaniu”. Dobrze, iż może już zauważyli, że są na kursie kolizyjnym z przetrwaniem, że gospodarka europejska pada oraz: albo plany obronne i CO₂, albo brak emisji i brak bezpieczeństwa. Nie płoszmy i nie zawstydzajmy, bo mogłoby im się odmienić.

Chińskie kominy, także przy produkcji OZE, dymią, a wiatry roznoszą spaliny na cały świat. Do Strefy Schengen też, a nawet do samej Brukseli, zaś Chińczycy ETS’ów nie płacą. A planeta płonie. Chociaż ostatnio jakby jednak mniej.

Autor: Adam Gniewecki


Tekst ma charakter opinii autora. Przedstawione w nim tezy i oceny są elementem publicystycznej debaty, a zawarte w nim oceny i wnioski nie muszą być tożsame ze stanowiskiem redakcji.

Przeczytaj więcej

Orlen Synthos Green Energy (OSGE) pod lupą. Prof. Pieńkowski ostrzega: „Szanse, że będziemy okradzeni, są duże”
Orlen Synthos Green Energy (OSGE) pod lupą. Prof. Pieńkowski ostrzega: „Szanse, że będziemy okradzeni, są duże”
Kopalnia Solino w niebezpieczeństwie? Niemiecki gigant chce kupić kluczowy polski kompleks
Kopalnia Solino w niebezpieczeństwie? Niemiecki gigant chce kupić kluczowy polski kompleks
„Krajobraz jak po wybuchu bomby”. Słynne jezioro zniknęło, lokalne biznesy toną
„Krajobraz jak po wybuchu bomby”. Słynne jezioro zniknęło, lokalne biznesy toną