Teraz na antenie:
Radio Wnet
Polska

Turystyczny Fundusz Pomocowy miał być kołem ratunkowym. Branża: Rząd nic nie robi!

– Od soboty mamy problem, a fundusz wciąż nie działa – mówi Łukasz Mikosz z branży turystycznej. Przedsiębiorcy zarzucają rządowi opóźnienia i brak decyzji.
Turystyczny Fundusz Pomocowy miał być kołem ratunkowym. Branża: Rząd nic nie robi!

Turystyczny Fundusz Pomocowy miał działać w sytuacjach kryzysowych, ale wciąż nie został uruchomiony – mówi Łukasz Mikosz. Jego zdaniem przez zwłokę państwa koszty już dziś ponoszą biura podróży, a turyści nadal czekają na rozwiązania.

Posłuchaj całej rozmowy:

Fundusz jest, ale nadal nie działa

Najmocniej w rozmowie Magdaleny Uchaniuk w Radiu Wnet z Łukaszem Mikoszem wybrzmiał temat Turystycznego Funduszu Pomocowego. To mechanizm utworzony w czasie pandemii po to, by w sytuacjach nadzwyczajnych organizatorzy turystyki mieli z czego zwracać klientom pieniądze za odwołane wyjazdy.

Jak tłumaczył prezes Europejskiego Stowarzyszenia Przedsiębiorców Turystycznych, fundusz nie jest zwykłą dopłatą od państwa. To system, z którego organizator może pożyczyć środki, a pieniądze trafiają bezpośrednio do podróżnego. Problem w tym, że choć kryzys trwa od kilku dni, fundusz nadal nie został uruchomiony.

Od soboty mamy problem, spotykamy się w środę i tak w sumie jeszcze ten fundusz nie został uruchomiony

– powiedział Mikosz.

To miała być realna pomoc dla rynku

Mikosz przypomniał, że fundusz został stworzony właśnie po to, by chronić branżę w momentach nagłego załamania. Organizatorzy nie trzymają pieniędzy klientów na koncie – te środki są wcześniej wydawane na zaliczki za hotele, samoloty, pośredników i lokalnych kontrahentów. Gdy wyjazd nie dochodzi do skutku, zwroty dla klientów trzeba jednak wypłacić.

I właśnie tu TFP miał być zabezpieczeniem. Jak podkreślał Mikosz, pieniądze w funduszu są, bo z każdej osoby wyjeżdżającej odkładana jest składka.

Turystyczny Fundusz Pomocowy powstał w okresie COVID-u właśnie, żeby uchronić (…) organizatorów turystyki, którzy w sytuacji nadzwyczajnej muszą oddać pieniądze, a nie mają z czego

– mówił.

Branża zarzuca rządowi opóźnienia

W ocenie Mikosza problemem nie jest brak środków, ale sposób uruchamiania funduszu. Dziś wymaga to wspólnej decyzji ministra właściwego do spraw turystyki i ministra finansów. Zdaniem branży taki model jest zbyt wolny i zbyt uznaniowy.

To właśnie dlatego Mikosz tak mocno krytykuje rząd. W jego ocenie mechanizm, który miał działać w kryzysie, ugrzązł w procedurach dokładnie wtedy, gdy powinien zadziałać natychmiast.

Nie ma dofinansowania ze strony rządu dla obywateli

– stwierdził.

Potrzebny automatyzm, nie decyzja polityczna

Mikosz przekonywał, że fundusz powinien być uruchamiany automatycznie po spełnieniu ustawowych przesłanek, na wniosek przedsiębiorcy składany do Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Wtedy organizator i podróżny składaliby odpowiednie wnioski, a środki trafiałyby szybko do klienta.

Jego zdaniem obecny system sprawia, że przedsiębiorca musi najpierw podjąć decyzję o anulowaniu wyjazdu, a dopiero potem zastanawiać się, skąd wziąć pieniądze na zwrot. To – jak wskazywał – odwrócenie logiki bezpieczeństwa.

Biura podróży już ponoszą koszty

Brak uruchomienia funduszu oznacza, że organizatorzy już teraz finansują skutki kryzysu z własnych środków. Dotyczy to zarówno zwrotów, jak i kosztów pobytu klientów, którzy utknęli za granicą.

Zgodnie z ustawą organizator ma obowiązek pokryć pobyt podróżnego przez trzy dni w sytuacji nadzwyczajnej. W praktyce jednak wielu turystów przebywa za granicą dłużej, a firmy i tak nadal płacą za ich zakwaterowanie.

Organizatorzy raczej płacą – płaczą i płacą – za przedłużone pobyty turystów

– mówił Mikosz.

Turyści czekają w hotelach

Dopiero potem Mikosz przeszedł do samej sytuacji podróżnych. Jak relacjonował, część Polaków utknęła w krajach Zatoki i innych miejscach, z których nie da się wrócić po zamknięciu kluczowych lotnisk przesiadkowych.

Na dziś podstawowy komunikat jest prosty: trzeba czekać. Dotyczy to szczególnie osób przebywających w hotelach w Emiratach, gdzie podróżni pozostają do czasu, aż pojawi się możliwość bezpiecznego zorganizowania lotu.

Na ten moment niestety są to wnioski pod tytułem: trzeba siedzieć w hotelach (…) i czekać na informacje, kiedy uda się zebrać odpowiednią grupę i wysłać samolot

– powiedział.

Lotów nie da się uruchomić od razu

Mikosz podkreślał, że problem nie wynika wyłącznie z braku decyzji. Europejscy przewoźnicy nie mogą obecnie operować w rejonie konfliktu z powodu obowiązujących ograniczeń lotniczych. Oznacza to, że ani LOT, ani Enter Air nie mogą po prostu wysłać samolotów, nawet jeśli presja społeczna rośnie.

Bezpieczeństwo – jak zaznaczał – pozostaje absolutnym priorytetem. Przy zamkniętej przestrzeni powietrznej nie ma mowy o szybkim, prostym rozwiązaniu.

Europejskie linie lotnicze nie mogą operować w ten rejon konfliktu

– podkreślił.

Skala problemu jest ogromna

Jedna z najważniejszych liczb, które padły w rozmowie, dotyczyła Polaków przebywających w rejonie Zatoki. Mikosz wskazał, że może chodzić o około 14 tysięcy osób. To pokazuje, jak duże jest wyzwanie logistyczne.

Nawet przy wykorzystaniu dużych maszyn potrzeba wielu lotów, a dodatkowym ograniczeniem pozostają sloty i możliwości samych lotnisk. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli pojawi się możliwość działania, sprowadzanie ludzi będzie rozciągnięte w czasie.

Ceny biletów szybują

Mikosz zwrócił też uwagę na gwałtowny wzrost kosztów. Skoro do domu chce wrócić nie tylko Polska, ale cała Europa, przewoźnicy podnoszą ceny. W efekcie pojedyncze bilety osiągają dziś bardzo wysokie kwoty, sięgające nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

To kolejny powód, dla którego branża domaga się wsparcia państwa i szybkiego uruchomienia mechanizmów pomocowych. Bez nich całość nadzwyczajnych kosztów spada na organizatorów.

Klienci mają prawa, ale potrzebują jasnych zasad

Mikosz przypomniał, że podróżni, których wyjazdy nie dojdą do skutku z powodu nadzwyczajnych i nieuniknionych okoliczności, mają prawo do bezkosztowego odstąpienia od umowy. Takie samo prawo ma organizator turystyki.

Jednocześnie apelował o spokój. Jego zdaniem nie każda rezygnacja z wyjazdu planowanego za kilka miesięcy ma dziś uzasadnienie, a część reakcji wynika bardziej z paniki niż z realnej oceny sytuacji.

Branża domaga się szybkich zmian

Mikosz zaznaczył, że już złożył w ministerstwie pismo z wnioskiem o pilne uruchomienie TFP oraz o zmianę przepisów. W jego ocenie fundusz powinien działać szybciej, prościej i bez politycznego przeciągania decyzji.

Cały sens tego mechanizmu polega przecież na tym, by działał wtedy, gdy sytuacja jest nadzwyczajna. Według Mikosza dziś dzieje się odwrotnie: kryzys trwa, turyści czekają, biura płacą, a państwo nadal nie uruchomiło narzędzia, które miało być gotowe właśnie na taki moment.

/ad

Przeczytaj więcej

„Rozbroiliśmy własną armię dla Ukrainy”. Gen. Gromadziński: dziś Kijów odwraca się od Polski
„Rozbroiliśmy własną armię dla Ukrainy”. Gen. Gromadziński: dziś Kijów odwraca się od Polski
Adamski: Zełenski popełnił błąd, ale decyzja nie powinna zapaść od razu
Adamski: Zełenski popełnił błąd, ale decyzja nie powinna zapaść od razu
Piotr Semka: Sikorski pisze jakby był nastolatkiem
Piotr Semka: Sikorski pisze jakby był nastolatkiem