U2 wypuścili EP‑kę „Days of Ash” — sześć nowych utworów, które nie są tylko „kolejną EP‑ką”. To muzyczna debata z czasem, przemocą polityczną ergo opisem wzmacniania i respektowania prawa Ameryki, wreszcie śmiercią i moralnym obowiązkiem pamięci.
W komunikacie zespół nazwał to wydawnictwo „samodzielną kolekcją pięciu nowych piosenek i jednego poematu … natychmiastową odpowiedzią na wydarzenia bieżące i zainspirowaną przez wiele niezwykłych i odważnych osób walczących na pierwszej linii wolności”.
EP‑ka „Days of Ash” nie jest albumem w klasycznym sensie. To zdecydowanie jest zestaw krańcowo angażujących narracji, z których każda krzyczy: „patrz!”, „pamiętaj!”, „to się dzieje TERAZ!” Ale też, co ważne dla mnie, każda z tych piosenek pyta: „Kim my właściwie jesteśmy dzisiaj jako ludzie!?” I to nie tylko jako konsumenci muzyki czy obywatele danego kraju. I to jest największym plusem i darem tego zestawu nagrań czterech Dublińczyków.
Jako fan, który przeżył z U2 ponad cztery dekady, od pierwszych akordów „Sunday Bloody Sunday” po każdy kolejny album, na który czekałem z utęsknieniem (do pewnego czasu), muszę zacząć od uczciwej oceny muzycznej tego wydawnictwa.








