Cisza nasyca powietrze, nadchodzą cienie,
które nie wiedzą, co to czekanie. Wiecznie w ruchu.
Zimno, a jednak w tej nocy czas przestał się rozciągać,
i tylko serce wciąż nie może zrozumieć

Fot. J. Viggo, „Radosne Boże Narodzenie”, domena publiczna, Wikimedia.com
Cisza nasyca powietrze, nadchodzą cienie,
które nie wiedzą, co to czekanie. Wiecznie w ruchu.
Zimno, a jednak w tej nocy czas przestał się rozciągać,
i tylko serce wciąż nie może zrozumieć
Cztery kroki na śniegu, cztery światła w ciemnościach.
Nadzieja jak węgiel w dłoni –
czarna, pachnąca eterem,
jeszcze niewypalona.
Nie ma drogi.
Jest przepaść pomiędzy
i cisza na granicy
przed słowem, przed nadzieją.
Idziemy w tej pustce,
na rękach ziemi niosąc ból,
czekając na narodziny,
które nie będą zapowiedzią,
lecz wyrokiem.
Bo rodzi się nie tylko Bóg,
lecz także człowiek,
który będzie musiał umrzeć.
Dziecię nie zapłacze bez powodu.
Morze łez wzbiera w ciszy.
Ona sama nie wie,
co począć ze sobą.
I nagle –
posród nocnej ciszy
niesie się niemy krzyk.
W rdzawych wargach kamienia
dźwięk gęstnieje i rośnie.
Zaczyna się to,
czego nikt nie oczekiwał.
Nadzieja nie rozbiła się
jak dzban pusty.
Było jej tak mało –
a teraz zaczyna płonąć!
I staje się światło.
Nie po to, by przywrócić życie,
lecz by ocalić sens
temu, co ginęło w czasie.
Tomasz Wybranowski