Ukraińskie wybory prezydenckie przypominają mi bardzo te z 1990 r w Polsce, kiedy to Lech Wałęsa, legendarny przywódca Solidarności (nikt wtedy nie wiedział o jego powiązaniach z komunistycznymi służbami), najpierw stoczył wewnątrzśrodowiskowy bój z solidarnościowym premierem Tadeuszem Mazowieckim, by potem stawić czoła nikomu nieznanemu emigrantowi Stanisławowi Tymińskiemu.
Wtedy Lech Wałęsa walkę wygrał. Ciekawe, czy gdyby zaplecze polityczne Stanisława Tymińskiego poczekało 4 lata, nie wygrałby w cuglach emigrant z Kanady? Z jednej strony rozbudzone nadzieje ekonomiczne społeczeństwa, kryzys wynikający z procesu transformacji, a z drugiej – żywa jeszcze pamięć o patologiach PRL-u.
Tak, Stan Tymiński miał szansę wygrać i z prezydentem Lechem Wałęsą, i postkomunistycznym pretendentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Zwolennicy teorii spiskowych sugerują, że na Ukrainie być może odrobiono polską lekcję.
Niezakończony konflikt zbrojny, brak widocznych postępów w walce z patologiami i zubożenie społeczeństwa – w przekonaniu wyborców z winy urzędującego prezydenta – dały możliwość „nowej twarzy”. Stary establishment związany z byłą Partią Regionów w otwartym starciu nie miałby jednak szans. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że wynajęcie aktora, człowieka niezwiązanego wcześniej z polityką, mogło dać sukces w zmęczonym polityką społeczeństwie tym, którzy nie mogliby liczyć na powrót do rządów w otwartym starciu z ekipą pomajdanową. Twierdzą, że nad tym scenariuszem pracowano parę lat.



