Mariusz Majewski trafił do Demokratycznej Republiki Konga w lutym 2024 roku. Jak relacjonuje, podczas podróży został zatrzymany na wojskowym posterunku. Twierdzi, że o jego losie przesądził polski paszport i napięta sytuacja polityczna między Kongiem a Ruandą po wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy. Kongijskie służby oskarżyły go o szpiegostwo. Przez ponad trzy miesiące był przetrzymywany w kilku więzieniach, gdzie – jak mówi – doświadczył skrajnego głodu, pragnienia i przemocy. Ostatecznie został skazany na dożywotnie więzienie, choć później wrócił do Polski. W rozmowie skupił się jednak przede wszystkim na tym, co przeżył za więziennymi murami.
„Trupy leżały na podłodze”. Tak wyglądało piekło więzienia w Kongu
Ponad trzy miesiące spędzone w więzieniach Demokratycznej Republiki Konga Mariusz Majewski zapamiętał przede wszystkim jako nieustanną walkę o przetrwanie. Polski podróżnik twierdzi, że więźniowie byli głodzeni, pozbawiani wody, bici, a śmierć była tam codziennością.
– Codziennie było tam jakieś morderstwo. Ludzie umierali z głodu, z chorób i trupy leżały na podłodze więzienia. To było właściwie małe miasteczko – mówi Mariusz Majewski.
Pół litra wody na dwa dni
Pierwsze więzienie, do którego trafił, było przeznaczone dla osób oskarżanych o szpiegostwo i zdradę państwa. Jak relacjonuje, od początku więźniowie byli poddawani warunkom, które miały ich psychicznie i fizycznie złamać.





