Pewien dziennikarz spytał Donalda Trumpa, czy zadzwonił do rodzin czterech żołnierzy, którzy zginęli w Nigerze. W tym kraju jest niewielu amerykańskich żołnierzy, zajmują się szkoleniem miejscowych sił. Prezydent odparł na to, że nie, bo też poprzedni prezydenci, w tym Barrack Obama, nie dzwonili do rodzin w takich sytuacjach. Zostało to w ciągu kilku godzin zweryfikowane. Okazało się, że poprzedni prezydenci starali się rozmawiać z bliskimi poległych i przekazywać im wyrazy współczucia. Na to z kolei Donald Trump zareagował, mówiąc, że jak w Afganistanie zginął syn generała Kelly’ego, to Barrack Obama do genreała nie zadzwonił.
[related id=42919 side=left]Prezydent jednak zdecydował się zatelefonować do rodzin zmarłych. Wdowa po jednym z nich odebrała telefon w samochodzie, jadąc na cmentarz. Świadkiem rozmowy była kongresmenka z Partii Demokratycznej, która zaraz ogłosiła, że Donald Trump był bardzo nieprzyjemny – powiedział wdowie m.in., że jej mąż wiedział, na co się pisze, idąc do armii.
Po tym napadnięto w mediach na Donalda Trumpa, wytykając mu, że sam nigdy w wojsku nie był, że unikał, jak mógł, poboru w czasach, gdy jeszcze był on obowiązkowy. W jego obronie wystąpił na konferencji prasowej wspomniany generał Kelly, który jednak przy tym miał bardzo smutną minę. Pozostawiło to bardzo złe wrażenie.
Od 1945 roku wojska amerykańskie zawsze gdzieś są zaangażowane. Temat weteranów i rodzin poległych jest w USA zawsze tematem tabu. Donald Trump wszedł w niego z butami.




