Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Amy Winehouse. Dziewczyna z gitarą, która nie potrafiła uciec przed własnym cieniem

23 lipca 2026 roku mija 15 lat od jej tragicznej śmierci. Miała zaledwie 27 lat. Odeszła w swoim domu w Londynie w momencie, gdy wielu uważało, że najważniejsze rozdziały jej muzycznej drogi dopiero przed nią. Pozostawiła po sobie niewiele albumów, ale wpływ, jaki wywarła na muzykę, okazał się ogromny. Amy Winehouse nie była kolejną gwiazdą pop. Była zjawiskiem. Jej głos, sposób interpretacji i niezwykła zdolność zamieniania własnego życia w sztukę sprawiły, że stała się jedną z najbardziej charakterystycznych artystek początku XXI wieku.
Amy Winehouse. Dziewczyna z gitarą, która nie potrafiła uciec przed własnym cieniem

Amy Winehouse z zespołem za kulisami, po jednym z koncertów w 2009 roku. Fot. Zalon i Heshima Thompson. Licencja CC BY 2.0 Wikipedia

Z reguły artystów sceny i filmu pamiętamy przez pryzmat sukcesów, nagród i sprzedanych płyt. Są jednak również i tacy, których historia wykracza daleko poza muzykę. Ich życie staje się opowieścią o talencie, samotności, cenie sławy i kruchej granicy między geniuszem a autodestrukcją. Do tego grona bez wątpienia należała Amy Winehouse – wokalistka, która w kilka lat przeszła drogę od londyńskiej dziewczyny zakochanej w jazzie do światowej ikony, a później stała się symbolem artysty, którego świat zachwycił się talentem, ale nie zawsze potrafił ochronić człowieka.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Sabiną Karwalą:

Najbardziej przejmujące jest jednak to, że sama nigdy nie chciała być wielką gwiazdą. „Nie jestem ‘Amy gwiazda’, jestem ‘Amy dziewczyna z gitarą’” – mówiła. To zdanie jest kluczem do zrozumienia jej fenomenu. Za charakterystycznym makijażem, wysoką fryzurą i sceniczną pewnością siebie kryła się osoba niezwykle wrażliwa, zakochana w muzyce dawnych mistrzów jazzu – Billie Holiday, Sarah Vaughan czy Elli Fitzgerald.

Głos zrodzony z prawdy

Amy Winehouse nie była produktem wytwórni płytowej. Jej głos nie powstał dzięki marketingowej strategii. Był surowy, niepokojący i prawdziwy. W czasach, gdy przemysł muzyczny coraz częściej kreował artystów według gotowych schematów, ona pojawiła się jak ktoś z innej epoki. Łączyła elegancję dawnych klubów jazzowych z londyńską bezpośredniością młodego pokolenia.

Urodziła się 14 września 1983 roku w Londynie, w rodzinie związanej z muzyką. Jej babcia śpiewała jazz, a dom pełen był dźwięków, które później ukształtowały jej artystyczną tożsamość. Nie została wymyślona przez producentów i menedżerów. Jej talent wyrósł z fascynacji muzyką, obserwacji świata i potrzeby opowiadania własnych historii.

Pierwszy album „Frank” z 2003 roku zwrócił uwagę krytyków, ale dopiero wydany trzy lata później „Back to Black” uczynił z niej światową gwiazdę. Ta płyta stała się jednym z najważniejszych albumów swojej epoki, bo nie była tylko perfekcyjnie wyprodukowanym dziełem popowym. Była zapisem emocji.

„Back to Black” był pamiętnikiem zapisanym muzyką – opowieścią o miłości, rozstaniach, samotności i próbie odnalezienia siebie. Utwory takie jak „Rehab”, „You Know I’m No Good”, „Tears Dry on Their Own” czy „Back to Black” nie były kreacją wymyśloną dla list przebojów. Były życiem. Amy mówiła:

„Każda zła sytuacja to bluesowa piosenka, która czeka, aby zabrzmieć.”

I rzeczywiście – potrafiła przemienić cierpienie w sztukę. Tam, gdzie inni widzieli kryzys, ona odnajdywała melodię. W 2008 roku podczas gali Grammy zdobyła pięć statuetek, między innymi za najlepszy album popowy, nagranie roku i piosenkę roku. Świat muzyki przyznał jej miejsce wśród największych, ale sukces przyniósł również ogromną presję.

Cena sławy i samotność pod światłem reflektorów

Amy nigdy nie była artystką odgrywającą rolę. Wszystko w niej było osobiste. Jej muzyka była zapisem przeżyć, rozczarowań, miłości i bólu. Dlatego trafiała do milionów ludzi, bo … nigdy nie udawała. Jednocześnie coraz trudniej było jej żyć pod ciężarem popularności. Media śledziły każdy jej krok, a prywatne problemy stawały się publicznym spektaklem. Zamiast pozwolić jej być człowiekiem, świat coraz częściej traktował ją jak bohaterkę niekończącego się reality show.

„Zawsze miałam swój styl, zawsze byłam inna. Nie lubię nosić niczego, co ma na sobie ktokolwiek inny, ponieważ jest dla mnie bardzo ważne, aby coś wyrazić” – mówiła.

Za tą potrzebą autentyczności kryła się jednak ogromna wrażliwość. „Odkąd skończyłam 16 lat, czułam, że wisi nade mną czarna chmura” – przyznała kiedyś. Miała w sobie dumę i niezależność, ale także samotność człowieka, który potrafił tysiącom ludzi przekazać emocje, a sam często nie potrafił znaleźć spokoju.

Była pełna sprzeczności. Potrafiła śpiewać o rozpaczy, a jednocześnie zachwycać się światem. „Kocham żyć, i żyję aby kochać” – mówiła. W jednym z wywiadów opowiadała, że potrafi wzruszyć ją widok włóczęgi polerującego buty. To była prawdziwa Amy – uważna obserwatorka rzeczywistości, która z drobnych chwil potrafiła stworzyć wielką emocję.

Ostatnia rozmowa z muzyką

Najbardziej poruszająca pozostaje historia ostatnich godzin jej życia. Jej ochroniarz Andrew Morris wspominał później, że tego dnia rozmawiali o muzyce. Amy słuchała swoich dawnych nagrań. W pewnym momencie miała powiedzieć:

„Rety, naprawdę umiem śpiewać!”

To zdanie brzmi dziś niemal jak pożegnanie. Jak chwila, w której zobaczyła siebie nie przez pryzmat gazet i opinii świata, ale przez największy dar, jaki posiadała – MUZYKĘ. Miała również powiedzieć, że oddałaby wszystko, co osiągnęła, za możliwość spokojnego spaceru ulicą i życie bez ciągłego rozpoznawania. To największy paradoks sławy. Ludzie marzą o tym, by cały świat ich znał, a wielcy artyści czasem marzą tylko o odrobinie zwyczajności.

23 lipca 2011 roku świat stracił jedną z najbardziej oryginalnych wokalistek swojego pokolenia. Po jej śmierci ukazał się album „Lioness: Hidden Treasures” z niepublikowanymi nagraniami, przypominając, że za tragiczną historią kryła się przede wszystkim wielka artystka.

Dziś Amy Winehouse nie jest już tylko symbolem utraconego talentu. Jest częścią historii muzyki. Jej piosenki nadal brzmią, bo mówią o emocjach, które się nie starzeją – o miłości, samotności i potrzebie bycia zauważonym nie jako gwiazda, ale jako człowiek.

Back to Amy. Powrót do głosu, który zmienił muzykę

Niektóre głosy nie odchodzą razem z człowiekiem. Zostają w nagraniach, wspomnieniach i kolejnych pokoleniach artystów. Amy Winehouse należy do tego niezwykłego grona twórców, których muzyka przekroczyła swoją epokę. Dwadzieścia lat po premierze „Back to Black” i piętnaście lat po jej śmierci powraca historia fascynacji Amy – tym razem opowiedziana przez Sabinę Karwalę.

„Gdyby nie Amy, prawdopodobnie nigdy nie zaczęłabym śpiewać” – mówi artystka.

Projekt „Back to Amy” nie jest próbą kopiowania legendy. Nie chodzi o odtworzenie fryzury, gestów czy scenicznego wizerunku Amy Winehouse. To rozmowa z jej muzyką i próba odnalezienia tego, co było w niej najważniejsze – emocji, prawdy i odwagi mówienia rzeczy trudnych.

Sabina Karwala, wokalistka, aktorka i autorka tekstów, buduje własną drogę artystyczną, ale inspiracja Amy pozostaje jednym z jej najważniejszych źródeł. Wraz z Adamem Jarzmikiem, pianistą, kompozytorem i aranżerem, wraca do świata jazzu, soulu, rhythm and bluesa i Motown, czyli muzycznych korzeni, z których wyrastała sama Winehouse.

„Back to Amy” nie jest więc muzealnym wspomnieniem. Jest dowodem, że wielka muzyka nadal żyje, jeśli kolejne pokolenia potrafią odnaleźć w niej własne emocje.

Amy Winehouse odeszła zbyt wcześnie. Nie zdążyła nagrać tylu płyt, ilu oczekiwali fani. Nie zdążyła opowiedzieć wszystkich historii, które miała jeszcze w sobie. Ale zostawiła głos. A głos prawdziwy, taki jak Jej, nie milknie nigdy, albowiem Amy Winehouse nie była tylko ikoną. Była dziewczyną z gitarą, która na chwilę podbiła świat i zostawiła w nim ślad większy niż własne życie.

Tomasz Wybranowski

Przeczytaj więcej

Fuzja gigantów zatwierdzona. Gwiazdy TVN stracą pracę? „To kula u nogi”
Fuzja gigantów zatwierdzona. Gwiazdy TVN stracą pracę? „To kula u nogi”
Chopin w zamkach Jury. Wyjątkowy festiwal muzyczny w Ojcowie przyciąga melomanów i turystów
Chopin w zamkach Jury. Wyjątkowy festiwal muzyczny w Ojcowie przyciąga melomanów i turystów
Organy Archikatedry – kolejny koncert już 26 lipca
Organy Archikatedry – kolejny koncert już 26 lipca