Teraz na antenie:
Radio Wnet
Kultura i media

Wojciech Hoffmann, lider grupy Turbo o majestacie muzyki, która nie zna słowa „koniec”.

Są zespoły, które zdobywają popularność a potem nikną. Są także grupy, które zapisują się w historii muzyki rozrywkowej. Ale na palcach może dwóch rąk wyliczymy takie bandy, bez których historia musiałaby zostać napisana od nowa. Do tej ostatniej kategorii należy Turbo.
Wojciech Hoffmann, lider grupy Turbo o majestacie muzyki, która nie zna słowa „koniec”.

W polskiej muzyce rockowej i metalowej niewiele jest formacji, które mogą powiedzieć, że nie przyszły do gotowego świata muzyczności, lecz pomagały go budować od fundamentów. Gdy dzisiaj rozmawiamy o rodzimym heavy metalu, gdy wspominamy kolejne pokolenia gitarzystów, wokalistów i fanów ciężkiego grania, łatwo zapomnieć, że na początku była garstka ludzi wierzących w muzykę, która w Polsce dopiero szukała własnego języka.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Wojciechem Hoffmannem o planach na najbliższe miesiące i recepcji płyty „Blizny”:

Turbo ten język współtworzyło nie poprzez kopiowanie Zachodu, ale przez cierpliwe budowanie własnej tożsamości.

Dlatego od lat powtarzam, że o ile TSA stworzyło znakomitą polską odmianę hard rocka z bluesowym i rockandrollowym rodowodem, o tyle Turbo stało się pierwszym prawdziwie heavy metalowym zespołem w naszym kraju. To właśnie tutaj ciężar gitar, melodyjność kompozycji i charakterystyczna dramaturgia zaczęły układać się w opowieść, która trwa do dziś.

A trwa wyjątkowo długo. 46 lat działalności mogłoby wystarczyć na kilka muzycznych życiorysów. W przypadku Turbo ten czas nie zamienił się jednak w muzeum wspomnień. Wręcz przeciwnie. Zespół pozostaje twórczy, aktywny i zaskakująco głodny nowych wyzwań. Najlepszym dowodem jest ostatni album „Blizny”, jego przyjęcie, głosy krytyków a nade wszystko odbiór fanów.

Album, którego nikt nie musiał nagrywać

To jedna z największych zalet tej płyty. Wojciech Hoffmann i muzyczni przyjaciele nie musieli jej nagrywać, aby coś udowodnić. Nie wymuszał jej rynek ani moda. Nie wymagały wymagały jej premiery również statystyki sprzedaży. W czasach, gdy świat muzyczny coraz częściej przypomina wyścig algorytmów, Turbo mogło spokojnie żyć legendą własnych dokonań. Mogło koncertować, przypominać klasyki, zbierać zasłużone owacje i funkcjonować jako instytucja polskiego rocka.

Tymczasem Wojciech Hoffmann postanowił zrobić coś znacznie trudniejszego. Postanowił udowodnić samemu sobie, że nadal można stworzyć wielką płytę. W rozmowie na antenie Radia Wnet mówił o tym bez charakterystycznej dla współczesnego show-biznesu przesady. Wręcz przeciwnie. Z jego słów przebijała radość człowieka, który po latach pracy otrzymał potwierdzenie, że intuicja go nie zawiodła.

„Płyta musi być mocna, ponieważ to jest Turbo, ale z zaznaczeniem, że melodyjna, ponieważ to jest nasza tożsamość” – powiedział.

To zdanie można potraktować jako klucz do całej twórczości zespołu. Przez dziesięciolecia wiele grup próbowało być cięższych, szybszych albo bardziej agresywnych. Niewielu udało się zachować równowagę między mocą a melodią. Tymczasem właśnie ten balans stał się znakiem rozpoznawczym Turbo.

„Blizny” są tego najpiękniejszym przykładem.

Zespół Turbo w pełnej krasie z ekipą.

Majestat zamiast demonstracji siły

Największe albumy heavy metalowe nigdy nie opierały się wyłącznie na ciężarze. Ich siła wynikała z umiejętności budowania muzycznych krajobrazów. Z tworzenia przestrzeni większej od codzienności. Kiedy słuchamy „Seventh Son of a Seventh Son” Iron Maiden, „Painkiller” Judas Priest, „Heaven and Hell” Black Sabbath czy „Master of Puppets” Metalliki, to słyszymy coś więcej niż tylko gitary i porywające galopady sekcji rytmicznej. Słyszymy majestat. Także ostatni krażęk Trubo „Blizny” posiada ten niezwykle rzadki walor.

To nie jest zbiór piosenek napisanych po to, by udowodnić, że zespół nadal potrafi grać szybko i mocno. To muzyka ludzi świadomych własnych możliwości. Ludzi, którzy nie muszą już niczego demonstrować. Dlatego album brzmi tak dojrzale. Nie znajdziecie tutaj pośpiechu ani nerwowej potrzeby przypodobania się młodszemu pokoleniu. Nie ma sztucznego odmładzania własnego stylu. Jest natomiast godność! Godność muzyków, którzy wiedzą, kim są i dlaczego wciąż kochają metal!

Muzyka płynąca z serca

Najbardziej poruszający fragment rozmowy z Wojciechem Hoffmannem dotyczył samego aktu tworzenia.

„Nie interesuje mnie odbiorca. Najważniejsze jest to, żebym zrobił muzykę, która mi z serducha wychodzi”.

W czasach grup wpatrzonych w fokusowe badania, marketingowe analizy i streamingowe kalkulacje brzmi to niemal rewolucyjnie. A jednak właśnie dlatego „Blizny” odniosły sukces. Publiczność doskonale rozpoznaje szczerość. Słuchacz może nie znać zasad harmonii, nie potrafić nazwać użytych skal ani opisać konstrukcji riffu. Potrafi jednak odróżnić muzykę prawdziwą od muzyki wyprodukowanej. Hoffmann od początku kariery ufał własnemu instynktowi. Najpierw słuchał siebie, dopiero później świata. To podejście okazało się zaskakująco skuteczne.

Recenzje „Blizn” były znakomite. Publiczność przyjęła materiał entuzjastycznie. Nowe utwory zaczęły żyć na koncertach obok klasyków, które od dekad stanowią fundament repertuaru zespołu. To największy komplement, jaki można otrzymać.

Piękno późnego rozkwitu

Szczególną wartość tej historii stanowi fakt, że nie mówimy o debiutantach. Mówimy o muzykach, którzy przeżyli niemal wszystko, co mogło spotkać rockowy zespół. Sukcesy, kryzysy, zmiany składów, przemiany rynku muzycznego, upadek wielkich wytwórni i narodziny epoki cyfrowej. Mimo to nadal potrafią tworzyć. A może właśnie dlatego.

Być może największe dzieła nie powstają w młodości, lecz wtedy, gdy doświadczenie zaczyna współpracować z wyobraźnią. „Blizny” są albumem ludzi, którzy nie uciekają przed własnym wiekiem. Traktują go jako kapitał. Nie próbują brzmieć jak dwudziestolatkowie. Brzmią jak najlepsza wersja samych siebie.

Grzegorz Kupczyk, pamięć i ciągłość

Ważnym wątkiem rozmowy była również postać Grzegorza Kupczyka. Historia legendrnego Turbo znała różne zakręty, emocje i rozstania, jednak z perspektywy czasu szczególnie cenne wydaje się to, że muzycy potrafili zachować wzajemny szacunek. Wojciech Hoffmann mówi i Grzegorzu Kupczyku z autentyczną sympatią i uznaniem. Podkreślał jego ogromne znaczenie dla historii zespołu i fakt, że wspólne koncerty nadal sprawiają obu stronom przyjemność. To nie jest detal.

W świecie rocka łatwo znaleźć historie wielkich konfliktów. Znacznie trudniej znaleźć opowieści o dojrzałości. Turbo pokazuje, że jest to możliwe.

Legendarna płyta „Smak ciszy” wraca

Jedną z najbardziej ekscytujących zapowiedzi była informacja o nowym opracowaniu albumu „Smak ciszy”. To wiadomość, która z pewnością poruszy wielu fanów. Nie chodzi bowiem o zwykły remaster. Mowa o ponownym nagraniu instrumentów przy zachowaniu oryginalnego wokalu Grzegorza Kupczyka.

To odważny projekt, zwłaszcza że „Smak ciszy” należy do najważniejszych płyt w historii zespołu. Dla wielu słuchaczy pozostaje dziełem kultowym. Wojciech Hoffmann podkreślał, że koncertowe wersje tych utworów brzmią dziś znakomicie i właśnie stąd pojawił się pomysł, by nadać im nowe życie w studiu. To nie gest nostalgii. To próba rozmowy z własną historią.

Wojciech Hoffmann, ojciec chrzestny polskiego heavy metalu, szczęśliwy i zakochany mąż, dumny dziadek. I dodam od siebie – wspaniały,m świetlisty dobry Człowiek.

Pięć płyt na pięćdziesięciolecie

Jeszcze bardziej imponujące okazały się plany samego Wojciecha Hoffmanna. W przyszłym roku przypada pięćdziesięciolecie jego pracy zawodowej. Choć pierwszy zespół „Błękitni” założył, kiedy miał lat 13, to dopiero szlify zdobyte w formacji Heam stanowią początek Jego muzycznej kariery.

Wielu artystów przygotowałoby z tej okazji jubileuszowy koncert i album „The Best Of”. Wojciech Hoffmann ma inny pomysł…

Myśli o wydaniu aż pięciu płyt. Jedna z Turbo, jedna z projektem The Klenczon Experience i trzy autorskie albumy pod wspólnym tytułem „Mirrors”. To przedsięwzięcie pokazuje skalę twórczej energii, którą nadal dysponuje.

Najciekawsza wydaje się sama koncepcja „Mirrors”. Lustra mają symbolizować zmieniającego się człowieka.

„Tę samą osobę oglądaną każdego dnia z innej perspektywy, przez pryzmat nowych doświadczeń, emocji i przeżyć. Tak to czuję!” – powiedział Wojciech Hoffmann.

W tym pomyśle kryje się coś niezwykle osobistego i bardziej niż prawdziwego.

Człowiek wielu muzycznych światów

Moja kolejna rozmowa z Wojtkiem przypomniała również o czymś, o czym często zapominają nawet wieloletni słuchacze i fani Turbo. Wojciech Hoffmann nie jest wyłącznie gitarzystą heavy metalowym. Od lat fascynuje go muzyka akustyczna, jazz-rock, rock instrumentalny oraz tradycja irlandzka. To właśnie te fascynacje mają znaleźć odbicie w planowanych albumach.

Jedna z płyt ma być całkowicie akustyczna. Druga ma eksplorować przestrzeń jazz-rocka inspirowanego Weather Report czy Patem Methenym. Trzecia pozostanie bliższa klasycznemu rockowi. Takie plany najlepiej pokazują skalę wyobraźni artysty.

Metal nie jest dla Wojciecha Hoffmanna ograniczeniem. To punkt wyjścia.

Blizny, które świecą i są dumą z przeżytych lat

Tytuł najnowszego albumu okazuje się niezwykle trafny również w szerszym znaczeniu. „Blizny” są śladem doświadczenia. Nie oznaczają porażki. Przeciwnie! Są dowodem przetrwania i smaku na jakość życia! Tak nalezy dziś patrzeć na historię Turbo. Na zespół, który przeszedł przez kolejne dekady polskiej muzyki i zachował własną tożsamość. Na formację, która nie poddała się modom, nie zagubiła charakteru i nie utraciła twórczej ciekawości.

Dlatego „Blizny” nie są albumem podsumowującym, ale tym który zapowiada kolejne rozdziały historii, która wciąż trwa. Patrząc na siłę życiową i energię Wojciecha Hoffmanna, słuchając jego opowieści o nowych kompozycjach, kolejnych płytach i projektach, trudno oprzeć się wrażeniu, że dla niego muzyka nadal pozostaje przygodą. A może właśnie to jest najważniejsza lekcja płynąca z dziejów Turbo? Przecież często na antenie powtarzam, że prawdziwa pasja nie starzeje się nigdy. Ona zmienia jedynie brzmienie.

I dlatego po niemal półwieczu działalności Turbo nadal stoi na scenie nie jak pomnik dawnej chwały, lecz jak zespół, który ma jeszcze wiele do powiedzenia. A „Blizny” nie są śladem dawnych ran. Są koroną wykutą z doświadczenia, talentu i nieustającej wiary w moc muzyki.

Tomasz Wybranowski

Przeczytaj więcej

O poezji Krzysztofa Janiszewskiego, drodze zespołu Half Light i majestatycznej dojrzałości albumu „ColorCode”.
O poezji Krzysztofa Janiszewskiego, drodze zespołu Half Light i majestatycznej dojrzałości albumu „ColorCode”.
Krzysztof Ziemiec o nielegalnym przejęciu TVP. „Niektórzy mają traumę do dziś”
Krzysztof Ziemiec o nielegalnym przejęciu TVP. „Niektórzy mają traumę do dziś”
Siergiej Lebiediew: Kultura rosyjska ma ciemną, imperialną stronę
Siergiej Lebiediew: Kultura rosyjska ma ciemną, imperialną stronę